Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński

Literat Miesiąca

środa, 01 maja 2013

 

AGNIESZKA STEUR

 

 

Kraina Czytania: Witam Cię serdecznie na moim blogu i dziękuję, że zgodziłaś się na rozmowę w ramach cyklu „Literat Miesiąca”. Agnieszko, na początek zapytam, co takiego wydarzyło się w Twoim życiu, że zdecydowałaś się poświęcić tworzeniu literatury? Bo przecież chęć opowiadania innym rozmaitych historii musi mieć gdzieś swoje źródło.

Agnieszka Steur: Bardzo dziękuję za zaproszenie.

Wydaje mi się, że pisanie od zawsze było częścią mnie. Chęć opowiadania nie ma źródła w jakimś konkretnym wydarzeniu mojego życia. Określone tematy tak, tworzenie w ogóle już nie, ono jest we mnie. Nie jest wynikiem, stanowi raczej treść. Z jednej strony to wewnętrzna potrzeba przelewania na papier myśli, pomysłów, a z drugiej chęć spotykania innego człowieka w ten wyjątkowy sposób, właśnie dzięki temu, co robię. Już będąc małą dziewczynką zmieniałam swoje marzenia w opowiadania i przelewałam je na papier. W ten sposób się spełniały. Gdy wyjechałam za granicę, pisanie zyskało jeszcze jeden wymiar, stało się bardzo ważnym elementem podkreślającym moją tożsamość. Piszę po polsku i dzięki temu nie tracę tego, co za sobą zostawiłam.

Kraina Czytania: Niedawno ukazała się Twoja debiutancka powieść pod tytułem „Wojna w Jangblizji. W Tamtym Świecie”. Jest to powieść fantasy adresowana przede wszystkim do młodzieży. Dlaczego właśnie tę grupę czytelników wybrałaś jako odbiorców Twojej twórczości?

Agnieszka Steur: Każdy etap w życiu człowieka ma swoją magię, ale wkraczanie w dorosłość wydaje mi się bardzo czułą i wyjątkową chwilą. Wtedy przecież tak wiele się decyduje. Młodzi ludzie przestają być dziećmi, ale jeszcze wierzą w bajki. Żaden szczyt nie jest zbyt wysoki, ale i świat rzeczywisty zostaje już odbierany wszystkimi zmysłami. Bunt, kwestionowanie wartości i poszukiwanie własnej drogi, przecież to bardzo ważne. Moje dzieci stoją na granicy tego etapu i z ogromną ciekawością będę obserwować ich drogę. Jak one będą przeżywać zmiany. Bardzo bym chciała, aby potrafiły zachować w sobie coś z dzieci, ale i pewnie wkroczyły w kolejną fazę życia.

Czasem myślę, że również ja nie chcę stracić tej cząstki naiwności, która jest we mnie i dlatego tak lubię literaturę dziecięcą i młodzieżową.

Kraina Czytania: Przyznam, że kiedy czytałam Twoją powieść byłam pozytywnie zaskoczona jej oryginalnością. Przeważnie jest tak, że bohaterowie z „naszego świata” przedostają się w jakiś magiczny sposób do świata baśni, gdzie spotykają rozmaite istoty. U Ciebie jest na odwrót. Skąd pomysł, aby to obce byty wysłać w podroż do świata ludzi?

Agnieszka Steur: Od wielu lat mieszkam poza granicą Polski. Stałam się Emigrantką i w pewnej chwili przeraził mnie fakt, że to jedno słowo w jakiś sposób definiuje całą moją osobę.  W tych doświadczeniach znalazłam inspirację do mojej książki. Problem bycia obcym bardzo mnie fascynuje. Już dawno odkryłam, że to uczucie to w dużej mierze stan umysłu. Wyobcowanie często jest wewnętrzną częścią człowieka, a nie czymś poza nim. Ta świadomość nie jest pocieszająca. Ponadto mieszkanie w innym państwie przekonało mnie, że czasem to, co oczywiste może stać się dziwne, a codzienność innych ludzi potrafi nas bardzo zaskoczyć. Chciałam pokazać znany świat, jako obcy. Bardzo ważnym był dla mnie zabieg tego odwrócenia. Dzięki niemu Jangblzijanie przyszli do czytelnika, lub może czytelnik odkrył w sobie Jangblizję. Przecież wokół nas jest mnóstwo „zwykłości”, których nie rozumiemy. Wcale nie musimy wyjeżdżać, aby zadać sobie pytanie, dlaczego jest właśnie tak, jak jest i dlaczego (o zgrozo!) tyle osób zgadza się na to milcząco.

Kraina Czytania: Twoja powieść zawiera w sobie szereg uniwersalnych wartości, jak miłość, przyjaźń, tolerancja, ale też nie brakuje tego, co złe. Dlaczego, Twoim zdaniem, tak wielu autorów wciąż skupia się na walce Dobra ze Złem? Przecież ten problem poruszany w tak licznych publikacjach może dla wielu czytelników okazać się nudny i przegadany. Nie obawiałaś się właśnie tego rodzaju krytyki, tworząc fabułę swojej powieści?

Agnieszka Steur: Tworząc Jangblizję obawiałam się krytyki, ale akurat nie w tym temacie. Głęboko wierzę, że istnieją treści, które nigdy nie staną się nudne. Może to cliché, ale walka Dobra ze Złem toczy się w każdym z nas. Nie mam na myśli tak ekstremalnych sytuacji jak wojna, ale całkiem zwykłe. Codziennie podejmujemy decyzje, które w jakiś sposób wpływają na innych i na nas. Ważne jest, aby pozwalać w takim właśnie wymiarze Dobru wygrywać. To są tematy uniwersalne. To trochę tak, jakby zapytać czy książki o miłości kiedyś staną się nudne, albo kryminały, albo czy znudzą się wampiry i magia. Kolejne pokolenia będą się tym fascynować i być może dla kogoś te tematy są trochę przegadane, ale należy je powtarzać.

Kraina Czytania: Świat Jangblizjan, który stworzyłaś jest z jednej strony światem bardzo podobnym do naszego, ale z drugiej można też wywnioskować, że w sposób znaczący różni się od rzeczywistości, jaka otacza ludzi. Oczywiście mam tutaj na myśli przede wszystkim mieszkańców Jangblizji. Jak udało Ci się stworzyć tak oryginalne postacie o dość specyficznym wyglądzie i upodobaniach?

Agnieszka Steur: Puściłam wodze fantazji. Zdaję sobie sprawę z tego, że wymyślić coś nowego jest prawie niemożliwe. Nowe rzeczy to najczęściej układanki z tego, co już było. Jednak bardzo chciałam mieć coś swojego. Moja twórczość jest podyktowana tym, co dzieje się w moim życiu. Któregoś dnia dzieci zapytały o ewolucję i o to, co różni ludzie na ten temat twierdzą. Odpowiadając na ich przeróżne pytania wpadłam na pomysł, że może stworzę historię, w której ewolucja pójdzie w różnych kierunkach. Każdy zadaje sobie pytanie, co by było gdyby. Moją odpowiedzią stała się cała historia innego miejsca.

Kraina Czytania: Przypomnijmy także, że Twoja powieść została opatrzona niezwykłymi ilustracjami autorstwa Ewy Kieńko Gawlik. Skąd pomysł, aby w ten sposób ubogacić stronę wizualną książki?

Agnieszka Steur: Ewę znam już wiele lat. Zawsze podziwiałam jej twórczość. Praca z nią jest czystą przyjemnością i jestem pewna, że jeszcze nie raz pojawimy się jako duo. Ona jest bardzo delikatną osobą o niezwykłej sile. Najbardziej boli to, że mieszkamy tak daleko od siebie. Każde spotkanie z Ewą bardzo mnie inspiruje. Szkoda tylko, że tych spotkań jest tak mało. W chwili, gdy w mej głowie zrodziła się królowa Zara wiedziałam, że Ewa musi stworzyć wizualną część książki. Same rysunki zmieniały się już w trakcie rysowania. Najpierw chciałyśmy, aby to były szkice, ale Ewa zaproponowała, aby dodać kolor. Opowiadałam jej, jak widzę ilustracje, a ona te pomysły przelewała na papier i za każdym razem mnie zaskakiwała, ponieważ to, co tworzyła było piękniejsze niż sobie wyobraziłam.

 

 

Kraina Czytania: Jako emigrantka niezwykle aktywnie działasz na rzecz Polonii w Holandii. Mogłabyś zdradzić czytelnikom na czym ta działalność polega i co takiego wnosi w życie Twoje i Polaków mieszkających na obczyźnie?

Agnieszka Steur: Zajmuję się przeróżną polonijną działalnością. Bardzo często są to akcje związane z kulturą. W chwili obecnej jestem członkiem jury w konkursie poetyckim dla dzieci „Tuwimować mi się chce” zorganizowanym przez Korespondencyjny Klub Literacki Młodej Polonii. Dostaję cudowne wiersze pisane przez dzieci mieszkające poza granicami Polski. Zaangażowanie w to sprawia mi ogromną radość, ale i martwi, bo muszę podjąć decyzję. Dzieci są fantastyczne, a ja muszę stwierdzić, że ktoś jest lepszy, a ktoś gorszy – ogromna odpowiedzialność.

Niezwykle ważnym jest też dla mnie temat dwujęzyczności dzieci mieszkających w Holandii. Są rodzice, którzy zaniedbują język polski swych pociech, ale i tacy, którzy mają mnóstwo wątpliwości w tym temacie. Spotykam też rodziców, potrzebujących tylko usłyszeć, że inni borykają się z takimi samymi problemami. Angażuję się w spotkania polonijne i opowiadam o dwujęzyczności oraz jej dobrych stronach. Dzięki temu też poznaję cudownych ludzi. To są niezapomniane chwile.

Kraina Czytania: Jesteś również laureatką kilku nagród literackich i wyróżnień, wśród których znajduje się wyróżnienie samego marszałka senatu RP dla dziennikarzy polskich i polonijnych. To chyba wyjątkowa nagroda dla Ciebie, prawda? Pamiętasz, co czułaś, kiedy dowiedziałaś się, że to właśnie Tobie ją przyznano?

Agnieszka Steur: To była moja pierwsza nagroda na obczyźnie. Byłam bardzo dumna, ponieważ otrzymałam ją za mój debiut dziennikarski. Było mi również bardzo miło, gdy miałam okazję spotkać się osobiście z marszałkiem senatu. Wtedy też po raz pierwszy zrozumiałam, czym jest związek autor-czytelnik. Po publikacji nagrodzonych tekstów zaczęłam otrzymywać listy od osób, które czytając „coś” przeżywali. Gdy słyszę lub czytam, że moje teksty wywołały uczucia, coś dały, to jest największa nagroda.

Kraina Czytania: Krótka forma literacka również nie jest Ci obca, bo przecież potrafisz pisać fantastyczne opowiadania z oryginalnym przesłaniem. Planowane jest także wydanie zbioru felietonów Twojego autorstwa. Możesz zdradzić czytelnikom jaką tematykę w nich poruszasz i do kogo są skierowane?

Agnieszka Steur: Pierwsze moje teksty, które zostały opublikowane w prasie polonijnej to były felietony dotyczące życia na emigracji. Z czasem zaczęłam pisać o wszystkim.  Od kilku lat współpracuję ze „Sceną Polską” w Holandii. Również pisanie dla Lejdiz Magazine w Anglii jest dla mnie powodem do dumy. Gdy w 2011 roku współpracowałam z PNKV w Holandii, zaproponowano mi wydanie moich felietonów, których wtedy już się sporo uzbierało, w formie książki. Ten projekt jest dla mnie bardzo ważny, ponieważ będzie to wydanie dwujęzyczne i będzie nosić tytuł „Słowa do użytku wewnętrznego”. Czytanie moich słów w innym języku jest dziwne, ekscytujące i trochę nierealne.

Kraina Czytania: Masz już za sobą pierwsze spotkanie autorskie, które odbyło się w Polsce w Twoim rodzinnym mieście. Czy było to dla Ciebie bardzo stresujące wydarzenie jako debiutantki?

Agnieszka Steur: Pierwsze spotkanie autorskie było dla mnie bardzo stresującym przeżyciem. Przyznam Ci się, że były chwile, gdy myślałam, że będę pierwszym w historii debiutantem, który zejdzie z tego świata podczas takiego spotkania. Teraz, gdy mam to już za sobą, mogę z ręką na sercu powiedzieć, że wieczór w Wałbrzychu w Bibliotece pod Atlantami pozostanie jednym z moich najmilszych wspomnień. Poznałam tylu miłych i ciepłych ludzi. Na spotkanie przyszły osoby z mojej przeszłości, ale i obcy, którzy ściskali mi dłonie i dzielili się przeżyciami.

Kraina Czytania: Planujesz kolejne spotkania autorskie, na przykład w Holandii?

Agnieszka Steur: Spotkania z czytelnikami są cudowne i z pewnością, gdy tylko będzie okazja będą organizowane. W niedalekiej przyszłości odbędą się w Holandii spotkania z czytelnikami mojej drugiej książki, zbioru felietonów.

Kraina Czytania: Być może jeszcze zbyt wcześnie pytać Cię o to, ale ciekawi mnie czy chcesz pisać tylko dla młodzieży, czy może masz w planach napisanie kiedyś powieści adresowanej do dorosłych czytelników?

Agnieszka Steur: W tej chwili jestem pochłonięta dalszymi losami Jangblizjan, rozpoczęłam też cykl bajek dla najmłodszych. W głowie mam mnóstwo pomysłów. Myślę, że kiedyś napiszę coś adresowanego do dorosłych. Teraz jednak przez jakiś czas pozostanę w świecie bajek i fantasy.

Kraina Czytania: O ile mi wiadomo „Wojna w Jangblizji. W Tamtym Świecie” równocześnie miała ukazać się w Polsce, Holandii i Anglii. Czy jest jakaś różnica pomiędzy odbiorem książki przez czytelników w tych trzech krajach? A może ich gusta wszędzie są takie same?

Agnieszka Steur: To prawda. Odbiór bardzo się różni, ale powodem nie jest różnica w gustach czytających. Emigranci to ludzie dorośli, którzy ciężko pracują i często nie mają czasu na wyprawy do świata fantasy. Za granicę przyjeżdżają z dziećmi, które tu chodzą do szkół i bardzo szybko zaczynają czytać w języku danego kraju. Młodzież mieszkająca w Holandii czyta właściwie już tylko po holendersku, więc może jeśli uda mi się książkę przetłumaczyć, znajdę więcej czytelników. Oczywiście nie jest to reguła, ale niestety większość. Zresztą zobaczyć „Jangblizję” wydaną po niderlandzku jest moim kolejnym marzeniem do zrealizowania.  

Kraina Czytania: Wiem, że Twoja debiutancka powieść to tylko początek opowieści o Jangblizjanach. Ta historia ma mieć formę trylogii. W związku z tym, kiedy możemy spodziewać się dalszego ciągu tej wyjątkowej baśni?

Agnieszka Steur: Chciałabym, aby druga część ukazała się rok po premierze pierwszej. Mam nadzieję, że podołam wyzwaniu. Już wiem, że książka ta będzie obszerniejsza. Postaci żyją w mojej głowie i zmuszają do pisania.  „Wojna w Jangblizji. W Tamtym Świecie”, to dopiero początek. W kolejnej części wątki się rozwijają i padają odpowiedzi na zadane wcześniej pytania.

Kraina Czytania: Agnieszko, serdecznie Ci dziękuję za rozmowę i życzę Ci samych sukcesów u progu Twojej kariery literackiej.

Agnieszka Steur: To ja dziękuję za rozmowę i możliwość goszczenia na Twym blogu.

 

 
Z Agnieszką Steur rozmawiała
Agnieszka (Kraina Czytania)



prawa autorskie zastrzeżone

08:50, krainaczytania , Literat Miesiąca
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 01 kwietnia 2013

 

HANNA CYGLER

 

 

Kraina Czytania: Serdecznie witam Panią na moim blogu i dziękuję za przyjęcie mojego zaproszenia. Na początek zadam chyba dość proste pytanie. Czy lubi Pani historię i jaką rolę odgrywa ona w Pani życiu?

Hanna Cygler: W dzieciństwie historia kojarzyła mi się wyłącznie z zapamiętywaniem dat i opasłymi podręcznikami akademickimi na półkach rodziców. Ale już w ogólniaku zmieniłam nastawienie do tego przedmiotu, głównie dzięki mojej nauczycielce. Potem już sama zanurkowałam w przeszłości. Swego czasu bardzo interesowałam się okresem Wielkiej Rewolucji Francuskiej i dość szybko zrodziła się u mnie świadomość, że aktualne wydarzenia polityczne, w których żyję, czyli „Solidarność” czy stan wojenny, staną się wkrótce przedmiotem badań historyków. Myślę, że wszyscy powinni interesować się historią, gdyż ta wiedza pozwala nam na unikanie tych samych błędów. Bo historia się powtarza, a gdy nie potrafimy rozpoznać jej podobieństw, stajemy się łatwym łupem wszelkich manipulatorów i propagandystów.

Kraina Czytania: Niedawno ukazała się Pani najnowsza powieść pod tytułem „W cudzym domu”. Już od pierwszych chwil wzbudziła ona zainteresowanie czytelników, a potem zaczęły pojawiać się pierwsze opinie. W opisie książki czytamy, że jest to doskonała kombinacja romansu z powieścią historyczną. Jakie jest Pani zdanie na ten temat, jako Autorki? Ile tak naprawdę czytelnik odnajdzie w tej powieści historii, a ile romansu?

Hanna Cygler: Odpowiedź na to pytanie jest dość prosta. Cała historia jest prawdziwa, a wszystkie romanse zmyślone. W zasadzie historia jest tłem, na którym rozgrywają się przygody bohaterów. Nie chciałam, żeby przytłaczała ona akcję, natomiast jest starannie w nią wkomponowana. I chociaż nie ma w książce epickich opisów wydarzeń historycznych, pełno w niej szczegółów dotyczących tamtych czasów, być może niewidocznych na pierwszy rzut oka. Topografia, przedmioty, którymi posługują się bohaterowie, a nawet wygłaszane przez nich opinie na temat polityki czy świata, zgadzają się z przestudiowanymi przeze mnie przekazami. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Kraina Czytania: Pozostańmy jeszcze przy Pani najnowszej powieści. Otóż, wykreowała Pani w niej obraz XIX-wiecznego społeczeństwa, a sami bohaterowie okazują się być postaciami o różnych twarzach w zależności od sytuacji, w jakiej się akurat znajdują. Niektórzy czytelnicy twierdzą, że stworzyła Pani całą galerię postaci drugoplanowych, nie skupiając zbyt dużej uwagi na głównej bohaterce. Czy od samego początku tworzenia tej powieści właśnie to było Pani zamiarem, czy może czytelnicy błędnie ten fakt interpretują?

Hanna Cygler: Nie ma jednej głównej bohaterki. Są dwie: Luiza i Rozalia. W miarę pisania koncentruję uwagę na tej z nich, która jest w danej chwili najbardziej dramatyczną postacią. Na początku książki to Luiza skupia wokół siebie dramaturgię zdarzeń, idzie pod prąd, żeby stopniowo osłabnąć i podporządkować się konwenansom. Pod koniec książki na krótko wraca do swojej pierwotnej roli. Kiedy Luiza „słabnie”, Rozalia przejmuje pałeczkę. Jest młodsza i pełna buntu, jest u „siebie” w kraju, a poza tym czasy zmieniają się na tyle, że pojawiają się większe możliwości dla dążącej do wiedzy kobiety. Dziś trudno nam to zrozumieć, ale podstawowym problemem dla tamtych kobiet była potworna nuda i brak racjonalnego zajęcia.

A poza tym bardzo się cieszę, że doceniono inne postaci drugoplanowe. W przedstawieniu „Warszawianki” Wyspiańskiego najbardziej zapamiętano rolę Ludwika Solskiego jako Starego Wiarusa. Wszystko to dowodzi mojej życiowej tezy, że należy swoje życie rozgrywać jak najpiękniej, nawet jak przypadła nam rola „ogona”.

Kraina Czytania: „W cudzym domu” to pierwsza Pani powieść stricte historyczna. Czy będą następne osadzone w podobnych realiach?

Hanna Cygler: „Czas zamknięty” i jego druga część „Pokonani” opowiadały już o czasach minionych, a mianowicie o okresie II wojny światowej i latach stalinizmu. Pisząc te powieści, musiałam się również opierać na źródłach historycznych, a w przypadku „Pokonanych” w związku z tematyką powieści musiałam się rzeczywiście nabiedzić, by w odpowiedni sposób „odsiać” zabarwienie polityczne od faktów.

Kraina Czytania: Pani pierwsza powieść pod tytułem „Tryb warunkowy” zabrała Pani sporo czasu, bo aż ponad dziesięć lat. Dlaczego trwało to tak długo?

Hanna Cygler: Może byłam za młoda. Kiedy wpadłam na pomysł napisania książki, byłam dość dobrze wykształcona, przepełniona wiedzą i teorią, ale brakowało mi doświadczenia. Poległam przy budowie fabuły. Być może na tym etapie stawiałam sobie zbyt ambitne cele. Dopiero gdy postanowiłam pisać powieść popularną, poszło jak z bicza strzelił. Poza tym sądzę, że powstanie pewnego dystansu pomiędzy opisywanymi przeze mnie czasami wyszło książce na dobre.

Kraina Czytania: „Tryb warunkowy” doczekał się swojej kontynuacji w powieściach „Deklinacja męska/żeńska” oraz „Przyszły niedokonany”. Co skłoniło Panią do opowiedzenia o dalszych losach Zosi Knyszewskiej, której życie jest dość burzliwe pod względem uczuciowym?

Hanna Cygler: Od początku pisałam „Tryb warunkowy” jako jedną książkę, składającą się z trzech części. Kiedy w końcu znalazłam wydawcę, zażyczył sobie, aby została podzielona. Miałam jedynie parę godzin, by wymyślić pozostałe tytuły i postanowiłam trzymać się klucza „gramatycznego”. Natomiast powieść o dalszych losach bohaterów, „Odmiana przez przypadki” została zaplanowana jako zamknięcie cyklu. Myślałam, że już nie wrócę do Halmanów i ich krewnych. Bardzo się pomyliłam.

Kraina Czytania: Pomimo że „Tryb warunkowy” to pierwsza książka, którą Pani napisała, to jednak Pani debiutem wydawniczym stała się powieść pod tytułem „3 razy R”. Dlaczego?

Hanna Cygler: To była dość zabawna historia. Mój pierwszy wydawca poprosił mnie, abym wybrała powieść, w której jest najwięcej „momentów”. Wcześniej opublikował parę książek Lwa-Starowicza i chciał, by kolejne książki stanowiły naturalny tematyczny ciąg. Stąd też różowy kolor okładki pierwszego wydania „3 razy R”, dodany na sam koniec na życzenie wydawcy, co zostało przez redakcję nazwane żartobliwie „różem wydawniczym”.

Kraina Czytania: Bohaterkami Pani książek są kobiety, co chyba jest jednoznaczne z tym, że to właśnie kobiety głównie sięgają po Pani powieści. A jak jest z mężczyznami? Czy kiedykolwiek usłyszała Pani bądź przeczytała opinię wyrażoną z męskiego punktu widzenia na temat którejś z Pani książek?

Hanna Cygler: Zawsze są wyjątki potwierdzające regułę, zatem są też mężczyźni czytający moje książki. Pamiętam, jak została wydana moja pierwsza książka, to znajomy powiedział mi, że jeszcze nigdy od czasów lektury Alexandra Dumas nie czytał tak intensywnie żadnej książki. Mnie bardzo cieszą wszystkie męskie opinie, gdyż dzięki nim uświadamiam sobie, na co zwracają uwagę przy czytaniu książek i co im się podoba. Czasem są to zupełnie inne rzeczy niż te, które przyciągają kobiety. Wśród znajomych mam kilku prawdziwych czytelników, którzy przeczytali wszystkie moje książki. Nie wiem jednak, czy się do tego przyznają publicznie.

Kraina Czytania: W swoich książkach porusza Pani przede wszystkim problem miłości i przyjaźni. Są to uczucia, które obecne są przede wszystkim w życiu kobiet. Bez miłości i przyjaźni chyba nie sposób żyć. Tak więc skoro każdy człowiek potrzebuje ich do prawidłowego funkcjonowania, to dlaczego tak wielu czytelników broni się przed czytaniem powieści romantycznych, nazywając je wręcz „nędznymi romansidłami dla nieszczęśliwych starych panien”? A może w dzisiejszych czasach wstyd jest przyznać się, że w ogóle sięga się po tego typu książki, więc lepiej je publicznie ośmieszyć?

Hanna Cygler: Wydaje mi się, że obecnie mamy problem z wyrażaniem uczuć. Mam czasem wrażenie, że współcześni z dużą łatwością potrafią pozbyć się ubrań, natomiast potwornie wstydzą się mówienia o swych uczuciach. I nawet nie potrafią. Nie umiemy już się posługiwać niedomówieniem, półtonem, gestem, jak kiedyś, bo nie działa już wyobraźnia czytelnicza tylko przekaz telewizyjny. Kawa na ławę.

To prawda, popularną literaturę kobiecą się ośmiesza, często zarzucając jej stereotypowość i schematyczność, co jest dość absurdalne, gdyż właśnie to plus emocje są głównymi narzędziami literatury popularnej. Kiedy się od nich odchodzi, powstaje literatura ambitna. Mam wrażenie, że często narzuca nam się kierkegaardowskie albo-albo. A niczego tak naprawdę nie musimy wybierać. Możemy czytać zarówno literaturę popularną, jak i ambitną i czerpać z niej różne rodzaje przyjemności.

Kraina Czytania: Pani twórczość znana jest również czytelnikom zza oceanu. Mam tutaj na myśli amerykańską Polonię. W zeszłym roku w Chicago spotkała się Pani z polskimi czytelnikami mieszkającymi na stałe w USA. Jak odbierają Pani twórczość osoby, dla których polska literatura jest bezcenna, ponieważ żyją z dala od rodzinnego kraju?

Hanna Cygler: Wydaje mi się, że szczególnie moje powieści współczesne mogą być dla nich interesujące, gdyż przedstawiają bohaterów na tle aktualnych wydarzeń politycznych i społecznych. Spotkanie z Polonią było dla mnie niezwykłym przeżyciem. Wiąże się z nią tyle stereotypów, a ja w Stanach spotkałam wyłącznie ludzi świetnie wykształconych, wykonywujących ciekawe zawody i zainteresowanych kulturą. I tacy też ludzie przyszli na moje spotkanie do Domu Książki D&Z w Chicago. Dziwne, nie? Ale taka jest Ameryka, różna, a ja poprzez pobyt tam zweryfikowałam sporo dotychczasowych poglądów.

Kraina Czytania: Zawsze ciekawiło mnie, dlaczego wielu pisarzy pisze pod pseudonimami. Chcą być bardziej anonimowi, a może ktoś z ich otoczenia uznał, że prawdziwe nazwisko autora nie będzie się dobrze sprzedawać? A jak jest w Pani przypadku, bo Pani również podpisuje swoje książki pseudonimem literackim?

Hanna Cygler: Muszę tu rozczarować, to nie jest pseudonim tylko moje nazwisko panieńskie. Nie wiem, z jakich powodów robią to inni. Może czasem uważają, że ich własne nie odpowiada im ze względów marketingowych, czasem podobnie jak u mnie jest to chęć oddzielania różnych sfer swojego życia.

Kraina Czytania: Z zawodu jest Pani tłumaczem języka angielskiego i szwedzkiego. Czy wykształcenie w jakiś sposób pomaga Pani w pisaniu? Czy podczas przekładu jakiejś książki podpatruje Pani koncepcję i technikę autora, którego powieść akurat Pani tłumaczy?

Hanna Cygler: Myślę, że dzięki moim studiom i licznym pobytom zagranicą zdobyłam wiele cennych doświadczeń, które czasem „sprzedaję” w książkach. Ale niestety, muszę rozczarować, nie zajmuję się przekładem literackim. Głównie dlatego, że umarłabym z głodu. Jednak tak się składa, że jedną książkę przetłumaczyłam i wówczas zdałam sobie sprawę z tego, jakie to jest trudne zadanie. Była to powieść Joanny Czechowskiej „Goodbye, Polsko”.

Kraina Czytania: Na koniec zapytam, jak czuje się Autorka, której fragmenty książki czytane są w radiowej Jedynce przez samą Sonię Bohosiewicz?

Hanna Cygler: Oczywiście cieszy się, że „W cudzym domu” wiąże się w ten sposób z tak śliczną i utalentowaną aktorką.

Kraina Czytania: Serdecznie dziękuję Pani za rozmowę i życzę kolejnych sukcesów na polu literackim oraz rzeszy wiernych czytelników.

Hanna Cygler: Dziękuję i pozdrawiam wszystkich czytelników.

 

 

Z Hanną Cygler rozmawiała
Agnieszka (Kraina Czytania)
 

 

prawa autorskie zastrzeżone

14:05, krainaczytania , Literat Miesiąca
Link Komentarze (16) »
piątek, 01 marca 2013

 

JANUSZ KORYL

 

 

Kraina Czytania: Dziś na łamach mojego bloga niezwykły wywiad. Rozmowa z dziennikarzem, poetą i prozaikiem, Panem Januszem Korylem, autorem pochodzącym z Podkarpacia. Panie Januszu, serdecznie dziękuję za przyjęcie mojego zaproszenia. To dla mnie wielki zaszczyt gościć Pana na swoim blogu. W styczniu premierę miała najnowsza Pana powieść pod tytułem „Urojenie”. Przyznam, że pomysł na fabułę niezwykle oryginalny. Czy naprawdę wierzy Pan w istnienie dwóch równoległych światów? Czy możliwe jest, aby ludzie już dawno nieżyjący przychodzili do nas, aby odkupić swoje winy?

Janusz Koryl: Hm, tak naprawdę to nikt nie wie, jak to jest z tymi równoległymi światami. Jest to temat tyleż intrygujący, co tajemniczy. Z literackiego punktu widzenia tego rodzaju tematy są nadzwyczaj kuszące. Zawsze to, co się rozgrywa na styku realizmu i swego rodzaju fantazji, przyciąga jak magnes. Osobiście bardzo lubię w swoich powieściach mieszać ze sobą świat realny z jego bardziej tajemną odsłoną. Stąd te moje wyprawy w stronę magii, snu i wszelkich nieprawdopodobnych wydarzeń. Jeśli chodzi o możliwość przenikania się świata żyjących ze światem zmarłych, nie uważam, by było to takie proste i jednoznaczne jak się niektórym wydaje. Mówiąc szczerze, nigdy nie miałem do czynienia ani z duchami, ani ze spirytyzmem. Nigdy nie uczestniczyłem w seansie wywoływania istot ze świata zmarłych. Powiem więcej, osobiście mam wątpliwości, czy taki świat w ogóle istnieje. Sceny znane chociażby z Mickiewiczowskich „Dziadów” są wprawdzie efektowne, ale z rzeczywistością mają raczej niewiele wspólnego. Należy jednak pamiętać, że literatura ma swoje prawa i często korzysta z rozmaitych nieprawdopodobieństw.

Kraina Czytania: Wiele osób uważa, że przeznaczenia nie da się uniknąć. W powieści „Sny” przedstawił Pan rolę przeznaczenia w ludzkim życiu. Pomimo, że ksiądz Eugeniusz wie, kogo należałoby ostrzec, nie robi tego, ponieważ albo jest już za późno, albo znów z jego osobą dzieją się rzeczy, które mu to skutecznie uniemożliwiają. Czy myśli Pan, że każdy z nas ma na tym świecie swoją drogę, którą musi przebyć bez względu na konsekwencje i żadne ostrzeżenia nie pomogą, jeśli pewne sytuacje są nam pisane, nawet te najtragiczniejsze?

Janusz Koryl: Swego czasu wyznawałem pogląd skrajnego determinizmu. Każde, nawet najdrobniejsze zdarzenie wydawało mi się celowe i nieuniknione. Obecnie nieco zweryfikowałem swój sposób myślenia o ludzkim przeznaczeniu. Czy istnieje coś takiego jak fatalizm? Wiele rzeczy wskazuje na to, że tak, ale czy wszystko bez wyjątku zależy od kaprysów losu? Nie jestem tego już taki pewny. Być może ludzkie życie jest od początku do końca zaprojektowane i człowiek nie ma szans, by cokolwiek zmienić w tym scenariuszu. A może ma jednak wpływ na niektóre jego elementy? Motyw przeznaczenia jest stary jak świat i każdy mierzy się z nim po swojemu. Ja też. A swoją drogą, jeśliby przyjąć pogląd skrajnego determinizmu, ludzkie życie byłoby cholernie smutną i niedorzeczną przygodą.   

Kraina Czytania: W powieści „Ceremonia” porusza Pan problem religijnego fanatyzmu. Czy pisząc tę książkę chciał Pan w ten sposób uczulić czytelników na niebezpieczny problem przekraczania pewnych religijnych granic, czy może koncepcja powieści to czysty przypadek?

Janusz Koryl: Fanatyzm, jaki opisuję w „Ceremonii”, należy rozumieć szerzej. Nie tylko religijnie, ale także obyczajowo i kulturowo. Osobiście jestem wrogiem jakichkolwiek fanatyzmów i drażnią mnie postawy ludzkie, które narzucają innym ściśle określone sposoby myślenia i postępowania. Dla swoich literackich celów wybrałem małą wioskę położoną głęboko w Bieszczadach, której mieszkańcy są niejako odizolowani od cywilizacji. Nazwa wioski Polana jest dość przypadkowa, chociaż wiem, iż taka miejscowość istnieje naprawdę. Chodziło mi o wybór pewnej niezbyt licznej społeczności ludzkiej, która żyłaby w swoim świecie, kierowała się swoimi poglądami i bezgranicznie wierzyła w swoją nieomylność. Trzeba także zwrócić uwagę na fakt, że społeczności tej przewodzi miejscowy ksiądz proboszcz i on wyznacza wszelkie reguły postępowania. Tak zresztą rodzą się wszelkiego rodzaju fanatyzmy. Jest przywódca, ściśle określona doktryna i jej wyznawcy. Dokładnie z tym mamy do czynienia w „Ceremonii”, z tym że świat przedstawiony w powieści jest wyłącznie wytworem mojej wyobraźni i z bieszczadzką rzeczywistością niewiele ma wspólnego.   

Kraina Czytania: A jak mieszkańcy miejscowości, w których umieszcza Pan akcje swoich powieści odbierają fakt, że to akurat w ich mieście na kartach Pana książek dzieją się tak nieprawdopodobne historie?

Janusz Koryl: Nie wiem. Mam nadzieję, że nie utożsamiają literatury ze światem realnym, bo to nie miałoby najmniejszego sensu. Literatura z natury jest czymś w rodzaju pięknego kłamstwa, dlatego to, co znajduje się na stronicach powieści, nie musi mieć odzwierciedlenia w rzeczywistości. I często nie ma. Polana z „Ceremonii” nie jest realnie istniejącą Polaną. To miejsce raczej symboliczne, w którym rozgrywają się wykreowane przeze mnie zdarzenia, gdzie po raz kolejny dochodzi do przenikania się świata realnego z elementami, które w rzeczywistości nie byłyby możliwe.  

Kraina Czytania: Pana debiut prozatorski to powieść pod tytułem „Zegary idą do nieba”. Jeden z bohaterów pragnie zatrzymać czas, dlatego zakopuje zegary w sadzie. Niektórzy uważają, że tę historię opowiada Pan niczym gawędziarz. Czy prywatnie zdarza się Panu snuć rozmaite opowieści, na przykład, przy rodzinnym stole lub w gronie przyjaciół?

Janusz Koryl: Nie mam natury gawędziarza i nie opowiadam wymyślonych przez siebie historii w szerszym towarzystwie, choć wiem, że niektórzy pisarze tak właśnie robią. Świetnym tego przykładem jest choćby Bohumil Hrabal, który często racząc się w knajpie piwem opowiadał znajomym rozmaite historie pilnie przy tym obserwując, jakie reakcje wzbudzają. U mnie wygląda to inaczej. Historie tworzą się w mojej głowie i stamtąd trafiają prosto na papier, w mniej lub bardziej zmienionej wersji. Tak było nie tylko z powieścią „Zegary idą do nieba”, ale z wszystkimi pozostałymi książkami. A kiedy powieść trafia już do księgarni, staje się, jak mawiał Ernest Hemingawy, „martwym lwem”. Bardziej interesujące są „żywe lwy”, czyli powieści, których się jeszcze nie napisało.

Kraina Czytania: Kiedy czyta się Pana biografię, to można odnieść wrażenie, że zawodowo jest Pan wszechstronnie uzdolniony. Wspomnę chociażby o pracy w mediach jako dziennikarz czy w szkole jako nauczyciel języka polskiego. Czy te profesje w jakiś sposób wywarły bądź nadal wywierają wpływ na Pana twórczość?

Janusz Koryl: Polonistą jestem z wykształcenia. Dziennikarzem byłem z zamiłowania. Języka polskiego uczyłem w liceum przez dziesięć lat. Podobała mi się ta praca, ale nie wiązałbym jej w żaden sposób z twórczością literacką. Jeśli już szukać jakichś wpływów moich profesji na moje pisarstwo, to lepszym przykładem jest uprawiane przeze mnie dziennikarstwo. W latach 90. jako reporter jednej z regionalnych gazet, pisywałem dwu, trzy całostronicowe reportaże tygodniowo. To było wyczerpujące, ale i bardzo przydatne warsztatowo zajęcie, gdyż zmuszało mnie do doskonalenia w posługiwaniu się polszczyzną. Reportaże nie mają wprawdzie waloru ściśle literackiego, ale ich pisanie wymaga dużej sprawności językowej i kompozycyjnej. Poza tym pisanie tak wielu reportaży zmuszało mnie do reżimu twórczego, co w przypadku literatury też ma swoje znaczenie. Pisanie powieści to przecież swoiste rzemiosło wymagające cierpliwości, wytrwałości i konsekwencji. Powieści nie pisze się tak jak poezji, pod wpływem chwili. Powieściopisarstwo to żmudna i wyczerpująca robota.   

 

 

Kraina Czytania: Powróćmy do początków Pana kariery pisarskiej. Tak naprawdę zaczynał Pan jako poeta w 1985 roku. Wówczas zadebiutował Pan zbiorem wierszy pod tytułem „Uśmierzanie źródeł”. Dlaczego porzucił Pan tę formę uprawiania literatury na rzecz prozy? A może tak do końca nie rozstał się Pan z poezją i nadal zajmuje się Pan pisaniem wierszy?

Janusz Koryl: Owszem, zdarza mi się napisać wiersz, ale czynię to bardzo rzadko i raczej okazjonalnie, na przykład na konkursy poetyckie. Sporą ciekawostką jest dla mnie fakt, że moje wiersze wciąż zdobywają nagrody, więc pewnie jako poeta nie jestem całkiem stracony… A mówiąc poważnie, proza zawładnęła mną kilka lat temu, kiedy to ułożyła mi się w głowie pewna historia, której nadałem formę niedużej powieści pod tytułem „Śmierć nosorożca”. Właśnie ona jest moim rzeczywistym debiutem prozatorskim. Najpierw została opublikowana na łamach miesięcznika „Twórczość”, a rok później przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka. Dlaczego proza? A dlaczego nie? Ten sposób twórczości literackiej fascynuje mnie i ciekawi. Poezja umilkła, co nie znaczy, że wcale jej nie słychać. Uważny czytelnik bez trudu znajdzie jej ślady w moich powieściach. Tyle tylko, że korzystam z niej w sposób bardziej subtelny niż dawniej, kiedy nie wyobrażałem sobie dnia bez wiersza. Teraz już wiem, że rację miał Czesław Miłosz, który w jednym ze swoich utworów twierdził, że pisać należy „rzadko i niechętnie”. Jest w tej postawie sporo mądrości.

Kraina Czytania: Powszechnie panuje przekonanie, że poeta to człowiek wrażliwy i romantyczny, dostrzegający w otaczającym nas świecie cechy, których nie potrafią ujrzeć przeciętni śmiertelnicy, na przykład piękno. W związku z tym, zastanawia mnie skąd u Pana skłonność do tworzenia powieści z dreszczykiem, gdzie pojawia się też Zło w swojej charakterystycznej postaci?

Janusz Koryl: Czasy romantyków na szczęście już dawno minęły. Współczesna epoka nie sprzyja uduchowionym wizjom i romantycznym olśnieniom. Dwudziesty pierwszy wiek przypomina rozbite lustro, które wszystko zniekształca. Dobro miesza się ze złem, miłość z nienawiścią, prawda z kłamstwem. Tak zresztą było zawsze, ale współczesność dodatkowo wzmacnia współistnienie tych wartości. Moja skłonność do powieści z dreszczykiem jest efektem kaprysu. Po prostu takie mam zachcianki, by sięgać po elementy kryminalno-sensacyjne. Jak to długo będzie jeszcze trwało, nie mam pojęcia. Na razie mi z tym dobrze. 

Kraina Czytania: Jest Pan także Laureatem wielu ogólnopolskich konkursów literackich. Począwszy od roku 1983 zdobył Pan jedenaście nagród za swoją twórczość. Która z nich przedstawia dla Pana największą wartość?

Janusz Koryl: Tych nagród jest o wiele więcej, na pewno kilkadziesiąt, ale oczywiście nie rzecz w ilości. Trudno powiedzieć, która z nich ma dla mnie największą wartość. Każda jest inna. Z pewnością przełomową nagrodą było drugie miejsce w ogólnopolskim konkursie na powieść współczesną zorganizowanym w 2006 roku przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka i Miesięcznik „Claudia”. Efektem tej nagrody jest moja powieść „Zegary idą do nieba”.

Kraina Czytania: Podczas swojej kariery zawodowej był Pan również recenzentem i krytykiem literackim. Teraz stoi Pan po tej drugiej stronie, bo to inni oceniają Pana twórczość. Jakie to uczucie, kiedy czyta się opinię powieści, która kosztowała kilka miesięcy pracy? Czy recenzenci Pana doceniają, czy może zupełnie nie rozumieją przekazu Pana twórczości?

Janusz Koryl: Nie mogę narzekać na opinie recenzentów, zwłaszcza jeśli chodzi o „Urojenie”. To miłe, że powieść się podoba. W końcu pisze się z myślą o czytelnikach. Dla mnie najistotniejsze są właśnie ich opinie. Rzeczywiście swego czasu zajmowałem się recenzowaniem książek. To było dość dawno, na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Pisywałem recenzje dla renomowanych pism literackich, takich jak między innymi „Życie Literackie”, „Nowe Książki”, „Twórczość”, „Poezja”, „Odra”. Byłem w swoich ocenach dość surowy, ale zawsze kierowałem się dobrem literatury. Uważam, że lepiej powiedzieć komuś bez owijania w bawełnę, że napisał utwór kiczowaty aniżeli głaskać go po głowie wprawiając w fałszywe samozadowolenie. Przestałem uprawiać zajęcie recenzenta, ponieważ doszedłem do wniosku, że oddźwięk tego rodzaju krytycznoliterackich ocen jest raczej mizerny. A jeśli chodzi o recenzje moich książek, to owszem, czytuję je wnikliwie i jeśli zawierają jakieś krytyczne uwagi, staram się wyciągać wnioski na przyszłość.

Kraina Czytania: Obecnie coraz więcej ludzi rwie się do sięgania po pióro i tworzenia dzieł literackich. Czasami osoby te piszą z lepszym lub gorszym skutkiem. Czy jest jakiś uniwersalny sposób na stworzenie, niekoniecznie bestsellera, ale przynajmniej powieści, która spodoba się szerszemu gronu odbiorców?

Janusz Koryl: Nie czuję się specjalistą od recept na pisanie bestsellerów. Proszę zadać to pytanie Stephenowi Kingowi albo autorce „Harry’ego Pottera”. Ja uprawiam swoje małe poletko literackie i na razie nie mogę narzekać. Literatura jest dosyć kapryśna i nigdy nie wiadomo, co się spodoba ogółowi. Zresztą nawet największe bestsellery mają większą lub mniejszą publiczność. Jako przykład podam mojego ulubionego pisarza Gabriela Garcię Marqueza. Dopiero jego czwarta z kolei powieść, czyli „Sto lat samotności”, przyniosła mu ogromny sukces. Osobiście nie dzielę literatury na bestsellery i niebestsellery. Dla mnie literatura dzieli się na dobrą i kiepską, niezależnie od podziałów gatunkowych i tematyki, jaką poruszają pisarze. Zresztą to, co dla jednych jest bestsellerem, dla innych może być zwykłą chałą i nie ma w tym nic dziwnego ani niestosownego. Są ludzie, którzy zachwycają się na przykład powieścią Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”. Ja się nie zachwycam…

Kraina Czytania: Jakiś czas temu w pewnym wywiadzie radiowym usłyszałam, że pisarz tworzy przede wszystkim dla siebie, głównie pod wpływem emocji, a jeśli inni chcą to czytać, to ich sprawa. Jakie jest Pana zdanie na ten temat? Czy naprawdę autorzy piszą, aby oczyścić się emocjonalnie?

Janusz Koryl: Po trosze się zgadzam, a po trosze nie. Myślę, że pisarz tworzy przede wszystkim dla czytelników, bo bez czytelników nie ma mowy o literaturze, tak jak bez widzów nie ma mowy o teatrze. Emocje są oczywiście ważne, ale trzeba umieć je okiełznać i uformować w interesującą narrację. Bardzo ważny jest przy tym język. Zazdroszczę wspomnianemu już Marquezowi niezwykłej potoczystości i kunsztu językowego. W polskiej literaturze takim mistrzem języka literackiego jest na przykład Wiesław Myśliwski. Jego powieść „Kamień na kamieniu” potwierdza to najmocniej. Owszem, literatura jest swego rodzaju oczyszczeniem, ale nie można lekceważyć roli czytelnika. To on swoimi opiniami potwierdza wielkość albo marność dzieła literackiego. Pisarz jest w pewnym sensie niewolnikiem czytelniczych refleksji, co nie znaczy, że musi za wszelką cenę schlebiać gustom odbiorców. W twórczości nie wolno się niczym ograniczać. Literatura to wolność języka i wyobraźni.

Kraina Czytania: Na koniec zadam standardowe pytanie. Jakie są Pana plany literackie na najbliższą przyszłość? Czy pracuje Pan już nad nową powieścią?

Janusz Koryl: Nie pracuję, ale męczy mnie od pewnego czasu pewien pomysł. Historia, którą chciałbym opisać, ma również charakter kryminalno-sensacyjny. Jak widać, nadal podążam w tym kierunku. Nie potrafię jednak określić, kiedy zabiorę się do roboty. Chciałbym zacząć jeszcze w tym roku, ale literatura jest nieprzewidywalna i bardzo chimeryczna.   

Kraina Czytania: Bardzo serdecznie dziękuję Panu za rozmowę i życzę sukcesów w dalszej pracy literackiej oraz wciąż zwiększającej się liczby życzliwych czytelników.

 

 

Z Januszem Korylem rozmawiała

Agnieszka (Kraina Czytania)

 

 

prawa autorskie zastrzeżone


09:35, krainaczytania , Literat Miesiąca
Link Komentarze (11) »
piątek, 01 lutego 2013

 

ANTONIA MICHAELIS


 

Kraina Czytania: Na wstępie bardzo serdecznie chciałabym podziękować Pani za wyrażenie zgody na udzielenie wywiadu. Jest to dla mnie ogromny zaszczyt gościć Panią na swoim blogu, który prowadzę dla miłośników literatury w Polsce. Pisze Pani książki adresowane do dzieci i młodzieży. Myślę, że to bardzo wymagający czytelnicy. Skąd pomysł, aby tworzyć literaturę właśnie dla tej grupy czytelników?

Antonia Michaelis: Piszę także dla dorosłych, tylko że trudniej mi było te książki wydać. Dopiero teraz coś się ruszyło w tym kierunku…

Dzieci i dorośli są do siebie bardzo podobni. Podział na literaturę dla dzieci, młodzieży czy dorosłych jest ogólnie trudny. Moim zdaniem, dobre książki dla młodych czytelników powinny być w pewnej mierze adresowane także do dorosłych, natomiast dobre książki dla dorosłych powinny im pozwalać na to, aby od czasu do czasu powracać do swojej dziecięcej natury. Nie ma niczego gorszego, niż – jako rodzic – nie mając wyboru, czytać swojemu dziecku coś śmiertelnie nudnego. Staram się wbudowywać w moje książki dla dzieci podwójne dno oraz kilka żartów, które rozumieją z reguły tylko dorośli…

Czy młodzi czytelnicy są bardziej krytyczni? Myślę, że nie. Kto chce narzekać, zawsze znajdzie do tego powód, niezależnie od wieku.

Czy trudniej jest pisać dla dzieci, ponieważ ma się „misję wychowawczą”? Ponieważ książki współkształtują dzieci i młodzież? Być może. Ale ja nie piszę nienagannych pod względem wychowawczym i politycznie poprawnych utworów. Obawiam się, że tego nie potrafię.

Kraina Czytania: W nawiązaniu do poprzedniego pytania, chciałabym zapytać dla kogo, Pani zdaniem, pisze się trudniej: dla dzieci czy dla młodzieży, która zaczyna stawiać pierwsze kroki w dorosłym życiu?

Antonia Michaelis: Nie mam pojęcia. Po prostu siadam i piszę daną historię. Trudności polegają raczej na tym, co – zdaniem wydawnictw – dzieci i młodzież powinny czytać, a czego nie. W przypadku najmłodszych odbiorców, wiele kwestii należy do tematów tabu, natomiast przy młodzieży można odważyć się na więcej… Ja nie piszę tylko dla trzynastolatek albo czterdziestodwuletnich mężczyzn. Ja piszę dla ludzi. Wszyscy, niezależnie od wieku, i tak się od siebie różnimy.

Kraina Czytania: Czy od dziecka marzyła Pani o tworzeniu literatury? Bo przecież studiowała Pani medycynę, która z literaturą ma raczej niewiele wspólnego. Chyba że w kontekście naukowym.

Antonia Michaelis: Zaczęłam pisać już w wieku pięciu lat (szczerze mówiąc, niezbyt dobrze). Medycynę studiowałam dlatego, bo chciałam wyjechać za granicę i tam podjąć pracę. Jakoś nigdy do tego nie doszło. Wprawdzie często podróżowałam i pracowałam w zagranicznych szpitalach, ale w końcu zawsze lądowałam tutaj (blisko polskiej granicy). Po prostu lubię tutejszy krajobraz… i oczywiście kompletnie nie nadawałam się do tego, by pracować jako lekarz. Ukończyłam studia medyczne i od razu przestałam marnować czas na zastanawianie się nad tym, by pozostać w zawodzie.

Kraina Czytania: Czytając Pani biografię dowiedziałam się, że przez pewien czas mieszkała Pani w Indiach. Czy pobyt w tak egzotycznym kraju wpłynął w jakiś sposób na powstanie przepięknej baśni pod tytułem „Tygrysi księżyc”?

Antonia Michaelis: Jasne. Przez cały czas rozmawiałam tam z białymi niedźwiedziami. Na szczęście przeżyłam wszystkie moje podróże po Indiach i ani razu nie musiałam inkarnować.

Kraina Czytania: Zauważyłam też, że lubi Pani podróżować. W jaki sposób zwiedzanie świata wpływa na Pani twórczość?

Antonia Michaelis: Podróżowanie ma na moją twórczość taki wpływ, że niektóre z książek piszę dwa razy: pierwszy raz ręcznie, bo właśnie wędruję po Himalajach albo jestem gdzieś indziej, a potem przepisuję wszystko na komputer, dla wydawnictw oczywiście.

Kraina Czytania: W Polsce jak do tej pory ukazało się pięć Pani książek, z których każda na swój własny sposób wywarła wrażenie na czytelnikach. Mam tutaj na myśli takie książki, jak: „Tygrysi księżyc”, „U nas w Ammerlo”, „Lato w Ammerlo”, „Mikołajowe historie” i „Baśniarz”. Ta ostatnia stała się swego rodzaju fenomenem…

Antonia Michaelis: Nie. „Mikołajowe historie” ukazały się po polsku? Naprawdę? Zabawne. To nie jest książka, tylko raczej zamówiony przez pewne wydawnictwo zbiór absolutnie krótkich i kompletnie nudnych historyjek, stworzonych po to, aby męczyć małe dzieci, które popełniły poważny błąd, decydując się nauczyć czytać…

Kraina Czytania: Czy pomysł na napisanie tak wyjątkowej książki, jaką jest „Baśniarz”, dojrzewał w Pani od lat, czy może jest on kwestią przypadku i podeszła Pani do tej powieści spontanicznie?

Antonia Michaelis: Pomysł ten już od dawna krążył w mojej głowie, ale był… yyy… bardzo mglisty. Potem przez rok nad nim rozmyślałam, aż w końcu zaczęłam pisać. Czy „Baśniarz” jest tak niezwykły? Właściwie to nie. Ta historia tylko NIEZWYKLE I ZUPEŁNIE PRZYPADKOWO przypadła do aktualnego gustu dużej ilości czytelników. I to jest trochę niepokojące.

Kraina Czytania: W „Baśniarzu” porusza Pani problem trudnego dojrzewania. Czy nie obawiała się Pani, że właśnie tak dramatyczne przedstawienie wieku dorastania sprawi, że książka będzie poddawana fali krytyki?

Antonia Michaelis: Ja nie tylko się tego obawiałam, ale to WIEDZIAŁAM. W Internecie, w Niemczech i Ameryce aż roi się od pełnych nienawiści komentarzy. Zasadniczo dorośli pragną chronić młodzież przed moimi książkami. Jednak, co ciekawe, (większość) młodych ludzi wcale nie chce ratunku. Nie zależy mi na tym, aby młodzież podzielała moje przekonania w każdej kwestii, ale żeby sama myślała i miała swoje zdanie. I właściwie to potrafi, tylko dorośli często o tym nie wiedzą.

Oczywiście w „Baśniarzu” nie chodzi tylko o dorastanie lecz o wiele więcej… ale teraz nie będę tego wyjaśniać, bo po to napisałam książkę.

Kraina Czytania: Wiele osób zalicza „Baśniarza” do literatury fantasy. Mnie się wydaje, że to bardziej powieść obyczajowa. Może nawet w pewnym stopniu kryminał? Skąd, Pani zdaniem, takie przekonanie? Czyżby ze względu na baśń, którą Abel opowiada?

Antonia Michaelis: Fantasy? Naprawdę? W takim razie „Baśniarz” musi być w Polsce odbierany w jakiś szczególny sposób, bo to jest jedyna kategoria, do której z całą pewnością się NIE zalicza. Może to z powodu baśni, ale – nie mam pojęcia. Prawdę mówiąc, jestem tym zaskoczona. Czy fantasy to nie raczej smoki i inne światy, które trzeba przed smokami albo przy ich pomocy ratować? W Niemczech „Baśniarz” na przemian zaliczany jest do kategorii: thriller, historia miłosna oraz – przede wszystkim – dramat społeczny.

Kryminałem (według niemieckiej klasyfikacji) nie jest, gdyż jednym z bohaterów musiałby być detektyw, albo ktoś w tym rodzaju.

Kraina Czytania: Jest Pani młodą i utalentowaną pisarką, przed którą kariera literacka stoi otworem. Dlatego zapytam, czy nie myśli Pani napisać powieści adresowanej tylko i wyłącznie do osób dorosłych? A może taka powieść już powstała?

Antonia Michaelis: Czy jestem utalentowana, tego nie wiem. Raczej sądzę, że po prostu nic innego nie potrafię. W robieniu na drutach jestem kompletną nogą, a kiedy śpiewam, wszyscy uciekają… Czyli pozostaje mi pisanie, jako jedyna forma wyrazu artystycznego…

W marcu, nakładem wydawnictwa Knaur ukaże się książka „Paradies für alle” (Raj dla wszystkich – w wolnym tłumaczeniu – przyp. tłum.). Poza tym w pewnym maleńkim wydawnictwie wydałam: „Der letzte Regen” (Ostatni deszcz – w wolnym tłumaczeniu – przyp. tłum.), to też jest utwór skierowany do dorosłych. Moja nowa książka wydana w wydawnictwie Oetinger pod tytułem: „Solange die Nachtigal singt” (Dopóki śpiewa słowik – w wolnym tłumaczeniu – przyp. tłum.) jest także adresowana raczej do dorosłych czytelników. W każdym razie, tak piszą o niej (prawie) wszyscy Internauci.

Kraina Czytania: Którą z książek darzy Pani największą sympatią i dlaczego, a nad którą pracowało się Pani najtrudniej?

Antonia Michaelis: Lubię wszystkie moje książki, ponieważ (mam nadzieję) każda jest inna. Jeśli teraz wymieniłabym jakiś tytuł, reszta by się obraziła, na pewno. Czasem mam lekkie pióro, innym razem praca idzie jak po gruzie. Pisanie jest łatwe, korygowanie okropne. Natomiast skracanie (co zawsze muszę robić) jest koszmarne.

Kraina Czytania: Czy oprócz tworzenia literatury ma Pani jeszcze inne pasje, którym oddaje się Pani w wolnych chwilach?

Antonia Michaelis: Spanie i jedzenie. Poza tym pracuję. Urządzam także występy teatralne z udziałem dzieci i dorosłych, udzielam dodatkowych lekcji dla dzieci z rodzin w trudnej sytuacji życiowej w mojej miejscowości, wychowuję dwójkę własnych dzieci (w wieku półtora roku i czterech lat), biorę udział w spotkaniach autorskich w szkołach i księgarniach…

Kraina Czytania: Myślę, że polscy Czytelnicy bardzo chętnie spotkaliby się z Panią w Polsce, szczególnie teraz, kiedy po sukcesie „Baśniarza” jest Pani jedną z bardziej znanych światowych pisarek tworzących dla dzieci i młodzieży. Czy gdyby otrzymała Pani zaproszenie przyjazdu do Polski, skorzystałaby Pani z niego?

Antonia Michaelis: Jasne. Tak przy okazji wspomnę, że moja najlepsza przyjaciółka z czasów szkolnych była Polką. To znaczy, nadal jest Polką. Niestety nigdy mnie nie nauczyła swojego języka, a ja, wstyd się przyznać, znam tylko dwa słowa po polsku. Może polscy Czytelnicy nauczą mnie więcej?

Na przykład Kurzwarenhändler (niem. sprzedawca pasmanterii, w domyśle: handlarz narkotyków; odnośnik do książki „Baśniarz”, w której główny bohater właśnie tym się zajmuje – przyp. tłum.). To byłoby słowo, od którego można by zacząć naukę języka polskiego.

Kraina Czytania: Serdecznie dziękuję za rozmowę i z niecierpliwością będę czekać na kolejne Pani książki, które, mam nadzieję, będą sukcesywnie pojawiać się na polskim rynku wydawniczym.

 

Pytania do wywiadu przygotowała: Agnieszka (Kraina Czytania)
Przekład z języka niemieckiego: Renata Ożóg (tłumaczka „Baśniarza”)

 

 

Za pomoc w przeprowadzeniu wywiadu z Antonią Michaelis serdecznie dziękuję Wydawnictwu Dreams.

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



09:12, krainaczytania , Literat Miesiąca
Link Komentarze (16) »
wtorek, 01 stycznia 2013

 

LIDIA MIŚ-NOWAK

 

 

Kraina Czytania: Witam Panią serdecznie na moim blogu i dziękuję za przyjęcie zaproszenia w ramach cyklu „Literat Miesiąca”. Jest Pani pisarką, która specjalizuje się w tworzeniu literatury dla dzieci i młodzieży. Co skłoniło Panią do ukierunkowania swoich umiejętności literackich właśnie na tę grupę Czytelników?

Lidia Miś-Nowak: Witam noworocznie. Tak, piszę przede wszystkim dla dzieci. W zasadzie popełniłam kilka książek dla dorosłych, dwie z nich obecnie przerabiam na scenariusz filmowy, ale jeszcze ich nie wydałam. Dla młodych Czytelników pisze mi się łatwiej, pewnie dlatego, że sama nadal czuję się małą dziewczynką. Poza tym pisałam od dziecka. Miałam bodajże osiem lat, gdy po raz pierwszy usiadłam za biurkiem z zamiarem napisania książki. Inspirują mnie też moje córki (Julia 14 i Brygida 17 lat). To przed nimi zaczęłam roztaczać baśniowe wizje, które później przypadły do gustu szerszemu gronu Czytelników.

Kraina Czytania: Pani debiut literacki miał miejsce w 2004 roku, kiedy to ukazała się baśń dla dzieci pod tytułem „Odwiedzając czarownice”. Rok później została ona uznana jako najlepszy Debiut Prozatorski Podkarpacia, natomiast w 2012 roku baśń adaptowano na sztukę teatralną. Nadmienię jeszcze, że książka niedawno trafiła również na włoski rynek wydawniczy. Czy kiedy tworzyła Pani tę opowieść myślała Pani o tym, że ta książka odniesie tak wielki sukces?

Lidia Miś-Nowak: Muszę sprostować jedną informację, którą Internauci opatrznie zrozumieli. Mianowicie dotyczącą wejścia książki „Odwiedzając czarownice” na włoski rynek wydawniczy. Otóż trzecie wydanie książki miało swoją premierę na Targach Książki Dziecięcej i Młodzieżowej w Bolonii we Włoszech. To była premiera polskiej wersji językowej na stoisku Wydawnictwa Dreams. Nie oznacza to, że książka doczekała się przekładu. Ale rzeczywiście, dzieje się z nią wiele dobrego… Czasami wydaje mi się, że jest zaczarowana, że emanuje czymś niezwykłym. „Bo wszystko tu było tajemnicze i zaczarowane. Od tego czaru zaczarowała się nawet ta baśń. Ta, którą właśnie czytasz…”. Książka nie miała kampanii reklamowej; w jej przypadku działają jakieś inne siły, które nie do końca rozumiem, ale też nie staram się ich pojąć. Cieszy mnie, że po prostu działają. Pewnego dnia dzwoni telefon i dowiaduję się, że dyrektor teatru chce adaptować ją na sztukę. Innym razem otrzymuję informację, że książka uczestniczy w ogólnopolskiej grze miejskiej „5 minut dla książki”. Następnie kontaktuje się ze mną dziennikarz Polskiego Radia programu pierwszego, informując mnie, że chcą ją czytać na antenie. Teraz ubiega się o nią angielski rynek wydawniczy dla Polonii. Maciej Zakościelny z fundacji im. Kaliny Jędrusik „Kalinowe serce” pragnie zorganizować spotkanie autorskie. To miłe, widzieć jak moje „dziecko” ewoluuje. To cieszy.

Kraina Czytania: Mam wrażenie, że prawdziwym hitem w dziedzinie literatury dziecięcej stały się „Opowieści Biblijne dziadzia Józefa”. Ta pozycja wciąż cieszy się ogromną popularnością wśród najmłodszych Czytelników, a także jest doceniana nie tylko przez jury na wszelkiego rodzaju imprezach związanych z literaturą, ale także przez Internautów. Co takiego, Pani zdaniem jako autorki, jest tak wyjątkowego w tych opowieściach, że tak wiele osób je docenia?

Lidia Miś-Nowak: Może to, że jest autobiograficzna? Pewnie Pani zapyta jakim cudem, przecież to opowieści biblijne?! Otóż wspominam w niej całe swoje dzieciństwo. Przede wszystkim mojego dziadka Józefa, który raczył nas, dzieci, pięknymi opisami z Biblii. Na każdy temat, na każdą okazję i psotę, na to wszystko co przydarzało się w naszym dziecięcym życiu, odnajdywał biblijną analogię. Mawiał: „Podobne zdarzenie miało miejsce w Biblii” i snuł opowieść. Tłumaczył nam niezrozumiałe opisy, a my zadawaliśmy mu całą masę pytań. „Jak to jest, kiedy nie ma niczego?” – no bo jak dziecięcy umysł ma pojąć obraz stworzenia świata? To pewnie przez prosty język, jakim operuję, książka podoba się Czytelnikom. A może ciekawi ich, jaka byłam będąc dzieckiem?

Kraina Czytania: Jest Pani również autorką książki pod tytułem „Serce lasu”. Jest to zbiór sześciu baśniowych ksiąg, z których każda opisuje losy poszczególnych grup istot zamieszkujących las. Dlaczego akurat las stał się w tym przypadku centralnym miejscem akcji?

Lidia Miś-Nowak: Uwielbiam przyrodę i stare kultury. Tę książkę oparłam na obrządkach Słowian. Znajdują się tu kult przyrody, Elfy, Trolle, Krasnale, Smoki i oczywiście Zielarka. Są też jednorożce oraz bogini lasu. Z wykształcenia jestem technikiem ogrodnikiem, mój tato pielęgnował ponad dziesięciohektarowy sad, który pokochałam od pierwszego wejrzenia, a który później przejęłam. Rosły w nim jabłka, wiśnie, śliwy, grusze. Jesienią snuły się mgły, a zimą drzewa zasypiały pod grubą pierzyną śniegu. Poza tym często wybieraliśmy się całą rodziną do lasu na grzyby. Wszyscy mieli nosy skierowane ku ziemi, a tymczasem ja dawałam upust swojej wyobraźni. Na przykład wyobrażałam sobie małego trolla, który wychyla się zza drzewa i łypie na mnie jednym okiem. Brałam ze sobą notesik i długopis, siadałam na omszałym pieńku i pisałam. Kiedyś przy takim pniu dostrzegałam jamę, a tuż przed nią rósł fioletowy grzyb. Bajecznie!

Kraina Czytania: Czy myślała Pani kiedyś, aby któregoś dnia napisać powieść adresowaną do dorosłych Czytelników? Jeśli tak, to czego ewentualnie mogłaby ona dotyczyć i jaki problem poruszać?

Lidia Miś-Nowak: Tak, mam kilka napisanych, kilka w trakcie pisania i kilka w planach. Jedna z nich przyśniła mi się od początku do końca – to thriller pod tytułem „Kuracja S.N.U.” Inna „Męski punkt widzenia” to komedia, farsa na życie małżeńskie. Główną bohaterką jest farmaceutka, Magda, która słyszy myśli swojego męża. Na ten pomysł wpadłam ponad dziesięć lat temu i zaraz go opisałam. Ciekawa byłam, co też krąży po głowie mojemu mężowi. Co w ogóle myśli żonaty facet na temat swojej żony, jej koleżanek, czy innych kobiet. Och, nie uwierzę, że któraś kobieta się nad tym nie zastanawiała. Tak więc, książka leży w szufladzie od dziesięciu lat. Ostatnio wyjęłam ją i zaczęłam przerabiać na scenariusz do filmu. Ta koncepcja była tematem mojej pracy w Krakowskiej Szkole Komunikacji Audiowizualnej, gdzie zdobywałam wiedzę z zakresu Scenariuszy Filmowych. Ostatnio wróciłam do mojej pierwszej powieści, która powstała jeszcze przed czarownicami i męskim punktem, pod tytułem „Córka driady – Klara”. Bardzo chciałabym ją wydać jako pierwszą.

Kraina Czytania: Oprócz tworzenia literatury, prowadzi Pani także własne wydawnictwo o wiele mówiącej nazwie „Dreams”. Czy pomysł założenia własnego wydawnictwa ma swoje źródło w Pani miłości do literatury, czy może nagle stwierdziła Pani, że Podkarpacie potrzebuje właśnie takiego wydawnictwa, które zajmowałoby się publikacją beletrystyki?

Lidia Miś-Nowak: To moje marzenie. Od dzieciństwa pragnęłam pisać i kochałam książki. Mój sad nie nadaje się już do uprawy, jest zbyt stary, a ja musiałam znaleźć nowy sposób na życie. Nie wahałam się ani minuty. Część ziemi sprzedałam pod dojazdowe drogi i wszystkie środki zainwestowałam w wydawnictwo. W ten sposób spełniłam swoje najskrytsze marzenie. Wiedziałam jakie książki chcę wydawać, świadoma też byłam tego, że to ciężki czas dla wydawnictw. Trudno wprowadzić na rynek nową firmę, czy nowy produkt, jeśli wszystkiego mamy w nadmiarze. W styczniu będziemy obchodzić trzecie urodziny. Wiele już mamy za sobą, ale jeszcze dużo przed nami. Wciąż marzę że podołamy, że się uda!

Kraina Czytania: W ofercie Wydawnictwa można znaleźć nie tylko pozycje przeznaczone dla młodych Czytelników, ale także książki skierowane do osób dorosłych, czego przykładem są thrillery autorstwa podkarpackiego pisarza, Janusza Koryla. Czy można przez to rozumieć, że Wydawnictwo Dreams będzie w przyszłości również skupiać się na tego typu powieściach?

Lidia Miś-Nowak: Tak. Thrillery to mój ulubiony gatunek, jeśli chodzi o literaturę dla dorosłych. Poza tym, jako wydawnictwo będziemy uczestniczyć w ekranizacjach naszych książek. Chcę mieć wpływ na scenariusz, a jedną z książek Pana Janusza Koryla jest zainteresowany producent filmowy. Osobiście redagowałam powieści Pana Janusza właśnie pod tym kątem.

Kraina Czytania: Wróćmy jednak do literatury dziecięcej i młodzieżowej. W ofercie Pani wydawnictwa dominują powieści fantasy. Czy ten fakt ma związek z Pani osobistą fascynacją tym gatunkiem literackim, czy może jest to zwykły przypadek?

Lidia Miś-Nowak: Ma to związek z nurtem wydawniczym. A nurt określa nazwa Dreams. Wydajemy głównie powieści, w których świat realny przeplata się ze światem fantastycznym, nierzeczywistym. Nie publikujemy typowego fantasy, gdzie bohater wyrósł w swoim nierealnym świecie i w nim pozostaje. Nasi bohaterowie wywodzą się z naszego świata, lecz pod wpływem pewnych nieoczekiwanych wydarzeń zostają przeniesieni do światów innych, równoległych, bądź w czasie. W styczniu planujemy premierę powieści, która rzeczywiście w stu procentach zalicza się do fantasy „Tam, gdzie śpiewają drzewa” Laury Gallego. Książka w Hiszpanii w pierwszym roku sprzedała się w nakładzie ponad osiemdziesięciu tysięcy egzemplarzy! Ale tak naprawdę to tytuł przykuł moją uwagę i skłonił do zakupu praw. Dopiero później dotarły do nas dane sprzedażowe.

Kraina Czytania: Wydawnictwo Dreams nie koncentruje się jedynie na utworach polskich autorów. Coraz częściej w ofercie pojawiają się powieści wychodzące spod pióra pisarzy obcych, jak na przykład Antonii Michaelis, Isabell Pfeiffer, Asi Greenhorn czy Mirjam Mous. Czy proces wprowadzenia na polski rynek wydawniczy utworów zagranicznych autorów jest trudny, czy może nie ma z tym większego problemu, skoro tak wiele wydawnictw decyduje się na tego rodzaju krok?

Lidia Miś-Nowak: Trudny nie jest, lecz ryzykowny. Nie jest tani i pociąga za sobą wiele działań. Nie tylko trzeba być dokładnie zorientowanym, co gdzie jest hitem i czy to tylko hit na dany kraj, czy ma szansę stać się bestsellerem światowym. A może już jest takim bestsellerem? Wówczas trzeba szybko reagować, by konkurencja nas nie uprzedziła. Książkę należy zrecenzować zanim podpisze się umowy, omówić z recenzentem, wykluczając jego subiektywne odczucia i ustalić, czy jest zgodna z nurtem wydawnictwa. Kolejne kroki to przetłumaczenie, zakup ilustracji, okładki. Potem trzeba zaplanować marketing i złożyć książkę do druku. W przypadku powieści „Boy 7” Mirjam Mous wiedzieliśmy, że planowana jest ekranizacja. Natomiast „Baśniarz” Antonii Michaelis przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Nie sądziłam, że aż tak poruszy serca Czytelników, gdyż dotyka trudnych tematów. Ja po przeczytaniu „Baśniarza” zaniemówiłam. Nie potrafiłam wypowiadać się na jej temat. Zapytana przez dyrektora ds. sprzedaży w największej polskiej firmie dystrybuującej książki o czym jest ta powieść, odpowiedziałam: „Nie umiem panu tego wyjaśnić… ale…” „…ale to będzie bestseller” – chciałam dodać lecz słowa uwięzły mi w gardle. Pamiętam, że inna pani ds. sprzedaży wzięła ją do ręki i oznajmiła: „W takim razie będę ją musiała przeczytać osobiście”. Później czekałam z zapartym tchem, co napiszą o niej inni. Jakie zdobędzie recenzje.

 

 

Kraina Czytania: Obserwując Pani wydawnictwo można odnieść wrażenie, że rozwija się ono bardzo dynamicznie. Wystarczy spojrzeć na katalog lektur, jakie macie do zaoferowania Czytelnikom. Czy, w związku z tym, nie planuje Pani rozszerzyć tej oferty jeszcze bardziej, na przykład o powieści z gatunku literatury kobiecej albo historycznej?

Lidia Miś-Nowak: To zależy jaka to będzie książka. Jeśli mowa o literaturze kobiecej musi się ona zgrać z naszym nurtem. Nie każdą książkę dla kobiet przyjmiemy, choć mamy takie plany, aby i ten gatunek literacki wydawać. Jednak jak dotąd nie znaleźliśmy nic, co byłoby zgodne z naszym profilem. Pewnie pierwszym takim tytułem będzie mój „Męski punkt widzenia”. Ale szukamy też wśród bestsellerów światowych.

Kraina Czytania: Gdzieś przeczytałam, że udzielała się Pani charytatywnie, biorąc aktywny udział w ogólnopolskiej akcji „Cała Polska Czyta Dzieciom”. Akcję promowała Pani na spotkaniach autorskich, a także odwiedzając placówki opiekuńczo-wychowawcze oraz spotykając się z chorymi dziećmi w szpitalach. Jakie pozytywne aspekty tego typu działalności może dziś Pani wymienić?

Lidia Miś-Nowak: Angażuję się w takie działania od 2005 roku jako autorka. Również jako Wydawnictwo Dreams byliśmy organizatorem ogólnopolskiej akcji „5 minut dla książki” w Rzeszowie. Akcja ma na celu zwrócenie uwagi na czytelnictwo. Wiosną propagowaliśmy wyjście bibliotekarzy na ulice, zachęcając do czytania Czytamy pod chmurką w myśl hasła „czytać można wszędzie i o każdej porze”. Czytelnictwo z roku na rok spada. Statystyki są przerażające, więc jeśli tylko pozwala nam na to czas, chętnie bierzemy udział w takich imprezach.

Kraina Czytania: Jako autorka i wydawca jest Pani niezwykle aktywną osobą. Jest Pani obecna praktycznie na każdych Targach Książki organizowanych w Polsce, a także wyjeżdża Pani za granicę, aby promować literaturę. Czy sądzi Pani, że to właśnie promocja i reklama są tymi elementami, które zachęcają Czytelników do sięgnięcia po daną książkę? Bo przecież patrząc na ten problem z drugiej strony, osoba kochająca literaturę chyba nie musi być wciąż zasypywana reklamami w celu zachęcenia jej do czytania?

Lidia Miś-Nowak: I tak, i nie. Ale jeśli ktoś tak kocha książki, jak ja, czy Pani, to chyba lubi wiedzieć co nowego w trawie piszczy. Czytelnicy chętnie spotkają się ze swoimi ulubionymi pisarzami na Targach Książki i wybiorą się na spotkanie autorskie, aby dowiedzieć się jak powstała ich ostatnia powieść. Działania promocyjne są wpisane w ich zakres działań. Studiowałam psychologię reklamy na wydziale ekonomicznym, mam wiedzę jak promować swoich autorów i chętnie z tej wiedzy korzystam. Staram się jednak nikomu niczego nie narzucać, gdyż przynosi to odwrotny efekt. Zachęcamy, informujemy, sprzyjamy takim spotkaniom, ale nic na siłę.

Kraina Czytania: Stoimy u progu Nowego Roku. Tak więc chciałabym Panią zapytać jakie plany i postanowienia poczyniła Pani zarówno jako autorka, jak i wydawca? Jakie niespodzianki szykuje Pani dla swoich Czytelników w kolejnym roku Pani działalności twórczej i wydawniczej?

Lidia Miś-Nowak: Jeśli chodzi o plany wydawnicze, to zwiększamy publikację książek czterokrotnie. Mamy też zamiar wybudować nową siedzibę wraz z magazynami, bo już nie mieścimy się w obecnej. Pozostaje mi tylko życzyć sobie ciut więcej czasu. Mogłabym popracować nad swoimi powieściami i kilka z nich wydać, bo o tym marzyłam od dziecka. Wszystkie książki jakie wydajemy są przeze mnie czytane i podpisuję się pod nimi obiema rękami. Będą kontynuacje serii komediowych dla dzieci „Coolman i ja” i „Rodzina Pompadauz”, „Mumia Dummie” i ekranizowana w Niemczech „Yoko” o białym puchatym stworku Yeti. Dla młodzieży niebawem ukaże się nowa powieść Mirjam Mous pod tytułem „Password”, kontynuacja „Winter” Asi Greenhorn pod tytułem „Silver”. Pojawią się też nowe serie jak: Denazen, pierwsza część pod tytułem „Dotyk” oraz „Szept morza” inaugurująca nowy cykl. Planujemy wydać kolejną powieść autorki „Baśniarza” Antonii Michaelis, ale dopóki nie zamkniemy kontraktu, nie zdradzę tytułu. W każdym razie będzie się dużo działo, może też uda nam się zaprosić do Polski kilku znamienitych autorów oraz Państwa na spotkanie z nimi na Targach Książki.

Kraina Czytania: Pani Lidio, bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę i w imieniu swoim oraz Czytelników Krainy Czytania życzę Pani w Nowym Roku spełnienia wszystkich marzeń zarówno tych zawodowych, jak również osobistych i z ogromną niecierpliwością będę wypatrywać kolejnych powieści wypuszczanych przez Pani wydawnictwo. Powieści na miarę „Baśniarza”, bo wierzę, że takowe na pewno się pojawią.

Lidia Miś-Nowak: Dziękuję bardzo. Ja również pragnę złożyć najlepsze życzenia noworoczne Pani i wszystkim tym, którzy kochają książki oraz tym, którzy nie wiedzą, że je kochają i dopiero je pokochają. Cudownych, baśniowych dni w Nowym 2013 Roku. A jeśli zdarzyłyby się takie trochę gorsze, wówczas życzę oderwania się od szarości dnia i zatopienia w dobrej lekturze. Spełnienia najskrytszych marzeń!

 

Z Lidią Miś-Nowak rozmawiała

Agnieszka (Kraina Czytania)

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



12:33, krainaczytania , Literat Miesiąca
Link Komentarze (18) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
Blog istnieje od 13 kwietnia 2011 roku
Cykle Literackie
My thoughts about books and literature
Pomóżmy Ewie powrócić do normalnego życia - Akcja: BLOGI DAJĄ NOGI
Proszę nie kopiować tekstu bez mojej zgody (ustawa z dn. 4 lutego 1994r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
Troszkę z innej bajki
Tutaj często zaglądam
Ulubione Blogi Książkowe
Wszelkie komentarze, które swoją treścią będą obrażać osobę autorki bloga lub innych czytelników, a także autorów książek, zostaną natychmiast usunięte.
Wydawnictwa i Księgarnie
Wywiad ze mną na blogu Książki Zbójeckie


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?