Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński

Przeczytane w 2013 roku

czwartek, 09 maja 2013

 

Nora Roberts

 

      Port macierzysty

 

 

 

 

Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
Katowice 2007
Tytuł oryginału: Homeport
Przekład: Bożena Krzyżanowska

 

 

 

Jest koniec XV wieku. Hieronim Savonarola vel Girolamo Savonarola (1452-1498) – florencki reformator religijno-polityczny – wygłasza we Florencji kazania, w których jawnie potępia luksus i sztukę pogańską. We Florencji panuje ród Medyceuszy, a na jego czele stoi niekompetentny Piero di Lorenzo (1471-1503), który w 1494 roku zostaje wygnany przez francuskiego króla – Karola VIII. Epoka renesansu wychodzi już z okresu wczesnej chwały. Wtedy też architekt o nazwisku Brunelleschi, a także rzeźbiarz Donatello i malarz Masaccio dokonują rewolucji zarówno koncepcji, jak i funkcji sztuki. Tak więc wielkimi krokami zbliża się wiek XVI, kiedy to pojawi się kolejne pokolenie nonkonformistów poszukujących oryginalności. Wśród nich znajdą się: Leonardo da Vinci, Michał Anioł oraz Rafael.

Mijają wieki i oto pewien florencki hydraulik w piwnicy jakiegoś domu odnajduje przepiękną statuetkę wykonaną z brązu. Rzeźba swoim wyglądem wyraźnie szydzi z prezentowanych przez Savonarolę poglądów. Robotnik natychmiast oddaje statuetkę do laboratorium, aby tam stwierdzono jej pochodzenie, ustalono autora, a co najważniejsze, potwierdzono jej autentyczność. Takim oto sposobem brąz z Fiesole (prowincja Florencji) trafia do laboratorium Elizabeth Standford-Jones. Kobieta od wielu lat mieszka we Włoszech i choć formalnie nie żyje z mężem, to jednak od czasu do czasu utrzymuje z nim kontakt ze względu na wspólne interesy. Jej włoska firma stoi na bardzo wysokim poziomie. Z jej usług korzysta nawet Rząd. Nie dziwi więc fakt, że brąz z Fiesole to sprawa priorytetowa i należy jak najszybciej zwołać najlepszych specjalistów, którzy pracują dla Standjo. Jednym z takich właśnie pracowników jest Miranda Jones, prywatnie córka Elizabeth. Miranda jest wybitnym specjalistą w dziedzinie historii sztuki i tylko dlatego matka ją zatrudnia. Elizabeth nie przyjmuje żadnej odmowy. Pomimo że doktor Jones mieszka w Stanach Zjednoczonych i nie jest jej łatwo stawić się natychmiast na rozkaz matki we Florencji, robi to najszybciej jak potrafi. Niemniej czyni to z nieznacznym opóźnieniem, ponieważ tuż przed wylotem zostaje napadnięta przed swoim domem przez nieznanego zamaskowanego mężczyznę. Chyba nie trzeba wspominać, ile strachu ta napaść jej napędza, zważywszy że Miranda panicznie boi się noży, a napastnik niestety takim narzędziem dysponuje. Kiedy doktor Jones jest już na miejscu, natychmiast zabiera się do pracy. Statuetkę chrzci mianem: Czarna Dama.

Bardzo szybko okazuje się, że brąz z Fiesole jest autentyczny i najprawdopodobniej wykonany przez samego Michała Anioła. Miranda jest niesamowicie dumna ze swego odkrycia, jednak niemal od razu przekonuje się, że jest ktoś, kto bardzo chce jej zaszkodzić. Informacje o prowadzonych przez nią badaniach powinny być ściśle tajne, aż tu nagle zostają przekazane do mediów. We Włoszech robi się spore zamieszanie, a bezwzględna Elizabeth Standford-Jones za wszystko obwinia Bogu ducha winą Mirandę. Kroki jakie podejmuje w tej sprawie są błyskawiczne. Córka zostaje bezzwłocznie odesłana do Ameryki. Elizabeth nie przyjmuje z jej strony żadnych tłumaczeń i żąda natychmiastowego urlopu. Jakby tego było mało, badania prowadzone w innym laboratorium potwierdzają jednoznacznie pomyłkę Mirandy. Szokująca informacja również przedostaje się do mediów, co sprawia, że reputacja naukowa kobiety lega w gruzach.

Miranda jest załamana. Któż by nie był, skoro jest przekonany o własnej niewinności? Przecież ma pewność, że statuetka jest prawdziwa i pochodzi z epoki renesansu! W takim razie, kto chce zaszkodzić młodej pani doktor? I cóż takiego kryje się za ową Czarną Damą, że tyle wokół niej szumu?

Tak więc Mirandzie nie pozostaje nic innego, jak tylko wrócić do Maine i tam lizać rany. Tymczasem w Instytucie, który prowadzi wspólnie z bratem zjawia się zupełnie nieoczekiwanie niejaki Ryan Boldari. To nieziemsko przystojny pół-Włoch, pół-Irlandczyk, który jest właścicielem słynnych w całej Ameryce Galerii Boldariego. Mężczyzna oprócz tego, że robi na Mirandzie piorunujące wrażenie, chce też nawiązać współpracę, proponując wymianę niektórych dzieł sztuki. Niemalże w tym samym czasie z Instytutu ginie statuetka z brązu przedstawiająca Dawida, natomiast Miranda zaczyna dostawać listy z pogróżkami, a wręcz groźbami utraty życia. Czy te dwie sprawy coś ze sobą łączy? Czy za Czarną Damą i Dawidem stoi ta sama osoba? Tego właśnie Miranda będzie próbować się dowiedzieć. O tym, co też takiego odkryje, dowiecie się już z powieści.

Nora Roberts nie byłaby sobą, gdyby znów nie postawiła na miłość, która oczywiście zanim znajdzie spełnienie, musi przejść przez wiele krętych dróg i niebezpieczeństw. Główni bohaterowie muszą walczyć z własnymi uczuciami, muszą też wiele przemyśleć, zanim podejmą właściwą decyzję. Ale nade wszystko przed rozpoczęciem nowego etapu w swoim życiu powinni najpierw uporać się z przeszłością, która wciąż kładzie się cieniem na ich obecnym postępowaniu. Aby móc zbudować coś wartościowego i trwałego, nie da się stale żyć tym, na co już nie mają wpływu.

W tej książce oprócz romansu, jest również dość zawiły wątek kryminalny. Praktycznie do samego końca nie wiadomo, kto tak bardzo nienawidzi Mirandy Jones, że pragnie się jej pozbyć, po drodze uśmiercając też innych. Najważniejsze jednak, że kobieta nie jest w tym wszystkim sama. Lecz z drugiej strony jej „pomocnik” jest człowiekiem dość specyficznym, aby można było mu bezgranicznie zaufać.

Nora Roberts poruszyła w tej powieści bardzo istotny problem, jakim jest uzależnienie od alkoholu. Spotykamy tutaj bohatera, który totalnie nie radzi sobie z życiem i jedyne, co robi, to topi własne smutki w alkoholu. Autorka postać tę prowadzi w taki sposób, że czytelnik może stopniowo obserwować jego wewnętrzną przemianę. Pokazuje też, co tak naprawdę jest w życiu ważne i co może sprawić, że człowiek jest w stanie podźwignąć się nawet z najgorszego dołka.

W powieści spotkamy także poważne konflikty rodzinne i tajemnice, które stanowią ich przyczyny. Czasami ludzie przez wiele lat nie zdają sobie sprawy z tego, dlaczego ktoś im bliski zachowuje się tak a nie inaczej. Dopiero jedna chwila najwyższych emocji może odkryć przed nimi tę tajemnicę. Tak właśnie dzieje się w przypadku Mirandy Jones.

W powieści mamy również do czynienia z kwestią przyjaźni, zarówno tej prawdziwej i oddanej, jak i fałszywej i jedynie na pokaz.

Nasza bohaterka przeżywa chwile grozy, załamania, ale też radości i szczęścia. Jej świat, w którym żyła do tej pory zaczyna zmieniać się stopniowo. Miranda odkrywa w sobie uczucia, o których istnieniu jak dotąd nie miała pojęcia. W pewnym momencie uznaje, że praca i kariera zawodowa to nie wszystko, i że jest coś, co może być znacznie ważniejsze niż sława doskonałego badacza i naukowca.

Oprócz powyższego w książce można odnaleźć także fantastyczne opisy Florencji. Oto jeden z nich:

Wschód słońca nad dachami i kopułami Florencji był niezwykle piękny. Zjawisko nie dające się z niczym porównać. Takie samo łagodne światło padało na miasto, kiedy wielcy ludzie projektowali i wznosili okazałe kopuły oraz wspaniałe wieże, a potem wykładali je marmurem pochodzącym z pobliskich wzgórz lub dekorowali wizerunkami świętych i bogów.

Gwiazdy migotały na niebie, które powoli traciło aksamitną czerń i stawało się perłowoszare. Sylwetki wysokich, smukłych pinii porozrzucanych na toskańskich wzgórzach rozmazały się, kiedy światło rozproszyło mrok, a potem zza horyzontu wyłoniło się słońce.

Kiedy wspinało się na nieboskłon, zasnuwając powietrze złocistym blaskiem, miasto było wyjątkowo ciche. Zagrzechotało i zabrzęczało żelazne okratowanie stoiska z gazetami, a jego właściciel ziewnął szeroko, przygotowując się do otwarcia interesu. Zaledwie kilka świateł połyskiwało w oknach. Jedno z nich należało do Mirandy […]*

No cóż… Port macierzysty to książka, która doskonale relaksuje. Pozwala oderwać się od problemów dnia codziennego, choć na chwilę. Czasami każdy z nas potrzebuje takiej odskoczni, a Nora Roberts zapewnia ją doskonale. Dla mnie ta Autorka jest właśnie takim balsamem na trudy życia. Wiem, że bez względu na to, po którą z jej powieści sięgnę, zawsze otrzymam szczęśliwe zakończenie. Znam jej twórczość na tyle dobrze, aby wiedzieć, czego mogę się po niej spodziewać. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek miała przestać czytać jej książki. Jest to raczej niemożliwe. Choć Nora Roberts nie imponuje w kwestii klasycznych romansów, to jednak powieści obyczajowe z wątkiem kryminalnym tworzy na bardzo dobrym poziomie. Tak więc jeżeli potrzebujecie odprężenia przy lekturze, to możecie śmiało sięgnąć po Port macierzysty.

 

 

Moja ocena: 5/6

 



* N. Roberts, Port macierzysty, Wyd. Książnica, Katowice 2007, s. 41.

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



niedziela, 05 maja 2013

 

Victoria Holt

 

     Gniazdo węży

 

 

 

 

 

Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 1996
Tytuł oryginału: Snare of Serpents
Przekład: Michał Madaliński

 

 

 

 

Są tacy pisarze, po których książki sięga się albo z przyzwyczajenia, albo dla zwykłej rozrywki, albo po prostu z sympatii, choć już z góry wiadomo czego można się spodziewać po danej lekturze. Dla mnie jedną z takich autorek jest – nieżyjąca już – Eleanor Alice Burford Hibbert (1906-1993). Pisarka tworzyła pod takimi pseudonimami jak: Eleanor Burford, Jean Plaidy, Elbur Ford, Kathleen Kellow, Ellalice Tate, Anna Percival, Victoria Holt oraz Philippa Carr. Generalnie przyjęło się, iż spod pióra Autorki wychodziły przeważnie powieści historyczne. Za życia Eleanor Alice Burford Hibbert sprzedała sto milionów egzemplarzy swoich książek. Pisarka bardzo mocno upodobała sobie wiek XIX, gdyż akcja wielu jej powieści rozgrywa się właśnie w tym okresie. Jako wzory do naśladowania obrała sobie takie dziewiętnastowieczne sławy, jak: siostry Brontë, Charlesa Dickensa, Victora Hugo, Lwa Tołstoja czy Mary Ann Evans piszącą pod męskim pseudonimem – George Eliot.

Gniazdo węży to powieść, której akcja rozpoczyna się i kończy w Szkocji, a dokładnie w Edynburgu. Jest koniec XIX wieku, a więc czas guwernantek, zakazanych romansów, za które można postradać pracę oraz przestrzegania konwenansów tak charakterystycznych dla wyższych sfer. Jak zapewne wiemy, bardzo często owych konwenansów w tamtym okresie przestrzegano jedynie z pozoru. Natomiast za zamkniętymi drzwiami życie wyglądało już znacznie swobodniej. Najważniejsze, aby nie dostarczać sąsiadom powodu do plotek, zaś młode panny na wydaniu trzymać z dala od skandali, bo jakiż zamożny i elegancki kawaler będzie chciał je potem pojąć za żonę.

Otóż w Edynburgu mieszka Davina Glentyre. Jak każda panna z dobrego domu, ona również posiada swoją guwernantkę, którą jest Lilias Milne. Nauczycielka pochodzi z Anglii. Davina traktuje ją jak przyjaciółkę. Powierza jej wszystkie swoje tajemnice, bo wie, że ta nigdy jej nie zdradzi. Kiedy czytelnik poznaje pannę Glentyre, dziewczyna właśnie traci matkę, która umiera po długiej chorobie. Dla Daviny jest to okropny cios od losu, ale przecież ma tuż obok oddaną guwernantkę, więc stratę matki znosi dość łagodnie. Chyba pogodziła się z tym, że kiedyś przyjdzie jej pożegnać rodzicielkę na zawsze. Wszak tak długo chorowała, że zdążyła się już przyzwyczaić do myśli o rozstaniu. Davina boi się jednak, że owdowiały ojciec będzie chciał teraz pozbawić ją towarzystwa Lilias, bo jest już na tyle dorosła, iż tak naprawdę nie potrzebuje guwernantki. Niemniej bardzo szybko dowiaduje się, że David Glentyre bardziej myśli o sobie i własnym szczęściu, aniżeli o jedynej córce.

Wkrótce po śmierci pani Glentyre, do dworu przyjeżdża kolejna guwernantka – Zillah Grey. Kobieta jest niezwykle piękna i przyciąga spojrzenia mężczyzn niczym magnes. Zapytacie, w takim razie, gdzie podziała się poprzednia? Otóż panna Milne została oskarżona o kradzież kosztownego naszyjnika i w trybie natychmiastowym zwolniona. Davina nie daje wiary oskarżycielskim słowom i postanawia za wszelką cenę dowiedzieć się prawdy i w ten sposób przywrócić przyjaciółce dobre imię.

Tymczasem Zillah Grey zdobywa sympatię nie tylko pana domu, ale też służby. Jej nocne eskapady do sypialni podstarzałego Glentyre’a ostatecznie przynoszą pożądane efekty. Jeszcze przed upływem żałoby panna Grey zmienia nazwisko i zostaje żoną Davida. Wydawać by się mogło, że od tej pory Davina będzie chodzić wściekła i zacznie drzeć koty z macochą. Nic podobnego. Obydwie kobiety zaprzyjaźniają się ze sobą. Wygląda, że po śmierci pani Glentyre i skandalu z poprzednią guwernantką w domu Daviny wszystko powróciło do normy. Nawet mało kto pamięta już o „łóżkowym incydencie” z udziałem pokojówki i stajennego. Jednak los szykuje kolejną niespodziankę. Nagle umiera David Glentyre. Lekarze odnajdują w jego ciele arszenik. Jest to jednoznaczne z tym, że ktoś go zamordował. Kto najbardziej skorzystałby na jego śmierci? Młoda wdowa? A może córka, którą ojciec chciał wydziedziczyć, ponieważ nie akceptował wybranka jej serca?

Jeżeli Davinie Glentyre wydawało się, że to, co najgorsze już za nią, to była w wielkim błędzie. Dopiero teraz zaczyna się prawdziwy koszmar. Jak sobie poradzi? Czy uda jej się kiedyś oczyścić z podejrzeń, aby znów móc swobodnie spojrzeć sąsiadom w oczy? A może już zawsze będzie nosić piętno tej, która zabiła i została wypuszczona z więzienia „z braku dowodów”?

Gniazdo węży to książka, która naprawdę może wciągnąć, choć jest do bólu przewidywalna. Jeśli czytamy ją uważnie i potrafimy łączyć poszczególne fakty, to jeszcze na długo przed zakończeniem wiemy, kto zabił i dlaczego. Jednak zanim do tego dojdzie, dotrzemy wraz z główną bohaterką na plebanię w Lakemere w Anglii, aby stamtąd udać się aż do Południowej Afryki i być świadkiem wojen burskich. Zapytacie, co to takiego te wojny burskie? Otóż, historia pokazuje, że na terenie ówczesnej Południowej Afryki miały miejsce dwa konflikty zbrojne pomiędzy Brytyjczykami a Burami*.

W powieści mamy do czynienia z drugą wojną burską, która odbyła się w latach 1899-1902. Pomimo tego, iż początkowo Burowie odnosili w niej sukcesy, to jednak w ciągu niespełna roku Orania i Transwal zostały zajęte przez Brytyjczyków. Walki partyzanckie trwały nadal przez kolejne dwa lata od tychże sukcesów, ponieważ Burowie otrzymywali wsparcie w uzbrojeniu od pobliskiej Niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej. Ta pomoc sprawiła, że liczyli oni na obiecaną interwencję niemiecką. Podczas wojny Burowie organizowali samodzielne oddziały komandosów, natomiast Brytyjczycy poprzez tworzenie obozów koncentracyjnych tłumili burskie podchody partyzanckie. W obozach tych znajdowała się ludność pochodząca z terenów objętych walkami.

Nasza bohaterka musi odważnie stawiać czoła wszelkiemu niebezpieczeństwu, znajdując się w centrum walk. Lecz jej życie nie jest zagrożone jedynie przez działania wojenne. Tuż obok jest ktoś, kto chce ją wykorzystać do swoich celów i sprawić, że hańby, jaką Davina została okryta w Edynburgu już nigdy nie będzie w stanie z siebie zdjąć. Czy temu człowiekowi uda się doprowadzić swoje plany do końca?

Tak więc o czym tak naprawdę jest ta powieść? Na pewno o niezwykle silnej, młodej kobiecie, pragnącej za wszelką cenę zmyć z siebie brudy, jakie wylał na nią edynburski sąd, a wraz z nim tamtejsze społeczeństwo. Ta książka jest również o prawdziwej kobiecej przyjaźni, o bezgranicznym zaufaniu oraz o miłości, która jest zdolna pokonać nawet największe trudności, aby w końcu zwyciężyć. Jest to także powieść o zdradzie i rozczarowaniu oraz o tym, że to, co złe zawsze zostanie ukarane, a Dobro zatriumfuje.

Książka na pewno nie należy do literatury ambitnej, jednak mnie bardzo się podobała. Jak już wspomniałam, jest to historia, której finał bardzo łatwo przewidzieć, głównie, kiedy weźmiemy pod uwagę wątek kryminalny. Lecz z drugiej strony pomiędzy początkiem i końcem książki jest szereg rozmaitych przygód, których doświadcza Davina, a tych już z całą pewnością przewidzieć się nie da. I to jest bardzo ciekawe. Być może dlatego nie czuję rozczarowania po jej przeczytaniu, bo też nie stawiałam tej powieści wysokich wymagań. Znam twórczość Eleanor Alice Burford Hibbert nie od dziś, więc doskonale wiem, na co było ją stać. Przyznam, że bardzo lubię ten dziewiętnastowieczny klimat jej książek. Widać, że naśladowanie autorytetów nie poszło na marne i wiele z ich sposobu pisania przeniosła na karty własnych utworów.

Dla kogo zatem jest ta książka? Przede wszystkim dla kobiet, choć nie należy spodziewać się po niej typowego romansu. Jak to bywało w dziewiętnastowiecznych powieściach, chociażby u Jane Austen, tak i tutaj wątek miłosny wyrażony jest niezwykle subtelnie, pomimo że uczucie jest gwałtowne i gorące. Co więcej, mamy tutaj także do czynienia z klasycznym obrazem ówczesnego społeczeństwa, a sama Szkocja przedstawiona jest bardzo ciekawie. Dlatego myślę, że tym, którzy lubią tego rodzaju klimaty, ta powieść powinna przypaść do gustu.

 

Moja ocena: 4/6

 



* Burowie – potomkowie przeważnie flamandzkich, holenderskich i fryzyjskich kalwinistów, a także francuskich hugenotów i niemieckich luteran. W Afryce Południowej osiedlili się XVII i XVIII wieku. 

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



piątek, 03 maja 2013

 

Gaynor Arnold

 

Dziewczyna w błękitnej

sukience

 

 

 

 

 

Wydawnictwo: ZNAK LITERA NOVA
Kraków 2012
Tytuł oryginału: Girl in a Blue Dress
Przekład: Julia Gryszczuk-Wicijowska

 

 

 

Urodziła się w 1815 roku w Szkocji w Edynburgu. Natomiast wraz ze swoją rodziną przybyła do Anglii w 1834 roku. Była najstarszą córką George’a Hogartha, który pracował jako krytyk muzyczny dla The Morning Chronicle, gdzie swoich sił w pisaniu próbował również pewien młody dziennikarz, a następnie redaktor The Evening Chronicle. Młoda dama tak bardzo zawróciła w głowie owemu dziennikarzowi, że ostatecznie para zaręczyła się w 1835 roku, a w dniu 2 kwietnia roku 1836 Szkotka i Anglik stanęli na ślubnym kobiercu. Nowożeńcy miesiąc miodowy spędzili w pobliżu Chatham w hrabstwie Kent. Ich małżeństwo mogło uchodzić w oczach publiki za niezwykle szczęśliwe. Przecież udało im się stworzyć bardzo liczną rodzinę, w której urodziło się aż dziesięcioro dzieci.

Pewnego dnia w progu domu owej niezwykłej pary stanęła siostra „pani na Doughty Street” – Mary Hogarth, aby służyć pomocą oraz wspierać swoją starszą siostrę i szwagra. W epoce wiktoriańskiej nie było niczym niestosownym, aby niezamężna kobieta mieszkała oraz służyła pomocą i radą młodym małżonkom. Takich przypadków w tamtych czasach było bardzo wiele. Jednakże „pan domu” bardzo mocno przywiązał się do szwagierki i kiedy ta – po krótkiej chorobie – nagle zmarła w jego ramionach w 1837 roku, pogrążył się w głębokiej żałobie. Od tego czasu jej postać bardzo często pojawiała się w jego utworach, które tworzył z ogromnym zapałem.

Zapewne zastanawiacie się o kim mowa? Otóż, nie o kim innym, jak tylko o samym Charlesie Dickensie i jego żonie Catherine. Któregoś dnia los tych dwojga tak bardzo zafascynował Gaynor Arnold, że postanowiła na tej podstawie napisać książkę. Dodatkowo doskonałą okazją ku temu stał się fakt, iż rok 2012 w Anglii został ogłoszony Rokiem Charlesa Dickensa. Oczywiście nie wszystko jest w tej książce autentyczne, ponieważ jak sama Autorka przyznaje, część wątków sama wplotła, aby nieco ubarwić fabułę albo tylko po to, żeby uzupełnić niektóre nieścisłości biograficzne. Tak więc nie można do tej powieści podchodzić jako do literatury faktu, lecz należy potraktować ją bardziej jako fikcję literacką.

Kilka lat po śmierci Mary Hogarth w domu państwa Dickensów pojawiła się kolejna siostra Catherine. Tym razem była to Georgina Hogarth, która również miała służyć pomocą i radą. Georgina zamieszkała z Dickensami w momencie, gdy Charles i Catherine popłynęli do Ameryki. Do jej obowiązków należało opiekowanie się dziećmi, które zostały w Anglii. W 1845 roku Dickens pisywał już amatorskie sztuki teatralne i zdobywał coraz większą popularność, podczas gdy jego żona odchodziła w cień. Owszem, udało jej się zaistnieć przez chwilę jako autorce książki kucharskiej, którą opublikowała pod pseudonimem Lady Maria Clutterbuck. Ów poradnik dla gospodyń domowych nosił tytuł What Shall we Have for Dinner? (w wolnym tłumaczeniu: Co mamy na obiad?). Publikacja zawierała szereg sposobów układania menu oraz kilka przepisów kulinarnych o różnym stopniu trudności. Do roku 1860 książka doczekała się kilku wersji.

Dickensów nie ominęły też tragedie. Śmierć siostry Catherine to nie jedyny dramat tego typu w ich rodzinie. Nie dziwi więc fakt, że pani Dickens cierpiała z powodu załamania nerwowego. W powrocie do zdrowia bynajmniej nie mogła liczyć na swojego męża, który był już uważany za najwybitniejszą postać angielskiej literatury i dla którego ważniejsze było to, co powiedzą jego czytelnicy. Jako Autor sztuk teatralnych miał też kontakt z pięknymi, młodymi aktorkami, a to nie mogło skończyć się dobrze. Tak więc Catherine Dickens coraz częściej popadała w stany depresyjne, aż w końcu…

Kto zna biografię Charlesa Dickensa doskonale wie, co było dalej. Dziewczyna w błękitnej sukience na pewno burzy obraz Wielkiego Pisarza, jaki możemy sobie wykreować na podstawie jego utworów. Przypomnijmy sobie chociażby Opowieść Wigilijną i jej przesłanie. Owszem, Dickens był wrażliwy na los ubogich. Wspomagał ich, ale wobec własnej rodziny i tych którzy powinni być dla niego najważniejsi, był w stanie zachować się niczym najgorszy łajdak. Według Gaynor Arnold, Dickens uważał siebie za tego Jednego Jedynego, ponad którym nie ma już nikogo innego. Jego poczucie humoru nie zawsze szło w parze z odczuciami towarzystwa, w jakim akurat przebywał. Liczyła się tylko publika i nic poza tym. Czyżby był tak wielkim egoistą, że poza czubkiem własnego nosa nie widział już niczego ani nikogo innego? Być może tak właśnie było.

W powieści Autorka zmieniła imiona bohaterów, tak więc nie znajdziemy tutaj Charlesa Dickensa, lecz Alfreda Gibsona, zaś Catherine to Dorothea Gibson. Jeśli ktoś z Was obawia się, że podczas czytania tej książki będzie mieć do czynienia z klasyczną nudną biografią, to pragnę uspokoić, że lektura ta ma formę typowej powieści, w której bohaterowie żyją własnym życiem, konwersują ze sobą i przemawiają również do czytelnika. Początkowo akcja powieści nie zachwyca niczym niezwykłym. Zapewne, gdybym sugerowała się jej początkiem, dziś nie publikowałabym tej recenzji, ponieważ książka by mnie zwyczajnie znużyła i zostałaby przeze mnie nie dokończona.

Cała powieść to forma wspomnień, które snuje Doro tuż po śmierci Alfreda. Pisarz zmarł nagle w trakcie pisania kolejnej książki. Ostatnie lata małżeńskiego życia Gibsonów nie należały na pewno do udanych, więc można zrozumieć fakt, że Dorothea nie uczestniczy nawet w jego pogrzebie. W chwili, gdy poznajemy główną bohaterkę, kobieta ma kontakt jedynie z najstarszą córką. Reszta dzieci nie odwiedza jej od lat. Dlaczego? O tym dowiecie się od samej pani Gibson, jeśli dacie jej szansę i przeczytacie powieść.

Narrator w osobie Doro cofa się do początków znajomości z Alfredem Gibsonem, a następnie prowadzi czytelnika poprzez poszczególne etapy jego kariery literackiej i teatralnej. Przedstawia nam osoby, które przez te wszystkie lata stawały na drodze państwa Gibsonów, a także samego Alfreda. Bo trzeba wiedzieć, że w życiu Jednego Jedynego pojawiali się i tacy ludzie, których Doro nie znała i nigdy nie spotkała, aż do pewnego czasu. Są wśród nich przyjaciele, ale też i wrogowie. Sposób postępowania każdej z tych postaci można interpretować na rozmaite sposoby. Można wynajdywać szereg usprawiedliwień i powodów, dla których dana osoba zachowała się tak, a nie inaczej. Tylko czy jest ku temu jakiś sens, skoro i tak zwycięża miłość? Okazuje się bowiem, że kochać można nawet wtedy, gdy doznaje się ogromnej krzywdy od tej drugiej osoby.

Dziś wielu z nas powiedziałoby, że Doro Gibson sama skazała się na cierpienie, katując swoją duszę głębokim i prawdziwym uczuciem do tego, który sprawił, że przez wiele lat czuła się niczym banitka we własnym kraju. Przecież zamiast wciąż rozpamiętywać czas swojego małżeństwa, mogła znaleźć sobie innego życiowego partnera i być szczęśliwą. Bez wątpienia tym partnerem mógłby zostać wieloletni przyjaciel Gibsonów, Michael O’Rourke, któremu Doro nie była obojętna. „Biedna pani Gibson” jest przykładem kobiety, która kocha bez względu na wszystko. Choć czasami też nienawidzi, to jednak miłość niweluje te negatywne uczucia. Komuś mogłoby się wydawać, że ona zupełnie nie posiada dumy, gdyż pozwala sobą pomiatać, poniżać i upokarzać na oczach całej Anglii. Tylko że ona robi to z miłości. Tak ślubowała wiele lat temu i pragnie tej przysięgi dotrzymać, pomimo że mąż jej na to nie pozwala.

Doro Gibson to nie tylko symbol małżeńskiej miłości. Kobieta jest także przykładem na to, jak powinna kochać matka. Przecież jej dzieciom też można wiele zarzucić. Kiedy musiały wybrać, opowiedziały się za dostatkiem i komfortem egzystencji, zamiast stanąć po stronie tej, która dała im życie. Zostały przy człowieku, który ich matkę oskarżał o to, że w ogóle przyszły na świat, jakby zapomniał, że do płodzenia dzieci potrzeba dwojga ludzi – mężczyzny i kobiety.

Generalnie książka nie jest zła, ale też nie jest jakąś szczególną rewelacją. Kiedy sięgałam po nią spodziewałam się naprawdę porywającej historii, która wciśnie mnie w fotel i nie pozwoli mi na to, abym odłożyła powieść dopóki nie przeczytam ostatniego zdania. Niestety tak się nie stało, nad czym boleję, ponieważ tematyka naprawdę interesująca, szczególnie dla kogoś, kto lubi zatapiać się w historię. Poza tym nowatorski może też wydawać się sam pomysł na fabułę. Niby o życiu Dickensów, a jednak nie do końca.

Momentami miałam wrażenie, że narratorka jest już znużona tym, iż w ogóle kazano jej to wszystko opowiadać, a jej znużenie udziela się także czytelnikowi. Nie jest już osobą młodą, więc i sił w niej mniej niż wtedy, gdy poznała Alfreda Gibsona, a on lecząc swoje złamane serce, zachwycił się – odzianą w błękitną sukienkę – panienką z dobrego domu. Teraz rozumiem skąd na okładce (skądinąd bardzo pięknej, choć znacznie bardziej pasującej do początków XX wieku, a nie do epoki wiktoriańskiej) wzięły się te wszystkie mądre słowa Anny Popek i Grażyny Wolszczak. Bo kiedy książka jest przeciętna i raczej nie potrafi sama się obronić, wtedy należy jej w tym pomóc. A któż może zrobić to lepiej, jak sławna dziennikarka czy aktorka?

 

 

Moja ocena: 4/6

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



poniedziałek, 29 kwietnia 2013

 

Lucy Maud Montgomery

 

         Ania na uniwersytecie

 

 

 

 

 

Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 1988
Tytuł oryginału: Anne of the Island
Przekład: Janina Zawisza-Krasucka
Ilustracje: Bogdan Zieleniec


 

 

 

Cóż oryginalnego można napisać o książce, która od dziesiątek lat budzi podziw czytelników na całym świecie? Właśnie na tym polega fenomen klasyki, że w większości przypadków można jedynie powielać opinie fachowców i tych, którzy czytali daną powieść przed nami. Myślę, że generalnie z literaturą jest podobnie jak z muzyką. Kiedy słyszymy gdzieś piosenkę, która przypomina nam młode lata, które już nigdy nie wrócą, wówczas łezka nam się w oku kręci na samo wspomnienie tamtych dni. Może właśnie ta usłyszana przypadkiem stara piosenka sprawi, że oczami wyobraźni ujrzymy twarz naszej pierwszej miłości, poczujemy smak pierwszego pocałunku i na chwilę stracimy poczucie rzeczywistości? Literatura również bardzo często potrafi doprowadzić czytelnika do tego typu wzruszeń. Szczególnie literatura klasyczna.

Cykl o losach Anne Shirley na pewno w wielu z nas budzi wspomnienie lat beztroskiego dzieciństwa, kiedy z zapartym tchem obserwowaliśmy poszczególne etapy życia tej rudowłosej bystrej dziewczynki z nieprzeciętną wyobraźnią. Wraz z nią rozwiązywaliśmy „poważne” życiowe problemy, wpadaliśmy w tarapaty, zawieraliśmy nowe znajomości i przyjaźnie, żegnaliśmy tych, których Anne kochała, ale też dzieliliśmy z nią szczęście, którego doświadczała. Czasami odczuwaliśmy złość, kiedy Anne nie potrafiła jednoznacznie określić swoich uczuć wobec szkolnego kolegi – Gilberta Blythe’a.

Tak więc dziś przeżyjmy to jeszcze raz i wraz z osiemnastoletnią już Anne Shirley udajmy się do Kingsport, gdzie mieści się upragniony przez Anne Redmond College. Na ten wyjątkowy jesienny dzień dorosła już Anne czekała od kilku lat. Ponieważ życie nie zawsze układa się tak, jakbyśmy tego chcieli, dziewczyna spełnienie swoich marzeń o nauce na uniwersytecie musiała odłożyć na potem z przyczyn od niej niezależnych. Dziś już nie musi obawiać się tego, że schorowana Marilla Cuthbert pozostanie na gospodarstwie sama i nie będzie mogła liczyć na niczyją pomoc. Na Zielone Wzgórze właśnie wprowadziła się Rachel Lynde (z pol. Małgorzata Linde), która nie tylko zapewni opiekunce Anne rozrywkę w postaci plotek pochodzących z całego Avonlea, ale też zaopiekuje się bliźniętami, które od jakiegoś czasu zamieszkują to magiczne miejsce.

W zawiązku z powyższym Anne może śmiało i bez wyrzutów sumienia wyjechać. Tak więc dziewczyna zmienia otoczenie, poznaje nowych ludzi, ale też przebywa pośród starych i sprawdzonych przyjaciół. Pomimo że jej marzenia właśnie się spełniają, ona jednak wciąż tęskni za Zielonym Wzgórzem i najczęściej jak to tylko możliwe odwiedza Marillę Cuthbert. Bardzo często wraca też myślami do mieszkańców Avonlea, czyli do pana Harrisona, pani Lavendar Irving (z pol. Lawenda Irving – niegdyś Lewis) i jej służącej, Charlotte the Fourth (z pol. Karolina Czwarta). Te chwile tęsknoty dziewczyna zapełnia nauką, spotkaniami z przyjaciółmi oraz pisaniem listów do mieszkańców Zielonego Wzgórza.

Chyba największą przykrość sprawia Anne rozstanie z przyjaciółką jeszcze z lat dzieciństwa – Dianą Barry, która zamiast dalszej nauki postanowiła założyć rodzinę i uwić sobie gniazdko, stając się w końcu panią Wright. Oprócz przeżywania żalu po rozstaniu z przyjaciółką, Anne targają także inne emocje. Otóż, budzi się w niej uczucie miłości do Gilberta Blythe’a, któremu ona stanowczo zaprzecza i aby się go pozbyć znajduje sobie inny obiekt adoracji. Tak więc co takiego musi się stać, aby rudowłosy uparciuch zrozumiał w końcu, kto tak naprawdę jest dla niej ważny? Czy będzie to Gilbert Blythe, czy może niejaki Royal Gardner (z pol. Robert Gardner)?

Cóż jeszcze takiego dzieje się w życiu dorosłej Anne Shirley? Otóż, nie obchodzi się też bez strat. Umiera jedna z jej avonlejskich przyjaciółek. Jest to dla Anne ogromny cios. Jednak przebywanie wśród ludzi i rozwijanie swoich pasji sprawia, że żal po stracie koleżanki szybko mija, choć to wcale nie oznacza, że panna Shirley kiedykolwiek o niej zapomni. Niemniej jednak znacznie większą uwagę poświęca przyjaciółkom żyjącym, jak na przykład irytującej Philippie Gordon (z pol. Izabela Gordon).

W tej części cyklu wyraźnie widać, że niesforny rudzielec w końcu znalazł swoje miejsce w życiu poprzez ciężką pracę i usilne dążenie do celu. Bez wątpienia Anne Shirley nie jest już tą samą dziewczynką ani podlotkiem, którego obserwowaliśmy w dwóch poprzednich częściach. Tym razem prezentuje się czytelnikom jako osoba dorosła i odpowiedzialna. Już nie popełnia gaf, które tak często trafiały jej się, kiedy jeszcze mieszkała w Avonlea. Niemniej jednak, chyba po raz pierwszy Anne można poddać krytyce, a dokładnie sposób jej zachowania. Przecież jej ciągłe niezdecydowanie w sprawach uczuciowych jest krzywdzące dla obydwu adoratorów. W swoim postępowaniu idzie zbyt daleko, a potem nagle wycofuje się, jak gdyby nic się nie stało. Nie zauważyłam u niej praktycznie żadnej skruchy. Owszem, z jednej strony jest uczciwa, ale z drugiej trochę w tym wszystkim egoizmu i myślenia tylko o sobie. Choć jest już dorosła, to jednak wciąż niektóre sytuacje są w stanie doprowadzić ją do płaczu. Dzieje się tak przede wszystkim wtedy, gdy coś nie idzie po jej myśli. Tak więc mimo wszystko jakieś cechy małej dziewczynki jeszcze w niej pozostały, co może wiązać się z jej osobistym przekonaniem, że to właśnie Anne Shirley i nikt inny zawsze ma rację.

Kolejny przykład. Kiedy Diana Barry w tajemnicy pomaga jej zdobyć nagrodę, ona w gruncie rzeczy ma do niej pretensje i czuje się urażona, a właściwe urażone są jej ambicja i duma. Otóż, nie od razu można stać się światowej sławy literatem. Czasami trzeba zacząć od pisania tekstów do reklam. Historia zna wielu pisarzy, którzy właśnie tak zaczynali. Lecz nasza kochana Anne już po stworzeniu pierwszego poważnego autorskiego tekstu pragnie być podziwiana i mieć rzeszę oddanych czytelników. Miejmy nadzieję, że w kolejnych częściach życie nauczy ją więcej pokory i doceniania pomocy innych.

Pomimo że Anne unika już popełniania gaf, to jednak w Ani na uniwersytecie nie brak scen humorystycznych. Przypomnijmy sobie chociażby sytuację, w której rolę główną odegrał „wojowniczy” kot Mruczek.

Myślę, że ta część cyklu pokazuje, że Anne Shirley nie jest tylko słodziutkim i kochanym przez wszystkich dziewczątkiem, ale ma też wady, które właśnie tutaj zaczynają wychodzić na jaw. I teraz pytanie. W jaki sposób Lucy Maud Montgomery pokierowała w kolejnych częściach osobowością głównej bohaterki i jakie cechy będą u niej dominować? Czy Anne Shirley nauczy się pokory i zacznie dostrzegać w zachowaniu innych dobre intencje, czy może stanie się zadufaną w sobie kobietą sukcesu, dla której będzie liczyć się tylko ona sama? Oczywiście ci, którzy czytali pozostałe części serii już o tym wiedzą. Ponieważ to wyzwanie czytelnicze jest moim pierwszym spotkaniem z całym cyklem o Anne Shirley, dlatego też na razie nie mam pojęcia, co czeka główną bohaterkę w przyszłości. W dzieciństwie niestety nie miałam okazji jej poznać. Dlatego też ogromnie ciekawią mnie dalsze losy panny Shirley.

Uważam, że spośród tych trzech części, które już za mną Ania na uniwersytecie przedstawia się najlepiej, gdyż charakter głównej bohaterki jest już na tyle wykształcony, iż możemy dokonać jego analizy i w związku z tym poczynić swego rodzaju przypuszczenia na przyszłość. Właśnie w tej części widzimy, że Anne Shirley nie jest postacią wyidealizowaną, lecz pod wieloma względami przypomina każdego z nas. Posiada wady i zalety, co działa na korzyść tej powieści.

Oprócz tego nieszczęsnego tłumaczenia imion bohaterów, nie ma w tej książce nic, co mogłoby mnie drażnić. Tak więc z wielką przyjemnością za jakiś czas zasiądę do czytania Ani z Szumiących Topoli, a do dziwacznego przekładu można się w końcu przyzwyczaić.   

 

Moja ocena: 6/6

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



środa, 24 kwietnia 2013

 

Yann Martel

 

          Życie Pi

 

 

 

 

 

Wydawnictwo: ZNAK
Kraków 2004
Tytuł oryginału: Life of Pi
Przekład: Zbigniew Batko

 

 

 

 

Nie od dziś wiadomo, że życie potrafi człowieka naprawdę zaskoczyć. Każdy dzień przynosi nam coś nowego, choć z pozoru może wydawać się, że jeden od drugiego niczym szczególnym się nie różni. Czasami są to jakieś błahe sprawy, o których szybko zapominany, ale są też i takie, które pozostają w naszej pamięci do końca życia. Ba! Zmieniają to życie nieodwracalnie. Tak więc zazwyczaj to los pisze własny scenariusz, nie bacząc na nasze plany i marzenia, a my możemy jedynie go zaakceptować i na miarę swoich możliwości radzić sobie z nim albo buntować się przeciwko temu, co nas spotkało. Co lepsze? Nie wiadomo.

A teraz spróbujmy odpowiedzieć sobie na jedno pytanie. Czy przyjaźń z dzikim drapieżnym zwierzęciem jest możliwa? Na przykład z dorosłym tygrysem bengalskim? Wyobrażam sobie, że niejednemu lub niejednej z Was ciarki przeszły w tym momencie po kręgosłupie. Już na sam dźwięk słowa „tygrys” większości z nas robi się gorąco, a serce tłucze się w piersi niczym dzwon Zygmunta. To pomarańczowe stworzenie w czarne paski jest kochane i bezpieczne tylko jako pluszowa maskotka, prawda? Niemniej, nigdy nie wiadomo, co szykuje dla nas życie. Piscine „Pi” Molitor Patel też tego nie wiedział.

Tak więc niemal czterdzieści lat temu pewien szesnastoletni wówczas chłopiec o imieniu Pi wyruszył w morską podróż wraz ze swoją rodziną: ojcem, matką i bratem. Przemierzając wody Oceanu Spokojnego na japońskim statku „Tsimtsuma” kierowali się w stronę Kanady. To właśnie tam planowali stworzyć nowy dom i zacząć wszystko od początku. Do tej pory rodzina Patelów mieszkała w Indiach w mieście o nazwie Puttuczczeri, gdzie mieścił się też piękny ogród zoologiczny, którego strażnikiem był ojciec chłopca. W ogrodzie tym zwiedzający mieli możliwość obejrzenia zwierząt, przeważnie dzikich i niebezpiecznych, które stanowiły główną atrakcję tego miejsca. Właściciel od najmłodszych lat przyuczał swoich dwóch synów do pracy w zoo. Nie szczędził też na niebezpiecznych sytuacjach, które miały na celu przestrzec chłopców przed nieodpowiedzialnym i beztroskim zachowaniem wobec drapieżników.

W Puttuczczeri Patelowie byli bardzo znaną rodziną, lecz kwestie polityczne zmusiły ich ostatecznie do opuszczenia ukochanych Indii i wyruszenia w drogę do Winnipeg w Kanadzie. Na statek, niczym biblijny Noe, rodzina zapakowała niektóre ze zwierząt, aplikując im środki uspokajające, aby w nowym miejscu móc na nowo otworzyć ogród zoologiczny. Niestety, nikt nie spodziewał się, że podczas rejsu dojdzie do tragedii.

Statek tonął. Wydawał z siebie dźwięk podobny do potwornego metalicznego beknięcia. Przeróżne szczątki znikały z bulgotem pod wodą. Wszystko wyło: morze, wicher, moje serce. Z szalupy dostrzegłem nagle w wodzie coś żywego.

– Richardzie Parkerze! Czy to ty? – zawołałem. – Nic nie widzę. Och, żeby choć na chwilę przestało padać. Richardzie Parkerze! Richardzie Parkerze! Tak, to ty!

Widziałem jego łeb. Walczył, żeby utrzymać się na powierzchni.

– Jezus, Maria, Mahomecie i Wisznu, jak to dobrze, że cię widzę, Richardzie Parkerze! Błagam nie poddawaj się! Płyń do mnie, do szalupy. Słyszysz ten gwizd? Triii! Triii! Triii! Dobrze słyszysz. Płyń, płyń! Jesteś dobrym pływakiem. To nie jest nawet trzydzieści metrów (…)*

Wreszcie Richard Parker dopłynął. Uczepił się pazurami burty, potem wdrapał się do łodzi. W tym momencie serce Pi zatrzymało się na chwilę i chłopiec zdał sobie sprawę z tego, co właśnie zrobił. Uratował życie drapieżnikowi, który jednym machnięciem łapy był w stanie zrobić z niego befsztyk. Wtedy też przypomniał sobie słowa swojego brata, który przepowiedział mu, że kiedyś skończy w paszczy tygrysa, stając się kolejną „kozą”. Ostatecznie oprócz Richarda Parkera (tygrysa) w szalupie razem z Pi znalazły się jeszcze hiena, orangutan i ranna zebra. W tak doborowym towarzystwie tylko czekać, kiedy zaczną uaktywniać się poszczególne ogniwa łańcucha pokarmowego i kto jako pierwszy przypłaci to życiem.

Od tej chwili szesnastoletni Indus zdany jest tylko na siebie i na łaskę Najwyższego, w którego istnienie bezgranicznie wierzy. Jego wiara już wcześniej wyśmiewana była przez bliskich, ponieważ chłopiec zafascynowany Bogiem nie był w stanie określić jednoznacznie swoich przekonań w tej kwestii. Chciał być hindusem, chrześcijaninem i jednocześnie wyznawcą islamu. Dla niego wszystkie te wyznania stanowiły jedność. Były niczym jedna wielka religia.

 

Suraj Sharma jako Piscine „Pi” Molitor Patel i Richard Parker

 

Fakt, że Piscine „Pi” Molitor Patel przeżył i po latach mógł opowiadać swoją niezwykłą historię każdemu, kto tylko chciał jej wysłuchać, naprawdę graniczyło z cudem. Nikt przy zdrowych zmysłach nie potrafił uwierzyć w to, że szesnastoletni hinduski chłopiec spędził „pod jednym dachem” ponad siedem miesięcy z dorosłym bengalskim tygrysem. Czyżby Richard Parker pamiętał o tym, że Pi uratował mu życie i dlatego nie pożarł go żywcem, pomimo że było wiele sytuacji, które temu sprzyjały? Przecież były chwile, gdy obydwaj rozbitkowie cierpieli niewyobrażalny głód, byli też zestresowani, a jednak tygrys nie rzucił się na Piscine’a. Ta historia jest tak niewiarygodna, że wręcz zakrawa ona na fikcję literacką. I tak też wielu do niej podeszło.

Po raz pierwszy Życie Pi spotkałam na blogu Co warto czytać? Ponieważ jego Autorka nie za często przyznaje najwyższe oceny książkom, uznałam, że ta musi być wyjątkowa, skoro od Felicji otrzymała „6”. Nie pomyliłam się. Życie Pi to jedna z tych lektur, które zostają w pamięci na bardzo długo, a może nawet na zawsze. I pomyśleć, że Yann Martel po klęsce poprzedniej książki nie miał pomysłu na kolejną! Pieniądze też mu się kończyły, a wena twórcza milczała, nic sobie z tego nie robiąc. Dopiero przypadek sprawił, że wydał prawdziwy bestseller, którym zadziwił czytelników na całym świecie. Ta historia tak bardzo ludźmi zawładnęła, że ostatecznie postanowiono ją sfilmować.

Czym dla mnie jest Życie Pi? Na pewno jest książką o niesamowitej odwadze i uporze, a także o nieopisanym pragnieniu życia. Jestem przekonana, że bohaterowi w przetrwaniu bardzo pomógł fakt, iż na co dzień obcował z dzikimi zwierzętami znajdującymi się w ogrodzie zoologicznym jego ojca. Dzięki temu posiadł ogromną wiedzę dotyczącą sposobu zachowywania się zwierząt w określonych sytuacjach. W związku z tym mógł przewidzieć kolejny krok swojego towarzysza niedoli.

Ta książka jest też doskonałym dowodem na to, iż w ekstremalnych warunkach człowiek jest zdolny do zachowań, które normalnie są mu obce. Generalnie strach uważany jest za największego wroga człowieka. Z jednej strony może nas sparaliżować do tego stopnia, że nie będziemy w stanie podjąć żadnych sensownych działań, ale z drugiej może stanowić impuls, który uratuje nam życie. W tym konkretnym przypadku strach stanowił jedynie bodziec do podejmowania działań, które pozwoliły Patelowi przetrwać. Bardzo ważny jest tutaj także element psychologiczny, natomiast przypadek Pi Patela dla specjalistów może być doskonałym materiałem badawczym. Choć z drugiej strony ostrożnie podchodziłabym do wszelkiego rodzaju analiz kosztem kogoś, kto przez dwieście dwadzieścia siedem dni balansował pomiędzy życiem a śmiercią.

Czym jeszcze jest ta wyjątkowa książka? Na pewno ogromnym skarbcem wiedzy o zwierzętach. Pi opowiada o nich z ogromnym zaangażowaniem, przekazując w ten sposób niezwykle interesujące informacje ze świata fauny. Na pierwszy rzut oka widać, że mężczyzna bardzo kocha te stworzenia i są mu niesamowicie bliskie.

Na samym początku książki można przeczytać, że jest to historia, która sprawi, że słuchacz/czytelnik uwierzy w Boga. Chyba jednak coś w tym jest, ponieważ jak pokazały fakty, ludzki rozum nie jest w stanie wytłumaczyć, w jaki sposób Pi po ponad siedmiu miesiącach dryfowania na wodach Oceanu Spokojnego, dotarł do Meksyku w jednym kawałku. Tak naprawdę to głęboka wiara trzymała go przy życiu i nie pozwoliła wpaść w rozpacz. To ona dodawała mu sił każdego dnia i nocy, kiedy mogło wydawać się, że tylko sekundy dzielą go od spotkania z rodziną gdzieś na dnie oceanu.

Choć książka nie posiada klasycznej formy powieści, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni, to jednak czyta się ją jednym tchem. Ogromnym plusem jest tutaj język, jakiego Yann Martel użył celem jej napisania. Jak widać, niniejsza historia nie ma w sobie nic śmiesznego, jest wręcz tragiczna, jednak Yann Martel opisał ją tak, że uśmiechamy się w trakcie jej czytania. W sceny dramatyczne wplótł pierwiastek komizmu, co sprawia, iż nie przerażają one czytelnika tak bardzo, jak mogłoby to mieć miejsce w przypadku zastosowania słów poważnych i nasyconych grozą.

Książkę Yanna Martela polecam każdemu, kto gustuje w lekturach opartych na faktach. Jest to publikacja niezwykle wartościowa i myślę, że powinna trafić w ręce każdego czytelnika niezależnie od wieku. Młodzież nauczy się z niej, ile tak naprawdę warte jest ludzkie życie, pozna też świat zwierząt i ich potrzeby, natomiast dorośli dowiedzą się, jak wiele może wytrzymać człowiek, który znajdzie się w sytuacji teoretycznie bez wyjścia. Myślę, że po przeczytaniu tej książki wiele osób przewartościuje swoje życie i zmieni swoją dotychczasową hierarchię rzeczy ważnych i mniej ważnych.

 

 

Moja ocena: 6/6

 



* Y. Martel, Życie Pi, Wyd. Znak, Kraków 2004, s. 117.

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Zakładki:
Blog istnieje od 13 kwietnia 2011 roku
Cykle Literackie
My thoughts about books and literature
Pomóżmy Ewie powrócić do normalnego życia - Akcja: BLOGI DAJĄ NOGI
Proszę nie kopiować tekstu bez mojej zgody (ustawa z dn. 4 lutego 1994r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
Troszkę z innej bajki
Tutaj często zaglądam
Ulubione Blogi Książkowe
Wszelkie komentarze, które swoją treścią będą obrażać osobę autorki bloga lub innych czytelników, a także autorów książek, zostaną natychmiast usunięte.
Wydawnictwa i Księgarnie
Wywiad ze mną na blogu Książki Zbójeckie


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?