Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński

Przeczytane w 2011 roku

sobota, 31 grudnia 2011

 

 

Elizabeth Lowell

 

          Niewinna jak grzech

 

 

 

 
Wydawnictwo: AMBER
Warszawa 2007
Tytuł oryginału: Innocent as Sin

 

 

 

Zachęcona niedawno recenzją książki Niewinna jak grzech, która pojawiła się na blogu u Polonisty, postanowiłam również przeczytać tę powieść. Nie sądziłam jednak, że stanie się to tak szybko. Ponieważ thrillery romantyczne nie są mi obce, wiedziałam, czego mogę spodziewać się po tej książce. W dodatku Autorkę także już kiedyś podczytywałam. Tym, którzy nie wiedzą, czym jest thriller romantyczny wyjaśniam, że jest to powieść, w której fabułę wplata się mocny wątek sensacyjny połączony z romansem. Pamiętajcie, że w takich książkach zawsze znajdziecie zarówno niebezpieczeństwo, w obliczu którego muszą stanąć główni bohaterowie, jak i ich gorące, wzajemne uczucie. Oczywiście główne role zawsze w tego typu powieściach odgrywają kobieta i mężczyzna, którzy poznają się, z reguły w dramatycznych okolicznościach, aby potem wspólnie dążyć do szczęśliwego zakończenia. Praktycznie zawsze ktoś czyha na ich życie, albo przynajmniej na życie jednego z nich, aby z kolei to drugie mogło ostatecznie uratować ukochaną osobę. A potem jest „żyli długo i szczęśliwie”. Tego rodzaju powieści są dość przewidywalne, gdyż wiadomo jest, że głównym bohaterom raczej nic poważnego się nie stanie. Tak też jest i w tym przypadku, choć trzeba przyznać, że książka może w niektórych momentach trzymać w napięciu.

On – Rand McCree – zabójczo przystojny agent St. Kilda Consulting, czyli prywatnej agencji, niekiedy działającej nawet na granicy prawa, aby tylko doprowadzić do unicestwienia bandyty, którego dane śledztwo dotyczy. Mężczyzna przeżywa dramat, gdyż podczas rewolucji w Demokratycznej Republice Kamdżerii (Afryka) stracił brata bliźniaka. Obaj pracowali wówczas jako tajni agenci St. Kilda Consulting i rozpracowywali tam międzynarodowego handlarza bronią, zwanego wtedy Sybirakiem, który zaopatrywał tamte tereny w broń, z której ginęli niewinni ludzie. Podczas jednej z takich akcji, Reed McCree został śmiertelnie ranny. Choć od tamtej chwili minęło już pięć lat, to jednak Rand nie może pogodzić się ze śmiercią brata, za którą obwinia Sybiraka i jedyne, czego pragnie, to pozbawić go życia.

Ona – Kayla Shaw – uczciwa do bólu pracownica banku American Southwest. Kobieta niedawno straciła rodziców i właśnie sprzedała ranczo, na którym się wychowała. Pracy w banku poświęca bardzo wiele, a niedawno jej najpoważniejszym i najbardziej intratnym klientem stał się Andre Bertone. Jednak Kayla bardzo szybko przekonuje się, że Bertone nie jest tym, za kogo go uważała. Kiedy pewnego dnia wraz z żoną zaprasza ją do swojej posiadłości, okazuje się, że mężczyzna prowadzi jakieś podejrzane interesy, a ona ma być tą osobą, która ma mu pomóc wyprać brudne pieniądze. Gdy kobieta stanowczo odmawia, Bertone’owie grożą jej, a ona sama już wkrótce przekonuje się, że jej życie jest poważnie zagrożone.

Oni – Kayla i Rand po raz pierwszy spotykają się w posiadłości Bertone’ów podczas konkursu o nazwie „Szybki Rysunek”, który jest częścią dorocznego festiwalu, organizowanego w celu zbiórki pieniędzy na Muzeum Pustynne Scottsdale. Pomimo że Rand już od pięciu lat nie jest czynnym agentem St. Kilda Consulting, to jednak agencja wysyła go tam, aby rozeznał sprawę. Andre Bertone to nikt inny, jak tylko znienawidzony przez Rand’a Sybirak. Ponieważ Rand świetnie maluje, staje się jednym z uczestników konkursu. Ponadto mężczyzna ma również za zadanie pilnować Kaylę. Jego przełożeni zdążyli już odkryć, w co tak naprawdę gra Bertone i jaka jest w tym rola dziewczyny. Od tej chwili Kayla jest pod stałą opieką St. Kilda Consulting. Natomiast, kiedy wynajęty przez Bertone’a płatny zabójca, próbuje porwać Kaylę, Rand natychmiast spieszy jej z pomocą, a ona nie mając wyjścia staje się agentem St. Kilda. I tak rozpoczyna się walka na śmierć i życie, która trwa od czwartku do niedzieli. Kto w niej zwycięży jest chyba jasne. Ale nie wiadomo w jaki sposób się to stanie. I może właśnie dlatego warto tę książkę przeczytać? Dla tej niewiadomej?

Dla mnie ta powieść była jedną z wielu, które przeczytałam w życiu. Jakichś specjalnych emocji we mnie nie wzbudziła. Myślę, że jest to jedna z tych książek, które za jakiś czas zniknął w tłumie. Na pewno nie będę o niej pamiętać, bo nie wywarła na mnie aż takiego wrażenia. Oczywiście dla rozrywki można śmiało po nią sięgnąć. To wszystko. Tym, którzy kręcą nosem, że to romans, chcę „powiedzieć”, że nie macie się czego obawiać. Romansu w niej jak na lekarstwo. W dużej mierze przeważa tutaj wątek sensacyjny i praktycznie wszystko kręci się wokół Andre Bertone’a i jego ciemnych interesów.

Żadnych technicznych uchybień nie zauważyłam. Gdybym miała czegoś się przyczepić, to jedynie okładki. Moim zdaniem nie jest zupełnie dostosowana do treści książki. Tak sobie myślę, że chyba głównym zamierzeniem było tutaj stworzenie jakiegoś kwiatu. Tylko jakiego? Według mnie jest to coś na kształt rozlewającej się plamy i nie ma najmniejszego związku z fabułą.

 

 

Moja ocena: 4/6

 

 

Elizabeth Lowell official website

źródło okładki

 

 

prawa autorskie zastrzeżone

 

 

♠♠♠♠♠

 

Drodzy Moi,

W tym nadchodzącym Nowym Roku 2012 życzę Wam dużo zdrowia i spełnienia wszystkich marzeń. Oby ten rok okazał się dla Was lepszy od tego, który odchodzi.

Przyjaciołom i sympatykom mojego bloga życzę w Nowym Roku dużo cierpliwości w czytaniu moich recenzji. Obyście nie zasypiali przed monitorami swoich komputerów podczas czytania moich książkowych opinii.

Wszystkim Autorom życzę ogromu weny twórczej i żeby Wasze powieści były tylko i wyłącznie bestsellerami.

Krytykom życzę więcej wyrozumiałości dla autorów i docenienia ich godzin pracy, które spędzają nad swoim dziełem.

Molom Książkowym życzę samych fantastycznych książek, trzymających w napięciu i wzruszających do łez.

Wszystkim tym, którzy zgłosili swój udział w projekcie „Blogerzy Książki Piszą” życzę lekkiego pióra i oby to nasze wspólne dziecko okazało się hitem książkowym 2012 roku.

 Do Siego Roku!





czwartek, 29 grudnia 2011

 

 

Robert Ludlum & Gayle Lynds

 

                       Opcja Paryska

 

 

 

 

Wydawnictwo: AMBER
Warszawa 2003
Tytuł oryginału: The Paris Option

 

 

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, co by było, gdyby nagle z niewiadomych przyczyn, nasz system elektroniczny przestał działać? Nie byłoby światła, nie działałyby komputery i telefony, ludzie masowo ginęliby w wypadkach drogowych i lotniczych, bylibyśmy zupełnie odcięci od świata i nikt nie mógłby nam pomóc. Straszne, prawda? Mnie na samą myśl o takiej ewentualności ciarki przechodzą po plecach. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, lecz jeśli głębiej się nad tym zastanowić, to jest ona całkiem realna, zwłaszcza, jeśli urządzenie wysokiej generacji, nad którym wciąż pracują naukowcy na całym świecie, dostanie się w niepowołane ręce. Takimi niepowołanymi rękami, będą z pewnością ręce terrorystów.

Pozwólcie, że teraz odwołam się do teorii naukowych. Otóż, wspomniane powyżej urządzenie wysokiej generacji to nic innego, jak tylko komputer molekularny, zwany inaczej komputerem DNA, który jest zbiorem specjalnie wyselekcjonowanych łańcuchów kwasu dezoksyrybonukleinowego. Ich kombinacja powoduje rozwiązanie wcześniej postawionego problemu. Nadzieją pokładaną w tego typu komputerach jest ich wysoki stopień równoległości, co potencjalnie powinno ułatwić rozwiązanie problemów, wymagających wielu obliczeń poprzez obliczenia równoległe. Komputer molekularny jest w stanie naśladować nawet ludzki mózg. Wynikiem tego jest procesor rozwiązujący problemy będące poza zasięgiem standardowych algorytmów, a w szczególności zadań wieloczłonowych, jak na przykład, przewidywanie katastrof naturalnych czy wybuchu epidemii chorób. Komputer taki może również sterować bronią masowego rażenia, dlatego tak bardzo ważne jest, aby nie trafił w ręce terrorystów. Tylko jak odróżnić terrorystę od człowieka o dobrych zamiarach? A co, jeśli ufamy nie tej osobie, której powinniśmy?

A teraz przejdźmy do powieści. Opcja paryska to jedna z tych książek, które łączą w sobie prawdę z fikcją. Wybaczcie, że swoją recenzję cyklu: Z tajnych archiwów Roberta Ludlum’a rozpoczynam od części trzeciej. Według mnie ta kwestia nie ma istotnego znaczenia, gdyż poszczególne części serii nie są powiązane ze sobą poprzez kluczowy wątek. Każda z nich dotyczy innego problemu, zaś tylko główni bohaterowie pozostają niezmienni.

Powieść rozpoczyna się niezwykle dramatycznie, gdyż w Paryżu w Instytucie Pasteura dochodzi do potężnej eksplozji, w wyniku której są zabici i ranni. W Instytucie tym swoje prace nad komputerem molekularnym prowadzi wybitny naukowiec, doktor Émile Chambord. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że naukowiec zginął podczas eksplozji. Ale czy na pewno?

W tym samym czasie na wyspie San Diego na Oceanie Indyjskim dochodzi do poważnej awarii systemów elektronicznych i informatycznych. Za niedługi czas okazuje się, że wspólnie z doktorem Chambord nad komputerem molekularnym pracował amerykański specjalista komputerowy, doktor Martin Zellerbach. Okazuje się, że informatyk przeżył, ale ma dość poważne obrażenia głowy i jest w stanie śpiączki. Martin Zellerbach cierpi na zespół Aspergera, czyli rzadkie zaburzenie rozwoju podobne do autyzmu. Niemniej jednak, fakt ten nie przeszkodził mu stać się geniuszem komputerowym.

Chociaż dochodzenie w sprawie eksplozji w Instytucie Pasteura prowadzi francuska policja, to jednak Stany Zjednoczone nie pozostają bierne, zwłaszcza że ucierpiał w niej ich człowiek. W związku z tym do Paryża natychmiast wylatuje Jon Smith, który jest nie tylko bliskim przyjacielem Martin’a, ale przede wszystkim jest lekarzem pracującym w Amerykańskim Wojskowym Instytucie Chorób Zakaźnych. Ponieważ jest to placówka wojskowa, Jon jest również żołnierzem posiadającym stopień pułkownika. Jego specjalizacja to mikrobiologia.

Kiedy pułkownik Jon Smith dociera do Paryża, niemalże natychmiast zaczynają dziać się dziwne rzeczy. W szpitalu ktoś usiłuje zabić Martina, ginie też asystent doktora Chambord’a, znikają notatki dotyczące konstrukcji komputera, a dodatkowo porwana zostaje córka Chambord’a, Teresa. Niektóre z tych wydarzeń dzieją się na oczach Jon’a, ale on nie jest w stanie nic zrobić, ponieważ jest w tym wszystkim sam. Oficjalnie Smith jest pracownikiem Amerykańskiego Wojskowego Instytutu Chorób Zakaźnych, jednak pracuje też jako tajny agent dla organizacji o nazwie „Jedynka”. Ale o tym wie tylko on i jego przełożeni.

Po jakimś czasie do Smith’a dołącza Randi Russel, która jest agentką CIA, a zarazem siostrą nieżyjącej już narzeczonej Jon’a. Wraz z nimi sprawę bada także Peter Howell, który jest agentem MI-6 (z ang. Millitary Intelligence Section 6), czyli tajnej brytyjskiej służby wywiadowczej. Na swoim koncie Howell ma przede wszystkim pobyt w Iraku. Odnalezienie sprawców podłożenia bomby w Instytucie Pasteura wiąże się z ogromnym niebezpieczeństwem. Dodatkowo sprawę komplikuje śpiączka Zellerbach’a. Agenci są przekonani, że Martin wie na ten temat znacznie więcej i gdyby tylko odzyskał przytomność, na pewno by ich uświadomił. Ale mimo to udaje im się wpaść na trop siatki terrorystycznej, której mózgiem jest terrorysta rodem z Afryki zwany Mauritanią. Najgorsze jednak jest w tym wszystkim to, że komputer molekularny wcale nie został zniszczony podczas wybuchu. Ktoś skutecznie zadbał o to, aby wynieść go z laboratorium jeszcze przed eksplozją. Teraz dla agentów rozpoczyna się walka z czasem, gdyż nie wiadomo gdzie jest komputer i do jakich celów ma służyć. Jedno jest pewne. Ktoś chce zawładnąć światem, a przede wszystkim zmieść z powierzchni ziemi Amerykę. Pytanie tylko, czy są to terroryści, czy może czołowi dowódcy NATO? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywa polityka?

Przyznam, że książkę przeczytałam z zainteresowaniem. Może to wydawać się dziwne, bo tematyka jak najbardziej męska, ale mnie to w niczym nie przeszkadzało. Jeśli chodzi o literaturę, to moje horyzonty czytelnicze są dość szerokie. Poza tym w ten sposób urozmaicam też swojego bloga i nie zamykam się w kręgu tylko tych gatunków, które preferuję. W dodatku, żeby coś komuś polecić, bądź nie, to należy to najpierw przeczytać. Postanowiłam sobie też, że napiszę Wam o każdej książce, którą przeczytam, bez względu na to czy będzie to ocena pochlebna, czy nie.

W Opcji Paryskiej podobał mi się przede wszystkim przebieg akcji, która rozgrywa się w kilku miejscach. Ogromną sympatię poczułam do Jon’a Smith’a, który dla mnie okazał się facetem z żelaza. Taki amerykański hero. Normalny człowiek z tyloma obrażeniami ciała, co on, nie byłby w stanie podnieść się z ziemi, a może nawet umarłby na ich skutek. Ale nie pułkownik Jon Smith. W tym momencie przyszedł mi na myśl pewien niezniszczalny i wyjątkowo uzdolniony eks-agent służb specjalnych. Mam tutaj na myśli Mcgywer’a, którego przygody mogliśmy śledzić w telewizji na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Jedyną różnicą pomiędzy tymi dwoma panami jest to, że Mcgywer nigdy nie używał broni, natomiast Jon Smith strzela na całego. Jednak, nie mogę zgodzić się ze stwierdzeniem, jakoby Opcja Paryska była thrillerem. Według mnie jest to bardzo dobra powieść sensacyjna, trzymająca w napięciu aż do samego końca. Zresztą, Robert Ludlum generalnie określany jest jako „mistrz powieści sensacyjnych”.

Duży plus dla Autora za to, że nie skupił się jedynie na mężczyznach, ale pokazał też, że kobieta również potrafi być twarda i walczyć na równi z mężczyznami. Być może jest to zasługa Gayle Lynds, która jest współautorką tej powieści.

Podsumowując, mogę jedynie zachęcić do tej książki wszystkich tych, którzy uwielbiają szybką akcję, niebezpieczeństwo, ryzyko oraz sporą dawkę strzelaniny.

 

 

Moja ocena: 5/6 

 

 

źródło okładki

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



wtorek, 27 grudnia 2011

 

 

William Wharton

 

                  Wieści

 

 

 

 

Wydawnictwo: DOM WYDAWNICZY REBIS
Poznań 2009
Tytuł oryginału: Tidings

 

 

 

 

Choć Boże Narodzenie już za nami, to jednak niektórzy z nas z pewnością nadal żyją Świętami. W związku z tym postanowiłam pozostać jeszcze w tym magicznym klimacie Bożego Narodzenia i opowiedzieć Wam o książce, którą na pewno większość z Was zna. Świadomie zostawiłam sobie czytanie „Wieści” na dni świąteczne, gdyż nie chciałam utracić tego, co w tej powieści jest najistotniejsze. Pomyślałam, że skoro przeczytam tę książkę właśnie teraz, to odkryję na nowo magię Bożego Narodzenia. Niestety, ale tak się nie stało, gdyż jedyne uczucie, jakie w tej chwili przychodzi mi na myśl po przeczytaniu tej powieści, to „smutek”. Jednak o tym za chwilę.

William Wharton, a właściwie Albert William Du Aime, ukazał w „Wieściach” klasyczną, amerykańską rodzinę lat osiemdziesiątych XX wieku, przeżywającą wzloty i upadki. Pokazał rodzinę, która pomimo problemów stara się być razem przynajmniej w Boże Narodzenie. Głową owej rodziny jest Will Kelly, pięćdziesięciodwuletni filozof, wykładający w American College of Paris. Wszyscy określają go mianem „niewidzialnego człowieka”, gdyż żyje on własnym życiem, wciąż się czymś martwi, stale rozmyśla nad sensem istnienia, a czasami nawet zastanawia się czy naprawdę żyje. Nigdy też nie dotrzymuje złożonych obietnic i o wszystkim trzeba mu przypominać. Jego żona, Loretta jest nauczycielką w Szkole Międzynarodowej w Paryżu. Mają czwórkę dzieci, z których troje mieszka w Stanach Zjednoczonych, zaś z nimi w Paryżu przebywa najmłodszy syn, Ben. Chłopak praktycznie w stu procentach przypomina ojca. Jego całym życiem są książki.

We Francji w dolinie Morvandeau znajduje się stary młyn, w którym rodzina Kelly pragnie spędzić Boże Narodzenie. Chociaż nie są oni zbyt religijni, to jednak ten magiczny czas ma dla nich ogromne znaczenie. Jest to czas, w którym wszyscy mogą być razem. Jako pierwszy w młynie zjawia się Will, którego zadaniem jest przygotowanie domu na przyjazd żony i dzieci. Po niewielkich perypetiach związanych z podróżą, do młyna dociera w końcu reszta rodziny. Pomimo że wszystko przebiega bez większych zakłóceń, to jednak Will czuje, że coś jest nie w porządku. Odczuwa niepokój, bo jest przekonany, że są to ostatnie wspólne święta. Nie wie, jak będzie żył bez rodziny, a szczególnie bez żony. Cały ten lęk próbuje zrzucić na karb swojego dziwacznego usposobienia. Kiedy dzieli się swoimi przemyśleniami z dziećmi, one zwyczajnie go wyśmiewają.

Z emocjonalnego punktu widzenia w tej książce praktycznie nic się nie dzieje. Czytelnik ma do czynienia z typową amerykańską rodziną, przygotowującą się do świąt. Ewentualne emocje może budzić scena, kiedy Will jedzie do lasu ukraść sosnę, bo ta, którą otrzymał od sąsiada do niczego się nie nadaje. Adrenalinę może jeszcze podnieść czytelnikowi opis cięcia drewna. Jest to scena, w której Will uczy Ben’a, jak prawidłowo mężczyzna powinien trzymać piłę, aby nie zrobić sobie krzywdy. Kiedy dołącza do nich młodsza córka, Nicole, opis ten nabiera wręcz dramatyzmu.

Na początku wspomniałam, że po tej książce oczekiwałam, iż przywróci mi ona wiarę w magię Bożego Narodzenia. Być może ktoś, kto przeczyta tę powieść powierzchownie i nie będzie zastanawiał się nad jej wymową, poczuje, że Boże Narodzenie to czas naprawdę magiczny, zresztą tak właśnie twierdzi wydawca, pisząc na okładce: Magiczne Boże Narodzenie wyczarowane piórem Wharton’a. Ale jak Boże Narodzenie może być magiczne i wyjątkowe, kiedy praktycznie wszyscy członkowie rodziny mają coś do ukrycia? Choć boją się o tym mówić głośno, to jednak nie kryją tego sami przed sobą. Tak naprawdę wydaje się, że jedynie Will jest w porządku. Wszyscy zgodnie w swoich sumieniach przyznają, że cała ta atmosfera Bożego Narodzenia jest zwyczajnie „udawana”. Loretta już od jakiegoś czasu zdradza męża i zastanawia się, jak mu o tym powiedzieć. Najstarsza córka, Maggie, źle czuje się w swoim małżeństwie i wszystkiego, czego pragnie, to wyswobodzenie się z jego więzów. Chociaż z mężem ma syna, to jednak nie powstrzymuje jej to przed wystąpieniem o rozwód. Wspomniana już Nicole, jest związana z pewnym rzeźbiarzem, z którym pragnie spędzić resztę życia, tylko jemu jakoś z nią nie po drodze. Ostatecznie postanawia za wszelką cenę urodzić jego dziecko i wychowywać je sama, nawet kosztem korzystania z pomocy opieki społecznej. Jest to jej tajemnica, którą ukrywa przed rodzicami i za nic nie wie, jak im o tym powiedzieć. Starszy syn, Mike, jest związany z miejscową, rozhisteryzowaną dziewczyną, dla której jest gotowy poświęcić studia i zrobienie doktoratu. Choć nie jest gotowy do małżeństwa, to jednak chce się z nią ożenić, aby w ten sposób uwolnić ją od rodziców, którzy są w trakcie rozwodu. Z kolei Ben nie cierpi swojego dorastania i również udaje, że wszystko jest w porządku.

Niestety, ale do mnie ta książka nie przemówiła w taki sposób, w jaki oczekiwałam, co wcale nie znaczy, że nie możecie jej przeczytać. Otóż, możecie i to jak najbardziej. Nawet jest to wskazane, ponieważ porusza ona dylematy, które nie są obce żadnemu człowiekowi. Myślę, że William Wharton właśnie taki miał zamiar, pisząc tę powieść. Autor chciał, aby czytelnicy zatrzymali się na chwilę i zastanowili nad własnym życiem. Może my również coś „udajemy”? Może nasze Boże Narodzenia wcale nie są takie, za jakie je uważamy? Może my także nie jesteśmy szczerzy z naszymi bliskimi i ukrywamy przed nimi wiele spraw?

Ta powieść jest „mądra”, ale od tej drugiej strony. Uważam, że nie należy podchodzić do niej, jak do zwyczajnej opowiastki o Bożym Narodzeniu, bo wtedy nie odczyta się prawdziwego przesłania, jakie z niej płynie. I nie ma w tym żadnej magii, lecz realne życie, wypełnione codziennymi problemami. Zwróćmy uwagę na okładkę. Przecież ta roztrzaskana choinkowa bombka ma w sobie tak wielką wymowę, że trudno tego nie zauważyć. Przecież to jest symbol rozpadającej się rodziny. Sądzę, że Autor świadomie urwał akcję powieści w momencie, kiedy Will przyznał, że już od dawna wie o zdradach żony i, że wcale nie jest taki naiwny, na jakiego wygląda. Gdyby William Wharton pociągnął dalej ten wątek, to myślę, że powieść straciłaby wiele na wartości. Być może okazałoby się, że Will prosto z Morvandeau jedzie do sądu, aby złożyć pozew rozwodowy.

Wiem, że podeszłam do tej książki praktycznie. Nie dałam się tutaj ponieść euforii Bożego Narodzenia. Być może wiele osób zarzuci mi, że swoją recenzją „zabiłam” magię świąt, ale nie umiałam inaczej. Nie chciałam pod specyficzną atmosferą Bożego Narodzenia ukrywać prawdziwego przesłania tej powieści. I nawet wielka niewiadoma, co do istnienia Świętego Mikołaja, nie była w stanie pohamować moich praktycznych odczuć. Jednak, z drugiej strony zastanawiam się, kto tak naprawdę stał za tymi skarpetami, wypchanymi po brzegi prezentami? Czyżby Święty Mikołaj naprawdę istniał?

Kończąc, jestem przekonana, że kiedyś przyjdzie taki dzień, w którym ktoś nazwie William’a Wharton’a klasykiem. Jeżeli inne powieści pisał w taki sam sposób, jak „Wieści”, czyli z takim mądrym przesłaniem, to jak najbardziej ten tytuł będzie mu się należał.

 

 

Moja ocena: 5/6

 

 

źródło okładki

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



niedziela, 18 grudnia 2011

 

 

Maria Rodziewiczówna

 

             Nieoswojone Ptaki

 

 

 

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG
Warszawa 2009

 

 

 

Literatura klasyczna jakoś nigdy specjalnie mnie nie pociągała. Na studiach omijałam ją szerokim łukiem, choć nie powinnam, lecz mimo to udało mi się przez nią przebrnąć. Myślę, że założenie bloga stało się takim impulsem do tego, aby przekonać się wreszcie do klasyków nie tylko obcych, lecz przede wszystkim naszych rodzimych. Dlatego też od pewnego czasu zaczęłam nadrabiać zalęgłości w tej kwestii i oto dzisiaj proponuję Wam jedną z powieści polskiej pisarki, żyjącej na przełomie XIX i XX wieku.

Maria Rodziewiczówna przez niektórych porównywana jest do Jane Austen. Być może coś w tym jest. Chociaż po przeczytaniu „Niespokojnych Ptaków”, mogłabym raczej utożsamić ją z Elizą Orzeszkową. Wydaje mi się, że styl pisania tych dwóch kobiet był bardzo podobny. Ale jest to tylko moje zdanie i nie każdy może się ze mną zgodzić. Być może tak naprawdę Maria Rodziewiczówna ma więcej wspólnego z Jane Austen, aniżeli z Elizą Orzeszkową.

Główną bohaterką „Niespokojnych Ptaków” jest młodziutka, bo zaledwie dwudziestodwuletnia, Antonina (Tola) Stankar. Dziewczyna pochodzi ze wsi, gdzie trafiła po śmierci ojca jeszcze jako niemowlę. Tam została wychowana przez stryja, Kazimierza Łużyckiego, który całkowicie odizolował ją od ludzi, doprowadzając do tego, że dziewczynka boi się obcych. Niemniej jednak, zaprzyjaźnia się z niewiele starszym od siebie chłopcem, Michałem Brzezickim, który mieszka w sąsiednim dworze. Mijają lata, dzieci dorastają, ale ich przyjaźń nadal trwa. Oczywiście stryj Kazimierz nadal trzyma Tolę w zamknięciu, choć dziewczyna ma już osiemnaście lat i wyrosła na bardzo piękną młodą kobietę.

Pewnego dnia Antonina poznaje niesamowicie przystojnego malarza, Jana Stankara. Jest to miłość od pierwszego wejrzenia. Jan jest przyjacielem Michała i to właśnie dzięki niemu spotkał Tolę. Swojej niechęci w kwestii tej znajomości nie kryje Łużycki. Jest tak bardzo wrogo nastawiony do malarza, że w momencie, gdy Tola oznajmia, iż mają zamiar się pobrać, stryj po prostu ją wydziedzicza. Dziewczyna otrzymuje jedynie posag, który jej się prawnie należy, natomiast bezpowrotnie traci prawa do majątku Łużyckiego. Niezadowolona jest również rodzina Michała, gdyż od początku jego znajomości z Tolą, uważano, że są oni sobie przeznaczeni. A teraz jakiś obcy mężczyzna zabiera ją do Warszawy.

W stolicy Tola przeżywa koszmar. Mąż nagle przestaje być tym ukochanym mężczyzną, za którego wyszła za mąż. Kariera zupełnie mu nie idzie, nie ma weny twórczej, a do tego za wszystko obwinia Tolę. Gdy rodzi im się córka, jest jeszcze gorzej. Stankar przepuścił cały posag swojej żony i teraz żyją na skraju ubóstwa. On żywi się na mieście, zaś ona i dziecko niemalże przymierają głodem. Ostatecznie malarz, nie wytrzymując już tej niekomfortowej dla siebie sytuacji, opuszcza rodzinę i wyjeżdża do Paryża, gdzie ma nadzieję odnaleźć spokój i chęć do pracy. Natomiast Tola coraz częściej zaczyna myśleć o śmierci. Uważa, że byłoby najlepiej, gdyby umarła. Ale los nie pozwala jej umrzeć. Kobieta na swojej drodze spotyka życzliwych ludzi, którzy robią wszystko, aby jej pomóc. Znajdują jej pracę i opiekują się małą Janką, kiedy ona zarabia na życie. Gdy wydaje się, że wszystko zmierza ku dobremu, a Tola jest już na tyle silna, żeby móc o siebie zadbać, niespodziewanie z Paryża wraca Jan Stankar. Jak teraz potoczą się losy Toli i jej córeczki? Czy kobieta wróci do męża? A może ucieknie, gdzieś gdzie nikt nie będzie w stanie jej odnaleźć? A co, jeśli Jan Stankar uświadomił sobie swój błąd i na nowo odkrył swoją miłość do Toli? Tylko pytanie, czy na tę zmianę nie jest już przypadkiem za późno?

A teraz kilka słów ode mnie. Jeżeli spodziewacie się po tej książce romansu, to raczej na to nie liczcie. Żadnych wątków miłosnych tutaj nie znajdziecie. Ale za to będzie sporo o nienawiści kobiety do mężczyzny. Ale nie tylko nienawiść będzie kierować Tolą. W głównej mierze będzie to paniczny strach, jaki odczuwać będzie na samą myśl o Stankarze. Chociaż będzie miała za sobą przyjaciół, to jednak na niewiele się to zda, gdyż zarówno prawo, jak i Kościół przyjmą stanowisko, które mówi, że mąż może robić z żoną, co chce, a ona powinna to pokornie znosić, bo inaczej ma grzech śmiertelny. Kobieta jest po, żeby cierpieć w milczeniu. Czytając taki tekst, zastanawiam się, czy w XIX wieku naprawdę ludzie byli aż tak zacofani? No ale chyba byli. Maria Rodziewiczówna nie wymyśliłaby sobie tego, zważywszy że sama niezwykle czynnie działała na rzecz praw kobiet, co znajdowało swoje odzwierciedlenie w powieściach, które pisała, gdyż mocno akcentowała w nich feminizm.

Myślę, że dla tych, którzy cenią sobie klasykę, ta książka jest świetną lekturą. Czasami zastanawiam się, dlaczego teraz nikt już nie pisze takich książek. Pomimo że jest to literatura kobieca, to jednak znacznie różni się od tej, którą obserwujemy dzisiaj. Już sam styl pisania jest inny. Taki bardziej „salonowy”. W końcu mamy tutaj do czynienia ze środowiskiem szlacheckim. Przecież Tola pracuje u hrabiny. Jak dla mnie jest to zupełnie inny świat, który powoli zaczyna mnie fascynować.

 

 

Moja ocena: 4/6



 

źródło okładki

 

 

prawa autorskie zastrzeżone

sobota, 17 grudnia 2011

 

 

Ottavio Cappellani

 

         Tragedia Sycylijska

 

 

 

 

Wydawnictwo: MUZA
Warszawa 2008
Tytuł oryginału: Sicilian Tragedi

 

 

 

 

Prawdę powiedziawszy, nie wiem czy mam nad tą książką płakać, czy może się z niej śmiać. Nie wiem też do jakiej kategorii mam ją zaliczyć. Teoretycznie książka jest powieścią, zaś praktycznie może wydawać się, że jest to sztuka teatralna i wcale nie ze względu na swoją fabułę. Całość podzielona jest na trzy akty, czyli dokładnie tak, jak sztuka. Ale ma też prolog i epilog. Według mnie jest to trochę dziwna konstrukcja, ale co tam. Wybór Autora. Akcja tej sztuko-powieści rozgrywa się na Sycylii i, jak sama nazwa wskazuje, w środowisku mafijnym. Wojna o wpływy, a dokładnie o udział w przemyśle naftowym, toczy się pomiędzy dwoma bossami, czyli Turi Pirrotą i Misterem Alfio Turrisim, który w dodatku na zabój kocha się w córce Turiego Pirroty, Betty. O jej rękę stara się niczym dżentelmen z powieści wiktoriańskich. Pisze długi list do rodziców Betty, w którym prosi o pozwolenie na ślub. Jednak nie jest to takie proste, ponieważ obaj panowie wręcz się nienawidzą, natomiast Betty nie ma najmniejszego zamiaru wychodzić za „dziada”, który, przynajmniej w jej mniemaniu, ma „dziewięć dych”.

W tym samym czasie podstarzały reżyser teatralny, Toni Cagnotta, kompletuje ekipę równie podstarzałych aktorów celem wystawienia Romea i Juli. Zamiarem reżysera jest wystawienie sztuki na zasadach katańskiego teatru dialektalnego, czyli takiego, gdzie dialekt sycylijski jest podstawowym materiałem scenicznych dialogów. Dla Cagnotty jest to nie lada problem, gdyż nie ma kto sfinansować jego przedsięwzięcia. Powinny to zrobić władze, ale nie chcą wydawać pieniędzy na coś, co z pewnością nie odniesie sukcesu. Dlatego też reżyser decyduje się wziąć kredyt hipoteczny pod zastaw własnego domu. Ostatecznie udaje mu się doprowadzić sprawę do końca i nadchodzi dzień premiery. No i wtedy dopiero wszystko się zaczyna. Na premierze ginie jeden z radnych do spraw kultury. Oczywiście wiadomo, że za zamachem stoi mafia, tylko jeszcze nikt nie wie, który z bossów wydał rozkaz. Nie wiadomo czy był to Turi Pirrota, czy może Alfio Turrisi. W środowisku mafijnym taka niewiadoma określana jest mianem „zemsty na przestrzał”. Przecież każdy z mafiosów ma powód, aby poświęcić życie radnego, a potem zrzucić winę na tego drugiego w ramach zemsty. 

Po jakimś czasie ten drugi boss (czyli ten niewinny) nie chce być gorszy i każe zabić innego radnego. Teraz to już nie wiadomo, czy cała ta gra to walka o ropę, czy może chodzi o piękną Betty, która przez cały czas wodzi Mistera Turrisiego za nos. Oczywiście myślą przewodnią całej tej farsy jest.. fiut. Pozwólcie, że nie będę w tym miejscu wyjaśniać dlaczego akurat ta część męskiego ciała. Po szczegółowe informacje na ten temat odsyłam Was do książki. Natomiast Czytelników wrażliwych oraz tych, dla których piękno języka polskiego jest kwestią priorytetową, bardzo przepraszam za owo wyrażenie, ale musicie wiedzieć, że w tej książce aż się roi od wulgaryzmów. Praktycznie nie ma dialogu, gdzie Autor nie użyłby przekleństw. Prawdę powiedziawszy w części narracyjnej też jest ich mnóstwo.

 

 

 

Przyznam, że najpierw ta sztuko-powieść mnie denerwowała, bo jakoś nie mogłam się w niej połapać, a kiedy już się połapałam, to wówczas stwierdziłam, że może i nie jest ona taka zła, ale rewelacyjna też nie jest. W końcu pewne środowiska rządzą się własnymi prawami. Swego czasu sporo czytałam o włoskiej mafii, ponieważ chciałam zdobyć pewną wiedzę na ten temat. Moi stali Czytelnicy z pewnością domyślają się po co mi ta wiedza była potrzebna. W związku z tym wiem, że środowisko mafijne jest niezwykle brutalne, ordynarne i bezwzględne, choć akurat w tej książce jest jakby nieco ośmieszane.

Na początku napisałam, że nie wiem tak naprawdę, czy jest to powieść, czy sztuka teatralna. Myślę, że chyba każdy będzie miał wątpliwości, czytając tę lekturę, ponieważ w epilogu wszyscy bohaterowie nadal żyją i mają się całkiem dobrze. Można odnieść wrażenie, że wszyscy bohaterowie to aktorzy, którzy właśnie odegrali swoje role i wracają do normalnego życia. Spotykamy wśród nich także dwóch radnych, którzy wcześniej zginęli z rąk wynajętych morderców. Oczywiście nie mogę nie wspomnieć też, że w książce tej występuje mieszanka różnych środowisk. Obecne jest nie tylko środowisko mafijne i aktorskie, ale również gejowskie i szlacheckie (hrabina i baronowa).

Podsumowując, nie będę specjalnie polecać Wam tej książki. Dla mnie okazała się przeciętna, a nawet słaba. Oczywiście do strony technicznej zastrzeżeń nie mam. Nie znalazłam literówek, ani też błędów rzeczowych. Niemniej, bardzo podoba mi się okładka i to chyba właśnie ona przyciągnęła mnie do tej książki. Moim zdaniem jest ona bardzo trafiona, gdyż w pełni oddaje klimat tej sztuko-powieści. 

 

 

Moja ocena: 3/6

 



źródło okładki

kadr z filmu Ojciec Chrzestny

 

 

prawa autorskie zastrzeżone

 

 

♠♠♠♠♠

 

Kochani, przypominam Wam o głosowaniu na Literata Roku 2011, które trwa do 6 stycznia 2012 roku. Zachęcam Was do oddawania głosów :-)

Dziękuję również wszystkim tym, którzy przyczynili się i wciąż przyczyniają do rozpowszechniania naszej akcji Blogerzy Książki Piszą. Dzięki Wam wciąż zgłaszają się nowe osoby, chcące wziąć udział w projekcie. Mam nadzieję, że uda nam się całą akcję przeprowadzić profesjonalnie. Ze swojej strony proszę Was o aktywne włączenie się do projektu. Jeżeli macie jakieś pomysły, to chętnie je poznamy. Kochani, ten projekt ma być nasz wspólny, a nie tylko Krainy Czytania i Książek Zbójeckich.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
Zakładki:
Blog istnieje od 13 kwietnia 2011 roku
Cykle Literackie
My thoughts about books and literature
Pomóżmy Ewie powrócić do normalnego życia - Akcja: BLOGI DAJĄ NOGI
Proszę nie kopiować tekstu bez mojej zgody (ustawa z dn. 4 lutego 1994r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
Troszkę z innej bajki
Tutaj często zaglądam
Ulubione Blogi Książkowe
Wszelkie komentarze, które swoją treścią będą obrażać osobę autorki bloga lub innych czytelników, a także autorów książek, zostaną natychmiast usunięte.
Wydawnictwa i Księgarnie
Wywiad ze mną na blogu Książki Zbójeckie


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?