Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński

Przeczytane w 2012 roku

sobota, 29 grudnia 2012

 

Catrin Collier

 

       Ostatnie lato

 

 

 

 

Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I SK-A
Warszawa 2009
Tytuł oryginału: One Last Summer
Przekład: Agnieszka Lipska-Nakoniecznik

 

 

 

Kiedy człowiek staje u progu śmierci wówczas albo rzuca się na życie niczym szaleniec, chcąc przeżyć to, czego nie udało mu się przez te wszystkie lata, albo zastanawia się nad przeszłością i pragnie do niej powrócić. Jednak czasami jest tak, że powrót do przeszłości może boleć znacznie bardziej niż choroba, która trawi organizm, aby w efekcie doprowadzić do śmierci. Czy w takiej sytuacji jest sens czynić jakiekolwiek wysiłki, aby cofać się lata wstecz i na nowo przeżywać to, co wywołało tak wielkie cierpienie? A może taki powrót to jedyny sposób na to, aby odzyskać spokój?

Prusy Wschodnie (z niem. Ostpreußen) stanowiły część Królestwa Pruskiego, a następnie zjednoczonych w XIX wieku Niemiec. Taki stan rzeczy istniał do roku 1945, czyli do momentu zakończenia II wojny światowej i wysiedlenia Niemców z tych terenów. Prowincja ta powstała w 1772 roku z części terytorium Polski, w którego skład wchodziła Warmia oraz Prusy Książęce z wyłączeniem Kwidzyna. Stolicą tejże prowincji był Królewiec. Tuż przed wybuchem II wojny światowej powierzchnia Prus Królewskich wynosiła 36 991,71 km2. Prowincję wówczas zamieszkiwało 2 488 122 mieszkańców.

Na terenie Prus Wschodnich lata dzieciństwa i dorastania przeżywa główna bohaterka powieści Catrin Collier, Charlotte von Datski. Już z samego brzmienia nazwiska wynika, że dziewczyna pochodzi z arystokratycznej rodziny niemieckiej. Jej ojciec to wysoko postawiony urzędnik państwowy. Matka nie pracuje zawodowo, lecz swój czas poświęca dzieciom. Charlotte ma jeszcze dwóch braci bliźniaków, Wilhelma i Paula, oraz starszą siostrę, Gretę, z którą bynajmniej nie łączą ją uczucia typowe dla rodzonych sióstr. Rodzina von Datski to klasyczna niemiecka familia postępująca zgodnie z zasadami wprowadzonymi przez Adolfa Hitlera. Charlotte jest utalentowana muzycznie i należy do sekcji muzycznej Allensteiner Hitlerjugend (z pol. Młodzież Hitlera), co daje jej możliwość koncertowania również w innych krajach. Posiadłość rodziny to piękny dwór i pola o nazwie Grunwaldsee leżąca w okolicach dzisiejszego Olsztyna.

Rodzina von Datski sprawia wrażenie niezwykle szczęśliwej i kochającej się familii. Kiedy największe marzenie Charlotte niespodziewanie spełnia się, dziewczyna czuje, że już nic więcej nie potrzeba jej do szczęścia. Oto mężczyzna, którego kocha skrycie od tak dawna, wreszcie prosi ją o rękę. Jednak już niedługo okazuje się, że hrabia Claus von Letteberg wcale nie jest tym, za kogo tak naprawdę uchodził. Jako oficer Wermachtu swoją brutalność kieruje również na młodą i niedoświadczoną żonę. Sielankowe życie Charlotte zmienia się jeszcze bardziej wraz z wybuchem II wojny światowej. Od tej chwili nic już nie będzie takie samo. Młodziutka Charlotte będzie musiała dorosnąć z dnia na dzień.

Mijają dziesiątki lat. Wojna już dawno dobiegła końca. W Polsce także zmienił się system władzy. Dziś Charlotte mieszka w Stanach Zjednoczonych i właśnie skończyła osiemdziesiąt sześć lat. Kobieta ma dwóch synów, z których jeden mieszka w Niemczech, a drugi w Anglii. Jednak stosunki panujące pomiędzy nią a jej dziećmi nie należą do najlepszych. Z kolei fantastycznie dogaduje się ze swoimi wnukami. Ale jest coś jeszcze. Charlotte von Datski umiera. Lekarze właśnie wykryli u niej nowotwór trzustki i sugerują leczenie, lecz kobieta nie chce poddać się terapii. Jedyne czego pragnie, to znów odwiedzić tereny niegdysiejszych Prus Wschodnich. Przed śmiercią chce zobaczyć dom, w którym spędziła najszczęśliwsze lata swojego życia. Jest ciekawa jak teraz wygląda to miejsce i kto się nim zajmuje. Charlotte wie, że podróż może okazać się dla niej zabójstwem, lecz podejmuje się tego, zwłaszcza że pragnie wyjaśnić swojej ukochanej wnuczce, Laurze, dlaczego swego czasu zarówno ona, jak i jej siostra były członkiniami partii nazistowskiej. Czym zakończy się ta podróż w przeszłość? Czy jest to tylko chęć zobaczenia przed śmiercią rodzinnego domu, czy może kryje się za tym coś więcej?

Od razu napiszę, że niniejsza książka oparta jest na faktach. Catrin Collier fabułę powieści stworzyła na podstawie pamiętników swojej babki i matki. Nie wiem, czy treść tych pamiętników jest dokładnie cytowana w powieści, czy zmieniona przez autorkę. Natomiast prawdą jest, że główna bohaterka powieści podczas całej podróży czyta je, a następnie oddaje swojej wnuczce, aby ta dzięki nim zrozumiała wiele istotnych kwestii związanych z jej przeszłością.

Ta powieść może budzić szereg kontrowersji w zależności od tego, kto ją czyta. Na pewno Polacy odbiorą ją inaczej niż mieszkańcy innych państw świata. Czytając recenzje tej powieści zauważyłam, że niektórzy polscy recenzenci atakują autorkę i zarzucają jej pisanie nieprawdy, patrząc na problem jedynie z jednej strony, czyli poprzez pryzmat okrucieństwa jakiego doznał nasz kraj od faszystowskich Niemiec. Lecz trzeba też wiedzieć, że każdy medal ma dwie strony. Owszem, okrucieństwo hitlerowców przeszło wszelkie granice i nie zamierzam tego faktu kwestionować. Ale przecież nie można zapominać, że wśród ówczesnych Niemców byli i tacy, którzy sprzeciwiali się polityce Hitlera i ponieśli za to karę. Byli rozstrzeliwani i torturowani. W takich sytuacjach zawsze przychodzi mi na myśl historia Władysława Szpilmana. Jeśli ktoś nie wie, o czym piszę, to odsyłam do lektury Pianisty. Wiem też, że w Polsce znajdują się groby młodych niemieckich żołnierzy, którzy odmówili wykonania wyroków śmierci na Polakach. Niedaleko miejscowości, w której mieszkam jest właśnie taki grób, który do tej pory jest pielęgnowany przez miejscową ludność.

Być może ktoś zarzuci mi, że próbuję w ten sposób wybielić faszystów. Nic podobnego! Staram się tylko być obiektywna i nie pielęgnować w sobie nienawiści, bo to nie prowadzi do niczego dobrego. A niestety, my-Polacy, mamy do tego skłonność. Ta powieść pisana jest z perspektywy osoby, która boleśnie odczuła na sobie okrucieństwo wojny, choć była przedstawicielką znienawidzonego przez wszystkich narodu. Wojna zabrała głównej bohaterce większość rodziny. Ona sama także została pozbawiona godności. Jej egzystencja już nigdy nie była taka sama. Praktycznie przy życiu trzymały ją jedynie wspomnienia o pewnym rosyjskim oficerze, z którym spędziła najpiękniejsze chwile życia, nie bacząc na niebezpieczeństwo. Ten oficer ostatecznie uratował jej życie. Charlotte wciąż nie może sobie wybaczyć, że nie zrobiła nic, co mogłoby uratować choć jedno ludzkie istnienie. Stale ma w pamięci wywózkę Żydów, wśród których były także jej przyjaciółki. Być może nie zrobiła nic ze zwykłego ludzkiego strachu.

Pamiętajmy też, że nawet pośród niemieckich oficerów byli i tacy, którzy wystąpili jawnie przeciwko Hitlerowi, przygotowując na niego zamach.

(…) Pułkownik Claus Schenk hrabia von Stauffenberg, jego adiutant, porucznik Werner von Haeften, generał Friedrich Olbricht i pułkownik Sztabu Generalnego, Albrecht Ritter Mertz von Quirnheim stanęli przed plutonem egzekucyjnym w nocy dwudziestego lipca tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku na dziedzińcu Głównej Kwatery Armii przy Bendlerstrasse. Inni nie mieli tyle szczęścia. Po wydaniu wyroków cywilni spiskowcy ginęli na gilotynie, wojskowi zaś, rozebrani do naga, dusili się powoli zawieszeni na strunie fortepianowej na haku, z którego ich zdejmowano, zanim skonali, cucono i wieszano ponownie. W pewnych wypadkach cały proces powtarzano nawet kilkakrotnie, aż wreszcie następował zgon. Na osobisty rozkaz Hitlera te męczarnie były utrwalane na taśmie filmowej, filmy zaś pokazywano później współpracownikom Führera w kwaterze głównej (…)*

Prześladowaniom poddane zostały także rodziny spiskowców. Rodzina Charlotte von Datski jest jedną z tych, których członkowie wreszcie powiedzieli Hitlerowi „DOŚĆ!”. Ta powieść nie tylko wzrusza, ale też pokazuje wojnę z tej drugiej strony. Jest to wojna widziana oczami zwykłych Niemców i ich rodzin. Zło, które wyrządzili światu faszyści było tak wielkie, że przesłoniło te incydentalne przypadki, kiedy próbowano się buntować, bo wreszcie zdano sobie sprawę z brutalności i szaleństwa samego Hitlera.

Nikt z recenzentów, których teksty czytałam nie zauważył, że bohaterka powieści boleje nad tym, co spotkało świat, a przede wszystkim Polskę. Kiedy Armia Czerwona wkracza na tereny Prus Wschodnich, żołnierze rosyjscy nie liczą się z nikim ani z niczym. Mają miejsce zbiorowe gwałty kobiet, mordowanie zarówno dorosłych, jak i dzieci. Nawet kobiety w ciąży nie są oszczędzane. I wtedy Charlotte pyta samą siebie, czy Niemcy wkraczając na tereny okupowane też tak się zachowywali? Ta myśl nie daje jej spokoju. Wyrzuty sumienia dręczą ją do ostatnich chwil życia. Ona wie, że Niemcy już zawsze będą kojarzone z okrucieństwem. Charlotte zdaje siebie sprawę, że kolejne pokolenia wciąż będą potępiać jej kraj, a jej rodakom być może już nigdy nie uda się odzyskać dobrego imienia.

O tej powieści można wiele pisać. Tematyka jest rozległa i kontrowersyjna. Zdania były, są i będą podzielone. Tylko czy nienawiść na pewno jest tym środkiem, którym powinniśmy się kierować za każdym razem, gdy pomyślimy o II wojnie światowej?

 

 

Moja ocena: 6/6




* C. Collier, Ostatnie lato, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, s. 11.

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



czwartek, 27 grudnia 2012

 

Renata Czarnecka

 

  Królowa w kolorze karminu

 

 

 

Wydawnictwo: SKRZAT
Kraków 2008

 

 

 

Barbara Radziwiłłówna to postać dość kontrowersyjna w historii Polski. Na pewno była ona kobietą o niezwykłej urodzie, o której krążyły rozmaite opinie w zależności od tego kto je wygłaszał: wróg czy przyjaciel. Zachwyt wzbudzała przede wszystkim jej piękna twarz. Miała ciemne i duże oczy, a jej cera była jasna. Ta „słusznego wzrostu” blondynka pod wszelkimi względami odpowiadała renesansowym wyobrażeniom piękna. Lubowała się w drogich sukniach i kosztownej biżuterii. Jednak przede wszystkim upodobała sobie kolor czerwony, w którym sprawiała sobie nie tylko suknie i birety, ale także poduszki. Najprawdopodobniej nawet powóz kazała wyłożyć szkarłatnymi materiałami. Zgodnie z panującą w XVI wieku modą, przyozdabiała się biżuterią, a nade wszystko ceniła sobie pierścienie, których zwykła nosić nawet kilka jednocześnie. Niemniej jej ulubioną ozdobą były perły. Mówiono, że jej kolekcja jest imponujących rozmiarów.

Być może była to kobieta próżna i zepsuta, zważywszy na styl życia jaki prowadziła. Można o niej mówić różnie. Jedni uważają, że Barbara z Radziwiłłów była wielką rozpustnicą, która ostatecznie, dzięki swoim wdziękom, uwiodła króla, a ten szalejąc z miłości szedł na wszelkie ustępstwa, doprowadzając w końcu do jej koronacji. Prawdą jest, że przez jej łoże przewinęło się wielu mężczyzn pochodzących z rozmaitych warstw społecznych. Dlatego też jej nie najlepsza opinia jest w pełni uzasadniona. Z kolei inni twierdzą, że Barbara padła ofiarą wygórowanych ambicji swoich dwóch braci, Mikołaja Rudego i Mikołaja Czarnego, stając się pionkiem w ich politycznej grze z Zygmuntem II Augustem. Jeszcze inni żałują jej, twierdząc, że została upokorzona jak żadna inna przed nią. Wśród tych rozmaitych opinii jedno jest pewne. Barbara Radziwiłłówna pomimo swoich licznych grzechów doznała tego, o czym wiele jej poprzedniczek mogło tylko marzyć. Kochała i była kochana aż do samej śmierci, a jej królewski małżonek już do końca życia nosił po niej żałobę.

Romans Zygmunta II Augusta i Barbary Radziwiłłówny rozpoczął się jeszcze za życia pierwszej żony monarchy, którą była arcyksiężniczka Elżbieta z Habsburgów. Po jakimś czasie okazało się, że nie jest to kolejny kaprys króla zauroczonego piękną buzią wojewodziny trockiej. Ten romans przerodził się w autentyczne i trwałe obopólne uczucie, które najpierw rozwijało się w ukryciu. Dopiero po śmierci królowej Elżbiety, król zaprzestał ukrywania swoich amorów. Źródła historyczne podają, że Zygmunt II August kazał zbudować tajne przejście prowadzące z jego zamku do położonego w sąsiedztwie pałacu Radziwiłłów, aby móc już bez jakichkolwiek ograniczeń odwiedzać wybrankę swojego serca, wówczas wojewodzinę trocką i jednocześnie wdowę po Stanisławie Gasztołdzie. Z kolei Barbara zwykła odwiedzać króla w jego myśliwskim dworku w Rudnikach.   

Lata, kiedy Zygmunt II August miał u swego boku Barbarę były najszczęśliwszym okresem życia króla. Jego miłość zakrawała wręcz na opętanie, czego nie omieszkali komentować dworzanie i królewscy urzędnicy, nazywając Barbarę czarownicą posiadającą szatańską moc. Z pewnością jej biegłość w sztuce kochania miała tutaj decydujące znaczenie. Była Litwinką, a obyczaje erotyczne możnych kobiet Wielkiego Księstwa Litewskiego były zgoła odmienne niż Polek. Istniało szereg powodów, które sprawiały, że na Litwie patrzono bardziej tolerancyjnie na miłosne poczynania pań. Zezwalano na utrzymywanie pozamałżeńskich relacji damsko-męskich, nie demonizując tego rodzaju związków. Ówczesna Litwa kierowała się odmiennymi zasadami i normami oraz znajdowała się na obszarze innych oddziaływań niż Polska etniczna.

Tak więc Barbara wychowana w dość liberalnej atmosferze nie uważała, aby płeć stanowiła coś grzesznego i była elementem zahamowań. Środowisko, w którym królowa się wychowała przyzwalało na pewną swobodę, przejawianie, a wręcz zaspokajanie swoich seksualnych popędów. To, co było akceptowane na Litwie, nie było dobrze wdziane w Koronie. Dlatego też można zrozumieć kategoryczny sprzeciw urzędników dworskich Zygmunta II Augusta, kiedy ten usiłował wprowadzić Barbarę na tron. Jej niechlubna przeszłość ciągnęła się za nią aż do dnia śmierci. Pojawiały się nawet głosy, iż choroba, która ją zaatakowała (najprawdopodobniej nowotwór szyjki macicy) była karą za jej grzechy.

Barbara Radziwiłłówna to bez wątpienia niezwykle barwna postać, która zapisała się na kartach historii Polski. Historycy i pisarze wciąż do niej wracają, aby na nowo ją analizować. Powieść Renaty Czarneckiej jest doskonałym przykładem na to, jak wiele rozmaitych emocji do dziś budzi królowa, której moment koronacji tak naprawdę stał się początkiem nie tylko jej osobistego końca, ale także końca dynastii Jagiellonów. Autorka doskonale prowadzi czytelnika poprzez poszczególne etapy romansu Zygmunta i Barbary, a w tle wciąż brzmią echa polityki Radziwiłłów. Tak naprawdę nie wiadomo, kto wówczas sprawował władzę w Koronie. Można odnieść wrażenie, że Zygmunt II August oddał berło braciom, a sam skupił się jedynie na swojej szaleńczej miłości do Barbary.

 

Śmierć Barbary Radziwiłłówny
Autor: Józef Simmler, 1860

 

Powieść jest niezwykle dynamiczna i w niczym nie przypomina standardowego podręcznika do nauki historii. Na pewno nie jest nudna. Postacie są wyraziste, żyją własnym życiem, jak gdyby w oderwaniu od tego, co jest nam już znane. Miłośnicy historii wiedzą doskonale jakimi torami biegł romans Zygmunta i Barbary i w jakiej atmosferze miał on miejsce, jednak Renata Czarnecka sprawiła, że czytelnik do końca ma nadzieję na szczęśliwy finał, choć jest to niemożliwe. Może to się wydawać dziwne, ale moje wrażenia i emocje podczas czytania takie właśnie były. Gdzieś tam wierzyłam, że ta ich miłość ostatecznie zwycięży. Wielką sztuką jest napisać powieść historyczną, która tak bardzo będzie trzymać w napięciu. Renacie Czarneckiej udało się to doskonale.

Ta powieść naprawdę porusza. Cierpienie króla jest jednocześnie bólem dla czytelnika. Wszelkie emocje bohaterów są niezwykle autentyczne. Oczywiście nie brak tutaj także intryg. Pamiętajmy, że matką Zygmunta II Augusta była sama królowa Bona Sforza d’Aragona, kobieta niebywale porywcza, wręcz furiatka, jak niektórzy zwykli o niej mówić. Jej włoski temperament boleśnie odczuwali jej poddani. Matczyna miłość Bony praktycznie zakrawała na obsesję. Kto zna tę postać z historii, wie, iż przyklejano jej nawet etykietkę trucicielki.

Jak wiecie, uwielbiam historię i powieści historyczne. Lubię odgrzebywać przeszłość, szczególne tę sprzed setek lat, kiedy na tronach zasiadali monarchowie. Uważam, że tego rodzaju powieści są czytelnikom bardzo potrzebne, szczególnie teraz kiedy słyszy się o możliwości wycofania historii ze szkół. Dla mnie to jest niepojęte! Jak można nagle przestać nauczać historii?! Bardzo się cieszę, że pośród naszych rodzimych autorów jest Pisarka, która nie boi się podejmować wyzwań, bo przecież napisanie dobrej powieści historycznej wymaga nie lada talentu, cierpliwości, a przede wszystkim pasji związanej z historią. Jestem urzeczona tą powieścią i chcę więcej książek wychodzących spod pióra Renaty Czarneckiej. Podczas czytania naprawdę czułam się, jak gdybym przemykała korytarzami Wawelu i podsłuchiwała rozmowy dworzan, kiedy królowa Barbara dogorywała na łożu śmierci. Współczułam też Zygmuntowi II Augustowi, że oto traci miłość swojego życia. A kiedy powiedział: Boże mój! Czemuś mi ją zabrał?!, łza zakręciła mi się w oku.

Kiedyś pewna moja znajoma powiedziała, że należy sięgać po takie książki, z których możemy dowiedzieć się czegoś pożytecznego. Bez wątpienia powieści historyczne takie właśnie są. To z nich dowiadujemy się, w jaki sposób egzystowały pokolenia żyjące wiele lat przed nami. Zatem nie bójcie się sięgać po tego rodzaju książki, a jeśli wśród Was jest ktoś, kto jeszcze nigdy nie czytał tego gatunku, to może najwyższy czas zacząć? Natomiast Królowa w kolorze karminu być może stanie się tą powieścią, która sprawi, że tak jak ja, zakochacie się w historii.

 

 

Moja ocena: 6/6

 

źródło obrazu: na licencji Creative Commons

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



piątek, 21 grudnia 2012

 

Renata L. Górska

 

           Błędne siostry

 

 

 

Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2012

 

 

 

Chyba każdy z nas ma w życiu takie chwile, kiedy chciałby uciec najdalej jak to tylko możliwe. Chciałby zamknąć się w jakimś odludnym miejscu z dala od ludzi i cywilizacji, aby dać odpocząć swojej psychice i powrócić do równowagi, czyli mówiąc kolokwialnie, naładować akumulatory. Niestety, nie zawsze mamy dokąd uciec. W dodatku w tym konkretnym miejscu trzyma nas przeważnie praca i rodzina. Lecz może w końcu przyjść taki dzień, kiedy nasz organizm naprawdę zacznie się buntować i wówczas nie będzie ważne, że szef nas potrzebuje albo życiowy partner będzie twierdzić, że nie poradzi sobie, gdy wyjedziemy. Wtedy trzeba będzie wybrać, co tak naprawdę jest dla nas najważniejsze. Fakt, że w oczach innych jesteśmy niezastąpieni czy może nasze zdrowie i spokój psychiczny?

Właśnie przed tego rodzaju dylematami staje główna bohaterka powieści autorstwa Renaty Górskiej o imieniu Karola. Kobieta jest Polką, lecz od wielu lat nie mieszka już w swoim ojczystym kraju. Z dala od rodzinnego domu ułożyła sobie życie jak mogła najlepiej, jednak wciąż czuje, że nie wszystko układa się tak, jak powinno. Kiedy poznajemy Karolę, kobieta przechodzi poważny życiowy kryzys. Pracuje w firmie, która zaczyna podupadać, więc jej etat również wisi na włosku. W dodatku jej życiowy partner raczej nie stanowi dla niej oparcia, a wręcz to ona musi zajmować się nim niczym małym dzieckiem. Karola ma też inny problem. Otóż od lat cierpi na migrenę. Choroba atakuje niespodziewanie i wyłącza ją z życia na wiele godzin, a czasami nawet dni. Lekarz sugeruje jej wyjazd w jakieś zaciszne miejsce, gdzie mogłaby odpocząć, twierdząc, że ataki mają podłoże psychosomatyczne. Kobieta przychyla się do jego poleceń, ale nie wie, gdzie mogłaby się zaszyć i złapać oddech. I wtedy z pomocą przychodzi jej koleżanka z pracy, Regina, która wysyła ją do pewnego domu na polanie znajdującego się w Polsce, a dokładnie w Karkonoszach. Ten dom niegdyś należał do rodziców Reginy, a teraz stanowi własność jej i brata. Czy Karola odnajdzie spokój i wyleczy migrenę, przebywając w domu na polanie? Czy malowniczy karkonoski krajobraz jest w stanie przynieść kobiecie ulgę i uwolnić od problemów?

Panorama z okien domu na stoku rozciągała się po daleki horyzont. Przy idealnej pogodzie można było dostrzec zabudowania po drugiej stronie doliny. Natomiast pobliskie pagórki nierzadko zasnuwała mgła, pełznąca po łąkach, sponad których wybijały się wapniaki przy szlaku. Skałki te zwano Błędnymi Siostrami.

Czasem biel otulała całą polanę, wnikała nawet między drzewa lasu. Mgła pojawiała się tu często i także z tego powodu miejsce budziło grozę. Okoliczni mieszkańcy uważali je za siedlisko niezwykłych zjawisk.*

Swoje rozważania o Błędnych siostrach może zacznę od stwierdzenia, że choć od momentu, kiedy skończyłam czytać tę powieść minęło już kilka dni, nadal jestem pod jej ogromnym wpływem. Są takie książki, których nie można jednoznacznie scharakteryzować ani zaszufladkować, a słowo „rewelacja” to stanowczo za mało, aby w pełni wyrazić to, co czuje się po ich przeczytaniu. Renata Górska stworzyła właśnie jedną z takich powieści. Już od pierwszych stron wiedziałam, że ta książka jest wyjątkowa i tak inna od powieści, które czytałam w ostatnim czasie. W tej książce jest ukryta magia. Nie mam tutaj na myśli jedynie legendy, która ściśle łączy się z domem na polanie i z którą życie Karoli już od pierwszych dni pobytu w Karkonoszach zaczyna splatać się niczym warkocz. W tej książce czytelnik odnajduje znacznie więcej niż tylko opis wydarzeń. Ta historia posiada swoją głębię, nad którą należy się zastanowić.

W książce Renaty Górskiej czytelnik odnajdzie szereg prawd, które kierują naszym codziennym życiem. Autorka porusza kwestię wybaczania, miłości, przyjaźni, zaufania, a przede wszystkim pokazuje jak pod wpływem pewnych wydarzeń człowiek jest w stanie odmienić swoje życie. Karola od lat nosi w sobie urazę, która ma swoje źródło jeszcze w latach szkolnych i dotyczy jej rodziny. Kobieta musi się zmagać z demonami przeszłości, ale jest coś, co może jej w tym pomóc. To miłość. Jest to nie tylko miłość do mężczyzny, ale przede wszystkim miłość do siostry. Tylko najpierw powinna to uczucie w sobie odnaleźć. Wreszcie musi też stanąć twarzą w twarz ze swoją przeszłością i rozliczyć się z nią raz na zawsze. Bardzo trudno jest zaakceptować przeszłość, która okazuje się być inna niż kobieta twierdziła do tej pory.

Wspomniałam też o mężczyźnie. Otóż w życiu Karoli zupełnie niespodziewanie pojawia się tajemniczy Armin, z którym kobieta popada w konflikt już przy pierwszym spotkaniu. Choć jeszcze o tym nie wie, to jednak ta znajomość jest jej bardzo potrzeba, ponieważ pozwoli spojrzeć na pewne sprawy pod innym kątem. Ta niecodzienna znajomość uczy ją przede wszystkim zaufania drugiej osobie, co do tej pory było jej obce. Oprócz tego Karola może wreszcie doświadczyć prawdziwej przyjaźni. Tego uczucia również dotychczas nie znała, choć wydawało jej się, że jest inaczej.

Moje wrażenia podczas czytania tej powieści dodatkowo spotęgował fakt, że sięgnęłam po nią w okresie przedświątecznym. Akcja dzieje się od jesieni do wiosny, tak więc obejmuje też okres Bożego Narodzenia. W tym czasie mogłam obserwować metamorfozę Karoli i wraz z nią odczuwać to, co ona czuła, kiedy jej życie znów wywracało się do góry nogami. Bohaterka jest tak autentyczna, że czytelnik wraz z nią tęskni, złości się, płacze, cierpi, ale też śmieje i kocha. Autorka wiele spraw pozostawia niedopowiedzianych, a ich interpretacja należy już do samego czytelnika. Jest to bardzo dobry zabieg, ponieważ nie zawsze wszystko musi być do końca wyjaśnione.

Po przeczytaniu Czterech pór lata wiedziałam, że na pewno na tej jednej powieści się nie skończy i za jakiś czas sięgnę po kolejną książkę Renaty Górskiej. Język, jakim posługuje się Autorka jest prosty, a zarazem tak bogaty, że czytelnik odnosi wrażenie, jak gdyby w domu na polanie mieszkał razem z Karolą. Nie tylko główna bohaterka jest niezwykle autentyczna. To samo można powiedzieć o pozostałych postaciach. Podobnie jak język powieści, życie bohaterów jest z jednej strony proste, a z drugiej niezwykle bogate. Bogate wewnętrznie, a nie pod względem ekonomicznym. Choć każdy z nich boryka się ze swoimi własnymi problemami, to jednak nie zapomina o innych. Ludzie ci przyjmują wszystko takim, jakie jest, nie zadając zbędnych pytań. Z kolei tytuł powieści nie jest przypadkowy i dotyka nie tylko kwestii legendy, która niczym mgła, spowija dom na polanie.

Tak więc, jeżeli nie macie jeszcze gwiazdkowego prezentu dla bliskiej osoby, to ta książka będzie najodpowiedniejszym podarunkiem pod choinkę. Opowieść o Karoli i jej pobycie w domu na polanie pozostawi w każdym czytelniku niezatarty ślad. Myślę, że ta powieść jest też jedną z tych, do których można powracać wielokrotnie i za każdym razem przeżywać ją na nowo.

 

Moja ocena: 6/6

 



* R.L. Górska, Błędne siostry, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2012, s. 9.

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



środa, 19 grudnia 2012

 

Zofia Nałkowska

 

          Dom nad łąkami

 

 

 

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Warszawa 1953

 

 

 

 

Niektórzy z Was wiedzą już, że wraz z Nowym Rokiem postanowiłam oprócz nowości omawiać na blogu także książki, które mają już trochę lat, a które wydają się być zapomniane przez czytelników. Inspiracją do tego rodzaju postanowienia stała się dla mnie Nutta, która dość często wydobywa na światło dzienne prawdziwe perełki i pisze o nich piękne notatki. Nie wiem, ile z tych starych i zapomnianych książek uda mi się odnaleźć, ale chciałabym, aby było ich jak najwięcej. Wpisy nie będą regularne i nie będą mieć formy cyklu literackiego. Poprzez dzisiejszy wpis chciałabym rozpocząć przybliżanie Wam książek, które zostały wydane dziesiątki lat temu. Zacznijmy więc od Zofii Nałkowskiej i jej Domu nad łąkami.

Autorki chyba nie trzeba specjalnie przedstawiać, ponieważ jest ona znana każdemu z lat szkolnych, chociażby z powodu takich utworów jak Granica czy Medaliony. Niemniej pozwolę sobie nakreślić kilka słów o Pisarce. Otóż, Zofia Nałkowska urodziła się w Warszawie 10 listopada 1884 roku w rodzinie inteligenckiej. Swoją działalność pisarską rozpoczęła już w okresie Młodej Polski, lecz szczyt jej twórczości przypadł na dwudziestolecie międzywojenne. Zofia Nałkowska w tym czasie zaangażowała się również w działalność Związku Literatów Polskich, natomiast od 1920 roku była nawet członkiem Zarządu Głównego. Wyrazem uznania pisarstwa Nałkowskiej stało się przyjęcie jej w 1933 roku do Polskiej Akademii Literatury. Z kolei okres wojny i okupacji hitlerowskiej Autorka spędziła częściowo w Warszawie, a częściowo w majątku Adamowizna. Po wojnie brała bardzo czynny udział w pracach Głównej Komisji do Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. Pisarka zmarła w Warszawie 17 grudnia 1954 roku.

Żywoty domów mogą być różne. Niemniej każdy z nich ściśle związany jest z ludzką egzystencją. Domy zazwyczaj przeżywają okresy rozkwitu i dostatku, jak również dramatu i tragedii, jednak po latach nieszczęść znów odżywają odremontowane, przebudowane lub pięknie odmalowane. Podobnie rzecz przedstawiała się w przypadku domu Nałkowskiej. Starannie obmyślony przed laty, wzniesiony został na piaszczystej wydmie pomiędzy sosnami,  w miejscu, gdzie wcześniej  stała „buda” Millerów, którą przeniesiono w inne strony, rozebrano i wzięto ze sobą niczym podróżną walizkę.

Zofia Nałkowska mieszkała w Wołominie, na Górkach, w słynnym „domu nad łąkami”. O miejscu tym pisała niezwykle pięknie, a wspomniany dom stał się tłem oraz tematem wielu jej utworów. Czytając je, czytelnik zauważa, że ten szczególny skrawek ziemi był jej najukochańszym miejscem. Był swego rodzaju najmilszą przystanią.

Ta wielka Pisarka w znikomych rozmiarów książce pod tytułem Dom nad łąkami odmalowała wzruszający i niezwykle żywy obraz domu, a uczyniła to w taki sposób, że czytelnik po jej przeczytaniu odnosi wrażenie, że Górki również jemu stają się bliskie i serdeczne. Czytając nie tylko poznajemy ludzi i zwierzęta, ale także ufamy Autorce bez zastrzeżeń, czując namacalnie atmosferę tamtego miejsca.

(…) nasz dom stał na górze w lesie zupełnie sam. Można było długo iść w różnych kierunkach i na próżno szukać człowieka – bez żadnych zresztą niesmacznych żartów diogenesowych z latarnią, ale po prostu dlatego, że nikogo tam nie było. Z okien też nie widać było siedzib ludzkich oprócz jednej – daleko, za łąką, za polami – chałupy, obory i stodoły Nowaka.

Był dom, był las, trochę zwierząt – a poza tym już tylko psychologia. Zupełnie jak w skandynawskiej powieści.

Były też niewątpliwie rozmaite głębokie tajemnice, schowane w różnych kwiatach, w jednym krzaku leszczyny, z którego wycinało się najgrubsze gałęzie na łuki, w stawie leżącym na końcu lasu, gdzie był utopiony pies, a zwłaszcza pod wielkim kamieniem w bardzo głębokim i dosyć wąskim rowie granicznym, zarosłym od wałów aż po dno zupełnie już dużymi sosnami.[1]

Pierwsze wydanie powieści miało miejsce w 1925 roku. Zofia Nałkowska w pięknych słowach zamknęła w niej całe swoje przywiązanie i miłość do tego szczególnego dla niej miejsca. Był to czas największej świetności domu, kiedy wielu ludzi, mądrych myśli i spraw skupiało się właśnie w tamtym miejscu. Dom był swego rodzaju sercem idei humanizmu, tolerancji postępu oraz pracy dla sprawiedliwości.

Trzeba pamiętać, że „dom nad łąkami” nie był takim zwyczajnym polskim domem. Jego właścicielem był Wacław Nałkowski, ojciec Pisarki, o którym mówiło się, iż jest on „człowiekiem przekonań” i znakomitym geografem, który naukę na temat ziemi potrafił połączyć z określoną kwestią, tworząc w ten sposób piękną i głęboką całość. Wśród jego uczniów i słuchaczy krążył o nim żart, który w bardzo lakonicznym skrócie zamykał treść jego myśli. Prawdopodobnie Nałkowski zwykł mówić, iż „ziemia jest bryłą kulistą, spłaszczoną u biegunów, co dzieje się wyraźną krzywdą klasy pracującej.”

Dom nad łąkami to utwór niezwykle osobisty. To melancholijna opowieść o latach dzieciństwa i młodości, a także o domu zagubionym pośród łąk i mokradeł. Ta autobiograficzna książka zabiera czytelnika w świat ludzi prostych i żyjących czasem natury. Jej bohaterami są najprawdopodobniej wiejscy sąsiedzi Nałkowskiej. Spotykamy portrety wojskowych kalek, niemoralnych dziewcząt, ale również porządnych gospodyń i parobków, których charakteryzuje prosta filozofia życiowa oraz niewielkie wymagania.

Tę autobiografię Nałkowska pisała, kiedy Górki należały do jej rodziny. Zawarła w niej nie tylko własne obserwacje ludzi bytujących na ubogiej ziemi wołomińskiej, ale także zamieściła piękne opisy przyrody. Szczególną uwagę zwróciła na prostego człowieka, zarazem nie aprobując wszystkiego, co ją otaczało. Były sytuacje, których nie popierała, jak na przykład tę, kiedy głód ziemi każe skrzywdzić brata, a niepełnosprawnemu mężczyźnie ożenić się z niekochaną i niemoralną kobietą tylko dlatego, aby otrzymać pieniężne odszkodowanie za niefortunną przeszłość żony.

A oto jeden z pięknych opisów przyrody dotyczący progu lata:

Był jakiś piękny czerwcowy dzień. Okwitły już jasnorubinowe brzoskwinie i białe, powiewne czereśnie, spadłe płatki kwiatowe grusz i jabłoni leżały jak brunatna rdza na ścieżkach, przestały pachnieć bzy. Skończyło się cudowne, upajające święto naszego ogrodu.

Na całych łąkach, od góry aż po daleki las, widać było kosiarzy. Dzwonek ostrzonych kos odzywał się to tu, to tam. Wysoka, brązowo-złota od jaskrów i mietnicy trawa układała się w pachnące, długie wały, a ze spodu wychodziło na jasność słoneczną płaskie, jasnozielone dno łąki, znaczone szlakami ciemniejszych podwójnych kolein, wydeptanych bosymi nogami kosiarzy.[2]

Każdy, kto czytał inne powieści Zofii Nałkowskiej, chociażby Granicę, może być nieco zdziwiony językiem, jakiego użyła Autorka w przypadku Domu nad łąkami. Choć słownictwo jest jasne i proste, tak charakterystyczne dla twórczości Pisarki, to jednak czytelnik nie odnajdzie tutaj emocjonalnych wybuchów, a raczej spotka się z wyważoną relacją, w niektórych miejscach okraszoną komentarzem lub osobistą refleksją. Pomimo że uczucia są tak bardzo wyciszone i spokojne, to jednak słowo i obraz są tak wyraziste, że całej reszty można się bardzo łatwo domyślić, a wszelkie emocje mają miejsce w samym czytelniku.

 

 

Moja ocena: 4/6

 



[1] Z. Nałkowska, Dom nad Łąkami, Wyd. PIW, Warszawa 1953, s. 12.

[2] Ibidem, s. 67.



prawa autorskie zastrzeżone

poniedziałek, 17 grudnia 2012

 

Lucy Maud Montgomery

 

         Ania z Zielonego Wzgórza

 

 

 

 

 

Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 1988
Tytuł oryginału: Anne of Green Gables
Przekład: Rozalia Bernsteinowa

 

 

 

 

Anne Shirley polskim czytelnikom znana jako Ania Shirley lub po prostu Ania z Zielonego Wzgórza, to bez wątpienia dziewczynka o oryginalnej i niepowtarzalnej osobowości. Chyba nie ma na świecie osoby, której dzieciństwo i lata dorastania nie wiązałyby się w jakiś sposób z tą niezwykłą bohaterką. Być może jedni z zapartym tchem pochłaniali kolejne strony powieści, podczas gdy inni zachwycali się jej ekranizacją. Myślę, że tak naprawdę bardzo trudno jest znaleźć odpowiednie słowa, które byłyby w stanie oddać fenomen nie tylko Ani z Zielonego Wzgórza, ale całej serii opisującej losy głównej bohaterki. Aż żal, że dzisiaj nikt już nie pisze takich książek. Książek, których nie jesteśmy w stanie wyrzucić z pamięci pomimo upływu lat.

Ania z Zielonego Wzgórza to z jednej strony zabawna, a z drugiej wzruszająca historia jedenastoletniej rudowłosej dziewczynki, która w wyniku pomyłki trafia do domu Marilli i Matthew Cuthbertów do Avonlea położonego na Wyspie Świętego Edwarda wyposażona jedynie w walizkę z „ziemskim dobytkiem”. Jak się okazuje, to niefortunne początkowo nieporozumienie staje się darem Opatrzności nie tylko dla rodzeństwa Cuthbert, ale przede wszystkim dla samej Anne. Dziewczynka od samego początku urzeka czytelnika swoją radością życia i zbyt wybujałą wyobraźnią, dzięki której tworzy swój mały świat, nadając nowe nazwy otaczającym ją przedmiotom. I tak odkrywa Królową Śniegu, kwitnącą tuż za oknem, Jezioro Lśniących Wód, Aleję Zakochanych czy Nawiedzony Las. Anne potrafi rozśmieszyć swą egzaltacją i roztargnieniem, wzbudzić sympatię, a jednocześnie wzruszyć romantyzmem oraz silnym przekonaniem w to, że życie jest piękne, natomiast dzień jutrzejszy wolny od błędów.

Świat Anne Shirley to rzeczywistość postrzegana oczami dziecka o niezwykle wrażliwej tudzież wyjątkowej duszyczce. Czytelnik ma możliwość obserwowania tego, jak dziewczynka dorasta i z zagubionego oraz samotnego dziecka staje się uroczą nastolatką, której wreszcie udaje się zrozumieć jak istotna jest życiu każdego człowieka miłość do drugiej osoby. Dlatego też warto zaprzyjaźnić się z Anne Shirley na długie lata, ponieważ jej radość czerpana z życia okazuje się być sposobem na szarość ludzkiej egzystencji, a dodatkowo wywołuje uśmiech na twarzy.

Mała Anne przed przybyciem na Zielone Wzgórze pozbawiona była miłości i przyjaźni, choć zawsze starała się dostrzegać tę pozytywną stronę życia. Jak już wspomniałam powyżej dzięki swojej nad wyraz rozwiniętej wyobraźni była w stanie stworzyć nową rzeczywistość, w której rośliny i miejsca zyskiwały własne nazwy, co sprawiało, że stawały się jej bardzo bliskie. Można sądzić, że wymyślanie tych wszystkich nazw było dla niej jedynym sposobem na zapominanie o samotności i zmęczeniu, jakie odczuwała w związku z obowiązkami przy opiece nad młodszymi od siebie dziećmi w domu pani Hammond. Wtedy też w swojej wyobraźni wykreowała dwie przyjaciółki, które zastępowały jej prawdziwe, a których tak naprawdę nigdy nie miała. Można więc zrozumieć jej euforię na wieść o tym, że niedaleko domu Cuthbertów mieszka jej rówieśnica, Diana Barry.

To właśnie dopiero po przybyciu na Zielone Wzgórze świat Anne nabrał barw. Dziewczynka całym sercem pokochała to miejsce, które w miarę upływu czasu stało się jej prawdziwym wymarzonym domem. Świat Anne wypełniały przede wszystkim romantyczne uniesienia oraz intensywność przeżywania wydarzeń, które innym ludziom mogły wydawać się błahe i nie godne uwagi. Świat jej wyobraźni to również historie, które bardzo chętnie opowiadała, używając przy tym egzaltowanych i nieodpowiednich, jak na jej wiek, słów.

Lucy Maud Montgomery z całą pewnością stworzyła niemalże sielankowy i jedyny w swoim rodzaju świat, gdzie na pierwszym miejscu postawione są takie wartości, jak miłość, przyjaźń i dobro. Niektórzy uważają, że styl pisania Autorki jest zbyt egzaltowany i przesłodzony. Trudno jest mi zgodzić się z takim twierdzeniem. Moim zdaniem powieść posiada niepowtarzalny klimat, który porywa czytelnika w zupełnie inny świat, z dala od tego, co złe. Sama fabuła może wydawać się zbyt prosta, lecz mimo to zachwyca niezwykłą barwnością opisów i fantastyczną kreacją bohaterów, którzy są w stanie ożyć w wyobraźni czytelnika i nabrać rzeczywistych kształtów. Niekiedy bohaterowie ci złoszczą, czasami śmieszą, gdyż jak każdy z nas posiadają zarówno wady, jak i zalety.

Muszę przyznać, że początkowo Marilla Cuthbert nie wzbudziła mojej sympatii. Wydawała mi się oschła i pozbawiona uczuć. To taki klasyczny portret zgorzkniałej starej panny, utyskującej na wszystko dookoła. Nie potrafiłam pojąć, dlaczego Marilla niemalże na każdym kroku ukrywa swoje prawdziwe uczucia do Anne, zastępując je ciągłym narzekaniem na to, co robi dziewczynka i czym się interesuje. Z kolei Matthew Cuthbert wcale nie musiał się starać, abym mogła go polubić. W wielu momentach powieści moje nerwy szarpała pani Rachel Lynde.* Generalnie nie lubię wścibstwa u innych, więc zrozumiałe, że sąsiadka Cuthbertów mnie denerwowała. Tak więc nie należy dziwić się małej Anne, która w końcu wygarnęła jej, co myśli.

Bez wątpienia ogromną zaletą powieści jest wartka i wciągająca akcja, która obejmuje pięć lat życia głównej bohaterki. Jest to akcja prowadzona bardzo płynnie, a w dodatku pełna niespodziewanych zwrotów. Dokładnie widać, że narrator jest tutaj nie tylko wszechobecny, ale także wszechwiedzący, ale mimo to Autorka w sposób prawie niedostrzegalny zmienia jego punkt widzenia. W powieści pojawia się szereg sytuacji, w których narrator zaczyna postrzegać otaczający świat oczami Anne Shirley. Fakt ten pozwala mu ukazać wrażliwość dziewczynki na piękno, które wokół niej występuje. Tak więc to z perspektywy dziewczynki postrzegane są wszystkie opisy przyrody, a narrator skupia uwagę na jej odczuciach oraz emocjach.

Niektórzy twierdzą, że Ania z Zielonego Wzgórza to jedynie powieść przeznaczona dla nastoletnich dziewcząt. Jest to kolejna teza, z którą nie mogę się zgodzić, ponieważ tę książkę można czytać w każdym wieku. Natomiast inny może być sposób jej odbioru. Wiadomo, że starsze czytelniczki będą postrzegać Anne Shirley inaczej niż, ich córki. Jest to chyba jedna z niewielu książek, po które można sięgać wiele razy bez ryzyka, że poczujemy znudzenie przy czytaniu.

Niniejszą książkę zalicza się do gatunku powieści społeczno-obyczajowych, ponieważ ukazane jest w niej typowe życie mieszkańców z końca XIX wieku. Lucy Maud Montgomery w Ani z Zielonego Wzgórza porusza również bardzo istotną kwestię dotyczącą znaczenia rodziny w życiu człowieka, bez względu na jego wiek. Tak więc przykład Anne Shirley jest dowodem na to, jak ważną rolę odgrywa rodzina, czyli dom, w którym obecna jest miłość i wzajemny szacunek. Tylko taki dom będzie szczęśliwy, zaś kochający się członkowie rodziny będą stanowić dla siebie wsparcie w każdej trudnej sytuacji. Oprócz tego, jest to także powieść o poświęceniu. Przypomnijmy sobie, jak zareagowała Anne na wieść o tym, że Marilla chce sprzedać Zielone Wzgórze. Nie ma już Matthew, więc jedynym rozsądnym wyjściem dla kobiety wydaje się być pozbycie się ukochanego miejsca, które należało do jej rodziny od pokoleń.

O tej wyjątkowej książce można pisać wiele. Postać Anne Shirley można analizować na szereg sposobów. Generalnie jest to osóbka budząca w czytelniku sympatię, choć jej ośli upór może w pewnych momentach denerwować. I tutaj pojawia się kolejne przesłanie, którym jest umiejętność wybaczania i przyznania się do winy. Oczywiście mam na myśli relacje pomiędzy Anne a Gilbertem Blythe. Ale niestety w otoczeniu Anne są też osoby, których pomimo usilnych starań nie da się polubić. Przykładem jest Josie Pye. Dlatego też obserwując zachowanie Josie, można zrozumieć uczucia Anne wobec koleżanki.

Cóż, w takim razie, mogę dodać na koniec? Chyba tylko zachęcić do przeczytania książki wszystkich tych, którzy jakimś dziwnym trafem nie zetknęli się z tą powieścią w dzieciństwie. Natomiast tym, którzy znają ją niemal na pamięć, mogę jedynie zalecić kolejny powrót na Zielone Wzgórze.

A czy Wy też macie takie miejsce, gdzie jest dużo przestrzeni dla wyobraźni?

 

 

Moja ocena: 5/6

 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania czytelniczego

 

 



* W recenzji użyłam oryginalnych imion bohaterów, stąd Rachel Lynde, która w polskim tłumaczeniu funkcjonuje jako Małgorzata Linde.

** Do omówienia serii o losach Anne Shirley wybrałam cykl wydawniczy z lat 1984-1990, który ukazał się nakładem Wydawnictwa Nasza Księgarnia. 

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
Zakładki:
Blog istnieje od 13 kwietnia 2011 roku
Cykle Literackie
My thoughts about books and literature
Pomóżmy Ewie powrócić do normalnego życia - Akcja: BLOGI DAJĄ NOGI
Proszę nie kopiować tekstu bez mojej zgody (ustawa z dn. 4 lutego 1994r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
Troszkę z innej bajki
Tutaj często zaglądam
Ulubione Blogi Książkowe
Wszelkie komentarze, które swoją treścią będą obrażać osobę autorki bloga lub innych czytelników, a także autorów książek, zostaną natychmiast usunięte.
Wydawnictwa i Księgarnie
Wywiad ze mną na blogu Książki Zbójeckie


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?