Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
poniedziałek, 22 kwietnia 2013

 

Małgorzata

Gutowska-Adamczyk

 

      Podróż do miasta świateł

                 Róża z Wolskich

 

 

 

 

Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2012
 

 

 

 

Paryż – miasto świateł. Jakże często pisarze zabierają swoich czytelników w podróż do tego, chyba najbardziej niezwykłego miasta świata. Czym ujmuje nas Paryż, że tak często chcemy do niego wracać, choćby jedynie na kartach książek? Dlaczego tak wiele ludzi zakochuje się w tym mieście i nie wyobraża sobie życia poza nim? Specyfika Paryża polega w głównej mierze na tym, iż na przestrzeni wieków jego ulice przemierzały sławy, o których dziś możemy już tylko przeczytać. Będąc w Paryżu namacalnie czuje się ich obecność, choć ci ludzie już dawno od nas odeszli. To przede wszystkim miasto artystów: aktorów, malarzy, pisarzy, kreatorów mody i wielu innych, którzy na kartach historii zapisali swój ślad w postaci własnej twórczości. Po dziś dzień wzorujemy się na ich pracach, być może w pewnym stopniu je udoskonalając bądź dostosowując do czasów nam współczesnych. W ten sposób zapewniamy im nieśmiertelność. Nie należy też zapominać, że Paryż to również miasto miłości. Chyba nie ma bardziej „zakochanego” zakątka na ziemi, jak właśnie miasto świateł. Trudno zliczyć zakochanych mężczyzn oświadczających się damom swojego serca na szczycie wieży Eiffla.

Na pewno współcześni inaczej postrzegają magię Paryża niż miało to miejsce chociażby niemal dwieście lat temu, kiedy po ulicach miasta jeździły omnibusy i dorożki. Pod koniec XIX wieku, pomimo działań wojennych i poważnych zawirowań politycznych, Paryż zaczął przeżywać okres prawdziwego rozkwitu, zwany belle époque. W Paryżu kilkakrotnie gościły wystawy światowe i właśnie podczas jednej z nich powstała wspomniana już wieża Eiffla, która z biegiem lat stała się jednym z symboli miasta. Z kolei rok 1900 to czas, kiedy do użytku została oddana pierwsza linia metra. Natomiast przełom XIX i XX wieku nadał miastu miano artystycznej stolicy świata. To wtedy narodziły się nowe prądy w sztuce, jak impresjonizm, kubizm oraz fowizm, zaś nieco później dadaizm i surrealizm. Ogromny wpływ na architekturę Paryża wywarła także secesja

W takich właśnie realiach rozgrywa się większa cześć najnowszej powieści Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, której główną bohaterką jest malarka, Róża Wolska, a o której Francuzi mówią Rose de Volska. Każdy, kto czytał Cukiernię Pod Amorem wie, że z tą postacią czytelnik spotyka się w pierwszym tomie trylogii, lecz jest ona jedynie mało znaczącym epizodem. Tutaj cofamy się do lat dzieciństwa malarki, potem przechodzimy przez jej dorastanie, aż w końcu obserwujemy ją jako dorosłą kobietę, która wie, czego tak naprawdę pragnie od życia. Wraz z Różą wędrujemy po XIX-wiecznym Paryżu, poznajemy jego tajemnice, obserwujemy codzienne życie jego mieszkańców, a przede wszystkim podglądamy pracę malarzy i razem z nimi uczestniczymy w wystawach ich dzieł.

Róża nigdy nie miała łatwo. Jako emigrantka z Polski wraz z matką początkowo znalazła kąt w domu wuja i dopóki żył wszystko toczyło się bez większych trudności. Ciężkie czasy przyszły dopiero po jego śmierci, kiedy trzeba było samemu zadbać o własny byt. Wtedy to w oczy Róży i jej matki zaczęła zaglądać bieda. Mieszkając w ubogiej dzielnicy Montmartre zmuszone były wyprzedać majątek, który pozostawił im wuj Izydor. Lecz cóż to był za majątek. Przecież zrujnowany przez giełdę bankrut nie mógł im wiele zostawić w spadku. W dodatku Różę dręczyło kalectwo. Była niemową, na co nikt nie potrafił znaleźć sensownego wytłumaczenia, nawet światowej sławy specjalista.

Niemniej jednak, upośledzenie Róży bynajmniej nie przeszkadza jej w codziennym funkcjonowaniu. Znacznie bardziej denerwuje ono jej matkę. Dziewczynka ma przyjaciół, potrafi odnaleźć się w społeczeństwie i wydaje się, że nie zamartwia się o swoją przyszłość, tak jak czyni to Krystyna Wolska. Zapytacie gdzie jest ojciec Róży? Otóż, przebywa na zesłaniu na Syberii po upadku powstania styczniowego w Polsce. Fakt ten zmusił Krystynę i jej córkę do emigracji, co szczególnie dla tej pierwszej jest trudne do zaakceptowania. Wciąż tęskni za Polską i marzy o powrocie do rodzinnego kraju.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk przyzwyczaiła czytelników do tego, że przenosi ich z jednej rzeczywistości do innej, a obydwie diametralnie różnią się od siebie. Tak było w przypadku Cukierni Pod Amorem, tak też jest i tutaj. Na kartach powieści podróżujemy pomiędzy XIX-wiecznym Paryżem a współczesnym Gutowem, Zajerzycami i Warszawą. Znów spotykamy Igę Hryć, a właściwie Toroszyn, która tak usilnie odkrywała niegdyś tajemnicę średniowiecznego pierścienia Salomei. Teraz Iga jest już mężatką, ma dwoje wspaniałych dzieci i kochającego męża. To, czego nie zdołała dokonać jej babka, Celina, ona z powodzeniem zrealizowała. Obecnie wraz z mężem jest właścicielką pałacu Zajezierskich, w którym mieści się teraz świetnie prosperujący hotel. Dziełu Igi bacznie przygląda się sam hrabia Tomasz Zajezierski, którego portret wisi w najbardziej wyeksponowanym do tego miejscu. Turystom podawana jest informacja, iż obraz ten wyszedł spod pędzla Róży Wolskiej, a właściwie Rose de Vallenord. Iga nigdy nie sądziła, że podziwiany przez wszystkich portret któregoś dnia będzie spędzać jej sen z powiek. Okazuje się bowiem, że na całym świecie w niezwykle tajemniczych okolicznościach giną obrazy Rose de Vallenord. Nikt nie ma pojęcia dlaczego tak się dzieje. Komu tak bardzo zależy na tych obrazach, że aż porywa się na ich kradzież?

Jak pamiętacie z Cukierni Pod Amorem Iga nie umie przejść obojętnie obok spraw niewyjaśnionych do końca. Tak też jest i w tym przypadku. Ona nie tylko zastanawia się nad powodem kradzieży obrazów, ale przede wszystkim martwi się o bezpieczeństwo portretu hrabiego. Bo jeśli jest on autentyczny i sama Rose de Vallenord własnoręcznie go namalowała, to przecież któregoś dnia może on zaginąć w równie tajemniczych okolicznościach jak inne obrazy malarki? Co w takim razie robi Iga Toroszyn? Do zbadania sprawy zatrudnia Ninę Hirsch, która jest specjalistką od dzieł sztuki. Oczywiście pomaga jej w tym los, ponieważ Nina w tym czasie przebywa w Gutowie. W zastępstwie matki zajmuje się pochówkiem swojej ciotki, Agaty. Czy obydwie kobiety znajdą wspólny język i odkryją tajemnicę zaginięć obrazów Róży z Wolskich? O tym na pewno nie dowiecie się jeszcze w tej części dylogii. Na październik tego roku planowana jest premiera drugiego tomu, tak więc zapewne to tam czytelnicy wraz z Niną i Igą rozwiążą tę niezwykłą zagadkę. Część pierwsza to tylko wstęp, w którym opisane zostały losy bohaterów i droga prowadząca do odkrycia tajemnicy kradzieży.

Cóż można napisać o tej książce? Na pewno jest to powieść niezwykła, jakich brakuje na naszym rynku wydawniczym. Pisarze chyba jednak bardziej wolą skupiać się na czasach współczesnych niż grzebać w historii i przybliżać czytelnikom realia, o których już mało kto pamięta. Dlatego w tej kwestii mam ogromne uznanie dla Autorki. Poza tym, XIX-wieczny Paryż jest cudowny, a opisany przez Małgorzatę Gutowską-Adamczyk nabiera realnego wymiaru. Niedawno czytałam Nanę Émile Zoli i zauważyłam, że jest wiele elementów, które łączą te dwie powieści. Oczywiście Zola miał sprawę ułatwioną, ponieważ na co dzień żył w tamtej rzeczywistości, a tutaj Autorka musiała korzystać z publikacji historycznych, żeby stworzyć tak autentyczny obraz paryskiego społeczeństwa końca XIX wieku. Pisarka sama przyznaje, że pomocą i radą służyła jej Marta Orzeszyna – romanistka i pasjonatka kultury francuskiej, która mieszkała też przez pewien czas w Paryżu.

W powieści nie brak także wielkiej miłości, pożądania, ale i dramatycznych rozstań. To wszystko sprawia, że czytelnik zaczyna zastanawiać się nad dalszymi losami bohaterów. Czy kiedyś znów się spotkają? A może los okrutnie sobie z nich zadrwi i już nigdy nie zaznają szczęścia i bliskości ukochanej osoby?

Autorka bardzo dobrze gra też na emocjach czytelnika. Są sytuacje, kiedy najchętniej wykrzyczałoby się prawdę prosto w twarz powieściowej postaci i potrząsnęło nią, aby się opamiętała i przestała wreszcie krzywdzić tych, których powinna kochać i pragnąć ich dobra. W większości bohaterowie to egoiści dbający tylko o siebie kosztem innych. I niestety ten fakt sprawia, że są oni do siebie bardzo podobni, o czym piszę poniżej.  

Generalnie książka naprawdę mi się podobała i zachęcam do sięgnięcia po nią, ale jest coś, co mnie szalenie nurtuje i nie mogę o tym nie wspomnieć. Ale może zacznę od początku. Otóż, w tej powieści na pierwszy plan wysuwają się relacje na linii matka-córka. Oczywiście mam na myśli Krystynę i Różę oraz Irenę i Ninę. Relacje te są niezwykle trudne i na tym etapie książki raczej niemożliwe do naprawienia. Być może coś zmieni się później, choć w przypadku pierwszej pary nie ma już na to szans. Pozostaje tylko Irena i Nina. Czytając odniosłam wrażenie, że Krystyna i Róża zostały praktycznie przeniesione do czasów współczesnych. Autorka zmieniła im tylko imiona, wykonywany zawód i oczywiście otoczenie, w jakim żyją. Ich charaktery pozostają te same, podobnie jak problem, z jakim muszą się zmagać. O jakiejkolwiek analizie psychologicznej postaci nie ma tutaj mowy, ponieważ o relacjach jednej i drugiej pary napisalibyśmy dokładnie to samo. Trudno jest mi uwierzyć, że Autorkę tej klasy nie stać było na wykreowanie bohaterek różnych pod kątem psychologicznym, żeby dać czytelnikowi szansę na ich analizę. Może trzeba jednak było posłużyć się jakimiś sprzecznościami, zamiast odbijać niczym w lustrze charaktery tych kobiet? Myślę, że wtedy ta książka byłaby jeszcze bardziej emocjonująca, a czytelnik miałby szansę dokonać porównań. To jest chyba jedyny minus tej powieści. Brak różnorodności postaci.

Ale z drugiej strony może to nie jest przypadek, a celowy zamysł Autorki? Może w tomie drugim dowiemy się, że Irena i Nina w jakiś sposób są spokrewnione z Krystyną i Różą? Bo przecież niektórzy twierdzą, że osobowość dziedziczy się po przodkach. A może Małgorzata Gutowska-Adamczyk kreując w ten sposób bohaterki chciała przypomnieć, że pomimo tego, iż czasy się zmieniają, to jednak pewne kwestie tej zmianie nie podlegają i wciąż są takie same?

Jako czytelnik mam nadzieję, że ten problem wyjaśni się w drugiej części dylogii. Jeśli tak się nie stanie, to wtedy ostatecznie uznam, że Autorka niestety nie wykazała się zbyt dużą kreatywnością w konstruowaniu bohaterów, lecz skupiła się jedynie na przedstawieniu XIX-wiecznego paryskiego społeczeństwa, zapominając o tym, że psychologia postaci jest również niezwykle istotna, a może nawet niekiedy ważniejsza niż rzeczywistość, w jakiej żyją na kartach książki i nie można ich osobowości tworzyć do jednego schematu, żeby nie było nudno.

Tak więc po przeczytaniu drugiego tomu dylogii na pewno wrócę do powyższego tematu. A tymczasem zapraszam Was do odbycia podróży do miasta świateł, bo naprawdę warto.

 

 

Moja ocena: 5/6

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



piątek, 19 kwietnia 2013

 

Renata Czarnecka

 

     Pod sztandarem miłości

 

                      Rok 1794

 

 

 

 
Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2012



 

 

 

Wszyscy, którym historia Polski nie jest obca, doskonale wiedzą, że tak naprawdę Rzeczpospolita okupowana była jeszcze przed II rozbiorem. Ta wojskowa okupacja obcych mocarstw oraz rządy targowiczan stały się dla kraju niezwykle uciążliwe, dlatego też ludność bardzo szybko zaczęła manifestować swoje niezadowolenie i buntować się przeciwko zaistniałej sytuacji, zawiązując spiski przeciwko okupantowi. Z II rozbiorem Polski łączą się chyba najbardziej krwawe wydarzenia spośród wszystkich trzech rozbiorów.

Co, w takim razie, przyniósł owy pamiętny rok 1794? Otóż, w marcu wybuchło powstanie narodowe skierowane przeciwko Rosji i Prusom. Rewolcie dowodził generał Tadeusz Kościuszko. Jednak ówczesny król, Stanisław August Poniatowski nie poparł walki ludu, mającej na celu wyrwanie się spod jarzma okupanta. W zamian monarcha w dniu 19 marca wystosował list do księcia Józefa Poniatowskiego, w którym uznał za swój święty obowiązek „trzymać z Rosjanami”. Mało tego. W momencie, gdy dowiedział się o charakterze działań Tadeusza Kościuszki, natychmiast uznał go za rebelianta, którego on, jako sojusznik Rosji, musi zwalczać wszelkimi siłami. W związku z tym dnia 2 kwietnia król złożył swój podpis na uniwersale przeciwko powstaniu, który przygotowany został przez Departament Sprawiedliwości Rady Nieustającej. Stanisław August Poniatowski w owym akcie stanowczo potępiał rewolucję francuską, natomiast swój naród wzywał do opamiętania się oraz usilnie przestrzegał przed wiarą w pomoc ze strony Francji.

W wyniku walk zbrojnych pomiędzy wojskiem polskim i ludem Warszawy a okupacyjnym garnizonem rosyjskim w dniach 17-18 kwietnia 1794 roku, została zdobyta rosyjska ambasada, a ponadto przejęto dokumenty, które były niezbitym dowodem zdrady. Poświadczały one bowiem pobieranie przez otoczenie króla stałej pensji od carycy Katarzyny II.  Od tej chwili król stał się zakładnikiem powstańców i zamknął się w zamku.

Jednak wspomniane walki to dopiero początek. Najbardziej krwawe miały miejsce w chwili, gdy do Warszawy wjechały wojska dowodzone przez Aleksandra Wasiljewicza Suworowa. Pamiętna rzeź mieszkańców Pragi jeszcze długo odbijała się echem pośród ludu Warszawy.

Na tle powyższych wydarzeń rozgrywa się akcja powieści Renaty Czarneckiej pod tytułem Pod sztandarem miłości. Powieść stanowi drugą część historii opowiedzianej w książce Pożegnanie z ojczyzną. Rok 1793. Czytelnik ponownie wkracza na salony wraz z ówczesną warszawską arystokracją. Po raz kolejny zapraszany jest do pałacu Radziwiłłów i Czartoryskich. Spotyka też przedstawicieli rodu Potockich i Lubomirskich. Niemniej, podobnie jak w poprzedniej części, tak i tutaj na czoło również wysuwa się księżna Helena z Przeździeckich Radziwiłłowa. To właśnie ją słychać najgłośniej. To jej głos odbija się echem w pałacowych murach, a obcasy jej butów stukają na marmurowych posadzkach. Jest tak realna, że aż czuć zapach jej perfum i słychać szelest wytwornych sukni.

Pomimo zamieszek na ulicach Warszawy i niebezpieczeństwa utraty życia, które może dosięgnąć również Radziwiłłów, do końca pozostają oni wierni Katarzynie II. Helena wciąż drży, aby nikt z jej rodziny przypadkiem nie wyrzekł złego słowa pod adresem jej najserdeczniejszej przyjaciółki, jaką w jej mniemaniu jest imperatorowa. Ale czy ta przyjaźń jest równie silna ze strony carycy? Chyba nie, skoro po odwołaniu z Warszawy ambasadora, Jakoba Johanna Sieversa, wojewodzina wileńska robi wszystko, aby wkraść się w łaski jego następcy i tym samym odzyskać zaufanie Katarzyny II. Przecież wciąż myśli o korzystnym wydaniu za mąż swojej córki, Krystyny i wie, że tylko caryca może jej w tym pomóc. Oczywiście, jak to w życiu bywa, nie wszystko układa się po jej myśli. Przecież posiada liczną rodzinę, a w związku z tym istnieje ryzyko, że nie każdy z jej członków będzie podzielał jej zdanie.

Podobnie jak w poprzedniej części dylogii, tak i tutaj arystokracja próbuje żyć normalnie, choć sprawy kraju są dla niej bardzo ważne. Radziwiłłowie z wiadomych przyczyn sympatyzują z Rosjanami i to ich w główniej mierze zapraszają na przyjęcia do swojego pałacu na Miodowej.

Obok Heleny Radziwiłłowej, na pierwszy plan wysuwa się też inna, równie silna, kobieta. Jest nią hrabina Maria Naryszkin z domu Czetwertyńska – przyjaciółka księżnej i żona Rosjanina, co sprawia, że wciąż drży o swoje bezpieczeństwo. Jest też bardzo piękną kobietą, więc nie dziwi fakt, że wpada w oko pewnemu rosyjskiemu oficerowi, którym nie jest bynajmniej jej małżonek. Czy ta miłość do mężatki znajdzie w końcu spełnienie? Czy może krwawe rozruchy w kraju sprawią, że pozostanie ona jedynie w sferze marzeń?

 

Wieszanie zdrajców
Autor: Jean Pierre Norblin de la Gourdaine (1745-1830)



Renata Czarnecka znów dokonała czegoś niezwykłego. Otóż, stworzyła powieść niełatwą, jeśli chodzi o tło historyczne, ale z drugiej strony tak wciągającą, że nie sposób się od niej oderwać. Zagmatwane kwestie polityczne przeplatają się tutaj z codziennym życiem bohaterów. Czytelnik jest doskonale poinformowany, co czuje dana postać i jakie są jej zamiary. Nie tylko Helena Radziwiłłowa sprawia wrażenie kobiety z krwi i kości. Tak dzieje się w przypadku każdej postaci, którą spotykamy na kartach książki. Kiedy Autorka pisze, że za oknem pałacu Radziwiłłów rozpętała się burza z piorunami, to tak w istocie jest. Czytelnik również słyszy odgłos grzmotu, wielkie krople deszczu uderzające w okienne framugi i szybkie kroki jednego z synów księstwa, który właśnie zajechał przed pałac karetą. Z kolei, gdy przemierzamy ulicami Warszawy, niemal na własne oczy widzimy tłumy mieszczan żądnych krwi zdrajców. Przed naszymi oczami wyrastają szubienice i czujemy strach towarzyszący tym, którzy prowadzeni są na stracenie. Wraz z Marią Naryszkin i Heleną Radziwiłłową słyszymy huk armat i szczęk oręża. Widzimy zakrwawionych ludzi i łowimy uchem ich jęki, kiedy śmierć jest już blisko. Autorka używa niby prostych słów, a jednak potrafi je dobrać w taki sposób, że w pewnym momencie czytelnik traci poczucie rzeczywistości.

W książce nie brak też scen humorystycznych, choć ogólnie tematyka powieści jest poważna. Fakt ten bez wątpienia urozmaica fabułę powieści. Tak więc czytelnicy znajdą w tej książce wszystko to, co powinna mieć dobrze skonstruowana powieść, czyli doskonale wykreowanych bohaterów, uczucia nimi targające, miłość, przyjaźń, zdradę, niekiedy komizm sytuacji, a ponieważ jest to powieść historyczna, nie brakuje w niej perfekcyjnie namalowanych słowami obrazów z naszej historii. Autorka zadbała o najdrobniejszy szczegół, oczywiście na tyle, na ile pozwala na to objętość książki. Dodatkowy walor stanowią także doskonale skonstruowane dialogi.

Chyba nie muszę dodawać, że jestem pod ogromnym wrażeniem tej powieści, podobnie jak innych książek Renaty Czarneckiej, które czytałam. Niemniej, w tym przypadku występuje jeszcze trudne tło historyczne, z którym Autorka fantastycznie sobie poradziła. I właśnie ten fakt przemawia za tym, aby tej powieści podnieść ocenę, ponieważ zdaję sobie sprawę, ile pracy kosztuje napisanie takiej książki. Obawiam się jednak, że słowo „rewelacyjna” to stanowczo za mało, aby wyrazić fenomen tej powieści. W tym kontekście znacznie bardziej pasuje „wybitna”.

 

 

Moja ocena: 6+/6

 

 

Za książkę serdecznie dziękuję Autorce

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



czwartek, 18 kwietnia 2013

 

Jak wiadomo, wiosna przynosi ze sobą świeżość, zapach kwiatów za oknem i mocniej grzejące słońce. Ale nie tylko. Wraz ze zmianą pory roku na naszym rynku wydawniczym pojawiają się coraz to nowe pozycje godne uwagi. We wtorek pisałam Wam o najnowszej powieści Agnieszki Lingas-Łoniewskiej pod tytułem W szpilkach od Manolo, natomiast dzisiaj chcę przedstawić kolejną niezwykłą powieść. Tym razem będzie to Jezioro cierni autorstwa Magdaleny Zimniak.

Autorka znana jest przede wszystkim z tego, że w swoich książkach porusza kwestie ważne, które przez wielu zamiatane są pod dywan. Niestety, ale w ludziach bardzo często funkcjonuje przekonanie, że jeśli o czymś nie rozmawiamy, to problem zwyczajnie nie istnieje albo sam się rozwiąże. Magdalena Zimniak na pewno do takich osób nie należy, czego przykładem jest jej twórczość. Przypomnijmy sobie chociażby dwie jej poprzednie powieści: Willa i Pokój Marty. Na kartach każdej z nich czytelnik spotyka całą galerię portretów psychologicznych. Podobnie dzieje się również w najnowszej powieści Autorki, do przeczytania której już dziś chcę Was zaprosić. Oficjalna premiera książki będzie mieć miejsce 6 maja 2013 roku.

 

 

A teraz może kilka słów o fabule powieści.

Kiedy przed laty Katarzyna opuszczała Polskę, nie był to zwykły wyjazd lecz ucieczka. W Silver Spring pod Waszyngtonem próbowała ułożyć życie na nowo – jako Kate Robertson, żona Stephena i matka Petera.  Rodzinną sielankę przerywa wiadomość, że dorastający syn pragnie poznać swoje korzenie i odnaleźć rodzinę w Polsce. Kate w desperacji rusza w ślad za nim, by uchronić go przed poznaniem najbardziej mrocznych tajemnic z przeszłości.

Chyba nic tak nie zachęci do sięgnięcia po daną książkę jak stanowisko innych czytelników. W związku z tym pozwolę sobie w tym miejscu zacytować opinię Agnieszki Lingas-Łoniewskiej, która, jak przekonacie się sami, jest pod ogromnym wrażeniem powieści.

Jest wiele tematów w literaturze, które czasami autorzy boją się poruszać. I albo nie robią tego wcale, albo czynią to z pewną zachowawczością, rezerwą i swego rodzaju delikatnością. Są też autorzy, którzy nazywają rzeczy po imieniu, nie boją się walić prawdy między oczy, uderzają w najczulsze struny, sprawiając, że pokazana rzeczywistość boli, wywołuje uczucie gniewu, wściekłości, nienawiści. I o to właśnie chodzi. Książka ma wywoływać obrażenia.

Magdalena Zimniak jest pisarką, która nie boi się sięgać po takie właśnie bolesne tematy. Po „Willi” i „Pokoju Marty” powraca w wielkim stylu, a jej „Jezioro cierni” od pierwszych stron wciąga, by potem wbić w fotel i namieszać czytelnikowi w głowie.

(...)

Po raz kolejny powieść Magdy okazała się strzałem w dziesiątkę pod względem i fabuły, i konstrukcji bohaterów, a także sposobu, w jaki pisarka przedstawia właśnie te bolesne, trudne, okrutne tematy. Jedyne, co mogę jeszcze dodać, to gorąca zachęta dla wszystkich do przeczytania tej i poprzednich powieści autorki, bo są to naprawdę świetne i wciągające książki!

Zapowiada się rzeczywiście interesująco, prawda? Ze swej strony przyłączam się do słów Agnieszki Lingas-Łoniewskiej i również zachęcam wszystkich do zapoznania się z Jeziorem cierni, które ukaże się nakładem Wydawnictwa Prozami. Dla mnie twórczość Magdaleny Zimniak jest wyjątkowa, ważna i bardzo potrzebna. Po lekturze Pokoju Marty wiem, na co stać Autorkę i z niecierpliwością wyczekuję Jeziora cierni. Magdalena Zimniak jest kolejną polską pisarką, której twórczość bardzo sobie cenię i chciałabym nadrobić zaległości w czytaniu jej powieści. Mam nadzieję, że mi się to uda.

Czy muszę Was jeszcze zachęcać do sięgnięcia po najnowszą powieść Magdaleny Zimniak? Myślę, że to, co zostało napisane powyżej skutecznie zaostrzy Wasz apetyt na Jezioro cierni i już w maju zaczniecie odwiedzać księgarnie w poszukiwaniu tej lektury. Polecam!



11:45, krainaczytania , Wydarzenia
Link Komentarze (12) »
środa, 17 kwietnia 2013

 

Sandra Brown

 

      W objęciach chłodu

 

 

 

 

 

Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2007
Tytuł oryginału: Chill Factor
Przekład: Joanna Grabarek

 

 

 

 

Choć uporczywą zimę mamy już na szczęście za sobą, a na kolejną przyjdzie nam czekać kilka długich miesięcy, to jednak nie należy o niej zapominać, szczególnie jeśli istnieje prawdopodobieństwo utknięcia gdzieś w górach bez szans na szybką pomoc. W dodatku, co zrobić jeżeli nie jesteśmy tam sami? Oczywiście, nie ma problemu, jeżeli w tych niebezpiecznych warunkach towarzyszy nam przyjaciel, któremu można zawsze zaufać bez ryzyka, że zdradzi i ściągnie na nas niebezpieczeństwo. Jednak co zrobić, gdy naszym towarzyszem okaże się być… morderca poszukiwany przez FBI?!

Małe miasteczko w Karolinie Północnej o nazwie Cleary jest niezwykle piękne. Krajobraz, jaki się wokół roztacza wręcz zapiera dech w piersiach. Zapewne ten widok nie byłby tak piękny, gdyby nie góry, które dodają mu uroku. Lecz z drugiej strony góry potrafią też być niezwykle niebezpieczne i ktoś, kto ich nie zna, nie powinien wybierać się tam sam. Bo przecież one potrafią przynieść śmierć, szczególnie zimą, kiedy śnieg bezustannie sypie, zaścielając ziemię białym puszystym dywanem.

Góry to także doskonała kryjówka dla przestępców. To tam wielokrotnie ukrywają swoje ofiary i dopiero po jakimś czasie policja odnajduje ich ciała. Fakt ten jednak nie odstrasza ani turystów, ani tych, którzy pragną zaszyć się w górach, kupując tam nieruchomości. Lilly Burton, a właściwie Lilly Martin, również dała się skusić na kupno domku w górach. Nabyła go jeszcze wspólnie z byłym mężem, z którym właśnie się rozwiodła. Z Dutchem nie chce mieć już nic wspólnego, stąd jej powrót do panieńskiego nazwiska. Dutch Burton to miejscowy stróż prawa, który sam nie zawsze tego prawa przestrzega. Lilly ma już dość życia z agresywnym i niewiernym mężczyzną, dlatego postanawia go zostawić, na co były mąż nie chce się zgodzić. Ich rozstanie wiąże się także z podziałem majątku, a właściwe z jego sprzedażą. Choć domek w górach każdemu z nich przywodzi na myśl najpiękniejsze chwile ich małżeństwa, bo i takie się zdarzały, to jednak postanawiają się go pozbyć.

Oczywiście nie obywa się bez kłótni. Porywczy Dutch pragnie siłą zatrzymać Lilly, ale ona już zdecydowała. Kiedy mężczyzna widzi, że już niczego nie wskóra, wybiega z domku, a jego odejściu towarzyszy huk zatrzaskiwanych drzwi. Lilly zostaje sama. Musi jednak wziąć się w garść, zabrać co do niej należy i wyruszyć do Atlanty, gdzie jest jej prawdziwe życie. Tam ma pracę, przyjaciół i wszystko to, czego nie dał jej były mąż.

Niestety, Lilly nie wie jeszcze, że najbliższe czterdzieści osiem godzin będzie dla niej walką o życie, ale też w tej walce odnajdzie coś, czego do tej pory los jej skąpił. W końcu postanawia zapakować do samochodu swój skromny dobytek i wyruszyć w drogę. I tutaj pojawia się problem. W Cleary szaleje śnieżyca, która odcina od świata nie tylko ją, ale także innych mieszkańców. Jednak to ona jest w największym niebezpieczeństwie, ponieważ znajduje się górach, a nie w miasteczku.

Lilly Martin to silna i uparta kobieta. Choć wie, że jej powrót będzie ryzykowny, postanawia opuścić domek. Śnieg skutecznie ogranicza widoczność, tak więc o wypadek nie trudno. Tak też się dzieje i w tym przypadku. W pewnym momencie kobieta czuje, że traci panowanie nad samochodem. W dodatku nagle nie wiadomo skąd, niczym zjawa, na drodze pojawia się mężczyzna, którego Lilly bierze pod koła. Na szczęście człowiek ten żyje, ale jego stan nie jest najlepszy. Na pierwszy rzut oka wiadomo, że nieznajomy potrzebuje natychmiastowej pomocy medycznej, lecz w tych warunkach pogodowych nie ma mowy o jakimkolwiek ratunku. Co w takim razie robi Lilly? Zabiera mężczyznę do domku w górach i tam stara się mu pomóc. Jej umiejętności medyczne nie stoją na najwyższym poziomie, ale robi, co może, aby udzielić mu pierwszej pomocy.

Bardzo szybko okazuje się też, że mężczyzna nie jest Lilly obcy. Kobieta już kiedyś go spotkała, czym wywołała atak furii u swojego byłego męża. Jednak w tym momencie nie to jest najważniejsze. W miasteczku od dwóch lat grasuje morderca, któremu policja nadała przydomek „Chaber”. Dlaczego akurat taki? Otóż, zabójca najpierw porywa swoje ofiary, a potem je zabija, zaś w miejscu porwania zostawia błękitną wstążkę. W ten sposób z miasteczka zniknęło już pięć kobiet. Policja próbuje ustalić kim jest owy Chaber, jednak jej działania są jak do tej pory nieudolne. Oczywiście postępowaniem kieruje Dutch Burton, który niezbyt dobrze sobie radzi nie tylko jako policjant, ale też jako mężczyzna. Jego problemy emocjonalne negatywnie rzutują na sprawę. I tutaj pojawia się pytanie. Czy Lilly dając schronienie mężczyźnie, który wpadł pod koła jej samochodu, podpisała na siebie wyrok śmierci? Czy przypadkowo spotkany facet to poszukiwany przez FBI Chaber?

W objęciach chłodu to bardzo dobry thriller, choć nieco przewidywalny, jeśli chodzi o wątek romantyczny. Ta powieść jest trochę inna niż poprzednie książki Sandry Brown, które czytałam. Jedyne, co łączy ją z wcześniejszymi powieściami, to umiejscowienie akcji. Znów czytelnik ma do czynienia z małym miasteczkiem, gdzie wszystkimi i wszystkim trzęsie jeden człowiek. Tym razem jest to Wes Hamer, były sportowiec, a obecnie przewodniczący rady miasta. Z jego zdaniem musi liczyć się każdy mieszkaniec Cleary, nawet stróże prawa.

Choć praktycznie do ostatniej strony Sandra Brown trzyma czytelnika w napięciu, nie zdradzając kto stoi za morderstwami kobiet, to jednak wiadome jest, że cała historia będzie mieć szczęśliwe zakończenie. Jak to często bywa w tego typu książkach, tutaj również spotykamy tajemnice z przeszłości, które kładą się cieniem na obecnym życiu bohaterów. Jest wiele niedopowiedzeń, które wyjaśniają się dopiero z czasem. Miłośnicy twórczości Sandry Brown wiedzą, że jest ona znana z odważnych scen łóżkowych, tak więc i w tym przypadku ich nie zabraknie.

Generalnie w literaturze amerykańskiej nie podoba mi się jedna rzecz. Otóż, Amerykanie przyzwyczaili nas do kreowania bohaterów niezniszczalnych, jakby zapominając o tym, że człowiek jest istotą śmiertelną. Tak dzieje się nie tylko w książkach, ale także w filmach. Główni bohaterowie to przeważnie postacie, które pomimo bólu, cierpienia, a wręcz krytycznego stanu fizycznego, potrafią walczyć z wrogiem niczym supermeni, zapominając, że jeszcze przed kilkoma minutami nie byli w stanie podnieść się z łóżka. Ba, praktycznie cudem wyrwali się z objęć śmierci. I nagle następuje cudowne odzyskanie sił i do ataku! W tej książce też mamy tego próbkę, a to sprawia, że nie jest ona realna. Podobnie sprawa przedstawia się, jeśli chodzi o seks. Na uprawianie tego sportu bohaterowie zawsze znajdują siły.

Niemniej dodatkowym atutem W objęciach chłodu jest całkiem ciekawy portret psychologiczny poszczególnych postaci. Zdaję sobie sprawę, że ten fakt może zainteresować wielu czytelników.

Czy książkę polecam? Na pewno tak. Sandra Brown, obok Nory Roberts, to moja ulubiona autorka amerykańska tworząca literaturę dla kobiet. Lubię jej powieści, bez względu na naiwność, jaką wielokrotnie w nich proponuje. Jej powieści generalnie czyta się szybko i przyjemnie. Zapewne nie jest to ostatnia powieść Autorki, o której Wam piszę. Tak się złożyło, że ostatnio przeczytałam dwie jej książki w dość krótkim odstępie czasu. W związku z tym na pewien czas mówię „dość”. Natomiast kiedy znów poczuję, że potrzebuję lektury niezobowiązującej, wówczas zapewne sięgnę po którąś z powieści Sandry Brown, a tych w Polsce przecież mamy dostatek.

 

 

Moja ocena: 5/6

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



wtorek, 16 kwietnia 2013

 

Chyba nikomu nie trzeba przypominać, że Kraina Czytania bardzo chętnie promuje twórczość polskich autorów i zawsze cieszy się, kiedy może napisać o nowej powieści swoich „ulubieńców”, a wierzcie mi, że takich jest sporo. Natomiast, jeśli o kimś nie pisze, to tylko dlatego, że jeszcze nie miała tego szczęścia, aby zetknąć się z twórczością danego rodzimego pisarza/pisarki.

 

 

W urodzinowym wpisie mogliście przeczytać wzmiankę o najnowszej powieści Agnieszki Lingas-Łoniewskiej pod tytułem W szpilkach od Manolo, która swoją premierę będzie mieć 31 maja 2013 roku. Już dziś Kraina Czytania zaprasza Was do zapoznania się z krótką informacją na temat książki. Dla mnie Agnieszka Lingas-Łoniewska jest jedną z tych polskich utalentowanych pisarek, której każdą powieść pochłaniam jednym tchem i sięgając po nią jestem przekonana, że się nie zawiodę. Wiem, że tym razem będzie podobnie. Na szczęście na książki Autorki nie czeka się zbyt długo, a ten czas oczekiwania zawsze można umilić sobie powrotem do poprzednich powieści Autorki. Dla mnie historią, do której często wracam jest ta przedstawiona w Zakładzie o miłość, co wcale nie oznacza, że pozostałe książki Agnieszki oceniam niżej i mniej się przy nich wzruszam. Niemniej, to właśnie Zakład o miłość ma w sobie coś takiego, co daje mi nadzieję na to, że wszystko w życiu jest możliwe, a prawdziwa miłość pokonuje wszelkie trudności i trwa nawet wtedy, kiedy tej drugiej osoby już przy nas nie ma.

Tym razem Autorka proponuje swoim Czytelnikom coś nowego, ale też opartego na tym, do czego przez lata pisania zdążyła nas już przyzwyczaić. Tak więc czego można spodziewać się po najnowszej powieści Agnieszki Lingas-Łoniewskiej? Na pewno dobrej zabawy, ale też poważnych życiowych dylematów. Będzie również o miłości, która przenosi góry, a to wszystko przyprawione zostanie szczyptą sensacji, która zapewne niejednego czytelnika wciśnie w fotel.

A teraz kilka słów o samej powieści.

Komedia, miejscami poważna
Kryminał, czasami niepoważny
Romans, całkiem serio!

Liliana ma trzydzieści pięć lat, kocha koty, wysokie szpilki i swoje auto. Posiada także kilka niegroźnych obsesji i bardzo wybujałą wyobraźnię. Pracuje w korporacji, ale ma dość wyścigu szczurów. Gdy pewien denerwujący przystojniak zajmuje jej miejsce parkingowe, Lilka nie zdaje sobie sprawy, że już wkrótce znajdzie się na celowniku. Tajemniczego Michała, irytującego Sekuli, a także pewnego socjopaty, który bardzo nie lubi pyskatych „młodych gniewnych”. Tajemnicze kartki z numerkami, porwania, szalone przyjaciółki, pragnąca zięcia Mamulka, znienawidzone korpo i… gorrrący romans. Wszystko to sprawi, że na punkcie „W szpilkach od Manolo” dostaniecie prawdziwego bzika!

Zdaniem jednej z czołowych polskich pisarek, Marioli Zaczyńskiej* powieść „W szpilkach od Manolo" przywraca wiarę w polską komedię romantyczną, w to, że może być śmiesznie! Tak, jak w komedii powinno być! Kreuje też nowy typ bohaterki: kobiety silnej, panującej nad swym życiem i nieco grzesznej. Mocną stroną powieści są brawurowe dialogi i cięte riposty, a wątek sensacyjny to już znak rozpoznawczy autorki. Polecam! Ja przy „Szpilkach..." bawiłam się świetnie.

Cóż można dodać więcej? Książka zapowiada się rewelacyjnie. Tak więc z niecierpliwością oczekujmy na premierę, a potem już tylko biegnijmy do księgarń w poszukiwaniu W szpilkach od Manolo, bo naprawdę warto!

 

 

 



* Pisarka, dziennikarka, autorka Jak to robią twardzielki?, Gonić króliczka i Szkodliwy pakiet cnót.



10:20, krainaczytania , Wydarzenia
Link Komentarze (14) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 63
Zakładki:
Blog istnieje od 13 kwietnia 2011 roku
Cykle Literackie
My thoughts about books and literature
Pomóżmy Ewie powrócić do normalnego życia - Akcja: BLOGI DAJĄ NOGI
Proszę nie kopiować tekstu bez mojej zgody (ustawa z dn. 4 lutego 1994r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
Troszkę z innej bajki
Tutaj często zaglądam
Ulubione Blogi Książkowe
Wszelkie komentarze, które swoją treścią będą obrażać osobę autorki bloga lub innych czytelników, a także autorów książek, zostaną natychmiast usunięte.
Wydawnictwa i Księgarnie
Wywiad ze mną na blogu Książki Zbójeckie


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?