Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
piątek, 03 maja 2013

 

Gaynor Arnold

 

Dziewczyna w błękitnej

sukience

 

 

 

 

 

Wydawnictwo: ZNAK LITERA NOVA
Kraków 2012
Tytuł oryginału: Girl in a Blue Dress
Przekład: Julia Gryszczuk-Wicijowska

 

 

 

Urodziła się w 1815 roku w Szkocji w Edynburgu. Natomiast wraz ze swoją rodziną przybyła do Anglii w 1834 roku. Była najstarszą córką George’a Hogartha, który pracował jako krytyk muzyczny dla The Morning Chronicle, gdzie swoich sił w pisaniu próbował również pewien młody dziennikarz, a następnie redaktor The Evening Chronicle. Młoda dama tak bardzo zawróciła w głowie owemu dziennikarzowi, że ostatecznie para zaręczyła się w 1835 roku, a w dniu 2 kwietnia roku 1836 Szkotka i Anglik stanęli na ślubnym kobiercu. Nowożeńcy miesiąc miodowy spędzili w pobliżu Chatham w hrabstwie Kent. Ich małżeństwo mogło uchodzić w oczach publiki za niezwykle szczęśliwe. Przecież udało im się stworzyć bardzo liczną rodzinę, w której urodziło się aż dziesięcioro dzieci.

Pewnego dnia w progu domu owej niezwykłej pary stanęła siostra „pani na Doughty Street” – Mary Hogarth, aby służyć pomocą oraz wspierać swoją starszą siostrę i szwagra. W epoce wiktoriańskiej nie było niczym niestosownym, aby niezamężna kobieta mieszkała oraz służyła pomocą i radą młodym małżonkom. Takich przypadków w tamtych czasach było bardzo wiele. Jednakże „pan domu” bardzo mocno przywiązał się do szwagierki i kiedy ta – po krótkiej chorobie – nagle zmarła w jego ramionach w 1837 roku, pogrążył się w głębokiej żałobie. Od tego czasu jej postać bardzo często pojawiała się w jego utworach, które tworzył z ogromnym zapałem.

Zapewne zastanawiacie się o kim mowa? Otóż, nie o kim innym, jak tylko o samym Charlesie Dickensie i jego żonie Catherine. Któregoś dnia los tych dwojga tak bardzo zafascynował Gaynor Arnold, że postanowiła na tej podstawie napisać książkę. Dodatkowo doskonałą okazją ku temu stał się fakt, iż rok 2012 w Anglii został ogłoszony Rokiem Charlesa Dickensa. Oczywiście nie wszystko jest w tej książce autentyczne, ponieważ jak sama Autorka przyznaje, część wątków sama wplotła, aby nieco ubarwić fabułę albo tylko po to, żeby uzupełnić niektóre nieścisłości biograficzne. Tak więc nie można do tej powieści podchodzić jako do literatury faktu, lecz należy potraktować ją bardziej jako fikcję literacką.

Kilka lat po śmierci Mary Hogarth w domu państwa Dickensów pojawiła się kolejna siostra Catherine. Tym razem była to Georgina Hogarth, która również miała służyć pomocą i radą. Georgina zamieszkała z Dickensami w momencie, gdy Charles i Catherine popłynęli do Ameryki. Do jej obowiązków należało opiekowanie się dziećmi, które zostały w Anglii. W 1845 roku Dickens pisywał już amatorskie sztuki teatralne i zdobywał coraz większą popularność, podczas gdy jego żona odchodziła w cień. Owszem, udało jej się zaistnieć przez chwilę jako autorce książki kucharskiej, którą opublikowała pod pseudonimem Lady Maria Clutterbuck. Ów poradnik dla gospodyń domowych nosił tytuł What Shall we Have for Dinner? (w wolnym tłumaczeniu: Co mamy na obiad?). Publikacja zawierała szereg sposobów układania menu oraz kilka przepisów kulinarnych o różnym stopniu trudności. Do roku 1860 książka doczekała się kilku wersji.

Dickensów nie ominęły też tragedie. Śmierć siostry Catherine to nie jedyny dramat tego typu w ich rodzinie. Nie dziwi więc fakt, że pani Dickens cierpiała z powodu załamania nerwowego. W powrocie do zdrowia bynajmniej nie mogła liczyć na swojego męża, który był już uważany za najwybitniejszą postać angielskiej literatury i dla którego ważniejsze było to, co powiedzą jego czytelnicy. Jako Autor sztuk teatralnych miał też kontakt z pięknymi, młodymi aktorkami, a to nie mogło skończyć się dobrze. Tak więc Catherine Dickens coraz częściej popadała w stany depresyjne, aż w końcu…

Kto zna biografię Charlesa Dickensa doskonale wie, co było dalej. Dziewczyna w błękitnej sukience na pewno burzy obraz Wielkiego Pisarza, jaki możemy sobie wykreować na podstawie jego utworów. Przypomnijmy sobie chociażby Opowieść Wigilijną i jej przesłanie. Owszem, Dickens był wrażliwy na los ubogich. Wspomagał ich, ale wobec własnej rodziny i tych którzy powinni być dla niego najważniejsi, był w stanie zachować się niczym najgorszy łajdak. Według Gaynor Arnold, Dickens uważał siebie za tego Jednego Jedynego, ponad którym nie ma już nikogo innego. Jego poczucie humoru nie zawsze szło w parze z odczuciami towarzystwa, w jakim akurat przebywał. Liczyła się tylko publika i nic poza tym. Czyżby był tak wielkim egoistą, że poza czubkiem własnego nosa nie widział już niczego ani nikogo innego? Być może tak właśnie było.

W powieści Autorka zmieniła imiona bohaterów, tak więc nie znajdziemy tutaj Charlesa Dickensa, lecz Alfreda Gibsona, zaś Catherine to Dorothea Gibson. Jeśli ktoś z Was obawia się, że podczas czytania tej książki będzie mieć do czynienia z klasyczną nudną biografią, to pragnę uspokoić, że lektura ta ma formę typowej powieści, w której bohaterowie żyją własnym życiem, konwersują ze sobą i przemawiają również do czytelnika. Początkowo akcja powieści nie zachwyca niczym niezwykłym. Zapewne, gdybym sugerowała się jej początkiem, dziś nie publikowałabym tej recenzji, ponieważ książka by mnie zwyczajnie znużyła i zostałaby przeze mnie nie dokończona.

Cała powieść to forma wspomnień, które snuje Doro tuż po śmierci Alfreda. Pisarz zmarł nagle w trakcie pisania kolejnej książki. Ostatnie lata małżeńskiego życia Gibsonów nie należały na pewno do udanych, więc można zrozumieć fakt, że Dorothea nie uczestniczy nawet w jego pogrzebie. W chwili, gdy poznajemy główną bohaterkę, kobieta ma kontakt jedynie z najstarszą córką. Reszta dzieci nie odwiedza jej od lat. Dlaczego? O tym dowiecie się od samej pani Gibson, jeśli dacie jej szansę i przeczytacie powieść.

Narrator w osobie Doro cofa się do początków znajomości z Alfredem Gibsonem, a następnie prowadzi czytelnika poprzez poszczególne etapy jego kariery literackiej i teatralnej. Przedstawia nam osoby, które przez te wszystkie lata stawały na drodze państwa Gibsonów, a także samego Alfreda. Bo trzeba wiedzieć, że w życiu Jednego Jedynego pojawiali się i tacy ludzie, których Doro nie znała i nigdy nie spotkała, aż do pewnego czasu. Są wśród nich przyjaciele, ale też i wrogowie. Sposób postępowania każdej z tych postaci można interpretować na rozmaite sposoby. Można wynajdywać szereg usprawiedliwień i powodów, dla których dana osoba zachowała się tak, a nie inaczej. Tylko czy jest ku temu jakiś sens, skoro i tak zwycięża miłość? Okazuje się bowiem, że kochać można nawet wtedy, gdy doznaje się ogromnej krzywdy od tej drugiej osoby.

Dziś wielu z nas powiedziałoby, że Doro Gibson sama skazała się na cierpienie, katując swoją duszę głębokim i prawdziwym uczuciem do tego, który sprawił, że przez wiele lat czuła się niczym banitka we własnym kraju. Przecież zamiast wciąż rozpamiętywać czas swojego małżeństwa, mogła znaleźć sobie innego życiowego partnera i być szczęśliwą. Bez wątpienia tym partnerem mógłby zostać wieloletni przyjaciel Gibsonów, Michael O’Rourke, któremu Doro nie była obojętna. „Biedna pani Gibson” jest przykładem kobiety, która kocha bez względu na wszystko. Choć czasami też nienawidzi, to jednak miłość niweluje te negatywne uczucia. Komuś mogłoby się wydawać, że ona zupełnie nie posiada dumy, gdyż pozwala sobą pomiatać, poniżać i upokarzać na oczach całej Anglii. Tylko że ona robi to z miłości. Tak ślubowała wiele lat temu i pragnie tej przysięgi dotrzymać, pomimo że mąż jej na to nie pozwala.

Doro Gibson to nie tylko symbol małżeńskiej miłości. Kobieta jest także przykładem na to, jak powinna kochać matka. Przecież jej dzieciom też można wiele zarzucić. Kiedy musiały wybrać, opowiedziały się za dostatkiem i komfortem egzystencji, zamiast stanąć po stronie tej, która dała im życie. Zostały przy człowieku, który ich matkę oskarżał o to, że w ogóle przyszły na świat, jakby zapomniał, że do płodzenia dzieci potrzeba dwojga ludzi – mężczyzny i kobiety.

Generalnie książka nie jest zła, ale też nie jest jakąś szczególną rewelacją. Kiedy sięgałam po nią spodziewałam się naprawdę porywającej historii, która wciśnie mnie w fotel i nie pozwoli mi na to, abym odłożyła powieść dopóki nie przeczytam ostatniego zdania. Niestety tak się nie stało, nad czym boleję, ponieważ tematyka naprawdę interesująca, szczególnie dla kogoś, kto lubi zatapiać się w historię. Poza tym nowatorski może też wydawać się sam pomysł na fabułę. Niby o życiu Dickensów, a jednak nie do końca.

Momentami miałam wrażenie, że narratorka jest już znużona tym, iż w ogóle kazano jej to wszystko opowiadać, a jej znużenie udziela się także czytelnikowi. Nie jest już osobą młodą, więc i sił w niej mniej niż wtedy, gdy poznała Alfreda Gibsona, a on lecząc swoje złamane serce, zachwycił się – odzianą w błękitną sukienkę – panienką z dobrego domu. Teraz rozumiem skąd na okładce (skądinąd bardzo pięknej, choć znacznie bardziej pasującej do początków XX wieku, a nie do epoki wiktoriańskiej) wzięły się te wszystkie mądre słowa Anny Popek i Grażyny Wolszczak. Bo kiedy książka jest przeciętna i raczej nie potrafi sama się obronić, wtedy należy jej w tym pomóc. A któż może zrobić to lepiej, jak sławna dziennikarka czy aktorka?

 

 

Moja ocena: 4/6

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



środa, 01 maja 2013

 

AGNIESZKA STEUR

 

 

Kraina Czytania: Witam Cię serdecznie na moim blogu i dziękuję, że zgodziłaś się na rozmowę w ramach cyklu „Literat Miesiąca”. Agnieszko, na początek zapytam, co takiego wydarzyło się w Twoim życiu, że zdecydowałaś się poświęcić tworzeniu literatury? Bo przecież chęć opowiadania innym rozmaitych historii musi mieć gdzieś swoje źródło.

Agnieszka Steur: Bardzo dziękuję za zaproszenie.

Wydaje mi się, że pisanie od zawsze było częścią mnie. Chęć opowiadania nie ma źródła w jakimś konkretnym wydarzeniu mojego życia. Określone tematy tak, tworzenie w ogóle już nie, ono jest we mnie. Nie jest wynikiem, stanowi raczej treść. Z jednej strony to wewnętrzna potrzeba przelewania na papier myśli, pomysłów, a z drugiej chęć spotykania innego człowieka w ten wyjątkowy sposób, właśnie dzięki temu, co robię. Już będąc małą dziewczynką zmieniałam swoje marzenia w opowiadania i przelewałam je na papier. W ten sposób się spełniały. Gdy wyjechałam za granicę, pisanie zyskało jeszcze jeden wymiar, stało się bardzo ważnym elementem podkreślającym moją tożsamość. Piszę po polsku i dzięki temu nie tracę tego, co za sobą zostawiłam.

Kraina Czytania: Niedawno ukazała się Twoja debiutancka powieść pod tytułem „Wojna w Jangblizji. W Tamtym Świecie”. Jest to powieść fantasy adresowana przede wszystkim do młodzieży. Dlaczego właśnie tę grupę czytelników wybrałaś jako odbiorców Twojej twórczości?

Agnieszka Steur: Każdy etap w życiu człowieka ma swoją magię, ale wkraczanie w dorosłość wydaje mi się bardzo czułą i wyjątkową chwilą. Wtedy przecież tak wiele się decyduje. Młodzi ludzie przestają być dziećmi, ale jeszcze wierzą w bajki. Żaden szczyt nie jest zbyt wysoki, ale i świat rzeczywisty zostaje już odbierany wszystkimi zmysłami. Bunt, kwestionowanie wartości i poszukiwanie własnej drogi, przecież to bardzo ważne. Moje dzieci stoją na granicy tego etapu i z ogromną ciekawością będę obserwować ich drogę. Jak one będą przeżywać zmiany. Bardzo bym chciała, aby potrafiły zachować w sobie coś z dzieci, ale i pewnie wkroczyły w kolejną fazę życia.

Czasem myślę, że również ja nie chcę stracić tej cząstki naiwności, która jest we mnie i dlatego tak lubię literaturę dziecięcą i młodzieżową.

Kraina Czytania: Przyznam, że kiedy czytałam Twoją powieść byłam pozytywnie zaskoczona jej oryginalnością. Przeważnie jest tak, że bohaterowie z „naszego świata” przedostają się w jakiś magiczny sposób do świata baśni, gdzie spotykają rozmaite istoty. U Ciebie jest na odwrót. Skąd pomysł, aby to obce byty wysłać w podroż do świata ludzi?

Agnieszka Steur: Od wielu lat mieszkam poza granicą Polski. Stałam się Emigrantką i w pewnej chwili przeraził mnie fakt, że to jedno słowo w jakiś sposób definiuje całą moją osobę.  W tych doświadczeniach znalazłam inspirację do mojej książki. Problem bycia obcym bardzo mnie fascynuje. Już dawno odkryłam, że to uczucie to w dużej mierze stan umysłu. Wyobcowanie często jest wewnętrzną częścią człowieka, a nie czymś poza nim. Ta świadomość nie jest pocieszająca. Ponadto mieszkanie w innym państwie przekonało mnie, że czasem to, co oczywiste może stać się dziwne, a codzienność innych ludzi potrafi nas bardzo zaskoczyć. Chciałam pokazać znany świat, jako obcy. Bardzo ważnym był dla mnie zabieg tego odwrócenia. Dzięki niemu Jangblzijanie przyszli do czytelnika, lub może czytelnik odkrył w sobie Jangblizję. Przecież wokół nas jest mnóstwo „zwykłości”, których nie rozumiemy. Wcale nie musimy wyjeżdżać, aby zadać sobie pytanie, dlaczego jest właśnie tak, jak jest i dlaczego (o zgrozo!) tyle osób zgadza się na to milcząco.

Kraina Czytania: Twoja powieść zawiera w sobie szereg uniwersalnych wartości, jak miłość, przyjaźń, tolerancja, ale też nie brakuje tego, co złe. Dlaczego, Twoim zdaniem, tak wielu autorów wciąż skupia się na walce Dobra ze Złem? Przecież ten problem poruszany w tak licznych publikacjach może dla wielu czytelników okazać się nudny i przegadany. Nie obawiałaś się właśnie tego rodzaju krytyki, tworząc fabułę swojej powieści?

Agnieszka Steur: Tworząc Jangblizję obawiałam się krytyki, ale akurat nie w tym temacie. Głęboko wierzę, że istnieją treści, które nigdy nie staną się nudne. Może to cliché, ale walka Dobra ze Złem toczy się w każdym z nas. Nie mam na myśli tak ekstremalnych sytuacji jak wojna, ale całkiem zwykłe. Codziennie podejmujemy decyzje, które w jakiś sposób wpływają na innych i na nas. Ważne jest, aby pozwalać w takim właśnie wymiarze Dobru wygrywać. To są tematy uniwersalne. To trochę tak, jakby zapytać czy książki o miłości kiedyś staną się nudne, albo kryminały, albo czy znudzą się wampiry i magia. Kolejne pokolenia będą się tym fascynować i być może dla kogoś te tematy są trochę przegadane, ale należy je powtarzać.

Kraina Czytania: Świat Jangblizjan, który stworzyłaś jest z jednej strony światem bardzo podobnym do naszego, ale z drugiej można też wywnioskować, że w sposób znaczący różni się od rzeczywistości, jaka otacza ludzi. Oczywiście mam tutaj na myśli przede wszystkim mieszkańców Jangblizji. Jak udało Ci się stworzyć tak oryginalne postacie o dość specyficznym wyglądzie i upodobaniach?

Agnieszka Steur: Puściłam wodze fantazji. Zdaję sobie sprawę z tego, że wymyślić coś nowego jest prawie niemożliwe. Nowe rzeczy to najczęściej układanki z tego, co już było. Jednak bardzo chciałam mieć coś swojego. Moja twórczość jest podyktowana tym, co dzieje się w moim życiu. Któregoś dnia dzieci zapytały o ewolucję i o to, co różni ludzie na ten temat twierdzą. Odpowiadając na ich przeróżne pytania wpadłam na pomysł, że może stworzę historię, w której ewolucja pójdzie w różnych kierunkach. Każdy zadaje sobie pytanie, co by było gdyby. Moją odpowiedzią stała się cała historia innego miejsca.

Kraina Czytania: Przypomnijmy także, że Twoja powieść została opatrzona niezwykłymi ilustracjami autorstwa Ewy Kieńko Gawlik. Skąd pomysł, aby w ten sposób ubogacić stronę wizualną książki?

Agnieszka Steur: Ewę znam już wiele lat. Zawsze podziwiałam jej twórczość. Praca z nią jest czystą przyjemnością i jestem pewna, że jeszcze nie raz pojawimy się jako duo. Ona jest bardzo delikatną osobą o niezwykłej sile. Najbardziej boli to, że mieszkamy tak daleko od siebie. Każde spotkanie z Ewą bardzo mnie inspiruje. Szkoda tylko, że tych spotkań jest tak mało. W chwili, gdy w mej głowie zrodziła się królowa Zara wiedziałam, że Ewa musi stworzyć wizualną część książki. Same rysunki zmieniały się już w trakcie rysowania. Najpierw chciałyśmy, aby to były szkice, ale Ewa zaproponowała, aby dodać kolor. Opowiadałam jej, jak widzę ilustracje, a ona te pomysły przelewała na papier i za każdym razem mnie zaskakiwała, ponieważ to, co tworzyła było piękniejsze niż sobie wyobraziłam.

 

 

Kraina Czytania: Jako emigrantka niezwykle aktywnie działasz na rzecz Polonii w Holandii. Mogłabyś zdradzić czytelnikom na czym ta działalność polega i co takiego wnosi w życie Twoje i Polaków mieszkających na obczyźnie?

Agnieszka Steur: Zajmuję się przeróżną polonijną działalnością. Bardzo często są to akcje związane z kulturą. W chwili obecnej jestem członkiem jury w konkursie poetyckim dla dzieci „Tuwimować mi się chce” zorganizowanym przez Korespondencyjny Klub Literacki Młodej Polonii. Dostaję cudowne wiersze pisane przez dzieci mieszkające poza granicami Polski. Zaangażowanie w to sprawia mi ogromną radość, ale i martwi, bo muszę podjąć decyzję. Dzieci są fantastyczne, a ja muszę stwierdzić, że ktoś jest lepszy, a ktoś gorszy – ogromna odpowiedzialność.

Niezwykle ważnym jest też dla mnie temat dwujęzyczności dzieci mieszkających w Holandii. Są rodzice, którzy zaniedbują język polski swych pociech, ale i tacy, którzy mają mnóstwo wątpliwości w tym temacie. Spotykam też rodziców, potrzebujących tylko usłyszeć, że inni borykają się z takimi samymi problemami. Angażuję się w spotkania polonijne i opowiadam o dwujęzyczności oraz jej dobrych stronach. Dzięki temu też poznaję cudownych ludzi. To są niezapomniane chwile.

Kraina Czytania: Jesteś również laureatką kilku nagród literackich i wyróżnień, wśród których znajduje się wyróżnienie samego marszałka senatu RP dla dziennikarzy polskich i polonijnych. To chyba wyjątkowa nagroda dla Ciebie, prawda? Pamiętasz, co czułaś, kiedy dowiedziałaś się, że to właśnie Tobie ją przyznano?

Agnieszka Steur: To była moja pierwsza nagroda na obczyźnie. Byłam bardzo dumna, ponieważ otrzymałam ją za mój debiut dziennikarski. Było mi również bardzo miło, gdy miałam okazję spotkać się osobiście z marszałkiem senatu. Wtedy też po raz pierwszy zrozumiałam, czym jest związek autor-czytelnik. Po publikacji nagrodzonych tekstów zaczęłam otrzymywać listy od osób, które czytając „coś” przeżywali. Gdy słyszę lub czytam, że moje teksty wywołały uczucia, coś dały, to jest największa nagroda.

Kraina Czytania: Krótka forma literacka również nie jest Ci obca, bo przecież potrafisz pisać fantastyczne opowiadania z oryginalnym przesłaniem. Planowane jest także wydanie zbioru felietonów Twojego autorstwa. Możesz zdradzić czytelnikom jaką tematykę w nich poruszasz i do kogo są skierowane?

Agnieszka Steur: Pierwsze moje teksty, które zostały opublikowane w prasie polonijnej to były felietony dotyczące życia na emigracji. Z czasem zaczęłam pisać o wszystkim.  Od kilku lat współpracuję ze „Sceną Polską” w Holandii. Również pisanie dla Lejdiz Magazine w Anglii jest dla mnie powodem do dumy. Gdy w 2011 roku współpracowałam z PNKV w Holandii, zaproponowano mi wydanie moich felietonów, których wtedy już się sporo uzbierało, w formie książki. Ten projekt jest dla mnie bardzo ważny, ponieważ będzie to wydanie dwujęzyczne i będzie nosić tytuł „Słowa do użytku wewnętrznego”. Czytanie moich słów w innym języku jest dziwne, ekscytujące i trochę nierealne.

Kraina Czytania: Masz już za sobą pierwsze spotkanie autorskie, które odbyło się w Polsce w Twoim rodzinnym mieście. Czy było to dla Ciebie bardzo stresujące wydarzenie jako debiutantki?

Agnieszka Steur: Pierwsze spotkanie autorskie było dla mnie bardzo stresującym przeżyciem. Przyznam Ci się, że były chwile, gdy myślałam, że będę pierwszym w historii debiutantem, który zejdzie z tego świata podczas takiego spotkania. Teraz, gdy mam to już za sobą, mogę z ręką na sercu powiedzieć, że wieczór w Wałbrzychu w Bibliotece pod Atlantami pozostanie jednym z moich najmilszych wspomnień. Poznałam tylu miłych i ciepłych ludzi. Na spotkanie przyszły osoby z mojej przeszłości, ale i obcy, którzy ściskali mi dłonie i dzielili się przeżyciami.

Kraina Czytania: Planujesz kolejne spotkania autorskie, na przykład w Holandii?

Agnieszka Steur: Spotkania z czytelnikami są cudowne i z pewnością, gdy tylko będzie okazja będą organizowane. W niedalekiej przyszłości odbędą się w Holandii spotkania z czytelnikami mojej drugiej książki, zbioru felietonów.

Kraina Czytania: Być może jeszcze zbyt wcześnie pytać Cię o to, ale ciekawi mnie czy chcesz pisać tylko dla młodzieży, czy może masz w planach napisanie kiedyś powieści adresowanej do dorosłych czytelników?

Agnieszka Steur: W tej chwili jestem pochłonięta dalszymi losami Jangblizjan, rozpoczęłam też cykl bajek dla najmłodszych. W głowie mam mnóstwo pomysłów. Myślę, że kiedyś napiszę coś adresowanego do dorosłych. Teraz jednak przez jakiś czas pozostanę w świecie bajek i fantasy.

Kraina Czytania: O ile mi wiadomo „Wojna w Jangblizji. W Tamtym Świecie” równocześnie miała ukazać się w Polsce, Holandii i Anglii. Czy jest jakaś różnica pomiędzy odbiorem książki przez czytelników w tych trzech krajach? A może ich gusta wszędzie są takie same?

Agnieszka Steur: To prawda. Odbiór bardzo się różni, ale powodem nie jest różnica w gustach czytających. Emigranci to ludzie dorośli, którzy ciężko pracują i często nie mają czasu na wyprawy do świata fantasy. Za granicę przyjeżdżają z dziećmi, które tu chodzą do szkół i bardzo szybko zaczynają czytać w języku danego kraju. Młodzież mieszkająca w Holandii czyta właściwie już tylko po holendersku, więc może jeśli uda mi się książkę przetłumaczyć, znajdę więcej czytelników. Oczywiście nie jest to reguła, ale niestety większość. Zresztą zobaczyć „Jangblizję” wydaną po niderlandzku jest moim kolejnym marzeniem do zrealizowania.  

Kraina Czytania: Wiem, że Twoja debiutancka powieść to tylko początek opowieści o Jangblizjanach. Ta historia ma mieć formę trylogii. W związku z tym, kiedy możemy spodziewać się dalszego ciągu tej wyjątkowej baśni?

Agnieszka Steur: Chciałabym, aby druga część ukazała się rok po premierze pierwszej. Mam nadzieję, że podołam wyzwaniu. Już wiem, że książka ta będzie obszerniejsza. Postaci żyją w mojej głowie i zmuszają do pisania.  „Wojna w Jangblizji. W Tamtym Świecie”, to dopiero początek. W kolejnej części wątki się rozwijają i padają odpowiedzi na zadane wcześniej pytania.

Kraina Czytania: Agnieszko, serdecznie Ci dziękuję za rozmowę i życzę Ci samych sukcesów u progu Twojej kariery literackiej.

Agnieszka Steur: To ja dziękuję za rozmowę i możliwość goszczenia na Twym blogu.

 

 
Z Agnieszką Steur rozmawiała
Agnieszka (Kraina Czytania)



prawa autorskie zastrzeżone

08:50, krainaczytania , Literat Miesiąca
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 29 kwietnia 2013

 

Lucy Maud Montgomery

 

         Ania na uniwersytecie

 

 

 

 

 

Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 1988
Tytuł oryginału: Anne of the Island
Przekład: Janina Zawisza-Krasucka
Ilustracje: Bogdan Zieleniec


 

 

 

Cóż oryginalnego można napisać o książce, która od dziesiątek lat budzi podziw czytelników na całym świecie? Właśnie na tym polega fenomen klasyki, że w większości przypadków można jedynie powielać opinie fachowców i tych, którzy czytali daną powieść przed nami. Myślę, że generalnie z literaturą jest podobnie jak z muzyką. Kiedy słyszymy gdzieś piosenkę, która przypomina nam młode lata, które już nigdy nie wrócą, wówczas łezka nam się w oku kręci na samo wspomnienie tamtych dni. Może właśnie ta usłyszana przypadkiem stara piosenka sprawi, że oczami wyobraźni ujrzymy twarz naszej pierwszej miłości, poczujemy smak pierwszego pocałunku i na chwilę stracimy poczucie rzeczywistości? Literatura również bardzo często potrafi doprowadzić czytelnika do tego typu wzruszeń. Szczególnie literatura klasyczna.

Cykl o losach Anne Shirley na pewno w wielu z nas budzi wspomnienie lat beztroskiego dzieciństwa, kiedy z zapartym tchem obserwowaliśmy poszczególne etapy życia tej rudowłosej bystrej dziewczynki z nieprzeciętną wyobraźnią. Wraz z nią rozwiązywaliśmy „poważne” życiowe problemy, wpadaliśmy w tarapaty, zawieraliśmy nowe znajomości i przyjaźnie, żegnaliśmy tych, których Anne kochała, ale też dzieliliśmy z nią szczęście, którego doświadczała. Czasami odczuwaliśmy złość, kiedy Anne nie potrafiła jednoznacznie określić swoich uczuć wobec szkolnego kolegi – Gilberta Blythe’a.

Tak więc dziś przeżyjmy to jeszcze raz i wraz z osiemnastoletnią już Anne Shirley udajmy się do Kingsport, gdzie mieści się upragniony przez Anne Redmond College. Na ten wyjątkowy jesienny dzień dorosła już Anne czekała od kilku lat. Ponieważ życie nie zawsze układa się tak, jakbyśmy tego chcieli, dziewczyna spełnienie swoich marzeń o nauce na uniwersytecie musiała odłożyć na potem z przyczyn od niej niezależnych. Dziś już nie musi obawiać się tego, że schorowana Marilla Cuthbert pozostanie na gospodarstwie sama i nie będzie mogła liczyć na niczyją pomoc. Na Zielone Wzgórze właśnie wprowadziła się Rachel Lynde (z pol. Małgorzata Linde), która nie tylko zapewni opiekunce Anne rozrywkę w postaci plotek pochodzących z całego Avonlea, ale też zaopiekuje się bliźniętami, które od jakiegoś czasu zamieszkują to magiczne miejsce.

W zawiązku z powyższym Anne może śmiało i bez wyrzutów sumienia wyjechać. Tak więc dziewczyna zmienia otoczenie, poznaje nowych ludzi, ale też przebywa pośród starych i sprawdzonych przyjaciół. Pomimo że jej marzenia właśnie się spełniają, ona jednak wciąż tęskni za Zielonym Wzgórzem i najczęściej jak to tylko możliwe odwiedza Marillę Cuthbert. Bardzo często wraca też myślami do mieszkańców Avonlea, czyli do pana Harrisona, pani Lavendar Irving (z pol. Lawenda Irving – niegdyś Lewis) i jej służącej, Charlotte the Fourth (z pol. Karolina Czwarta). Te chwile tęsknoty dziewczyna zapełnia nauką, spotkaniami z przyjaciółmi oraz pisaniem listów do mieszkańców Zielonego Wzgórza.

Chyba największą przykrość sprawia Anne rozstanie z przyjaciółką jeszcze z lat dzieciństwa – Dianą Barry, która zamiast dalszej nauki postanowiła założyć rodzinę i uwić sobie gniazdko, stając się w końcu panią Wright. Oprócz przeżywania żalu po rozstaniu z przyjaciółką, Anne targają także inne emocje. Otóż, budzi się w niej uczucie miłości do Gilberta Blythe’a, któremu ona stanowczo zaprzecza i aby się go pozbyć znajduje sobie inny obiekt adoracji. Tak więc co takiego musi się stać, aby rudowłosy uparciuch zrozumiał w końcu, kto tak naprawdę jest dla niej ważny? Czy będzie to Gilbert Blythe, czy może niejaki Royal Gardner (z pol. Robert Gardner)?

Cóż jeszcze takiego dzieje się w życiu dorosłej Anne Shirley? Otóż, nie obchodzi się też bez strat. Umiera jedna z jej avonlejskich przyjaciółek. Jest to dla Anne ogromny cios. Jednak przebywanie wśród ludzi i rozwijanie swoich pasji sprawia, że żal po stracie koleżanki szybko mija, choć to wcale nie oznacza, że panna Shirley kiedykolwiek o niej zapomni. Niemniej jednak znacznie większą uwagę poświęca przyjaciółkom żyjącym, jak na przykład irytującej Philippie Gordon (z pol. Izabela Gordon).

W tej części cyklu wyraźnie widać, że niesforny rudzielec w końcu znalazł swoje miejsce w życiu poprzez ciężką pracę i usilne dążenie do celu. Bez wątpienia Anne Shirley nie jest już tą samą dziewczynką ani podlotkiem, którego obserwowaliśmy w dwóch poprzednich częściach. Tym razem prezentuje się czytelnikom jako osoba dorosła i odpowiedzialna. Już nie popełnia gaf, które tak często trafiały jej się, kiedy jeszcze mieszkała w Avonlea. Niemniej jednak, chyba po raz pierwszy Anne można poddać krytyce, a dokładnie sposób jej zachowania. Przecież jej ciągłe niezdecydowanie w sprawach uczuciowych jest krzywdzące dla obydwu adoratorów. W swoim postępowaniu idzie zbyt daleko, a potem nagle wycofuje się, jak gdyby nic się nie stało. Nie zauważyłam u niej praktycznie żadnej skruchy. Owszem, z jednej strony jest uczciwa, ale z drugiej trochę w tym wszystkim egoizmu i myślenia tylko o sobie. Choć jest już dorosła, to jednak wciąż niektóre sytuacje są w stanie doprowadzić ją do płaczu. Dzieje się tak przede wszystkim wtedy, gdy coś nie idzie po jej myśli. Tak więc mimo wszystko jakieś cechy małej dziewczynki jeszcze w niej pozostały, co może wiązać się z jej osobistym przekonaniem, że to właśnie Anne Shirley i nikt inny zawsze ma rację.

Kolejny przykład. Kiedy Diana Barry w tajemnicy pomaga jej zdobyć nagrodę, ona w gruncie rzeczy ma do niej pretensje i czuje się urażona, a właściwe urażone są jej ambicja i duma. Otóż, nie od razu można stać się światowej sławy literatem. Czasami trzeba zacząć od pisania tekstów do reklam. Historia zna wielu pisarzy, którzy właśnie tak zaczynali. Lecz nasza kochana Anne już po stworzeniu pierwszego poważnego autorskiego tekstu pragnie być podziwiana i mieć rzeszę oddanych czytelników. Miejmy nadzieję, że w kolejnych częściach życie nauczy ją więcej pokory i doceniania pomocy innych.

Pomimo że Anne unika już popełniania gaf, to jednak w Ani na uniwersytecie nie brak scen humorystycznych. Przypomnijmy sobie chociażby sytuację, w której rolę główną odegrał „wojowniczy” kot Mruczek.

Myślę, że ta część cyklu pokazuje, że Anne Shirley nie jest tylko słodziutkim i kochanym przez wszystkich dziewczątkiem, ale ma też wady, które właśnie tutaj zaczynają wychodzić na jaw. I teraz pytanie. W jaki sposób Lucy Maud Montgomery pokierowała w kolejnych częściach osobowością głównej bohaterki i jakie cechy będą u niej dominować? Czy Anne Shirley nauczy się pokory i zacznie dostrzegać w zachowaniu innych dobre intencje, czy może stanie się zadufaną w sobie kobietą sukcesu, dla której będzie liczyć się tylko ona sama? Oczywiście ci, którzy czytali pozostałe części serii już o tym wiedzą. Ponieważ to wyzwanie czytelnicze jest moim pierwszym spotkaniem z całym cyklem o Anne Shirley, dlatego też na razie nie mam pojęcia, co czeka główną bohaterkę w przyszłości. W dzieciństwie niestety nie miałam okazji jej poznać. Dlatego też ogromnie ciekawią mnie dalsze losy panny Shirley.

Uważam, że spośród tych trzech części, które już za mną Ania na uniwersytecie przedstawia się najlepiej, gdyż charakter głównej bohaterki jest już na tyle wykształcony, iż możemy dokonać jego analizy i w związku z tym poczynić swego rodzaju przypuszczenia na przyszłość. Właśnie w tej części widzimy, że Anne Shirley nie jest postacią wyidealizowaną, lecz pod wieloma względami przypomina każdego z nas. Posiada wady i zalety, co działa na korzyść tej powieści.

Oprócz tego nieszczęsnego tłumaczenia imion bohaterów, nie ma w tej książce nic, co mogłoby mnie drażnić. Tak więc z wielką przyjemnością za jakiś czas zasiądę do czytania Ani z Szumiących Topoli, a do dziwacznego przekładu można się w końcu przyzwyczaić.   

 

Moja ocena: 6/6

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



piątek, 26 kwietnia 2013

 

Rozwój epiki rycerskiej

Głównym nurtem dworskiej literatury średniowiecznej była tak zwana epika rycerska. Odzwierciedlała ona ideały i obyczaje epoki, ukazując jako wzór do naśladowania rycerza doskonałego, będącego wcieleniem wszelkich cnót. Ten typ literatury tworzyli i rozpowszechniali wędrowni śpiewacy noszący w różnych krajach rozmaite nazwy: trubadur, truwer, minstrel, bard, skald, rybałt czy wajdelota.

Obok czynów sławnych rycerzy, wędrowni śpiewacy opiewali także wyidealizowaną miłość dworską, co wiązało się z rycerskim obyczajem mówiącym, iż każdy rycerz powinien posiadać panią swego serca. Wśród charakterystycznych cech epiki rycerskiej wymienia się:

  • anonimowość autorów,
  • ukazywanie tego samego tematu w różnych ujęciach,
  • występowanie wątków baśniowych i fantastycznych postaci – potwory, smoki, olbrzymy czy karły,
  • łączenie się opowieści w całe cykle.

W różnych krajach europejskich powstawały całe cykle, które opowiadały o sławnych rycerzach i ich nadzwyczajnych czynach. I tak:

  1. Hiszpania – opowieści o rycerzu kastylijskim, Cydzie i jego walkach z Maurami;
  2. Anglia – cykl opowieści o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu. Ich zadaniem było poszukiwanie Świętego Graala, czyli naczynia napełnionego Krwią Chrystusa;
  3. Niemcy – cykl opowieści o Nibelungach, czyli karłach strzegących wielkiego skarbu na dnie rzeki Ren;
  4. Francja – cykl opowieści o cesarzu Karolu Wielkim i jego dwunastu paladynach (wodzach), z których najdzielniejszym był hrabia Roland;
  5. Ruś – poemat rycerski pod tytułem Słowo o wyprawie Igora na Połowców opowiadający o walkach księcia Igora z koczowniczymi plemionami.

Należy też dodać, iż styl epiki rycerskiej charakteryzował się patosem, czyli podniosłym sposobem mówienia i pisania. Używano słów górnolotnych i przesadnych. Epika rycerska to także wyolbrzymianie wydarzeń i zasług bohaterów, czyli innymi słowy tak zwana hiperbolizacja.

 

Ideał rycerza średniowiecznego w Pieśni o Rolandzie

Pieśń o Rolandzie to narodowa epopeja francuska, będąca utworem anonimowym pochodzącym z końca XI wieku, który został spisany przez niejakiego Turolda w połowie XII wieku. Treścią utworu są bohaterskie czyny i śmierć Rolanda – jednego z dwunastu paladynów cesarza Karola Wielkiego.

Roland to postać historyczna, lecz w zapiskach kronikarskich istnieje o nim jedynie krótka wzmianka. W roku 778 podczas wyprawy do Hiszpanii tylna straż wojsk francuskich pod wodzą Rolanda została zaatakowana i zniszczona przez pogański górski lud Basków, określanych wspólnie dla wszystkich Muzułmanów mianem Saracenów.

 

Fragment „Pieśni o Rolandzie" w przekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego;
rok publikacji 1932

 

Hrabia Roland stanowi przykład ideału średniowiecznego rycerza. Jest odważny, mężny, waleczny i bohaterski. Kocha też swoją ojczyznę, ceni swojego władcę i do samego końca jest mu wierny. Największą wartością dla Rolanda jest honor, dlatego też jest człowiekiem, na którym zawsze można polegać. Stara się również opiekować słabszymi od siebie. Doskonale walczy i jest przywiązany do swojej broni. Jest lojalny i nieugięty, lecz jako dowódca – nierozważny. W obliczu zbliżającej się śmierci, Roland nie czuje strachu, a jedynie pragnie pojednać się z Bogiem.

 

Średniowieczna historiografia w języku łacińskim

Na początek wyjaśnijmy czym tak naprawę jest historiografia nazywana czasami dziejopisarstwem lub piśmiennictwem historycznym. Otóż, jest to ogół prac historycznych odnoszących się do danego okresu, regionu lub zagadnienia.

Najdawniejszymi zapiskami historycznymi są tak zwane roczniki (annales). Były to krótkie notatki prowadzone w języku łacińskim i sporządzane przez anonimowych duchownych na marginesach ksiąg kościelnych, na przykład:

  • 965 rok – Dąbrówka przybyła do Mieszka;
  • 966 rok – Mieszko, książę Polski ochrzczony.

Roczniki stały się podstawą dla powstania i rozwoju znacznie obszerniejszych kronik.

Średniowieczna kronika to z kolei utwór o charakterze publicystyczno-literackim zawierający opis wypadków ujętych w porządku chronologicznym.

Pierwszym polskim kronikarzem był tak zwany Gall Anonim. Informacje o jego życiu są niezwykle skąpe. Przyjmuje się, że był zakonnikiem benedyktyńskim, pochodzenia francuskiego i przybył do Polski z Węgier. Działał w okresie panowania księcia Bolesława Krzywoustego, natomiast za okazaną mu opiekę odwdzięczył się napisaniem Kroniki. Dzieło to obejmuje historię Polski od czasów najdawniejszych do 1113 roku.

Autorem Kroniki pochodzącej z XIII wieku jest biskup krakowski – Wincenty Kadłubek. Swoje dzieło doprowadził do roku 1202. Cechą charakterystyczną tej Kroniki jest to, iż autor, chcąc uświetnić naszą przeszłość narodową rozbudował prehistorię Polski oraz wykorzystał fantastyczne opowieści, między innymi O Popielu i myszach, O smoku wawelskim, O księciu Kraku czy O księżniczce Wandzie. Ponadto opisywał też fikcyjne wojny legendarnych polskich władców z Juliuszem Cezarem, Aleksandrem Macedońskim oraz innymi wodzami starożytności.

Czasy Kazimierza Wielkiego i Ludwika Węgierskiego (XIV wiek) opisuje natomiast Kronika Wielkopolska. Jej autorem jest Janko z Czarnkowa. Kronika ta ma charakter pamiętnika, ponieważ autor – wysoki urzędnik dworski – opisywał te wydarzenia, w których sam brał udział.

Z kolei wiek XV przyniósł Kronikę Jana Długosza – urzędnika dworskiego i nauczyciela synów króla Kazimierza Jagiellończyka. W swojej Historii Polski opisał dzieje kraju od czasów najdawniejszych do 1480 roku. Jego dzieło odznacza się wysoką kulturą literacką, krytycyzmem i wiarygodnością. 

Wróćmy jeszcze na chwilę do Kroniki Galla Anonima, w której autor przedstawił portrety dwóch Bolesławów, czyli Bolesława I Chrobrego i Bolesława III Krzywoustego. Kronika polska Galla Anonima powstała w latach 1112-1116 na zamówienie polskich dostojników. Z braku źródeł pisanych, autor oparł się głównie na informacjach przekazywanych ustnie, a także na własnych obserwacjach. Wprowadził też elementy fikcji literackiej. Utwór pisany jest prozą rymowaną w języku łacińskim i obejmuje trzy księgi, które rozpoczynają wierszowane wstępy i listy. W swej Kronice Gall Anonim wyeksponował szczególnie czasy panowania króla Bolesława Chrobrego i księcia Bolesława Krzywoustego.

 

Bolesław I Chrobry                       Bolesław III Krzywousty

 

Zdaniem Galla Anonima Bolesław Chrobry posiadał przede wszystkim cechy wspaniałego, doskonałego i dzielnego rycerza. Był też dobrym władcą i gospodarzem, a po jego śmierci Polska osłabła politycznie i gospodarczo. Król nigdy nie podejmował pochopnych decyzji, zaś swoich poddanych traktował jednakowo i odnosił się do nich z miłością. Był też władcą sprawiedliwym. Natomiast Bolesław Krzywousty posiadał ogromny talent wojenny i rycerski, był bezlitosny dla swoich wrogów, konsekwentny w działaniu oraz nieugięty i nieustraszony, co sprawiało, że obawiano się go i nazywano „Bolesławem, który nie śpi”. Książę określany był też „pogromcą wrogów” i „księciem – rycerzem”.

Tak więc portrety polskich władców w Kronice Galla Anonima realizują dwa popularne modele w średniowiecznej literaturze europejskiej. Bolesław Chrobry to „władca – dobry ojciec”, którego pierwowzorem był cesarz Karol Wielki. Z kolei Bolesław Krzywousty ukazany został jako utalentowany żołnierz i w ten sposób przypomina średniowiecznego bohatera, jakim był „rycerz doskonały”.

 



prawa autorskie zastrzeżone

środa, 24 kwietnia 2013

 

Yann Martel

 

          Życie Pi

 

 

 

 

 

Wydawnictwo: ZNAK
Kraków 2004
Tytuł oryginału: Life of Pi
Przekład: Zbigniew Batko

 

 

 

 

Nie od dziś wiadomo, że życie potrafi człowieka naprawdę zaskoczyć. Każdy dzień przynosi nam coś nowego, choć z pozoru może wydawać się, że jeden od drugiego niczym szczególnym się nie różni. Czasami są to jakieś błahe sprawy, o których szybko zapominany, ale są też i takie, które pozostają w naszej pamięci do końca życia. Ba! Zmieniają to życie nieodwracalnie. Tak więc zazwyczaj to los pisze własny scenariusz, nie bacząc na nasze plany i marzenia, a my możemy jedynie go zaakceptować i na miarę swoich możliwości radzić sobie z nim albo buntować się przeciwko temu, co nas spotkało. Co lepsze? Nie wiadomo.

A teraz spróbujmy odpowiedzieć sobie na jedno pytanie. Czy przyjaźń z dzikim drapieżnym zwierzęciem jest możliwa? Na przykład z dorosłym tygrysem bengalskim? Wyobrażam sobie, że niejednemu lub niejednej z Was ciarki przeszły w tym momencie po kręgosłupie. Już na sam dźwięk słowa „tygrys” większości z nas robi się gorąco, a serce tłucze się w piersi niczym dzwon Zygmunta. To pomarańczowe stworzenie w czarne paski jest kochane i bezpieczne tylko jako pluszowa maskotka, prawda? Niemniej, nigdy nie wiadomo, co szykuje dla nas życie. Piscine „Pi” Molitor Patel też tego nie wiedział.

Tak więc niemal czterdzieści lat temu pewien szesnastoletni wówczas chłopiec o imieniu Pi wyruszył w morską podróż wraz ze swoją rodziną: ojcem, matką i bratem. Przemierzając wody Oceanu Spokojnego na japońskim statku „Tsimtsuma” kierowali się w stronę Kanady. To właśnie tam planowali stworzyć nowy dom i zacząć wszystko od początku. Do tej pory rodzina Patelów mieszkała w Indiach w mieście o nazwie Puttuczczeri, gdzie mieścił się też piękny ogród zoologiczny, którego strażnikiem był ojciec chłopca. W ogrodzie tym zwiedzający mieli możliwość obejrzenia zwierząt, przeważnie dzikich i niebezpiecznych, które stanowiły główną atrakcję tego miejsca. Właściciel od najmłodszych lat przyuczał swoich dwóch synów do pracy w zoo. Nie szczędził też na niebezpiecznych sytuacjach, które miały na celu przestrzec chłopców przed nieodpowiedzialnym i beztroskim zachowaniem wobec drapieżników.

W Puttuczczeri Patelowie byli bardzo znaną rodziną, lecz kwestie polityczne zmusiły ich ostatecznie do opuszczenia ukochanych Indii i wyruszenia w drogę do Winnipeg w Kanadzie. Na statek, niczym biblijny Noe, rodzina zapakowała niektóre ze zwierząt, aplikując im środki uspokajające, aby w nowym miejscu móc na nowo otworzyć ogród zoologiczny. Niestety, nikt nie spodziewał się, że podczas rejsu dojdzie do tragedii.

Statek tonął. Wydawał z siebie dźwięk podobny do potwornego metalicznego beknięcia. Przeróżne szczątki znikały z bulgotem pod wodą. Wszystko wyło: morze, wicher, moje serce. Z szalupy dostrzegłem nagle w wodzie coś żywego.

– Richardzie Parkerze! Czy to ty? – zawołałem. – Nic nie widzę. Och, żeby choć na chwilę przestało padać. Richardzie Parkerze! Richardzie Parkerze! Tak, to ty!

Widziałem jego łeb. Walczył, żeby utrzymać się na powierzchni.

– Jezus, Maria, Mahomecie i Wisznu, jak to dobrze, że cię widzę, Richardzie Parkerze! Błagam nie poddawaj się! Płyń do mnie, do szalupy. Słyszysz ten gwizd? Triii! Triii! Triii! Dobrze słyszysz. Płyń, płyń! Jesteś dobrym pływakiem. To nie jest nawet trzydzieści metrów (…)*

Wreszcie Richard Parker dopłynął. Uczepił się pazurami burty, potem wdrapał się do łodzi. W tym momencie serce Pi zatrzymało się na chwilę i chłopiec zdał sobie sprawę z tego, co właśnie zrobił. Uratował życie drapieżnikowi, który jednym machnięciem łapy był w stanie zrobić z niego befsztyk. Wtedy też przypomniał sobie słowa swojego brata, który przepowiedział mu, że kiedyś skończy w paszczy tygrysa, stając się kolejną „kozą”. Ostatecznie oprócz Richarda Parkera (tygrysa) w szalupie razem z Pi znalazły się jeszcze hiena, orangutan i ranna zebra. W tak doborowym towarzystwie tylko czekać, kiedy zaczną uaktywniać się poszczególne ogniwa łańcucha pokarmowego i kto jako pierwszy przypłaci to życiem.

Od tej chwili szesnastoletni Indus zdany jest tylko na siebie i na łaskę Najwyższego, w którego istnienie bezgranicznie wierzy. Jego wiara już wcześniej wyśmiewana była przez bliskich, ponieważ chłopiec zafascynowany Bogiem nie był w stanie określić jednoznacznie swoich przekonań w tej kwestii. Chciał być hindusem, chrześcijaninem i jednocześnie wyznawcą islamu. Dla niego wszystkie te wyznania stanowiły jedność. Były niczym jedna wielka religia.

 

Suraj Sharma jako Piscine „Pi” Molitor Patel i Richard Parker

 

Fakt, że Piscine „Pi” Molitor Patel przeżył i po latach mógł opowiadać swoją niezwykłą historię każdemu, kto tylko chciał jej wysłuchać, naprawdę graniczyło z cudem. Nikt przy zdrowych zmysłach nie potrafił uwierzyć w to, że szesnastoletni hinduski chłopiec spędził „pod jednym dachem” ponad siedem miesięcy z dorosłym bengalskim tygrysem. Czyżby Richard Parker pamiętał o tym, że Pi uratował mu życie i dlatego nie pożarł go żywcem, pomimo że było wiele sytuacji, które temu sprzyjały? Przecież były chwile, gdy obydwaj rozbitkowie cierpieli niewyobrażalny głód, byli też zestresowani, a jednak tygrys nie rzucił się na Piscine’a. Ta historia jest tak niewiarygodna, że wręcz zakrawa ona na fikcję literacką. I tak też wielu do niej podeszło.

Po raz pierwszy Życie Pi spotkałam na blogu Co warto czytać? Ponieważ jego Autorka nie za często przyznaje najwyższe oceny książkom, uznałam, że ta musi być wyjątkowa, skoro od Felicji otrzymała „6”. Nie pomyliłam się. Życie Pi to jedna z tych lektur, które zostają w pamięci na bardzo długo, a może nawet na zawsze. I pomyśleć, że Yann Martel po klęsce poprzedniej książki nie miał pomysłu na kolejną! Pieniądze też mu się kończyły, a wena twórcza milczała, nic sobie z tego nie robiąc. Dopiero przypadek sprawił, że wydał prawdziwy bestseller, którym zadziwił czytelników na całym świecie. Ta historia tak bardzo ludźmi zawładnęła, że ostatecznie postanowiono ją sfilmować.

Czym dla mnie jest Życie Pi? Na pewno jest książką o niesamowitej odwadze i uporze, a także o nieopisanym pragnieniu życia. Jestem przekonana, że bohaterowi w przetrwaniu bardzo pomógł fakt, iż na co dzień obcował z dzikimi zwierzętami znajdującymi się w ogrodzie zoologicznym jego ojca. Dzięki temu posiadł ogromną wiedzę dotyczącą sposobu zachowywania się zwierząt w określonych sytuacjach. W związku z tym mógł przewidzieć kolejny krok swojego towarzysza niedoli.

Ta książka jest też doskonałym dowodem na to, iż w ekstremalnych warunkach człowiek jest zdolny do zachowań, które normalnie są mu obce. Generalnie strach uważany jest za największego wroga człowieka. Z jednej strony może nas sparaliżować do tego stopnia, że nie będziemy w stanie podjąć żadnych sensownych działań, ale z drugiej może stanowić impuls, który uratuje nam życie. W tym konkretnym przypadku strach stanowił jedynie bodziec do podejmowania działań, które pozwoliły Patelowi przetrwać. Bardzo ważny jest tutaj także element psychologiczny, natomiast przypadek Pi Patela dla specjalistów może być doskonałym materiałem badawczym. Choć z drugiej strony ostrożnie podchodziłabym do wszelkiego rodzaju analiz kosztem kogoś, kto przez dwieście dwadzieścia siedem dni balansował pomiędzy życiem a śmiercią.

Czym jeszcze jest ta wyjątkowa książka? Na pewno ogromnym skarbcem wiedzy o zwierzętach. Pi opowiada o nich z ogromnym zaangażowaniem, przekazując w ten sposób niezwykle interesujące informacje ze świata fauny. Na pierwszy rzut oka widać, że mężczyzna bardzo kocha te stworzenia i są mu niesamowicie bliskie.

Na samym początku książki można przeczytać, że jest to historia, która sprawi, że słuchacz/czytelnik uwierzy w Boga. Chyba jednak coś w tym jest, ponieważ jak pokazały fakty, ludzki rozum nie jest w stanie wytłumaczyć, w jaki sposób Pi po ponad siedmiu miesiącach dryfowania na wodach Oceanu Spokojnego, dotarł do Meksyku w jednym kawałku. Tak naprawdę to głęboka wiara trzymała go przy życiu i nie pozwoliła wpaść w rozpacz. To ona dodawała mu sił każdego dnia i nocy, kiedy mogło wydawać się, że tylko sekundy dzielą go od spotkania z rodziną gdzieś na dnie oceanu.

Choć książka nie posiada klasycznej formy powieści, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni, to jednak czyta się ją jednym tchem. Ogromnym plusem jest tutaj język, jakiego Yann Martel użył celem jej napisania. Jak widać, niniejsza historia nie ma w sobie nic śmiesznego, jest wręcz tragiczna, jednak Yann Martel opisał ją tak, że uśmiechamy się w trakcie jej czytania. W sceny dramatyczne wplótł pierwiastek komizmu, co sprawia, iż nie przerażają one czytelnika tak bardzo, jak mogłoby to mieć miejsce w przypadku zastosowania słów poważnych i nasyconych grozą.

Książkę Yanna Martela polecam każdemu, kto gustuje w lekturach opartych na faktach. Jest to publikacja niezwykle wartościowa i myślę, że powinna trafić w ręce każdego czytelnika niezależnie od wieku. Młodzież nauczy się z niej, ile tak naprawdę warte jest ludzkie życie, pozna też świat zwierząt i ich potrzeby, natomiast dorośli dowiedzą się, jak wiele może wytrzymać człowiek, który znajdzie się w sytuacji teoretycznie bez wyjścia. Myślę, że po przeczytaniu tej książki wiele osób przewartościuje swoje życie i zmieni swoją dotychczasową hierarchię rzeczy ważnych i mniej ważnych.

 

 

Moja ocena: 6/6

 



* Y. Martel, Życie Pi, Wyd. Znak, Kraków 2004, s. 117.

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 63
Zakładki:
Blog istnieje od 13 kwietnia 2011 roku
Cykle Literackie
My thoughts about books and literature
Pomóżmy Ewie powrócić do normalnego życia - Akcja: BLOGI DAJĄ NOGI
Proszę nie kopiować tekstu bez mojej zgody (ustawa z dn. 4 lutego 1994r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
Troszkę z innej bajki
Tutaj często zaglądam
Ulubione Blogi Książkowe
Wszelkie komentarze, które swoją treścią będą obrażać osobę autorki bloga lub innych czytelników, a także autorów książek, zostaną natychmiast usunięte.
Wydawnictwa i Księgarnie
Wywiad ze mną na blogu Książki Zbójeckie


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?