Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
piątek, 28 października 2011

 

Michael Ondaatje

 

            Angielski Pacjent

 

 

Wydawnictwo: Świat Książki
Warszawa 1997
Tytuł oryginału: The English Patient

 

 

W dzisiejszym wpisie będzie mowa o książce, która nie jest już taka „młoda”. Powieść pochodzi jeszcze z ubiegłego stulecia i doczekała się swojej ekranizacji w roku 1996, zaś polską premierę miała dwa lata później. Fakt ten w konsekwencji zaowocował szeregiem nagród, w tym aż dziewięcioma statuetkami Oscara oraz dwiema statuetkami Złotego Globu. Z kolei sama powieść otrzymała Nagrodę Booker’a.

Na pewno większość z Was doskonale orientuje się w fabule powieści. Jeśli nawet nie czytaliście książki, to z pewnością oglądaliście jej wersję kinową. Akcja powieści głównie rozgrywa się we Włoszech na terenie byłego szpitala wojskowego, który mieścił się w Villi San Girolamo. Jest rok 1943. Trwa II wojna światowa, a nad pustynią libijską zostaje zestrzelony przez Niemców samolot. Cudem ocalony przez Beduinów pilot ma poparzone całe ciało. Nikt nie zna jego tożsamości. Nawet on sam. Po dwóch latach anonimowy pacjent trafia do wspomnianego już szpitala w Toskanii. Jest tam tylko on i oddana mu kanadyjska pielęgniarka, która odmówiła wyjazdu z resztą personelu. Na tym terenie wojna już się zakończyła, więc szpital przestał działać, ale Hana czuje, że nie może opuścić rannego, który najprawdopodobniej i tak umrze. Dziewczyna nie tylko opatruje mu rany, ale także czyta książki. Z reguły są to teksty Herodota.

Po pewnym czasie o obecnym miejscu pobytu Hany dowiaduje się dawny przyjaciel jej ojca – Dawid Caravaggio. Mężczyzna jest agentem alianckiego wywiadu oraz zwykłym złodziejem. Teraz Villę San Girolamo zamieszkuje już trzy osoby. Caravaggio został okaleczony (obcięto mu kciuki). Któregoś wieczoru do Villi przybywa dwóch żołnierzy. Ich zadaniem jest oczyszczenie terenu z min, jakie pozostały po latach wojny. Jednym z nich jest hinduski saper, Kirpal Singh, zwany też „Łososiem”, a drugi to sierżant Hardy. Hindus nie nocuje w Villi, lecz na zewnątrz w namiocie. Pomimo że Hana twierdzi, iż kocha anonimowego pilota, to jednak ma romans z saperem. To w jego namiocie spędza prawie każdą noc. Ale do końca nie wiadomo na czym ten romas polega. Czy jest to tylko przyjacielskie spanie obok siebie w namiocie, czy może coś znacznie poważniejszego?

Czas mija, a poparzony pilot nadal nie wie kim jest. Wiadomo tylko, że jest Anglikiem. Dawid Caravaggio snuje szereg domysłów. Uważa, że mężczyzna może być niemieckim szpiegiem. W związku z tym proponuje, aby zacząć szpikować go morfiną. Twierdzi, że jeśli rzekomy Anglik będzie popadał w stany nieświadomości, to wówczas powie prawdę. Tak też się dzieje. Caravaggio faszeruje znieczulającymi zastrzykami nie tylko pilota, ale również i samego siebie. Anglik przypomina sobie swój płomienny romans, jaki przeżył jeszcze przed wojną w Afryce z żoną mężczyzny, z którym prowadził badania archeologiczne.  Romans ten przybiera tragiczny finał, gdyż w katastrofie lotniczej ginie mąż owej kochanki, Geoffrey Clifton, zaś Kathrire jest poważnie ranna, na skutek czego najprawdopodobniej umiera. Niestety, z książki fakt ten nie wynika jednoznacznie. Owszem, jest obecna scena, w której Anglik wyciąga Kathrine z samolotu i… No właśnie i co? Nie wiadomo. Z jednej strony można rozumieć, że kobieta umiera mu na rękach, zaś z drugiej, że mężczyzna zanosi ją do Groty Pływaków i tam się nią opiekuje.

Takich niewyjaśnionych wątków jest w powieści znacznie więcej. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy przeczytanie książki nie sprawiło mi takiego problemu. Nawet pisanie niniejszej recenzji podzieliłam na dwa dni, ponieważ nie chciałam niczego pomylić. Fabuła powieści jest niesamowicie trudna do zrozumienia. Pewnie zapytacie, dlaczego w ogóle ją czytałam, skoro aż tyle problemów? Być może powinnam była zostawić ją już po pierwszym rozdziale. Ale ci, którzy mnie znają z bloga, wiedzą, że nigdy tego nie robię. Męczę się, ale czytam do końca.

Teraz, kiedy jestem na świeżo po przeczytaniu, zupełnie nie rozumiem skąd taki zachwyt nad tą książką. Fabuła zagmatwana. Czytelnik gubi się w gąszczu różnych wydarzeń, czego przykładem może być śmierć sierżanta Hardy’ego, choć tak do końca wcale nie jestem przekonana, czy on naprawdę zginął od wybuchu tej bomby. Już znacznie lepiej odbiera się film. Wersja kinowa rzeczywiście wzrusza i jest bardziej zrozumiała. Poza tym ogromnym walorem jest tutaj angaż gwiazd światowego kina. Pozwólcie, że wymienię takie nazwiska, jak: Ralph Fiennes, Juliete Binoche, Willem Dafoe, Kristin Scott Thomas, Naveen Andrews czy Colin Firth. Niemniej jednak, uważny widz z pewnością dostrzeże i tutaj liczne wpadki. Oto niektóre z nich:

  • W momencie, gdy Hana czyta wiersz, który napisał hrabia László de Almásy (czyli nasz anonimowy pilot) na papierze po świątecznej petardzie, nosi on datę 22 grudnia. Co ważne, nie ma tam roku. Natomiast w retrospekcji dokładnie widać jak hrabia rozpoczyna swoją notkę od następującej daty: 22 grudnia 1938.
  • Muzyka grana przez Hanę na pianinie, w którym jest ukryta bomba, nie jest adekwatna do wciskanych przez nią klawiszy.
  • W trakcie rozmowy Hany z Dawidem Caravaggio, który uświadamia jej, że to właśnie z winy Anglika stracił kciuki, dziewczyna odgarnia z czoła mokre włosy, lecz w kolejnym ujęciu jej włosy są nadal mokre.
  • W chwili, gdy Hana myje się w miednicy, stawia lampę na stole, który jest tuż za nią. Niemniej cień kobiety wyraźnie widać za nią i to w dodatku na tej samej ścianie, przy której stoi lampa.
  • Natychmiast po ogłoszeniu końca wojny na czołgach widać powiewające flagi USA, na których znajduje się pięćdziesiąt gwiazd. Pamiętajmy jednak, że flaga Stanów Zajednoczonych w tamtym okresie miała ich czterdzieści osiem.
  • Jeden z żołnierzy w Tobruku do majora Müller’a zwraca się „Herr Major”. Tego typu zwrot używany był tylko i wyłącznie przez cywili, zaś oficerowie SS nie używali „Herr” przed swoimi rangami.
  • Kiedy uważnie przyjrzymy się scenie wyprawy do Jaskini (Groty) Pływaków, wówczas zauważymy trzy samochody przemierzające pustynię. W pierwszym ujęciu na dachu ostatniego pojazdu siedzi dwóch Arabów. W kolejnym ujęciu z dwóch Arabów robi się już tylko jeden, zaś w trzecim swoje położenie zmienia również Al Auf, który zajmuje miejsce na dachu samochodu wraz z hrabią de Almásy oraz Kathrine.
  • Gdy Hana oddaje w szpitalu krew, wówczas jest podłączona do rurki, lecz w momencie rozpoczęcia bombardowania, kiedy dziewczyna wstaje, rurki już nie ma.
  • Jeden z brytyjskich żołnierzy nosi szalik z logo drużyny Sunderland Football Club, które tak naprawdę zostało zaprojektowane dopiero w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia.
  • Tablice rejestracyjne na egipskich samochodach w filmie mają wzór, który zaczął funkcjonować dopiero od lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Natomiast w latach trzydziestych w Kairze obowiązywały tablice, które maksymalnie zawierały cztery cyfry, a nie sześć, jak pokazano w filmie.

Uwierzcie mi, że takich przekłamań jest znacznie więcej. Wybrałam tylko te, które są najbardziej charakterystyczne. Dlatego zastanawiam się, czy te wszystkie nagrody film zdobył zasłużenie, czy może były one przyznane jedynie z uwagi na nazwiska, jakie w nim zagrały? Oczywiście sam klimat, otoczenie, krajobrazy, jakie pokazano są urzekające same w sobie. Niemniej fakt przyznania tak prestiżowej nagrody, jaką jest statuetka Oscara może budzić niesmak, jeśli jest nią nagradzana produkcja z tak rażącymi błędami.

Wracając do powieści dodam, że wznieciła we mnie uczucie ogromnego rozczarowania. Jestem bardzo ciekawa jakie uczucia wzbudziła w Was książka, a jakie film? Według mnie powieść jest przeciętna, zaś film dość dobry, ale z pewnością niezasługujący na miano arcydzieła. Nie lubię książek, kiedy nie wiem o czym czytam. Nie lubię też, gdy książka nie wyjaśnia sprawy do końca. Nie lubię, kiedy praktycznie gubię się w fabule i muszę cofać się w akcji, żeby ją zrozumieć. Dlatego też w żadnym wypadku nie mam zamiaru podzielać ogólnego zachwytu nad obydwoma dziełami.

 

 

Moja ocena: 3/6

 

 

 

 

 

 

 

Michael Ondaatje on Facebook

źródło okładki

 

 

prawa autorskie zastrzeżone

poniedziałek, 24 października 2011

 

Dean Koontz

 

           Oszukać Strach

 

 

 

Wydawnictwo: ALBATROS
Warszawa 2009
Tytuł oryginału: Fear Nothing

 

 

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się nad możliwością egzystowania bez słońca? Albo w ogóle bez światła? Czy wiecie, że są na świecie ludzie, dla których nawet minimalny kontakt z promieniami ultrafioletowymi jest jednoznaczny z wyrokiem śmierci? Ich środowiskiem życia jest ciemność. W społeczeństwie mogą egzystować jedynie w nocy, natomiast wraz z nastaniem świtu chowają się w swoich domach, zasłaniając okna i odcinając nawet nikły dostęp światła. Nie mogą oglądać telewizji, nie mogą pracować przy komputerze, zaś jedynym bezpiecznym światłem jest płomień świecy. Ta charakterystyka całkiem dobrze pasuje do wampirów, prawda? Ale to nie o nich mowa. Ludzie, którzy żyją właśnie w ten sposób to osoby cierpiące na tak zwaną Xeroderma Pigmentosum (XP), czyli skóra pergaminowa. W efekcie tej choroby wysyłane przez światło promienie ultrafioletowe uszkadzają w sposób nieodwracalny DNA w komórkach skóry, co w bardzo szybkim czasie doprowadza do jej nowotworu i śmierci. Bardzo ważne jest również, aby chronić oczy, gdyż promieniowanie uszkadza siatkówkę oka, co skutkuje w identyczny sposób jak w przypadku skóry. Dlatego też osoby z XP stosują kremy z filtrem 50, noszą okulary, których szkła nie przepuszczają promieni UV, zaś jeśli przeżyją lata dzieciństwa, to wówczas uznaje się to za cud.

Na taką właśnie chorobę genetyczną cierpi główny bohater powieści Dean’a Koontz’a. Christopher Snow jest dwudziestoośmioletnim pisarzem, który pomimo swojego upośledzenia stara się żyć normalnie. Pisze bestsellery, ma kochającą dziewczynę, oddanego przyjaciela oraz wiernego psa. Kiedy poznajemy Chris’a, mężczyzna właśnie przygotowuje się do swojego drugiego w życiu wyjścia z domu. Pierwsze miało miejsce dziewięć lat wcześniej, kiedy musiał być operowany na wyrostek. Chris musi jechać do szpitala, gdzie na raka umiera jego ojciec. Matka nie żyje już od dwóch lat. Zginęła w wypadku samochodowym. Mężczyzna przed wyjściem musi dokonać niezbędnych czynności. Ponieważ jest marzec i zapada zmierzch, zadanie ma nieco ułatwione. O tej porze roku promienie UV na zewnątrz nie są tak bardzo dotkliwe. Ale mimo to nakłada na twarz krem, zakłada grubą kurtkę, okulary i czapkę z napisem „Pociąg Tajemnica”, którą kilka miesięcy wcześniej znalazł w wojskowym Forcie Wyvern. Dzwoni też do swojej dziewczyny, Saszy Goodall, aby ta przyjechała po niego samochodem. Już dawno Chris uznał, że jego nocny tryb życia oraz brak praktycznie jakiejkolwiek możliwości wychodzenia z domu za dnia, nie wymaga od niego posiadania prawa jazdy. W dodatku światło padające z reflektorów samochodowych również byłoby dla niego bardzo niebezpieczne. Tak otulony, niczym Człowiek-Słoń, dociera do szpitala. Tam czuwa przy łóżku umierającego ojca. Na kilka minut przed śmiercią ostatkiem sił Steven Snow wypowiada tajemnicze słowa, które brzmią: „Zabij wszelki strach”. Chris nie ma najmniejszego pojęcia, co ojciec miał na myśli. W tej chwili czuje jedynie ogromny smutek i żal po jego śmierci. Został sam. Oczywiście jest jeszcze Sasza, Bobby i Orson. Ale przecież to nie to samo, co rodzina.

Kiedy Chris’owi udaje się odzyskać jako taką równowagę psychiczną, postanawia zająć się ciałem ojca. Oddaje je pracownikom zakładu pogrzebowego, aby je skremowali. Jednak w momencie, gdy schodzi do kostnicy odkrywa, że zwłoki ukochanego taty zostały podmienione, a zamiast nich spaleniu ma być poddane ciało jakiegoś bliżej nieznanego autostopowicza, którego najprawdopodobniej ktoś w bestialski sposób zamordował dodatkowo wydłubując mu oczy. Od tej chwili Chis już wie, że w małym kalifornijskim miasteczku o nazwie Moonlight Bay, dzieje się coś niepokojącego. W swoich przekonaniach utwierdza się jeszcze mocniej, kiedy właściciel zakładu pogrzebowego odkrywa, że Chris zna prawdę o zwłokach. Po tym, jak Sandy Kirk zauważa Chris’a stojącego na zewnątrz krematorium i podglądającego proces spalania zwłok, organizuje na niego obławę. Szczęśliwym trafem Chris’owi udaje się uciec, a w ucieczce pomaga mu… kot.

W drodze do domu, mężczyzna otrzymuje telefon od pielęgniarki, Angeli Ferryman, która zajmuje się nim od dziecka. Kobieta prosi, aby Chris natychmiast się z nią spotkał, gdyż ma mu coś ważnego do przekazania. Przed spotkaniem Chris wstępuje do domu, gdzie czeka już na niego rewolwer, który w jakiś tajemniczy sposób znalazł się na łóżku w sypialni. Mężczyzna wie, że broń należała do jego ojca. Ale jeszcze wtedy nie ma pojęcia, że na łóżku znalazła się za sprawą jego psa, Orson’a. Uzbrojony Christopher z wiernym psem u nogi udaje się do domu pielęgniarki. Tam słyszy jakąś niewiarygodną historię na temat małpy, która kilka lat wcześniej odwiedziła Angelę w Wigilię. Natomiast po jakimś czasie od tej wizyty mąż pielęgniarki popełnił samobójstwo, a ona została okaleczona na całe życie. Sama Angela sprawia wrażenie niezrównoważonej psychicznie, pomimo że jej opowieść wydaje się być logiczna. Dla potwierdzenia prawdziwości swoich słów kobieta udaje się do innego pokoju w celu przedstawienia Chris’owi dowodów na to, że mówi prawdę. Jednak już z tego pokoju nie wraca. Mężczyzna odnajduje ją w toalecie z rozszarpanym gardłem. Do tego w domu kobiety jakaś niewidzialna siła podkłada ogień. Praktycznie cudem udaje się Chris’owi uciec. W tym momencie decyduje się na poznanie prawdy, bo jest już pewien, że w to wszystko zamieszani byli również jego rodzice i być może także on sam.

I tak Chris trafia na trop tajemniczego i już nieczynnego Fortu Wyvern. Wie również, że nikomu nie można już ufać. Odkrywa też, że najprawdopodobniej w miasteczku zbliża się czas Apokalipsy. Miasto opanuje gromada małp, a w niebezpieczeństwie jest już nie tylko on sam, ale także jego bliscy, czyli Sasza i Bobby. Natomiast pies nie jest takim zwykłym psem. Ludzie stają się potworami, a zwierzęta przyjmują ludzkie cechy. Chris zaczyna zadawać sobie pytania: Jaka w tym wszystkim była rola jego matki? Czy przypadkiem jej usilne próby, jako naukowca, w kwestii odkrycia retrowirusów, które mogłyby przywrócić jej synowi zdrowie, nie spowodują zagłady świata? Czy po poznaniu prawdy będzie ją tak samo kochał jak kiedyś? Ile osób jest już zakażonych jakąś niezdefiniowaną chorobą?

W jakiejś recenzji wyczytałam, że jest to horror. Otóż, moim zdaniem powieść z horrorem nie ma nic wspólnego. Nie wiem nawet czy można zaliczyć tę książkę do thrillerów. Owszem, są w niej momenty, kiedy można rzec, że trzyma w napięciu, ale nie do tego stopnia, żeby czytelnik miał się spocić ze strachu. Przyznam, że mnie ta książka bardziej rozśmieszała niż przerażała. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie i to główny bohater opowiada o swoich przeżyciach, które trwały raptem dwie noce, gdyż oddzielający je dzień Chris z przyczyn oczywistych musiał spędzić w domu Saszy. Wyraźnie widać, że Dean Koontz ma spore poczucie humoru. Christopher Snow wcale sobie nie folguje, jeśli chodzi o samokrytykę. Jeżeli uważa, że zachowuje się jak kretyn, to o tym mówi. Ogólnie czytelnik ma wrażenie, że z psychiką Chris’a nie jest najlepiej. Ale z drugiej strony jest on też niesamowicie inteligentny. Potrafi z wyprzedzeniem przewidzieć reakcje wroga i w odpowiedniej chwili na nie odpowiedzieć.

Dean Koontz porównywany jest do Stephen’a King’a, a niekiedy do Harlan’a Coben’a. W tej kwestii nie będę się wypowiadać, ponieważ jak do tej pory nie czytałam jeszcze żadnej powieści obu panów. Natomiast „Oszukać Strach” jakoś niespecjalnie mnie zachwyciła. Po opisie z okładki spodziewałam się zgoła czegoś innego. Oczywiście, nie zrażę się przez to do Koontz’a i zamierzam w przyszłości sięgnąć po jego kolejne dzieło. A może w ten sposób Autor zrehabilituje się w moich oczach? Może inne powieści są bardziej wciągające i trzymające w napięciu? Dla mnie to była bardziej komedia ze stadem małp w roli głównej niż thriller, albo psychologiczna powieść grozy. 

Nie wiem też jak odnieść się do samych bohaterów, a ściślej rzecz ujmując do ich autentyczności lub jej braku. Otóż, na końcu książki Autor pisze tak:

Christopher Snow, Bobby Halloway Sasza Goodall i Orson są prawdziwi. Spędziłem z nimi wiele miesięcy. Lubię ich towarzystwo i zamierzam spędzić z nimi znacznie więcej czasu w następnych latach”.  

Przyjęłam dwie opcje. Jedna hipoteza to taka, że Autor naprawdę oparł część powieści na faktach, a ci ludzie naprawdę gdzieś tam istnieją i Koontz ma z nimi kontakt. Natomiast drugą hipotezą jest zwyczajna sympatia do wymyślonych bohaterów. W końcu Autor spędził nad książką kilka miesięcy i z pewnością zżył się z jej bohaterami. To się zdarza. Wiem to po sobie. Ponadto, w głowie Pisarza może rodzić się pomysł stworzenia kolejnych powieści, gdzie swoje miejsce ponownie znajdą Chris, Bobby i Orson. I ku tej drugiej teorii skłaniałabym się znacznie bardziej.

 

 

Moja ocena: 4/6

 

Dean Koontz official website

Dean Koontz on Facebook

źródło okładki

 

 

prawa autorskie zastrzeżone

czwartek, 20 października 2011

 

Nora Roberts

 

        Koniec Rzeki

 

 

 

Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
Katowice 2007
Tytuł oryginału: River’s End

 

 

Niedawno na Facebook’u natrafiłam na dyskusję dotyczącą książek Nory Roberts. Dyskusję tę zapoczątkowało Wydawnictwo HARLEQUIN-MIRA. Nic w tym dziwnego, ponieważ to właśnie to Wydawnictwo, obok AMBER, przoduje w Polsce w publikowaniu powieści Nory Roberts. Przyznam się Wam, że wzięłam udział w tej dyskusji. Kierowało mną nie tyle wypowiedzenie się w kwestii twórczości Pisarki, ile możliwość poznania opinii innych na ten temat. W dyskusji brały udział także osoby prowadzące blogi książkowe. A teraz czego się dowiedziałam. Otóż, zauważyłam, że na wielu czytelniczkach Nora Roberts potrafi zrobić takie wrażenie, że po jej powieści sięgają „na ślepo”. Wystarczy, że na okładce zobaczą nazwisko Pisarki, a książka jest już w ich posiadaniu. O sobie mogę również śmiało powiedzieć, że jestem właśnie w tej grupie czytelniczek, które „w ciemno” kupują książki Nory, pomimo że Autorka ma na swoim koncie zarówno wzloty, jak i upadki. Natomiast jeśli chodzi o „Koniec Rzeki”, to mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że jest to jeden z jej wzlotów, co bardzo mnie cieszy.

Moja dzisiejsza recenzja powieści Nory Roberts nie jest przypadkowa. Dlaczego? Otóż, Wydawnictwo HARLEQUIN-MIRA dzień 20 października 2011 roku ogłosiło jako „Dzień Nory Roberts”. W związku z tym, Wydawnictwo wprowadziło dwudziestoprocentowy rabat na wszystkie książki Nory Roberts. Akcja trwa do godziny 24.00!

 

 

Nie wiem, czy wiecie, ale Hollywood bardzo często nazywane jest „Świętym Gajem”. Termin ten pochodzi jeszcze z czasów Starożytnej Grecji. Wówczas pojęcie to oznaczało ustronne miejsce, gdzie przechadzali się i nauczali filozofowie. Przeważnie starsi myśliciele nauczali tych młodszych. Pierwszy „Święty Gaj” istniejący w Starożytnej Grecji z czasem został zniszczony, gdyż drzewa wycięto, aby zbudować pierwszą szkołę, co stanowiło symbol upadku wolnej myśli. Obecnie pod Akademos usilnie podszywa się Fabryka Złudzeń w Stanach Zjednoczonych (Hollywood), która ma na celu poprzez manipulację przejąć władzę nad światem. 

Akcja powieści „Koniec Rzeki” rozgrywa się w środowisku, gdzie wielkie pieniądze i sława stanowią najważniejszy cel w życiu. Niemniej jednak ani sława, ani nawet największe bogactwo świata nie jest w stanie uchronić przed tragedią.

Julie MacBride i Sam Tanner stanowią najpiękniejszą parę Hollywood. Oboje są wziętymi aktorami, robiącymi karierę w zawrotnym tempie. Ona to złotowłosa piękność, na widok której wzdychają wszyscy mężczyźni świata, zaś on to najprzystojniejszy amant kina końca lat siedemdziesiątych. Ich życie to niemal sielanka. Mieszkają w jednym z pałaców Beverly Hills. Mają śliczną czteroletnią córeczkę o wdzięcznym imieniu „Olivia”. Ale to tylko pozory. Prawdę o ich związku zna jedynie siostra pięknej aktorki, Jamie Melbourne. Tak naprawdę Julie MacBride jest ofiarą swojego męża. Sam wpadł w uzależnienie od narkotyków, zdradza Julie z kim popadnie, a nawet posuwa się względem niej do przemocy fizycznej, a do tego jest jeszcze stałym bywalcem nocnych klubów Los Angeles. Jego urojenia o zdradach żony niweczą wszystko. Po pięknej miłości, jaka ich łączyła nie ma już ani śladu. Jednak Julie nadal go kocha i pragnie, aby zaczął się leczyć. W pewnym momencie decyduje się odejść od męża, aby nim wstrząsnąć. Ale to za mało. Sam nie chce pójść na odwyk, a wręcz przeciwnie. Jego agresja wobec żony i dziecka staje się coraz silniejsza.

Pewnej sierpniowej nocy 1979 roku mała Olivia, śpiąca w swojej sypialni słyszy podniesione głosy dochodzące z dołu domu, a potem przeraźliwy krzyk matki. Nieśmiało wychodzi ze swego pokoju i po cichutku schodzi po schodach, aby nie zwrócić na siebie uwagi. Kiedy jest już na samym dole widzi jak jej ojciec pochyla się nad ciałem jej matki, które tonie we krwi, a w ręce trzyma ociekające krwią nożyce. Gdy Sam widzi, dziecko stara się je zawołać, ale przerażona Olivia ucieka i ukrywa się w szafie. Nie chce, aby „potwór” ją znalazł. Jeszcze wtedy nie wie, że ten obraz i ten „potwór” będzie ją prześladował przez wiele lat życia.

Po jakimś czasie, ukrytą w zakamarkach szafy dziewczynkę odnajduje jeden z policjantów, którzy przybyli na miejsce zbrodni. Frank Brady to pierwsza osoba, której maleńka Olivia jest w stanie zaufać. To właśnie jemu jakimś cudem udaje się wyciągnąć dziewczynkę z szafy i oddać w ręce cioci Jamie. Teraz już tylko ona jej pozostała, gdyż wszystko wskazuje na to, że Sam Tanner jest odpowiedzialny za śmierć Julie. To jego dziewczynka widziała pochylonego nad zwłokami matki. To jego odciski palców znajdują się na feralnych nożycach. To on wtargnął do domu pod wpływem alkoholu i narkotyków. To on doprowadził do rozpadu małżeństwa. Dodatkowo pogrąża go zeznanie Olivii, która stanowczo twierdzi, że „potwór zabił jej mamę”. Takie właśnie przeświadczenie będzie w niej tkwić przez kolejne dwadzieścia lat jej życia. Dwadzieścia lat, które jej ojciec spędzi w więziennej celi. Ale czy słusznie? Czy to naprawdę on z zimną krwią wbijał nożyce w Julie MacBride?

Mija kilka lat. Olivia jest już nastolatką. Po śmierci matki zamieszkała z dziadkami, którzy w pięknym zakątku stanu Kalifornia prowadzą schronisko o nazwie „Koniec Rzeki”. Aby chronić Olivię przed mediami, Val i Rob MacBride zapewnili jej ucieczkę od świata, w którym się urodziła. Dziewczynka nie chodzi do szkoły. Nie ma przyjaciół. Jej nauką zajmuje się babcia, a jej przyjacielem jest przyroda. Olivia chce zostać przewodnikiem wycieczek. Chce oprowadzać grupy turystów i opowiadać im o pięknie przyrody. Wydaje się, że tamtą tragiczną noc wymazała z pamięci na zawsze. Ale pewnego dnia, kiedy nie ma nikogo w domu, Liv znajduje na strychu skrzynię, a w niej wszystko to, co dotyczyło jej matki. Są tam zdjęcia, wycinki z prasy, a nawet kasety z filmami, w których zagrała matka. W tym momencie w Olivii ożywają wspomnienia. Pierwszą rzeczą, którą robi jest rozmowa z ciocią Jamie, po której decyduje się napisać do Frank’a Brady’ego. Policjanta, który uratował ją przed „potworem”.

Mijają kolejne lata. Olivia jest już na studiach. Pewnego dnia do drzwi jej mieszkania puka niesamowicie przystojny młody mężczyzna. Jego wizyta nie jest przypadkowa, ale dziewczyna tego nie wie. Tym mężczyzną jest Noah Brady, syn Frank’a. Chłopak żyje jej historią odkąd skończył dziesięć lat. Nie może zapomnieć przerażonej dziewczynki, która z krzykiem wybiegła z domu ciotki. Taką scenę widział wówczas na jednej ze stacji telewizyjnych. Noah pracuje dla „New York Times’a”, ale tak naprawdę chce zostać pisarzem. Fascynują go niewyjaśnione zbrodnie i to o nich chce pisać w swoich książkach. Jedną z nich jest zamordowanie Julie MacBride. To właśnie to sprowadza go do Olivii. Chce z nią o tym porozmawiać. Najpierw z nią, a potem z resztą jej rodziny. Od czasu, kiedy Noah widział Olivię po raz pierwszy, bardzo się zmieniła. Wówczas miała dwanaście lat, a on wraz z rodzicami na jej zaproszenie spędzał wakacje w schronisku. Teraz już wie, że Liv jest dziewczyną, której szukał przez całe życie. Ale kiedy na jaw wychodzi prawdziwy powód jego wizyty, Olivia nie chce go znać.

Znowu mijają lata. Noah wciąż myśli o Olivii. Ale nie tylko o niej. Choć zdobył już sławę jako pisarz, to jednak sen z powiek nadal spędza mu książka o Julie MacBride i jej tragicznej śmierci. Pewnego dnia mężczyzna dostaje list od… Sam’a Tanner’a. Wyniszczony więzieniem i chorobą aktor chce jak najszybciej się z nim spotkać. Jego czas jest już policzony. W najlepszym wypadku zostało mu rok życia. Cierpi na nowotwór mózgu. To właśnie z tego powodu Sam Tanner pragnie opowiedzieć Noah swoją historię. I tak zaczyna się powrót do przeszłości. Do nocy, o której nikt nie chce pamiętać. Kto najbardziej straci na rozdrapywaniu starych ran? Dla kogo rozgrzebywanie przeszłości jest najmniej wygodne?

Cóż mogę dodać? Tym razem Nora mnie nie zawiodła. Nie napisała taniego romansidła, a trzymający w napięciu kryminał z wątkiem trudnej miłości. Olivia Tanner jest tutaj klasycznym przykładem dziecka, które przeżyta tragedia okalecza na całe życie. Izolacja od ludzi daje o sobie znać. Dziewczyna, oprócz najbliższej rodziny, nikomu nie ufa. Jej życie to przyroda i wśród niej czuje się najbezpieczniej. Ewentualna podróż do Los Angeles wyzwala w niej ataki panicznego lęku. Ta trauma trwa i nie wydaje się, aby miała się skończyć. Oczywiście Nora, jak zawsze, stawia na zbawienną moc miłości. To ona dodaje siły do walki z „potworami z przeszłości”.

 

 

Moja ocena: 5/6

 

Nora Roberts official website

Nora Roberts on Facebook

Nora Roberts Movies

źródło okładki

 

 

 

prawa autorskie zastrzeżone

poniedziałek, 17 października 2011

 

Blake Crouch

 

           Pustkowia

 

 

 

Wydawnictwo: REPLIKA
Zakrzewo 2011
Tytuł oryginału: Desert Places

 

 

Dotychczas wszelkiego rodzaju krwawe thrillery omijałam szerokim łukiem. Na samą myśl o powieści, gdzie krew leje się strumieniami, miałam ciarki. Być może do tego typu książek, jako czytelnik, musiałam dojrzeć. Myślę, że już najwyższy czas, aby przestać przed nimi uciekać i ukrywać się za spokojnymi powieściami obyczajowymi. W końcu trzeba zacząć rozwijać się „czytelniczo”, zamiast tkwić wciąż w tym samym miejscu.

„Pustkowia” to pierwsza książka tego typu, która tak naprawdę wpadła mi w ręce zupełnie przypadkiem. Na okładce przeczytałam opis i stwierdziłam, że brzmi całkiem nieźle. Sama okładka również wydawała mi się dość interesująca, więc dlaczego nie skorzystać?

Andrew Thomas wiedzie sobie spokojne życie w oczekiwaniu na rozpoczęcie trasy promującej jego najnowszą powieść pod tytułem „Spiekota”. Andy jest wziętym pisarzem, a jego thrillery biją wszelkie rekordy popularności. Mężczyzna właśnie odpoczywa w swojej posiadłości nad jeziorem Norman. Pewnego dnia Andrew otrzymuje list, w którym nadawca informuje go, że na terenie jego posiadłości znajdują się zakopane zwłoki niejakiej Rity Jones. Jak się potem okazuje kobieta to czarnoskóra nauczycielka, która zaginęła jakiś czas wcześniej. W liście znajdują się również instrukcje w kwestii dalszego postępowania Andy’ego. Tajemniczy nadawca ostrzega, że w razie niezastosowania się do jego wytycznych, to Andrew zostanie oskarżony o zamordowanie kobiety. Prawdziwy morderca wszystko dokładnie zaplanował. Po pierwsze, ukradł ze szpitala próbki krwi Andrew, którą następnie oblał zakrwawione zwłoki kobiety. Po drugie, z kuchni Andy’ego zabrał nóż do jarzyn, który rzekomo posłużył mu jako narzędzie zbrodni. Tak więc w razie nieposłuszeństwa, cała wina spadnie na młodego pisarza. W związku z tym Andrew nie widzi innego wyjścia, jak tylko bez słowa sprzeciwu zastosować się do reguł gry, jaką prowadzi nadawca listu.

Na kolejne wytyczne Andy nie musi długo czekać. Tym razem telefoniczny rozmówca domaga się, aby pisarz zostawił całe swoje dotychczasowe życie i wsiadł do samolotu lecącego do Denver. Kiedy Andrew kategorycznie odmawia, szaleniec grozi, że zabije mu matkę. W tej sytuacji nie pozostaje mu nic innego, jak tylko wsiąść do samolotu, okłamać bliskich i ruszyć w niebezpieczną podróż praktycznie w nieznane i bez najmniejszej gwarancji powrotu.

Kiedy Andy dociera na miejsce zostaje wywieziony na totalne odludzie. Jest to jakaś pustynia w Wyoming, gdzie stoi jedna tajemnicza chata, a obok niej szopa o podejrzanym wyglądzie. Gdzieś w oddali jakiś farmer ma swoje ranczo. Gdy przestaje działać narkotyk, Andy budzi się, a wtedy okazuje się, że owym szaleńcem jest… jego własny brat-bliźniak, Orson Thomas. Od tej chwili ustabilizowane życie Andrew zamienia się w koszmar. Aby przeżyć musi posłusznie wykonywać rozkazy brata-psychopaty, którego podnieca nie tylko sam proces zabijania ludzi, ale przede wszystkim wycinania ich serc, kiedy jeszcze żyją. To właśnie tego „rzemiosła” Orson pragnie nauczyć Andy’ego.

Gdy po jakimś czasie Andrew wraca do domu, nie jest już tym samym człowiekiem. Ma na koncie jedną egzekucję i jedno „serce”. To, czego doświadczył już na zawsze odmieni jego życie. Kiedy zwierza się swojemu przyjacielowi, Orson zabija ich matkę, a następnie grozi śmiercią rodzinie Wolter’a Lancing’a. To właśnie wtedy w głowie Andrew rodzi się szokująca myśl – teraz już wie, że musi zabić brata, aby zapobiec dalszym jego zbrodniom. Wraz z Wolter’em wyrusza na jego poszukiwanie. Czy uda mu się zrealizować swój zamiar? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w książce.

Jeżeli komuś z Was spodobała się fabuła powieści, to musi przygotować się na naprawdę sporą dawkę napięcia. Praktycznie do ostatniej strony czytelnik nie wie, jak potoczą się losy Andrew i Orson’a. Walkę, jaka pomiędzy nimi się toczy, raz wygrywa jeden, a raz drugi. Akcja powieści prowadzona jest tak, że w pewnym momencie czytelnik może poczuć żal dla osoby Orson’a, pomimo że wie, iż jest on okrutnym mordercą i psychopatą. Sceny opisane w powieści są niezwykle drastyczne, dlatego jeśli o mnie chodzi, to wolę je czytać niż oglądać. Nie wiem, czy byłabym na tyle silna, aby móc obejrzeć film, gdyby takowy powstał.

Dużym plusem jest także płynność językowa, ale to zasługa tłumaczenia. Nie napiszę, że czyta się przyjemnie, bo z uwagi na fabułę słowo „przyjemnie” byłoby tutaj nie na miejscu. Niemniej, tekst pochłania się dość szybko, a co najważniejsze powieść niesamowicie wciąga. Portrety psychologiczne obydwu braci są przedstawione rewelacyjnie. Naprawdę nie ma się tutaj czego przyczepić. No może tylko jednego błędu rzeczowego, ale jest tak niewielki, że prawie niezauważalny i nie ma wpływu na całość książki, ani też na jakość sceny, której dotyczy.

„Pustkowia” to powieść, która pokazuje, że bardzo łatwo mogą zostać zatarte granice pomiędzy dobrem a złem. Nawet człowiek dobry i prawy, w obliczu grożącego mu niebezpieczeństwa i utraty życia, może stać się bestią i wyzwalać w sobie uczucia, o których istnieniu nie miał pojęcia. Poza tym, obojętność na zło, a może bardziej bezsilność sprawia, że w pewnym momencie jest człowiekowi wszystko jedno i działa niczym maszyna, choć nadal pozostaje strach.

Andrew i Orson’a można porównać do Kaina i Abla, choć w pewnym momencie ta różnica pomiędzy dobrem a złem zaczyna zacierać się tak bardzo, że czytelnik może poczuć się zdezorientowany i nie wie tak naprawdę który z braci jest Kainem a który Ablem.

 

Moja ocena: 6/6

 

Blake Crouch official website

Blake Crouch on Facebook

źródło okładki

 

 

prawa autorskie zastrzeżone

piątek, 14 października 2011

 

Maria Ulatowska

 

        Pensjonat Sosnówka

 

 

 

Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI i S-KA
Warszawa 2011

 

 

(…) Okazuje się, że można być szczęśliwym,
gdy tylko pomoże się trochę losowi. Albo… kiedy los nam pomoże!
 
M. Ulatowska, Pensjonat Sosnówka, rozdział 28

 

 

Pamiętacie „Sosnowe Dziedzictwo”? Nie? To w takim razie odsyłam Was tutaj, ponieważ dzisiaj chcę napisać o „Pensjonacie Sosnówka”. Powieść ta jest drugą częścią „Sosnowego Dziedzictwa”, dlatego też dobrze byłoby najpierw dowiedzieć się jak doszło do tego, że Anna Towiańska została właścicielką pięknego dworku na Kujawach.

Kiedy pisałam recenzję „Sosnowego Dziedzictwa” wręcz nie mogłam doczekać się chwili, gdy wejdę w posiadanie dalszych losów Anny, głównej bohaterki powieści. Teraz, kiedy jestem na świeżo po lekturze mam mieszane uczucia. Już na początku przyznam, że pierwsza część znacznie bardziej przypadła mi do gustu. Być może stało się tak dlatego, że podczas czytania „Sosnowego Dziedzictwa” mogłam choć na chwilę przenieść się do roku 1944. Myślę, że ten element Powstania Warszawskiego znacznie podnosi walor powieści jako całości. Rozumiem, że Autorka nie mogła dalej ciągnąć tego tematu, pragnąc skupić się na teraźniejszości. Niemniej jednak chyba właśnie to głównie zadecydowało o moich odczuciach wobec książki. Poza tym, pierwsza część na tle drugiej wydaje mi się mniej „cukierkowa”.

Mamy rok 2009. Anna Towiańska jest w trakcie remontu dworku, który otrzymała w spadku. Na czele grupy remontowej stoi najstarszy z braci Koniecznych, Jacek. Już w pierwszej części czytelnik może zaobserwować, że pomiędzy Anną a Jackiem coś wyraźnie iskrzy. Nie jest to jeszcze głębokie i płomienne uczucie, ale wszystko wskazuje na to, że w miarę upływu czasu będzie się ono rozwijać. I tak właśnie dzieje się w części drugiej. Jacek nie jest takim nieskazitelnym mężczyzną, gdyż ma za sobą nieudane małżeństwo, a obecnie wychowuje sześcioletniego synka o imieniu Florek. To na cześć patrona strażaków, świętego Floriana, chłopiec nosi takie właśnie imię. W dodatku jego ojciec również, w razie potrzeby, przebiera się w mundur strażaka i biegnie gasić pożar. Do pewnego momentu praktycznie nic się nie dzieje. Anna prowadzi zwyczajne życie. Na równi z panią Irenką, Dyziem oraz kilkoma innymi osobami doprowadza dworek do stanu używalności, aby z sukcesem rozpocząć sezon turystyczny. W jej planach jest ściągnięcie do pensjonatu jak największej liczby gości. Zamieszcza reklamę w Internecie, rozsyła informacje do „kół emerytów”, a także spodziewa się rzeszy wędkarzy, ponieważ na terenie Sosnówki jest jezioro, gdzie z powodzeniem można łowić pokaźne okazy ryb. Nadchodzi również Boże Narodzenie. Jest moc prezentów, uścisków, łez wzruszenia. Parkingowy Dyzio Bartczak awansował właśnie na nadwornego artystę Sosnówki, a pani Irenka Malinka jak zwykle z oddaniem zajmuje się kuchnią i już jej w tym głowa, aby nikt nie chodził głodny. W międzyczasie Szyszka[1] zostaje mamą, a Anna przygarnia kocią rodzinę.

Oczywiście, jak to w życiu, nie może obejść się i bez nieszczęść. Pani Irenka traci męża-pijaka, który ulega wypadkowi. Natomiast u Dyzia zjawia się była żona z roszczeniami finansowymi, bo przecież Dyzio teraz bogaty i w jego obowiązku leży podzielić się z nią tym majątkiem. No ale jest przecież mecenas Witkowski, który za nic nie może dopuścić do tego, aby budżet Dyzia został w jakikolwiek sposób nadszarpnięty.

W przypadku pani Irenki owa tragedia prawie natychmiast zamienia się w wielkie szczęście, bo oto odnajduje prawdziwą miłość w osobie Dionizego Bartczaka. Jej rumieńce i zawstydzenie z tego powodu nie mają końca. Przecież ona już za stara na miłość. I tak oto płynie sobie sielsko życie w pięknej Sosnówce wśród śpiewu ptaków, zapachu kwiatów i ludzkiej życzliwości. Czas od czasu trafią się jakieś wiejskie plotkary, ale przecież na nie nikt nie zwraca uwagi, zaś nad molarnością mieszkańców Towian czuwa ksiądz Andrzej. Anna co pewien czas jeździ do Warszawy do wydawnictwa, w którym pracuje jako korektorka tekstu. Generalnie ma godnego pozazdroszczenia szefa, który pozwala jej pracować w domu. Tak więc wszelkie poprawione teksty przesyła mu pocztą elektroniczną. W taki sposób koresponduje również z przyjaciółką z Warszawy, Małgosią, z którą znają się jeszcze z czasów studenckich.

Praktycznie całe Towiany wręcz ubóstwiają nową dziedziczkę Sosnówki, tylko te Maliniaki jakieś takie nieprzychylne Ani. Nie dość, że zakłócają jej w nocy spokój, to jeszcze wypisują brzydkie słowa na ubóstwianym przez nią Soluszku[2]. Ale od czego ma swojego rycerza, który w obronie swojej dziewczyny gotowy jest nawet połamać palce tym rubasznym Maliniakom.

Tę sielankową egzystencję zakłóca nagłe wtargnięcie Wioli, czyli pierwszej żony Jacka. Kobieta, będąc już w związku z innym mężczyzną, kategorycznie domaga się odzyskania syna. Florek jest przerażony. To nie jest jego mama. Jego mamą jest „ciocia Ania”. Ale Wiola jest nieugięta, przez co wprowadza dość spore zamieszanie w uporządkowanym życiu nie tylko rodziny Koniecznych, ale także w życiu mieszkańców Towian. Czy biologicznej matce uda się odzyskać Florka? O tym musicie już doczytać sami.

Tak jak napisałam na początku, moje uczucia po przeczytaniu powieści są mieszane. Autorka przedstawiła tutaj zupełnie inny świat niż ten, który obserwujemy na co dzień. Jest to świat cukierkowy, przesłodzony, a jak wiemy nadmiar cukru szkodzi. Rozumiem, że zamiarem Pani Marii było ukazanie ludzkiej życzliwości. Miałam wrażenie, że bohaterowie w pewnych momentach zachowują się jak dzieci. Płaczą na zawołanie w sytuacjach, kiedy ten płacz wcale nie jest potrzebny. Czasami ten sześcioletni Florek okazywał się być bardziej dorosły niż jego opiekunowie. Za dużo też zdrobnień typu: „Małgonia”, „Tomeczek”, „Henryczek”, „Jadwisia” i tym podobne. Przecież mowa tutaj o osobach dorosłych, a nie o dzieciach. Osobiście lubię jak książka pisana jest takim twardym językiem, co jest typowe dla pisarzy zachodnich. Nawet sceny tkliwe potrafią opisać w taki sposób, że czytelnik nie ma wrażenia, że za chwilę go zemdli.

Zastrzeżenia mam również do strony technicznej. Otóż, moje wieloletnie doświadczenie w redagowaniu wszelkiego rodzaju tekstów, nie pozwoliło mi przejść obok tej kwestii obojętnie. Na początek podam dwa przykłady powtórzeń.

„(…) – Co ci się stało, skarbie? – spytał zaniepokojony (…)” [3]

W odstępie trzech wersów czytamy:

„(…) Zaniepokojony Jacek zaprowadził Annę do domu (…)” [4]

Określenie „zaniepokojony” użyte jest tutaj do tej samej osoby, czyli do Jacka. Aby uniknąć powtórzenia, może lepiej byłoby zastosować „zdenerwowany”?

Kolejny przykład:

„(…) Obie panny młode zaczęły podejrzanie pociągać nosami, a i prawie wszyscy goście robili to samo. Nawet księdzu Andrzejowi oczy lśniły jakoś podejrzanie (…)” [5]

Moim skromnym zdaniem należałoby „podejrzanie lśniące oczy księdza Andrzeja” zamienić na „niewyraźnie lśniące”, gdyż „niewyraźnie” to synonim „podejrzanie”.

Inną kwestią jest brak spójności w treści. Oto przykład:

„(…) – Panie Wiktorze, czy ja mógłbym spróbować choć raz? – spytał Bartek niepewnie.

- Jasne, trzymaj. – Pan Wiktor wręczył mu wędkę. Miał ich przy sobie trzy, a w pokoju jeszcze kilka (…)” [6]

Kilka wersów dalej rzecz dotyczy tego samego Bartka, co powyżej, a my czytamy:

„(…) – O rety, panie Wiktorze, chyba coś złapałem, niech pan patrzy na ten spławik, całkiem mi się utopił.

- Po pierwsze, nie krzycz tak, dzieciaku. – „Dzieciak” miał trzydzieści pięć lat, ale pan Wiktor mógł do niego mówić, jak chciał. – Po drugie, wyciągaj tę rybę, bo ci zwieje z haczyka (…)” [7]

Dwadzieścia sześć stron dalej czytelnik natrafia na dialog pomiędzy Marzeną, która w Towianach prowadzi kawiarnię o nazwie „Kujawianka”, a wspomnianym wyżej Bartkiem, który staje do niej w konkury. I Marzena mówi tak:

„(…) Od razu ci mówię, że kończę trzydzieści trzy lata, żebyś nie musiał się zastanawiać (…)” [8]

Na co Bartek odpowiada:

„(…) – Ja mam trzydzieści siedem… - zaczął mówić Bartek, ale Marzena mu przerwała (…)” [9]

W jednym miejscu odnalazłam też nieścisłość w kwestii imion dzieci. Joanna, córka mecenasa Witkowskiego, ma dwoje dzieci. Chłopiec to Marcin, natomiast dziewczynka to Magdalena. Po ogólnej prezentacji rodzeństwa, do akcji zostaje wmieszany niejaki Maciek. Jest to kolega dzieci, z którym niedawno miały sprzeczkę. W pewnym momencie czytelnik czyta, że dzieci Joanny to Maciek i Magda. Taka nieścisłość pojawia się w jednym fragmencie, ale czytelnik przez ułamek sekundy może poczuć się zdezorientowany i zastanawiać się jak naprawdę na imię mają wnuki mecenasa Witkowskiego.

Takie błędy mogłabym zrozumieć w przypadku czytania tak zwanej „wersji roboczej”, która zazwyczaj znacznie różni się od tekstu, jaki dostaje czytelnik. Nie mogę jednak zrozumieć, w jaki sposób tego typu błędy wyszły od wydawcy! Przecież nad procesem wydawniczym każdej książki pracuje cały sztab ludzi. Dlaczego nikt tego nie zauważył?

Z przykrością muszę stwierdzić, że tym razem pomimo całej mojej sympatii jaką darzę osobę Autorki, nie mogę postawić „szóstki”. Gdybym to zrobiła, to wówczas moja recenzja nie byłaby szczera i zgodna z moim sumieniem. Mam też nauczkę, że nie wolno innym polecać książek których samemu nie miało się jeszcze przyjemności przeczytać. Tak właśnie zrobiłam z „Pensjonatem Sosnówka”, kierując się jedynie pierwszą częścią „sosnowych opowieści”.

Myślę, że są takie książki, do których nie należy na siłę dopisywać kolejnych części, a „Sosnowe Dziedzictwo” jest jedną z nich.

 

Moja ocena: 4-/6

 

Pani Maria Ulatowska na Facebook'u

Krótki wywiad z Panią Marią znajduje się tutaj

źródło okładki

 


 
 

[1] Szyszka to pies, a właściwie suczka

[2] tak Anna pieszczotliwie nazywa swój samochód

[3] M. Ulatowska, Pensjonat Sosnówka, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011,

s. 329.

[4] Ibidem.

[5] Ibidem, s. 357.

[6] Ibidem, s. 291.

[7] Ibidem.

[8] Ibidem, s. 317.

[9] Ibidem.

 
 
 
 

prawa autorskie zastrzeżone

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Blog istnieje od 13 kwietnia 2011 roku
Cykle Literackie
My thoughts about books and literature
Pomóżmy Ewie powrócić do normalnego życia - Akcja: BLOGI DAJĄ NOGI
Proszę nie kopiować tekstu bez mojej zgody (ustawa z dn. 4 lutego 1994r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
Troszkę z innej bajki
Tutaj często zaglądam
Ulubione Blogi Książkowe
Wszelkie komentarze, które swoją treścią będą obrażać osobę autorki bloga lub innych czytelników, a także autorów książek, zostaną natychmiast usunięte.
Wydawnictwa i Księgarnie
Wywiad ze mną na blogu Książki Zbójeckie


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?