Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
sobota, 30 lipca 2011

 

Jodi Picoult

        

        Karuzela Uczuć

 

 

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Warszawa 2009
Tytuł oryginału: The Pact

 

 

“Karuzela Uczuć” to pierwsza powieść autorstwa Jodi Picoult, jaką udało mi się przeczytać. Nigdy wcześniej nie miałam jakiejś szczególnej potrzeby, aby sięgnąć po książkę tej Autorki. Przyznam, że zrobiłam to przez przypadek. Pewnego dnia koleżanka, zachwycona talentem Jodi Picoult, praktycznie wepchnęła mi do ręki tę książkę. I tak oto w ciągu kilku dni poznałam historię miłości dwojga nastolatków, która zakończyła się tragicznie, niczym w dramacie Shakespeare’a pod tytułem „Romeo i Julia”.

Powieść rozpoczyna scena, której konsekwencje doprowadzą do zniszczenia osiemnastoletniej przyjaźni pomiędzy rodziną Harte’ów i Gold’ów. Obydwie rodziny łączy głęboka i oddana przyjaźń. Praktycznie nie ma rzeczy, której nie robiliby razem. Członkowie tych rodzin wiedzą o sobie niemal wszystko. Można mieć wrażenie, że tak naprawdę nie są to dwie odrębne rodziny, a jedna tylko trochę większa. Mieszkają po sąsiedzku w stanie New Hampshire w mieście Bainbridge. Ich dzieci wychowują się razem. Augusta i James Harte mają dwoje dzieci, Chris’a i Kate, zaś Melanie i Michael Gold posiadają jedno dziecko – Emily, na którą wszyscy wołają „Em”. Pewnej nocy obie rodziny otrzymują tragiczną wiadomość. Emily i Chris są ranni. Dziewczyny nie udaje się już uratować, natomiast Chris jest ranny w głowę, ale na szczęście lekarze są w stanie mu pomóc. Okazuje się, że Emily zmarła na skutek postrzału w głowę. Od tego momentu rozpoczyna się dochodzenie, mające na celu odnalezienie sprawcy zabójstwa, ponieważ nikt nie wierzy, że utalentowana plastycznie dziewczyna mogła targnąć się na własne życie. Pierwszym i jedynym podejrzanym staje się właśnie Chris. Policja uważa, że to on stoi za śmiercią swojej dziewczyny. Pomimo że chłopak zaprzecza, mało kto mu wierzy. Poparcie znajduje jedynie u swojej matki i… u ojca Emily.

Trzeba wiedzieć, że tak naprawdę wszystkie dowody wskazują na Chrisa. Wynajęty przez Harte’ów adwokat nie bardzo chce słuchać prawdy. On ma swoją koncepcję obrony. Dla niego najważniejsze jest to, żeby Chris nie trafił do więzienia na resztę życia. Jako zasadniczą kwestię przyjmuje tak zwane „rozszerzone samobójstwo”, gdyż uważa, że najlepiej będzie jak Chris stwierdzi, że on również chciał się zabić. Nie musi też namawiać chłopaka do tego, gdyż ten od początku twierdzi, że również zamierzał pozbawić siebie życia. Prokuratura oskarża chłopaka o morderstwo pierwszego stopnia i domaga się osadzenia Chris’a w więzieniu aż do czasu rozpoczęcia procesu. W związku z tym chłopak traci szansę wyjścia na wolność za kaucją.

W więzieniu Chris poznaje innych współwięźniów, zaś swojego współlokatora obdarza sympatią i zaufaniem, pomimo że oskarżają go o zabójstwo własnego dziecka. Podczas gdy jego adwokat, Jordan McAffee, przygotowuje strategię obrony, czytelnik obserwuje Chris’a jako jednego z więźniów. W tym momencie widać, jak psychika chłopaka zmienia się. Oprócz tego, można też ocenić, ile tak naprawdę warta była przyjaźń obu rodzin. W obliczu tragedii nie potrafią już stać za sobą murem. Najbardziej negatywną postawę prezentuje tutaj matka nieżyjącej dziewczyny – Melanie Gold. Wierzy w winę Chris’a i za całe zło obwinia swoją najlepszą przyjaciółkę – Gus Harte. Wydaje się także, że ojciec chłopaka za prawdę przyjmuje to, co mówi policja. W pewnym momencie czytelnik może mieć wrażenie, że James Harte jest mężczyzną „bez serca”. Nie odwiedza syna w więzieniu, nie chce też być świadkiem obrony. Wychodzi na to, że cała ta sprawa jest mu obojętna.

W końcu nadchodzi dzień rozpoczęcia procesu. Zarówno obrona, jak i oskarżenie powołują coraz to nowych świadków. Niemniej jednak, to Chris ku rozpaczy adwokata, ma decydujące słowo w całej sprawie.

Moim zdaniem książka jest warta przeczytania. Do samego końca trzyma czytelnika w napięciu i nie pozwala się od niej oderwać. Przynajmniej tak było ze mną. Chciałam „pochłonąć” ją od razu, ale niestety czas mi na to nie pozwolił. Bardziej zainteresował mnie wątek kryminalny, aniżeli miłosny. Być może przyzwyczaiłam się za bardzo do książek Nory Roberts i przy czytaniu scen miłosnych nie widziałam tej czułości, jaką dostrzegam w powieściach Nory. I to mi się nie podobało. Skoro Jodi Picoult założyła sobie, że pokaże swoim czytelnikom silne uczucie łączące dwojga nastolatków, to powinna to zrobić nieco inaczej. Jak wiadomo, kiedy człowiek ma te kilkanaście lat, zaczyna dopiero odkrywać miłość, która zazwyczaj kojarzy mu się z brakiem cierpienia i wielkim wszechogarniającym szczęściem. Tutaj wyraźnie mi tego zabrakło. Czytałam tylko o niezrównanym pożądaniu Chris’a i nic poza tym. Sceny, w których Autorka opisuje fizyczne zbliżenia Emily i Chris’a nie mają tego wyrazu, jakiego ja potrzebuję, jako czytelnik. Nie przemawiało to do mnie. Było bez uczucia. Uczucie było tylko w słowach, zaś nie w czynach bohaterów.

Coś mi się też nie zgadzało z ilością omdleń Chris’a. Osobiście naliczyłam ich cztery, natomiast w finalnej części powieści dokładnie pisze, że: „(…) Christopher Harte po raz trzeci w życiu zemdlał”.

Najbardziej zafascynowała mnie już praktycznie końcowa scena, czyli proces sądowy. Wiadomo, że w Stanach Zjednoczonych rozprawa w sądzie wygląda zupełnie inaczej niż ma to miejsce w Polsce. Tam główną rolę nie odgrywają prawnicy, ale osoby wzięte „z ludu”, czyli tak zwana „Ława Przysięgłych”. Moim zdaniem ten fragment powieści został opracowany przez Autorkę perfekcyjnie. Czułam się tak, jak gdybym była na tej sali rozpraw i widziała to na własne oczy. Oczywiście, w tej kwestii można również ogromną zasługę przypisać osobie, która zrobiła tłumaczenie. Świetna robota.

Kończąc, sądzę, że na pewno w niedługim czasie sięgnę po kolejną powieść Jodi Picoult. Teraz już wiem, czego mogę się po niej spodziewać. Oczywiście adaptacji jej powieści oglądać nie zamierzam. Nie chcę znów rozczarować się tak, jak było to w przypadku „Szkoły Uczuć”.

 

Moja ocena: 5/6

 

Jodi Picoult official website

źródło okładki

 

prawa autorskie zastrzeżone

środa, 27 lipca 2011

 

Najpierw chcę serdecznie podziękować Sarence za nominację mojego bloga do „One Lovely Blog Award”. Jest to moja kolejna nominacja. Pierwszą, jak wiecie otrzymałam od Ewy – Książkówki. Mam nadzieję, że Sarenka wybaczy mi, jeśli nie podejmę się nominacji po raz kolejny, ponieważ musiałabym pisać o sobie praktycznie to samo, co naskrobałam tutaj. Blogi, które są mi bliskie i które regularnie odwiedzam znajdują się na liście w bocznej szpalcie. Myślę, że w miarę upływu czasu ta lista będzie się wydłużać, ponieważ co kilka dni odkrywam nowe, wartościowe miejsca. Czasami jest tak, że kilka godzin siedzę przed komputerem, aby dowiedzieć się co czytają inni. Natomiast każdy z tych blogów ma w sobie coś interesującego na swój własny sposób. Niemniej, jeszcze raz ślicznie dziękuję za wyróżnienie.

 

*************************************

 

 

Regina Dachówna

            

              Tango z Motylem

 

 

Wydawnictwo: EUROPA
Wrocław 2003

 

Na południu Polski, a dokładnie w województwie podkarpackim znajduje się takie maleńkie miasteczko o nazwie Radymno. Tuż obok tego miasteczka leży wieś, którą nazwano Michałówka. W tej wsi na świat przyszła główna bohaterka książki „Tango z Motylem”, Weronika. Kiedy dziewczynka miała dziewięć lat zdarzył się straszny wypadek. W sklepie, do którego akurat wchodziła, wybuchł pożar. Jeden z mężczyzn nieopatrznie wrzucił zapaloną zapałkę do wiadra wypełnionego naftą zmieszaną z benzyną. Wiele lat temu ludzie używali lamp naftowych zamiast prądu, dlatego też sklepikarze zaopatrywali swoje sklepy w metalowe beczki wypełnione naftą, z których przelewali ją do wiader.

Dziewczynka w drodze do kościoła wstępuje jeszcze do sklepu, aby kupić sobie zeszyt do szkoły. Stojąc przy ladzie widzi błysk i słyszy przeraźliwy huk, a zaraz potem staje w ogniu niczym żywa pochodnia. Wybiega na zewnątrz nie otrzymując ratunku od osób znajdujących się w sklepie. Dopiero jakaś przypadkowa kobieta idąca drogą zdejmuje swój płaszcz i gasi ogień na dziecku.

Weronika trafia do pobliskiego szpitala, ale tam niewiele mogą pomóc. Rokowania są złe. Dziecko ma poparzoną twarz i ręce. Lekarz mówi ojcu, że być może będzie widzieć, ale nie jest tego pewien. Po jakimś czasie Weronika wraca do domu. Zaczyna żyć na tyle normalnie, na ile pozwala jej oszpecone ciało. Wraca do szkoły, pasie krowy, pomaga w gospodarstwie. Ale ma ojca, który za wszelką cenę chce jej pomóc. Ojciec na wsi nazywany jest „chłopskim filozofem”, ponieważ jako jedyny jest oczytany, potrafi napisać pismo do urzędu. Ogólnie mieszkańcy wsi liczą się z nim i okazują mu szacunek. Kiedy wydaje się, że Weronika już na zawsze będzie oszpecona, jej ojciec spotyka pewnego posła, który daje mu adres szpitala w Polanicy Zdroju oraz nazwisko „lekarza od cudów”. Tym lekarzem okazuje się być sam dyrektor placówki. Dziewczynka jedzie tam wraz z ojcem i natychmiast zostaje przyjęta na oddział. Od tego momentu rozpoczyna się walka o przywrócenie dziecku dawnej twarzy.

Weronika przechodzi szereg operacji plastycznych, a szpital staje się jej drugim domem. Niemniej jednak, za leczenie trzeba płacić, ponieważ w socjalistycznej Polsce w latach sześćdziesiątych XX wieku, rolnicy nie byli ubezpieczeni. Sytuacja zmieniła się dopiero w latach siedemdziesiątych. Dlatego też, dziewczynka musi przerwać leczenie, gdyż opłaty za pobyt w szpitalu rujnują jej rodzinę.

Dziewczynka dorasta. Jest bardzo ambitna i marzy o studiach, co w tamtych czasach jest czymś niepojętym. Ale niestety z powodu swojego wyglądu jest dyskryminowana. Dochodzi do tego, że nauczyciele obniżają jej oceny, byle tylko nie dopuścić do tego, aby dostała się na studia. Nie ukrywa swoich defektów urody. Kiedy pragnie wraz z koleżanką rozpocząć naukę w szkole hotelarskiej, najpierw pisze list do dyrekcji. W odpowiedzi pani dyrektor radzi jej, aby wybrała technikum fotograficzne, ponieważ praca w ciemni przy jej wyglądzie jest dla niej najodpowiedniejsza.

Ostatecznie Weronika dostaje się na studia w Krakowie. Zaczyna studiować polonistykę. Równocześnie powraca do Polanicy na kolejne zabiegi, gdyż teraz jest już ubezpieczona i nie musi płacić za pobyt w szpitalu. Tam poznaje innych pacjentów. Każdy z nich jest w jakiś sposób oszpecony. Jedni są po wypadkach, inni nie mają twarzy z powodu ataku nowotworu, a jeszcze inni próbują poprawiać urodę, ponieważ obecny stan skutecznie utrudnia im normalne życie. Do każdego z tych pacjentów Weronika podchodzi indywidualnie. Z uwagą słucha ich historii. Chociaż sama przeżywa swój własny dramat, to jednak zawsze ma czas dla koleżanek i kolegów znajdujących się z nią w szpitalu. Zaprzyjaźnia się także z personelem. Ta przyjaźń jest tak silna, że zaczyna traktować tych obcych ludzi jak rodzinę. W końcu teraz spędza tam każdą wolą chwilę od studiów. Lekarz prowadzący tak ustawia jej zabiegi, aby termin nie kolidował z zajęciami na uczelni. Studia są najważniejsze. Odzyskanie twarzy również.

Leczenie Weroniki w Polanicy Zdroju trwa długie lata. Nawet kiedy kończy studia i podejmuje pracę dziennikarki w gazecie, wraca tam na kolejne zabiegi. W zawodzie odnosi sukcesy. Otrzymuje nagrody i podróżuje po krajach bloku wschodniego: NRD i Czechosłowacji. Świetnie posługuje się językiem niemieckim. Natomiast u boku ma kochającego mężczyznę o imieniu Norman, który jest Amerykaninem. Niemniej jednak, wciąż wraca do Polanicy na kolejne operacje. Wraca tam nawet wtedy, gdy lekarze stanowczo twierdzą, że nie ma już czego operować, bo wszystko zostało już zrobione, a ona odzyskała urodę.

Teraz kilka słów ode mnie. Od lat znam tę historię z opowiadań mojej mamy. Ową Weroniką jest Autorka książki, Pani Regina. Wsie, w których wychowała się moja mama i Pani Regina sąsiadują ze sobą. Potem, oczywiście każda z nich poszła inną życiową drogą. Pani Regina wyjechała na studia i już tam nie wróciła. Moja rodzina również opuściła tamte tereny. Kiedy dowiedziałam się, że Pani Regina opisała swoje doświadczenia, nie mogłam postąpić inaczej, jak tylko przeczytać tę książkę. Przyznam, że czytałam ją ze łzami w oczach. Po pierwsze dlatego, że znam dobrze tamte tereny i wspomnienia zrobiły swoje. Natomiast po drugie, można namacalnie poczuć cierpienie bohaterów książki. Dla mnie jest to coś na kształt dokumentu. Nie jest to taka zwykła autobiografia. Pani Regina przytacza historie wielu osób, które tak jak ona zmagały się z brzydotą nabytą, albo wrodzoną. Opowiada o Julii, Beacie, Józku, Krystynie, Marzence i wielu innych osobach, które już do końca życia będą jej bliskie.

Wspaniale wyraża się o lekarzach i pielęgniarkach tam pracujących. Traktuje ich niczym rodzinę. Jest z nimi tak bardzo spoufalona, że nie waha się zwracać im uwagi przy wykonywaniu zabiegów, jak gdyby sama lepiej wiedziała, co mają robić. Oni oczywiście nie traktują tego poważnie. Jest ich ulubioną pacjentką i wszystko obracają w żart. Z chęcią zacytowałabym Wam kilka fragmentów, ale Wydawca zastrzegł sobie wszelkie prawa do publikacji innej niż książka. Dlatego nie mogę tego zrobić. Uwierzcie mi, że momentami Pani Regina pisze z takim humorem, że naprawdę łzy ciekną z oczu ze śmiechu. Podziwiam ją za to, że tak dramatyczne historie potrafiła przedstawić w tak lekki sposób. Niemniej jednak, mam dziwne wrażenie, że w miarę jak rosła ilość zabiegów, Pani Regina zaczynała się od nich uzależniać, dlatego wciąż tam wracała i za każdym razem obiecywała sobie, że to już ostatni raz. A może nie mogła już żyć bez swoich przyjaciół i dlatego z uśmiechem na twarzy kładła się na stole operacyjnym?

Moim zdaniem książka pokazuje do czego tak naprawdę służy chirurgia plastyczna. Ten dział medycyny nie jest po to, aby dla zwykłego kaprysu poprawiać sobie urodę. Polecam tę pozycję każdemu, nawet osobie, która nie przepada za czytaniem, ponieważ być może dzięki temu zmieni swój stosunek do ludzi, którzy z jakiegoś powodu wyglądają inaczej. Może po przeczytaniu tego dokumentu ktoś przestanie uporczywie wpatrywać się i wskazywać palcem na przykład mężczyznę z fioletem na twarzy, albo kobietę bez żuchwy. Tę pozycję polecam również wszystkim tym rodzicom, dla których najwspanialszym prezentem z okazji Komunii Św. jest korekcja uszu u swojego dziecka. Przeczytajcie tę książkę, a zrozumiecie po co tak naprawdę wymyślono chirurgię plastyczną.

 

Moja ocena: 6/6

 

Wywiad z Panią Reginą Dachówną

źródło okładki

 

prawa autorskie zastrzeżone

wtorek, 26 lipca 2011

 

Zanim przejdę do dzisiejszej recenzji, chciałabym podzielić się z Wami radosną nowiną. Otóż, kiedy dzisiaj weszłam na stronę „Krainy Czytania” zauważyłam, że coś się na niej zmieniło. Widzicie ten maleńki znaczek pomiędzy logo Blox.pl a Newsletter’em? Taki pomarańczowy dymek z literką „T”, a przy nim słowo SYNDYKAT. Nawet w najśmielszych snach nie spodziewałam się, że mój blog kiedykolwiek zostanie w ten sposób wyróżniony. Jeszcze zanim zdecydowałam się pisać dla Was o książkach, przeglądnęłam chyba dziesiątki tego typu stron i zawsze myślałam, że nigdy nie uda mi się im dorównać. Aż tu taka niespodzianka! Jestem tak mile zaskoczona i tak bardzo cieszę się z tego wyróżnienia, że czuję, jak mi skrzydła rosną. Chyba nie ma nic wspanialszego jak świadomość, że to, co się tworzy komuś naprawdę się podoba. Tak jest z „Magią Pisania”, którą Onet regularnie poleca, a teraz taka sama sytuacja ma miejsce w przypadku „Krainy Czytania”. Naprawdę nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam, ale wszystkim tym, którzy stoją za moim wyróżnieniem SERDECZNIE DZIĘKUJĘ!

Moje zaskoczenie jest tym większe, im bardziej uświadamiam sobie, że przecież mój blog funkcjonuje dopiero trzy miesiące, bo przecież założyłam go dokładnie 13 kwietnia 2011 roku, a w regulaminie Portalu dokładnie pisze, iż wyróżnienia przysługują dopiero po ponad półrocznych systematycznych publikacjach.

Dziękuję również Wam, Kochani Czytelnicy, bo wiem, że bez Was nigdy nie udałoby mi się stworzyć takiego miejsca, gdzie moglibyśmy wspólnie dyskutować o książkach i literaturze. DZIĘKUJĘ ŚLICZNIE WSZYSTKIM, KTÓRZY MNIE ODWIEDZAJĄ W „KRAINIE CZYTANIA”. Jesteście dla mnie motywatorem do dalszej pracy nad blogiem i udoskonalaniem go.

I jeszcze jedno króciutkie ogłoszenie. Zdecydowałam się na wydanie mojej powieści drukiem, dlatego nie mogę jej na chwilę obecną publikować w Sieci. Muszę poczekać na decyzję wydawnictwa i opinię niezależnych recenzentów, bo to oni ostatecznie stwierdzą, czy mój tekst nadaje się do druku i czy „się sprzeda”. Trzymajcie kciuki!

 

*************************************

 

Artur Boratczuk

            

          Wedle reguły kreacji

 

Wydawnictwo: Self-Publishing
Chwarszczany 2011
E-BOOK

 

W zeszłym tygodniu otrzymałam mail’a od Pana Artura Boratczuka, który polecił mi powieść swojego autorstwa w formie e-booka. Przyznam się, że raczej nie przepadam za tego rodzaju książkami, ponieważ wolę lektury publikowane na papierze. Ale, jak wiecie z moich wcześniejszych wpisów, nie cofam się przed żadną formą literatury, dlatego też z chęcią przyjęłam i tę powieść. Poza tym, polecał mi ją sam Autor, a to do czegoś zobowiązuje. Chociaż od tamtej pory minął już prawie tydzień, przeczytałam książkę dopiero wczoraj. Poświęciłam na nią całe popołudnie i nie żałuję.

Pomimo że nie pamiętam za dobrze czasów PRL-u, to jednak w swoim życiu przeczytałam wiele publikacji odnośnie tamtego systemu i ludzi, którym dane było w nim funkcjonować. Dlaczego akurat w tym miejscu o tym wspominam? Otóż, książka pod tytułem „Wedle reguły kreacji” jest opowieścią o mężczyźnie, którego losy zostały wtopione właśnie w tamtą epokę. Nie wiem, jakie zamysły przyświecały Autorowi, kiedy tworzył tę powieść i jakie przesłanie ma ona nieść. Niemniej jednak, w swojej recenzji postaram się wyrazić to, co ja czułam podczas czytania książki.

 

Jak już wspomniałam wyżej, głównym bohaterem powieści jest mężczyzna o nazwisku Stanisław Szmit, który urodził się we Fraudencji. Jego matka zwana Głupią Irminą, za wszelką cenę pragnie pozbyć się dziecka. Wspólnie z konkubentem, który jest Polakiem usiłuje dotrzeć do osoby, która skutecznie rozwiąże jej problem. Niemniej jednak, wszystkie próby dokonania aborcji zawodzą. Ostatecznie kobieta rodzi dziecko, lecz umiera przy porodzie. Natomiast ojciec – rosyjski jeniec – już wcześniej opuścił Fraudencję, gdyż baraki, w których mieszkał, ewakuowano. Imię i nazwisko, jakie otrzymuje chłopiec na chrzcie jest zupełnie przypadkowe. Konkubent Irminy – Karol – zrzeka się wychowywania Stasia. W związku z tym, dziecko trafia do przybranej rodziny. Od tej pory wychowaniem Stasia zajmują się Halina i Jerzy Stojanowscy.

Dorastający Staś coraz bardziej odczuwa oddziaływanie przyrody, zaś pod wpływem zdobytych doświadczeń oraz obserwacji zaczyna kształtować się jego charakter. Pomimo że w szkole wykazuje pewne trudności, to jednak cechuje go wnikliwe i logiczne rozumowanie, a dodatkowo posiada specyficzne umiejętności w dziedzinie techniki, fizyki i matematyki. Natomiast w gospodarstwie jest niezwykle pracowity, czym zjednuje sobie przybranego ojca. 

Kiedy w gospodarstwie Stojanowskich wybucha pożar, którego skutki najdotkliwiej odczuwa jedna z córek Jerzego i Haliny – Agata, Staś opuszcza Fraudencję i wstępuje do wojska. Pomimo że wykazuje ogromną chęć zdobywania wiedzy i pragnie pójść na studia, to jednak jego dowódcy nie wyrażają na to zgody. Wie, że studia są mu potrzebne, aby móc zdobyć niezbędną wiedzę, która pozwoli mu rozwinąć filozoficzne teorie, które wypełniają mu umysł.

Po pewnym czasie zostaje zwolniony z wojska z rozpoznaniem jednej z odmian nerwicy. Od tej pory Stanisław działa w nielegalnych strukturach opozycji, za co zostaje skazany na karę więzienia. Władza oskarża go o szpiegostwo oraz zdradę tajemnicy wojskowej. Zamknięty w celi, korzysta z zasobów więziennej biblioteki, dzięki czemu zgłębia stworzoną przez siebie wcześniej teorię, którą nazywa „regułą kreacji”. Niemniej jednak, nieprzychylność ze strony więziennego psychologa doprowadza do tego, że Stanisław trafia do szpitala psychiatrycznego, z którego po pewnym czasie udaje mu się uciec, a następnie nawiązać kontakt z jednym z profesorów uniwersyteckich.

W momencie, gdy w Polsce powoli zaczyna zmieniać się ustrój, Stanisław chcąc uniknąć ponownego aresztowania i osadzenia w więzieniu, bądź też w szpitalu psychiatrycznym, wyjeżdża za granicę, pozostawiając w kraju nową rodzinę, którą udało mu się założyć po rozstaniu z pierwszą żoną. Dzięki pomyślnemu zbiegowi okoliczności, mężczyzna trafia do Włoch, gdzie za wszelką cenę stara się potwierdzić sens swoich dociekań i teorii.

To tyle, jeśli chodzi o fabułę powieści. Być może każda z czytających ją osób, odbierze tę książkę w inny sposób. Dla mnie osobiście, pomimo kilku humorystycznych fragmentów, jest to historia bardzo smutna, ponieważ opowiada o człowieku, którego tak naprawdę zniszczył system. Moim zdaniem Stanisław Szmit to wybitny naukowiec, którego wiedza uznawana była za coś nienormalnego, wręcz za chorobę psychiczną. Pewnie, gdyby żył w innej rzeczywistości, za swoje odkrycia otrzymałby nawet Nagrodę Nobla. Prawdę powiedziawszy, wzruszyła mnie ta opowieść. Żal mi było Stanisława, który pomimo wielkich chęci i ogromnego zasobu wiedzy, nie miał możliwości rozwoju. Myślę, że niektórzy mogą widzieć w nim osobę, która tak naprawdę przegrała swoje życie.

Sądzę, że warto sięgnąć po tę lekturę. Polecam ją szczególnie tym młodszym Czytelnikom, którzy realia PRL-u znają jedynie z książek, filmów, albo lekcji historii w szkole. Dobrze jest czasami sięgnąć po pozycję, która czegoś uczy i zawiera w sobie pewne przesłanie. Uważam, że w dzisiejszych, wolnych czasach również w naszym społeczeństwie żyją ludzie, którzy z jakiegoś powodu nie mogą się „wybić” ponad przeciętność, chociaż posiadają niezwykły talent i wiedzę. Nie mogą się „wybić”, ponieważ są inni niż większość społeczeństwa i dlatego wielokrotnie uważamy ich za „odmieńców” lub wręcz „nienormalnych”. Wydaje mi się, że ludzie boją się inności, gdyż traktują ją jako swoistego rodzaju zagrożenie. Takie właśnie są moje odczucia po przeczytaniu książki Pana Artura Boratczuka. Być może Autor miał na myśli coś zupełnie innego? A może interpretację pozostawił Czytelnikowi?

Jeśli chodzi o kwestię techniczną, to w trakcie czytania odnalazłam kilka literówek, ale jest to sprawa do skorygowania, więc nie zwracałam na to zbyt dużej uwagi. Ogólnie tekst czytało mi się bardzo płynnie. Nie męczyły mnie ani dialogi, ani też opisy narracyjne. Kończąc mogę śmiało stwierdzić, że książka jest naprawdę dobra i oddaje świat takim jaki był niegdyś. Myślę, że pewne aspekty ukazane w powieści są nadal aktualne, mimo odmiennej rzeczywistości.

 

Moja ocena: 5+/6

 

Za możliwość przeczytania e-booka serdecznie dziękuję

Panu Arturowi Boratczukowi

 

O książce

O Autorze

Tu kupisz książkę

źródło okładki

 

prawa autorskie zastrzeżone

niedziela, 24 lipca 2011

 

Dzisiaj dla odmiany nie będzie recenzji książki, a jedynie moje osobiste przemyślenia odnośnie ekranizacji jednej z powieści Nicholas’a Sparks’a. Chodzi mi tutaj o „Jesienną Miłość”, która w wersji filmowej nosi tytuł „Szkoła Uczuć”. Wspominałam już na blogu, że jakiś czas temu napisałam artykuł przedstawiający podobną historię, jaka przytrafiła się powieściowym bohaterom, z tą różnicą, że opisana przeze mnie historia wydarzyła się naprawdę. Pamiętam, że wówczas czytelnicy sugerowali mi, że posłużyłam się fabułą „Szkoły Uczuć”. Nikt nie wspomniał, że najpierw była „Jesienna Miłość”. Widocznie były to osoby, które z literaturą nie mają wiele wspólnego, co wcale nie oznacza, że są gorsi od nas, czytających.

Kiedy tak mi zarzucano kopiowanie, którego nie zrobiłam, postanowiłam, że w końcu przeczytam tą „Jesienną Miłość”. Nie chciałam najpierw oglądać filmu. Zresztą, dla mnie zawsze to książka jest ważniejsza, aniżeli jej ekranizacja. Na pewno większość z Was wie, że w zeszły czwartek, czyli 21 lipca, telewizja POLSAT wyemitowała „Szkołę Uczuć”. Skoro miałam taką okazję obejrzenia filmu, nie mogłam jej przegapić.

Może zacznę od tego, że film sam w sobie jest piękny. Shane West i Mandy Moore zagrali fantastycznie. Kiedy ogląda się film naprawdę można się wzruszyć. Przyznam, że kilka razy poczułam jak pieką mnie oczy. Pewnie wszystko byłoby cudownie, ale… No właśnie jest jedno ALE. Gdybym nie przeczytała najpierw powieści, dzisiaj pisałabym zupełnie inaczej. Oglądając wciąż szukałam scen opisanych przez Nicholas’a Sparks’a, ale niestety tych scen tam prawie nie było. Z fabułą książki pokrywało się tam niewiele. Odnalazłam wątek główny oraz zaledwie kilka scen, z reguły tych mniej znaczących.  

Muszę się Wam przyznać, że już na starcie poczułam rozczarowanie, niesmak i zawód. W pierwszej scenie czekałam na faceta po pięćdziesiątce przemierzającego ulice Beaufort i wspominającego swoją ukochaną Jamie. No może, nie wyrażałby tego na głos, ale w jakiś sposób tę scenę można przecież było pokazać. Zamiast tego, zobaczyłam grupę rozkrzyczanych nastolatków, z których jeden, cytuję: „poszedł się odpryskać”.

Mogę zrozumieć, że scenarzyści mieli swoją wizję pokazania historii Landon’a Carter’a i Jamie Sullivan, ale powinni byli pamiętać, że pracują nad adaptacją powieści. Osobiście wydaje mi się, że o tym zapomnieli. Dostrzegłam wiele scen, których nie było w książce, natomiast wiele innych, moim zdaniem, kluczowych zostało pominiętych. Przykładem może tutaj być ten nieszczęsny bal, na który Landon nie miał z kim pójść i jako tak zwane „wyjście awaryjne” posłużyła mu właśnie Jamie. Przecież tak naprawdę to od tego balu wszystko się zaczęło, tylko Landon nie miał wtedy jeszcze o tym pojęcia. W takim razie gdzie był ten bal w filmie? Widzieliście go? Ja niestety go nie dostrzegłam. Albo wpadka z ojcem Landon’a. Przecież Carter był kongresmenem, a nie kardiologiem i nie był rozwiedziony z matką Landon’a, a jedynie mieszkał z dala od domu. Natomiast film przedstawia zgoła coś zupełnie innego. To było moje następne rozczarowanie. 

A teraz kolejna sprawa, która mi się nie podobała. Jak wiadomo, w powieści Nicholas Sparks pisze, że Jamie z oddaniem opiekowała się dziećmi z pobliskiego sierocińca, którym co roku przed Gwiazdką kupowała prezenty za pieniądze z puszek, które ustawiała w sklepach w całym miasteczku, zachęcając w ten sposób mieszkańców do pomocy tym sierotom. W filmie nie było o tym nawet wzmianki. Oczywiście, znalazło się tam jedno zdanie wypowiadane przez Jamie, która w rozmowie z Landon’em w autobusie zaproponowała mu kupienie losu. Pieniądze z tych losów miały zostać przeznaczone na kupno komputera dla dzieciaków. To było tyle. Nic więcej.

A gdzie Wigilia w sierocińcu, podczas której Landon wręcza Jamie ten charakterystyczny sweterek, a ona jemu Biblię swojej matki, z którą nigdy się nie rozstawała? A sweterek w powieści był brązowy, a nie różowy jak w filmie. Poza tym, Landon podarował go Jamie w Wigilię, zaś nie na ganku jej domu, natomiast zamiast Biblii, Jamie w filmie ofiarowuje chłopakowi zeszyt, w którym jej matka notowała cytaty sławnych osób.

A scena z fotomontażem zdjęcia, na którym jest tylko twarz Jamie, zaś reszta ciała jest skopiowana z innej fotografii? Ja przynajmniej nic takiego nie wyczytałam w powieści. Niemalże końcowa scena, kiedy Landon i Jamie biorą ślub. W książce wyraźnie jest, że dziewczyna wjeżdża do kościoła na wózku inwalidzkim, a dopiero potem resztkami sił wstaje i u boku ojca przechodzi przez główną nawę. Tego również nie było. W filmie widziałam Jamie, która wcale nie wydawała się śmiertelnie chora. Brakowało mi tego dramatyzmu. Przecież istnieje charakteryzacja i można było wyraźniej pokazać chorobę dziewczyny. Jeżeli film miał za zadanie wzruszyć widza, to należało to zrobić nieco dobitniej.

Nie czułam również klimatu lat pięćdziesiątych. Pamiętajmy, że historia przedstawiona przez Nicholas’a Sparks’a ma miejsce końcem lat pięćdziesiątych XX wieku. Uważam, że należało oddać atmosferę tamtych lat i ich specyfikę. Według mnie była do zwyczajna amerykańska szkoła XXI wieku. W zeszłym stuleciu w latach dziewięćdziesiątych TVP emitowała taki bardzo popularny serial dla młodzieży pod tytułem „Beverly Hills 90210”. Moim zdaniem te dwie szkoły niczym się od siebie nie różnią, choć dzieli je dziesiątki lat.

Teraz nieco odejdę od tematu, ale chcę Wam podać pewien przykład. Otóż, na pewno wiele osób pamięta kultowy film pod tytułem „Dirty Dancing” i pamiętne role Jennifer Grey i niestety nieżyjącego już Patrick’a Swayze. Akcja tego filmu dzieje się w latach sześćdziesiątych XX wieku. Za każdym razem, kiedy oglądam ten film, przenoszę się w czasie, bo praktycznie namacalnie czuję tamtą epokę. I właśnie tego brakowało mi w „Szkole Uczuć”. Widziałam współczesne amerykańskie społeczeństwo, a nie to z ubiegłego stulecia.

Dla mnie ten film zupełnie nie stanowił adaptacji książki. Poza wątkiem głównym, czyli chorobą Jamie, kilkoma scenami i tymi sami bohaterami, co w książce, nie wyrażał on żadnej analogii z powieścią. Myślałam, że może scena zamykająca film będzie miała coś wspólnego z książką. Tego również się nie doczekałam. Jak pamiętamy, w powieści Nicholas Sparks ponownie wraca do pięćdziesięciosiedmioletniego Landon’a, który wypowiada piękne słowa, których fragment zacytowałam już w swojej recenzji:

 

(…) Minęło odtąd czterdzieści lat i wciąż pamiętam dokładnie tamten dzień. Jestem może starszy i mądrzejszy, przeżyłem może od tamtej pory zupełnie inne życie, wiem jednak, że kiedy nadejdzie w końcu mój czas, wspomnienie tego dnia będzie ostatnim obrazem, jaki pojawi się pod moimi powiekami. Wciąż ją kocham, widzicie, i nigdy nie zdjąłem z palca obrączki. W ciągu wszystkich tych lat, nigdy nie miałem ochoty tego zrobić. (…)”[1].

 

Z kolei film kończy scena, w której jedynie o cztery lata starszy Landon stoi nad jeziorem i wspomina Jamie oraz ich miłość. Mówi też, że było to najwspanialsze lato, jakie przeżył. Czy w książce jest mowa o lecie? Przecież to jesienna miłość. Ich uczucie rozpoczęło się we wrześniu wraz z balem na rozpoczęcie roku szkolnego, a ślub wzięli dokładnie 12 marca 1959 roku. Zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest lato? Jak dla mnie jest to jesień, zima i ewentualnie wiosna.  

Podsumowując te moje rozważania, myślę, że odbiór tego filmu zależy od ilości posiadanych lat, a także od tego, jaki stosunek dana osoba ma do literatury. Jeżeli, podobnie jak ja, stawia sobie twórczość pisarską ponad filmową, to wówczas może mieć podobne odczucia do moich. Poza tym, myślę też, że film będzie miał znacznie większą wartość dla kogoś, kto nie czytał najpierw książki. Dlatego też, jeśli ktoś oglądał film, to może niech już nie czyta powieści, żeby adaptacja nie straciła tego piękna, jakie w gruncie rzeczy posiada. Tego kwestionować nie będę, bo tak jest w istocie. Niemniej jednak, oceniać filmu nie zamierzam, ponieważ musiałabym rozpatrywać go w dwóch kategoriach. Po pierwsze musiałabym spojrzeć na niego tylko i wyłącznie jako na film, nie porównując go z powieścią. W tym przypadku, w mojej skali od jednego do sześciu, brakłoby skali „w górę”, albowiem sześć to za mało. Po drugie, gdybym oceniła film na tle książki, wówczas brakłoby mi skali „w dół” i wtedy musiałabym posilić się liczbami ujemnymi, a tego robić nie chcę.

Poniżej zamieszczam zwiastun filmu. Być może pomiędzy Wami, Kochani Czytelnicy, jest ktoś, kto jeszcze go nie zna. Poza tym, chętnie poczytam w komentarzach również o Waszych odczuciach odnośnie tej adaptacji.

 
 
 

 
 
źródło okładki
 
 

[1] Nicholas Sparks, Jesienna Miłość, Wydawnictwo LIBROS, Warszawa 2000, s. 207.

 

prawa autorskie zastrzeżone

piątek, 22 lipca 2011

 

Alexandra Ripley

            

Pożegnania z Charlestonem

 

 
 
Wydawnictwo: ATLANTIS
Warszawa 1992
Tytuł oryginału: On Leaving Charleston

 

Myśleliście kiedyś o podróży w czasie? Mam tutaj na myśli taką podróż do przeszłości. Nie ciekawi Was jak żyli ludzie, na przykład, sto lat temu? Mnie bardzo ciekawią takie rzeczy, dlatego bardzo często szukam tego w książkach. Znajomi mówią o mnie, że nie jestem „z tej epoki”, mając na myśli XXI wiek. Przyznam się, że trochę jest w tym prawdy. Czasami łapię się na tym, że źle się czuję w dzisiejszych realiach. Gdybym miała możliwość cofnięcia swojego życia wstecz, to myślę, że wybrałabym trzy epoki. Pierwszą z nich byłby przełom wieku XIV i XV, drugą byłoby dwudziestolecie międzywojenne, czyli taka przedwojenna Warszawa, natomiast trzecią byłyby lata osiemdziesiąte XX wieku. Tą ostatnią trochę pamiętam i chętnie wróciłabym do tamtej rzeczywistości. Obecnie w swoim życiu bardzo często kieruję się niektórymi schematami obowiązującymi w latach osiemdziesiątych. Słucham muzyki z tamtych lat (jak widać na moim blogu), ubieram się tak, jak ubierała się młodzież trzydzieści lat temu i jest mi z tym dobrze.

W związku z powyższym chcę Was dzisiaj zabrać w podróż do Ameryki z początków XX wieku do małego miasteczka w Karolinie Południowej. Miasteczko to nosi nazwę Charleston. Kiedy rozpoczyna się akcja powieści władzę w Ameryce sprawuje dwudziesty szósty prezydent, Theodore Roosevelt Jr., zaś w państwie obowiązuje prohibicja. Powszechne też są tak zwane kolonie, gdzie mieszkają tylko czarnoskórzy mieszkańcy miasta. Jest to czas, kiedy na parkietach króluje szalony charleston, swoje początki świętuje jazz, ludzie zachwycają się teoriami Freud’a, zaś ideałem kobiety jest kobieta wamp o fryzurze „na chłopczycę”.

W tym czasie młodziutka i bardzo piękna Margaret Garden wychodzi za mąż za przedstawiciela rodu Tradd’ów, Stuart’a. Uroczystość zostaje zakłócona przez Joe’go Simmons’a, który oskarża pana młodego, że ten zhańbił jego córkę. Dochodzi do awantury, podczas której zostaje zabitych dwóch mężczyzn. Od tego momentu na rodzinie Tradd’ów ciąży klątwa. Stara Murzynka, Pansy, nazywa ją „Pancernym Okiem”. Co pewien czas ktoś z rodu Tradd’ów traci życie. Wydaje się, że żałoba nie ma końca. Najbardziej buntuje się Margaret, której ucieka młodość, a ona nie może udzielać się towarzysko.

Margaret rodzi Stuart’owi syna, a potem córkę. Kiedy mąż wyjeżdża, Margaret bardzo zbliża się do najmłodszego brata męża, Anson’a, który nigdy nie przestał jej kochać. Dochodzi do tego, że młoda pani Tradd zachodzi w ciążę ze szwagrem i rodzi dziewczynkę. Kiedy Stuart dowiaduje się o tym, odsuwa od siebie żonę, a sam oddaje się rozrywkom i innym kobietom. Margaret nie mogąc patrzeć na córkę, oddaje ją na wychowanie murzyńskiej mamce. Dziewczynka, której nadano imię Garden, jest brzydka i matka nie może na nią patrzeć. Imię to pochodzi od kwiatu gardenii, który został sprowadzony do Ameryki przez jej dziadków. Dziewczynka dorastając wśród Murzynów, uczy się ich zwyczajów i zasad. Jej zachowanie w niczym nie odbiega od ich sposobu bycia.

W miarę upływu lat Garden nabiera urody. Jedyne, co ją szpeci to pasmo rudych i gęstych włosów, które wystaje spod blond czupryny. Jest to cecha genetyczna rodu Tradd’ów. Kiedy w wypadku samochodowym ginie najstarszy syn Margaret, kobieta zwraca się ku Garden, która nie odpowiada jej pod żadnym względem. Stuart też już nie żyje, więc Margaret całe swoje zainteresowanie przelewa na córki. Starsza, Peggy, ma swoje wartości i swoje przekonania, jest chłonna świata i nie pozwala matce na kierowanie jej życiem. Dlatego też, Margaret całą uwagę skupia na Garden i z całych sił próbuje dokonać jej metamorfozy i jej kosztem zrealizować swoje ambicje. W końcu jej się to udaje i niegdyś brzydkie kaczątko staje się piękną i pożądaną kobietą.

Kiedy Garden poznaje Sky’a Harris’a, który okazuje się być księciem, jej życie diametralnie odmienia się. Wychodzi za niego za mąż i wyjeżdża do Nowego Jorku, gdzie pada ofiarą okrutnej zemsty. Los rzuca ją również do Paryża i Londynu, gdzie pokazuje europejczykom, czym tak naprawdę jest taniec – charleston. W umiejętności tańczenia go nie ma sobie równych. Nawet ówczesna gwiazda parkietu, Josephine Baker, zostaje przez Garden przyćmiona. Niemniej jednak, niczego nieświadoma, zostaje obarczona przekleństwem, jakie ciąży od lat na jej rodzinie. W pewnym momencie jej życie staje się koszmarem. Pomimo że poznaje tak zwany „wielki świat”, to jednak jej serce wciąż jest w Charlestonie.

„Pożegnania z Charlestonem” to typowa klasyka romansu wzorowana na legendzie „Przeminęło z wiatrem” oraz na „Scarlet”. Pojawiają się tutaj te same miejsca, które czytelnik odkrywa w przypadku „Scarlet”. Tutaj również płyną brunatne wody Ashley River, głośno biją kuranty w kościele u Świętego Michała, zaś mieszkańcy Charlestonu, podobnie jak Rett Butler i Scarlet O’Hara uczestniczą w Balu Świętej Cecylii.

Moim zdaniem książka naprawdę zasługuje na uwagę. Sięgnąć po nią powinien każdy, kto gustuje w klasyce. Na początku akcja nie zachwyca polotem, ale w miarę jak zagłębimy się w lekturze, fabuła rozkręca się i naprawdę wciąga. Powieść pokazuje jak szybko można paść ofiarą czyichś intryg i jak bardzo niebezpieczna może stać się nawet najbliższa osoba. Trzeba uważać, kogo darzy się zaufaniem. Poza tym, krzywdy wyrządzone przed laty również mogą doprowadzić do tego, że osoba, która ich doznała, będzie szukać drogi zemsty, nawet kosztem tych, którzy nie mieli nic wspólnego z wydarzeniami z przeszłości. Natomiast ich jedyną winą jest to, że wywodzą się z rodu, którego przedstawiciel niegdyś dopuścił się hańby.

Ogólnie uważam, że książka jest dobra. Jednakże, znalazłam w niej kilka minusów. Nie wiem, czyja to wina. Wydawcy, czy tłumacza? W jednym miejscu córeczka Garden obchodzi urodziny w lutym, zaś kilka rozdziałów dalej jest to lipiec. Innym minusem jest to, że już na początku powieści czytelnik wie, że Garden jest córką Anson’a. Natomiast w miarę zagłębiania się w fabułę, wciąż czytamy, że jest to córka Stuart’a. No i oczywiście ta „Sachara” przez „ch” zupełnie mnie rozbroiła.

 

Moja ocena: 5/6

 

źródło okładki

 

prawa autorskie zastrzeżone

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Blog istnieje od 13 kwietnia 2011 roku
Cykle Literackie
My thoughts about books and literature
Pomóżmy Ewie powrócić do normalnego życia - Akcja: BLOGI DAJĄ NOGI
Proszę nie kopiować tekstu bez mojej zgody (ustawa z dn. 4 lutego 1994r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
Troszkę z innej bajki
Tutaj często zaglądam
Ulubione Blogi Książkowe
Wszelkie komentarze, które swoją treścią będą obrażać osobę autorki bloga lub innych czytelników, a także autorów książek, zostaną natychmiast usunięte.
Wydawnictwa i Księgarnie
Wywiad ze mną na blogu Książki Zbójeckie


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?