Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
piątek, 29 czerwca 2012

 

Gabriel García Márquez

 

         Miłość w czasach zarazy

 

 

 

Wydawnictwo: Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA
Warszawa 2000
Tytuł oryginału: El amor en los tiempos del cólera
Tytuł angielski: Love in the Time of Cholera

 

 

 

W jaki sposób najprościej zdefiniować miłość? Dlaczego uczucie to jest tak ważne dla każdego człowieka, że stale go poszukuje? Czasami nawet czeka na nie przez całe życie, choć nie ma gwarancji, że ostatecznie je odnajdzie. Miłość może przybierać wiele form. Nie zawsze musi łączyć się z uczuciem do drugiej osoby. Miłością można obdarzać wszystko to, co jest nam drogie i bez czego nie potrafilibyśmy już żyć. Powszechnie przyjmuje się, że miłość to pragnienie szczęścia dla drugiej osoby. Lecz czy zawsze tak jest? Czy kochając zawsze uszczęśliwiamy obiekt naszych westchnień? A co jeśli nasza miłość jest zaborcza i toksyczna? Może też być nieodwzajemniona i wtedy zamiast szczęścia, czujemy zawód.

Z pewnością każdemu rodzajowi miłości towarzyszą ogromne emocje. Choćbyśmy nie wiadomo jak zaprzeczali, to miłość jest i zawsze będzie tym uczuciem, którego każdy z nas będzie najbardziej pragnął w życiu. Niektórzy twierdzą, że prawdziwa miłość jest tylko jedna, a każda kolejna to jedynie jej namiastka. Zdarza się, że kochamy kogoś przez całe swoje życie i nawet związki z innymi osobami tego nie zmienią.

Taką właśnie miłość przeżywają Florentino Ariza i Fermina Daza. On, niewydarzony bękart i poeta, zaś ona to kobieta rozsądna i trzeźwo myśląca. Akcja powieści rozgrywa się w scenerii egzotycznych Karaibów na przełomie XIX i XX wieku w postkolonialnym kolumbijskim miasteczku. W przypadku tej powieści nie jest zachowana chronologia wydarzeń, dlatego też głównych bohaterów poznajemy jako ludzi w podeszłym wieku, którzy całe życie mają już praktycznie za sobą.

Pewnego dnia w miasteczku samobójstwo popełnia niejaki Jeremiasz de Saint-Amour. Na miejsce zdarzenia wezwany zostaje doktor Juvenal Urbino. Choć mężczyzna skończył już osiemdziesiąt lat, to jednak nadal praktykuje. W lokalnym społeczeństwie budzi on powszechny szacunek. Być może zasłużył sobie na niego swoją społeczną działalnością. Doktor Urbino wykształcenie zdobył w Paryżu. Swoje zamiłowanie do medycyny zapewne odziedziczył po ojcu, który także był lekarzem, lecz zmarł podczas epidemii cholery. Kiedy czytelnik poznaje Juvenal’a Urbino jest on mężem Ferminy Dazy, z którą przeżył już pięćdziesiąt lat. Owocem ich długoletniego małżeństwa jest dwoje dzieci – syn, który poszedł w ślady ojca, zostając tak jak on lekarzem, oraz córka mieszkająca w Nowym Orleanie.

Trzeba wiedzieć, że w domu doktora Urbino niemal od zawsze mile widziane były zwierzęta. Tak więc na chwilę obecną zamieszkuje w nim papuga. Gdyby staruszek wiedział wcześniej, że to właśnie ten niepokorny ptak stanie się przyczyną jego śmierci, z pewnością nigdy nie wpuściłby go do swojego domu. Lecz doktor Urbino tego niestety nie przewidział. Tuż przed wyjściem na pogrzeb swojego przyjaciela-samobójcy, postanawia jeszcze zdjąć papugę z drzewa mangowca. Wchodzi więc na drabinę i całą siłą woli próbuje dorwać szydzące z niego ptaszysko.

Doktor Urbino złapał papugę za szyję, wzdychając triumfalnie: ça y est. Ale natychmiast ją wypuścił, drabina bowiem wymknęła mu się spod nóg, on zaś wisząc przez chwilę w powietrzu zdał sobie sprawę, że właśnie umiera, bez komunii, bez krztyny czasu na to, by się z czegokolwiek wyspowiadać, z kimkolwiek pożegnać, o czwartej siedem w południe w niedzielę Zesłania Ducha Świętego (…)*

Po śmierci męża w życiu siedemdziesięciokilkuletniej Ferminy Dazy ponownie pojawia się Florentino Ariza, który po pięćdziesięciu latach znów wyznaje jej miłość. Lecz ona, pogrążona w żałobie wdowa, wyrzuca go z domu. Od tego momentu akcja powieści cofa się o całe pięć dekad do dnia, w którym Florentino Ariza po raz pierwszy ujrzał wybrankę swojego serca. Czy miłość u schyłku życia jest jeszcze możliwa? A może Florentino Ariza wcale nie kocha Ferminy Dazy tak mocno jak mu się wydaje? Może to tylko starcze złudzenie?

Z wszystkich bohaterów stworzonych przez Pisarza, moją uwagę najbardziej przykuła postać Florentina Arizy. Według mnie jest to mężczyzna niezwykle skomplikowany. Przez całe swoje życie umiera z miłości do Ferminy Dazy i z wielką niecierpliwością oczekuje dnia, kiedy Opatrzność zabierze do siebie doktora Urbino, aby w ten sposób ponownie otworzyć mu drogę do jej serca, a właściwe do jej łóżka. Bo trzeba wiedzieć, że ten człowiek sprawia wrażenie, jakby był uzależniony od seksu. Praktycznie nie ma w miasteczku kobiety, z którą by nie sypiał. W pewnym momencie można stracić rachubę, jeśli chodzi o liczbę jego kochanek. Będąc już u schyłku życia, seks uprawia nawet z nieletnią. To może budzić swoistą odrazę. Niekiedy zachowuje się jak dziecko, na przykład, przygotowując swój dom na przybycie do niego Ferminy Dazy i zamieszkanie w nim na stałe. Ile w tym wszystkim jest miłości, a ile obsesji?

A co czuje Fermina Daza do Florentina Arizy? Czy ona także kocha go równie mocno? Z pewnością kocha swojego męża i jest dla niego dobrą żoną, choć nie brak w tym wszystkim problemów dnia codziennego. Tak naprawdę nie można jednoznacznie stwierdzić, jakie uczucia drzemią w kobiecie.

Prawdę powiedziawszy, sięgając po tę powieść spodziewałam się zgoła czegoś innego niż otrzymałam. Przede wszystkim pomyślałam sobie, że nazwisko Autora do czegoś zobowiązuje i książka być może jest nawet swego rodzaju arcydziełem. Niestety, rozczarowałam się. Czytając mnóstwo pochlebnych recenzji, zwyczajnie złakomiłam się na tę powieść. Zapewne Gabriel García Márquez ma w swoim dorobku znacznie lepsze dzieła, aniżeli Miłość w czasach zarazy. Bynajmniej mnie ta powieść nie zachwyciła. Czego mi brakowało? Głównie dialogów. Książka praktycznie w całości posiada formę narracji, zaś nieliczne kwestie wypowiadane przez poszczególnych bohaterów są jedynie cytowane. Bardzo rzadko zdarza się, aby przeczytać tutaj typowy dialog.

Zapewne Autor chciał pokazać czytelnikowi, że miłość u schyłku życia również jest możliwa. Przesłanie, jak najbardziej piękne, lecz niekonieczne musi być przez każdego zrozumiane. Na pewno nie jest to książka dla młodzieży. Do jej przeczytania trzeba dojrzeć. Młodego człowieka fabuła powieści jedynie wymęczy i jestem niemal przekonana, że nie doczyta książki do końca. Niektórzy polecają tę historię czytelnikom gustującym w romansach. Według mnie, jest to wielki błąd. Należy pamiętać, że nie zawsze tam, gdzie pojawia się motyw miłości, jest też płomienny romans, a właśnie z tym to uczucie nam się przede wszystkim kojarzy.

Długo też zastanawiałam się, jaki związek ma tytuł z fabułą powieści. Owszem, epidemia cholery pojawia się, ale jedynie gdzieś w tle. Nie tego oczekiwałam. Liczyłam na większe wyeksponowanie tej choroby i problemów, jakie niewątpliwie ze sobą niesie. Praktycznie w chwili, gdy rozgrywa się akcja powieści, służby sanitarne oficjalnie ogłosiły, iż nie ma już zagrożenia epidemią, a jedynie pojawiają się jeszcze pojedyncze przypadki choroby.

Z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że Gabriel García Márquez to Pisarz trudny i mający swój własny, specyficzny styl przekazu, który nie do każdego czytelnika trafi. Nie przeczę, że Autor posiada swoich zwolenników, lecz do mnie nie przemówił, choć z pewnością Nagroda Nobla, którą otrzymał była zasłużona. Możliwe, że trafiłam na tę gorszą książkę w jego karierze. Dla porównania, na pewno za jakiś czas przeczytam inną powieść jego autorstwa, o czym nie omieszkam Was powiadomić.

 

Moja ocena: 4/6

 



*G. G. Márquez, Miłość w czasach zarazy, Wyd. MUZA SA, Warszawa 2000, s. 61-62.



 

Gabriel García Márquez official website

źródło okładki: własne

 

prawa autorskie zastrzeżone

czwartek, 28 czerwca 2012

 

Po opuszczeniu Hubina państwo Kraszewscy osiedlają się w Żytomierzu. Jest rok 1853. Zdaniem Józefa jedynym walorem Żytomierza jest jego położenie, niezwykle malownicze nad rzeką Teterow, będącą prawym dopływem Dniepru, gdzie nad jej brzegami rozciągają się bogate lasy dębowe i sosnowe. Wychodząc za miasto można natknąć się nad rzeką na skały okryte krzewami, które wchodzą w skład przepięknego krajobrazu. Tuż za Żytomierzem Kraszewski, na drodze prowadzącej do Kisiel, może podziwiać szczątki odwiecznego lasu dębowego. Według Pisarza jest to najpiękniejszy widok, jaki miał okazję oglądać w swoim dotychczasowym życiu. Nawet Białowieża ze swoimi niebotycznymi sosnami nie może równać się z dębiną otaczającą znajdujący się tam stary klasztor bazylianów. Józef Kraszewski ma wrażenie, że takich olbrzymich dębów, prostych niczym kolumny, potężnych, silnych i zdrowych nie ma w żadnym innym miejscu w Europie.

 

Dom przy ulicy Berdyczowskiej w Żytomierzu, w którym Kraszewscy mieszkali w latach 1853-1859

 

Wspomniany powyżej majątek Kisiele położony na Kijowszczyźnie, Kraszewscy otrzymują w spadku po pani Elżbiecie Urbanowskiej w roku 1854. Pewnego dnia osiądzie tam syn Józefa, Franciszek.

(…) Nic piękniejszego nad okolice Kisiel, do których jechałem. Góry, czasem gaje z brzóz i dębów, przy każdej osadzie woda. Maciewicze na gościńcu pocztowym mniej są piękne od innych. Wieś Pisarzówka nadzwyczaj malownie rozrzucona na górach wśród drzew, ogródków, nad wodą – musi się każdemu podróżnemu podobać. Lecz jeszcze piękniej w Kisielach. Któż opisze wdzięk Kisiel, wsi, gajów, gór, wody, a mianowicie ogrodu, który chociaż mały, z takim jest urządzony smakiem, z takim wdziękiem! Są na Wołyniu wielkie ogrody, parki ozdobne, ale milszego wiejskiego ustronia pewnie nie ma. Z okien domu na wzgórzu rozwija się widok na rozsypaną wieś w dolinie i gaje po górach przecudny! Z każdego kątka coś nowego widać. W ogrodzie kaplica z altaną łączącą wzgórze z dolną częścią ogrodu, zbudowana według rysunku architekta p. Nurowskiego, z zastosowaniem miejsc, jest dowodem jego umiejętności i smaku. Nie potrzeba wielkich rzeczy do pokazania talentu, w wielkich bowiem często zazwyczaj i forma myśl zastępuje, a w mniejszych, oryginalniejszych, pokazują się pomysły i smak własny. Inne budowy Kisiel są dość ozdobne, staranne, a nie nadto, co jest wielką sztuką. To znowu dowodzi smaku i starań właścicielki. Mijam to, co bym mógł więcej napisać o Kisielach, są miejsca, które potrzeba widzieć i czuć, których opisać nie można. Takie miejsca ożywia dusza człowieka, umiejąca się przelać we wszystkie najdrobniejsze należące do niego przedmioty (…)[1]

W tym samym czasie w Petersburgu wychodzi kolejna powieść Kraszewskiego, pod tytułem Chata za wsią, zaś wątek powieści po pewnym czasie stanie się podstawą libretta do opery Manru Ignacego Jana Paderewskiego.

 

 

 

 

← Stary dom w Kisielach

 

 

 

 

 

 

 Kaplica w Kisielach  →

 

 

 

 

Rok 1856 przynosi kolejne zmiany w życiu zawodowym Józefa, gdyż obejmuje on stanowisko kuratora gimnazjum w Żytomierzu. Po upływie roku Kraszewski obejmuje także kolejne funkcje. Tym razem zostaje dyrektorem teatru szlachty wołyńskiej oraz dyrektorem Klubu Szlacheckiego i Towarzystwa Dobroczynności w Żytomierzu. Na prośbę Apolla* i Eweliny Korzeniowskich zostaje symbolicznie ojcem chrzestnym ich jedynaka, urodzonego w grudniu 1857 roku. Przyszły Conrad-Korzeniowski** jako drugie imię otrzymuje „Józef”.

Memoriał Kraszewskiego w sprawie usamodzielnienia włościan z datą 29 stycznia 1858 roku w Kisielach, doprowadza w efekcie do zatargu ze szlachtą wołyńską. Józef wystosowuje go do marszałka szlachty powiatu łuckiego, Wincentego Korwin-Piotrowskiego. Ugoda pomiędzy obydwoma zwaśnionymi stronami następuje dopiero podczas pożegnalnej uczty wyprawionej w Żytomierzu przez szlachtę z okazji wyjazdu Pisarza w półroczną podróż po Europie. Tak więc 3 maja 1858 roku Kraszewski udaje się do Warszawy przez Romanów, najpierw jadąc koleją do Krakowa.

Spędziwszy kilkadziesiąt lat życia na swojej ziemi, myślą zaledwie wybiegając poza jej granice, przyszło i na mnie nareście, z wędrownymi ptakami, które co roku odlatują od nas w cieplejsze kraje, pójść własnymi oglądać oczyma te cuda, których opowiadaniem karmiłem się od dzieciństwa. Wiodła nie tyle rzeczy i spraw ludzkich, wszędzie mniej więcej jednych, ciekawość, ile chęć sprawdzenia tego, co ludzie napisali o cudach obcych krajów. U nas szczególniej nasłuchać się było można do przesytu uwielbień tego, co obce, z pogardą dla tego, co swoje. Zarówno uniesienia, jak krytykę pragnąłem z własnymi porównać wrażeniami, aby się nauczyć, o ile one się zgodzą z tym, co uświęcone i przyjęte, co się stało pewnikiem, o czym nie godzi się wątpić nikomu, co każdy opis podróży powtarza nie śmiejąc naruszyć, nie ważąc się już rozbierać (…)[2]

(…) Gdy przyszło w dworcu kolei żelaznej pożegnać dobrych przyjaciół i życzliwych ludzi, którzy tu jeszcze chcieli powtórzyć: „Szczęśliwej drogi! Do widzenia!” – serce tak się jakoś ścisnęło dziecinnie, że mi, staremu wstyd było samego siebie…

A! są wiekuiste nałogi sercowe, z których nawet starość nie leczy! Uczułem się przybity, znużony nim jeszcze rozpocząłem podróż, samą myślą tej podróży, a gdy para przeraźliwym świstem dała znak do odjazdu, wsunąłem się do wagonu z bólem w duszy (…)[3]

W dniu 26 maja 1858 roku Kraszewski zostaje uroczyście przyjęty na członka-korespondenta Krakowskiego Towarzystwa Naukowego. Niemniej jednak, głównym celem jego podróży są Włochy, o czym pisze tak: „(…) widziałem je dobrze; mniej Francję i Niemcy, wszakże i tu galerie i biblioteki w Wiedniu, w Dreźnie, w Lipsku, Frankfurcie, Brukseli, Paryżu przeglądałem starannie (…). Rysunków z natury mam kilka albumów i palę się do malarstwa teraz, ale mi czasu brak.[4]

Pobyt w słonecznej Italii skutkuje przyjęciem w dniu 10 lipca na publicznej audiencji u papieża Piusa IX. Spotkanie to nie należy do przyjemnych, gdyż Kraszewski słyszy z ust Głowy Kościoła naganne zainspirowaną przez księży zmartwychwstańców. Duchowni poddają w wątpliwość moralność jego dzieł. W liście do Pauliny Wilkońskiej***, Kraszewski pisze:

Mowa ta, która trwała bardzo długo i była ostra dosyć, przejęła mnie boleśnie, tym bardziej, że była przy świadkach i upokarzała (…). Ani jednego słowa nie odpowiedziałem, bom nie śmiał dyskutować, a czułem, że to, co ojciec św. mówił, było mu podyktowane, i łatwo mi było domyśleć się, przez kogo… Widoczna była rachuba ojców naszych, aby tym strachem zmusić mnie do poddania się ich kierunkowi, lecz w rzeczach życia i postępowania mojego nie zwykłem z siebie zrzucać odpowiedzialności na drugich. Ale wieść zaraz gruchnęła po Rzymie, a żem ja pozostał milczący i niepokonany, wnet zwrócono się do mnie, chcąc się tłumaczyć. Krok uczyniony na próbę, czy się nie uda mnie opanować, nie udał się, i oto cała historia.[5]

Podróżując po Europie Józef spotyka się z ludźmi ze środowiska naukowego i artystycznego. I tak we Florencji dochodzi do spotkania z Teofilem Lenartowiczem, natomiast w Genui – z historykiem literatury, Michałem Wiszniewskim. Z kolei w Paryżu spotyka Józefa Bohdana Zaleskiego, Władysława Mickiewicza (przyp. najstarszy syn Adama Mickiewicza), Konstantego Gaszyńskiego, Cypriana Kamila Norwida oraz malarzy – Juliusza Kossaka i Henryka Rodakowskiego.  W Paryżu Józef otrzymuje także pierścień od emigracji polskiej.

 

Fragment skały Kraszewskiego nad Teterewem. Był to ulubiony cel przechadzek Pisarza w okolicy Żytomierza

 

W 1859 roku Józef Kraszewski ponownie popada w konflikt ze szlachtą. Powodem jest wystawiona w Teatrze Żytomierskim komedia pod tytułem Stare dzieje, jak również krytyka obojętności kulturalnej szlachty oraz złego traktowania chłopów, której dokonuje w formie dwóch Listów zamieszczonych w Gazecie Warszawskiej. Fakt ten sprawia, że od tej pory Kraszewski uchodzi za „czerwonego”. Coraz częściej Pisarza atakuje też prasa konserwatywna. Ostatecznie Józef zrzeka się wszelkich godności obywatelskich i zrywa kontakty ze środowiskiem wołyńskim. Po latach swój pobyt w Żytomierzu wspomina następująco:

(…) Jednym z najcięższych był ów popas w Żytomierzu, na Wołyniu, na kuratorstwie gimnazjum, które musiałem objąć po p. M. Pr., ustępującym niechętnie, a miałem przy tym równie niechętnych urzędników gimnazjalnych, poczynając od p. dyrektora. Potrzeba było najgrzeczniej w świecie o wszystko prowadzić walkę i wszędzie spotykać opór, nieżyczliwość, zawiść, pokątne intrygi. Dla szkoły, mimo najlepszych chęci, niewiele zrobić było można, a stosunki towarzyskie składały się wcale nieprzyjemnie. Miasteczko miało naówczas dosyć życia i było w pewnych porach roku zaludnione, ruchawe, bawiło się, ściągało z prowincji ku sobie. Mieliśmy nawet teatr, który szlachta swoim kosztem podtrzymywała. Wszystko to razem jednak nie wychodziło z rozmiarów i charakteru małego miasteczka, i życie miało wszystkie cechy właściwe tego rodzaju zbiorowiskom ludzi, które nie mają ani dogodności, ani przyjemności miast wielkich, a wszystkie ich niedogodności i nieprzyjemności podnoszą do najwyższej potęgi. Jak się tu na gromadki, grupki, kółka dzieliło to społeczeństwo zbiegłe z przeróżnych stron świata, jak na siebie z ukosa patrzono, odgadywano i obgadywano, jak się zbliżano i dzielono, domyśleć się łatwo (…)[6]

Fakt osiedlenia się na stałe w Warszawie jest już bardzo bliski. We wrześniu 1859 roku Kraszewski obejmuje funkcję redaktora Gazety Codziennej, której właścicielem jest baron Leopold Kronenberg. Po kilku miesiącach liczba prenumeratorów znacząco wzrasta. Niemniej jednak, wrzesień i październik tegoż roku to miesiące, które przykuwają Pisarza do łóżka z powodu choroby.

 



* Apollo Korzeniowski (1820-1863) – polski pisarz, poeta i autor dramatów

** Józef Konrad Korzeniowski (1857-1924) – pisarz i publicysta polskiego pochodzenia, tworzący w języku angielskim jako Joseph Conrad

*** Paulina Wilkońska (1815-1875) – jedna z pierwszych Polek zarabiających na życie pracą literacką; tłumaczka i redaktorka, autorka wielu romansów historycznych oraz powieści współczesnych, a także tekstów publicystycznych, pamiętników, jak również listów

[1] J. I. Kraszewski, Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy, Wyd. LSW, Warszawa 1985, s. 155.

[2] J. I. Kraszewski, Kartki z podróży 1858-1864, Wyd. PIW, Warszawa 1977, s. 7.

[3] Ibidem, s. 9.

[4] A. Trepiński, Józef Ignacy Kraszewski, Wyd. PWN, Warszawa 1975, s. 127.

[5] Ibidem, s. 127-128.

[6] J. I. Kraszewski, Pamiętniki, Wyd. Ossolineum, Wrocław 1972, s. 360.

 

 

źródło zdjęć: własne

 

prawa autorskie zastrzeżone

wtorek, 26 czerwca 2012

 

Praca zbiorowa

 

       Zatrute pióra

 

      Antologia kryminału



 

 

Wydawnictwo: REPLIKA
Zakrzewo 2012

 

 

 

Na przestrzeni ostatnich lat wydawnictwa coraz częściej proponują swoim czytelnikom antologie opowiadań stworzone przez grupy zaprzyjaźnionych ze sobą autorów. Niekiedy zdarza się też, że dany pisarz postanawia nagle odpocząć od kreowania powieści, a zamiast tego skupia się na krótkiej formie literackiej, jaką jest właśnie opowiadanie. Tego rodzaju prace zbiorowe mogą koncentrować się na jednym konkretnym temacie, jak na przykład miłość, groza, sensacja, czy po prostu życie. Mogą również tworzyć zbiór tekstów, które nie wykazują ze sobą żadnego związku. Wszystko zależy od inwencji twórczej osób opracowujących daną antologię. Czy taka forma jest lepsza od kilkuset stronicowych powieści? Myślę, że na to pytanie każdy czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam, gdyż jest to tylko i wyłącznie rzecz gustu danej osoby. Niemniej, należy pamiętać o jednym. Otóż, jak mawiają pisarze, istnieje spora różnica pomiędzy pisaniem powieści a tworzeniem opowiadania. Jednak fakt ten wcale nie oznacza, że opowiadania są gorsze. Są one tak samo dobre, tylko krótsze.

Jakiś czas temu jedenastu zaprzyjaźnionych ze sobą polskich pisarzy zafascynowanych kryminałem postanowiło stworzyć antologię opowiadań. I tak oto powstał zbiór krótkich teksów, których motywem przewodnim jest zbrodnia. Jak wiadomo towarzyszy ona światu od zarania dziejów. Trudno jednoznacznie stwierdzić co takiego ma w sobie Zło, że od zawsze fascynuje ono człowieka. Jedni z nim walczą, a inni bezwarunkowo mu się poddają. Podobnie rzecz ma się w przypadku literatury. Pisarze wciąż opisują rozmaite warianty przestępstw i kar, które są ich skutkiem. Ukazują przestępstwa wynikające z premedytacji, a także te popełnione w afekcie.

Jak już wspomniałam powyżej Zatrute pióra to antologia jedenastu opowiadań, których Autorami są:

  1. Anna Klejzerowicz – Zatruta krew
  2. Krzysztof Koziołek – Recepta
  3. Romuald Pawlak – Wakacjusz
  4. Agnieszka Lingas-Łoniewska – Sprawiedliwość i zemsta
  5. Gaja Grzegorzewska – Zabawy przy torach
  6. Marcin Pilis – Transakcja
  7. Robert Ostaszewski – Ostatnia kołysanka
  8. Joanna Jodełka – Krew jest osobliwym sokiem
  9. Jacek Skowroński – Efekt domina
  10. Agnieszka Krawczyk – Memento
  11. Lucyna Olejniczak – Spokojnie, kochanie…

Autorzy poszczególnych opowiadań dotykają rozmaitych problemów, którym zawsze towarzyszy zbrodnia popełniana z żądzy zemsty. Jak twierdzi Anna Klejzerowicz w przedmowie do antologii, czytelnik znajdzie tutaj „najróżniejsze podgatunki kryminału: społeczny, obyczajowy, gangsterski, z wątkiem historycznym, kryminał z przymrużeniem oka, a nawet dreszczowiec w stylu Alfreda Hitchcocka.

W niektórych przypadkach żądza zemsty jest tak ogromna, że bohaterowie nawet po wielu latach wracają do miejsc, gdzie wyrządzono krzywdę albo im samym, albo też ich przodkom.

– I co teraz? Chcesz mnie zabić?

To miał być gorzki żart. W tamtym momencie jeszcze w to nie wierzyła. Dopóki… dopóki nie usłyszała odpowiedzi:

– Od dziecka. To był plan mojego życia. Nienawidziłem cię. Obserwowałem latami, jak cieszysz się moim domem, dobrze odżywiona krwią moich najbliższych. Podczas gdy ja tułałem się po przytułkach, tak samo jak mój ojciec. Który niczemu nie był winien, bo był wtedy dzieckiem! Tylko dzieckiem! – mówiąc to, krążył wokół kuchni, raz po raz mocno uderzając pięściami o meble.[1]

Nie będę w tym miejscu szczególnie wyróżniać żadnego z opowiadań, ponieważ każdy tekst ma w sobie coś wyjątkowego. Wszystkie opowiadania prezentują niezwykle wysoki poziom, a niektóre z nich aż proszą się o rozwinięcie w powieść. Tak naprawdę nie może być inaczej, skoro w tym konkretnym przypadku za pióro chwycili Autorzy, dla których pisanie nie jest czymś nowym. Trzeba wiedzieć, że każdy z nich ma na swoim koncie także inne udane publikacje.

W antologii można spotkać również opowiadania traktujące o zbrodni dokonanej na tle politycznym, czy też w odwecie za swoją marną egzystencję. Nie brak też elementów mafijnych. Pamiętajmy, że los niejednokrotnie potrafi też zadrwić z człowieka. Kiedy wydaje się, że panujemy nad sytuacją, nagle okazuje się, że śmieje nam się prosto w twarz. O tym możemy dowiedzieć się z opowiadania Autorki debiutującej na polu literatury kryminalnej, Lucyny Olejniczak.

– Mam dla pana dobrą wiadomość. Pani Dorota też wyszła cało z tego wypadku i nie mogła się doczekać, kiedy pan odzyska przytomność, żeby się z panem zobaczyć.

– Dorotka? Boże, co za ulga… – Górny uśmiechnął się z wdzięcznością do lekarki.

– Widzi pan? Cuda się zdarzają. Wiedziała, że się pan ucieszy. Jest przekonana, że to ten szeroki kapelusz uratował jej życie. Podobno to prezent od pana. Gratuluję.

– Kapelusz?!... – Górny z przerażeniem odchylił głowę do tyłu, przezwyciężając ból naruszonych kręgów szyjnych.

W drzwiach stała Dorota Górny, żona aktora, z zabandażowaną głową i szerokim uśmiechem na twarzy (…)[2]

Jestem przekonana, że w tej wyjątkowej antologii każdy miłośnik kryminału znajdzie coś dla siebie. Uważam, że dobrze się dzieje, iż pisarze coraz częściej sięgają po pióro, aby wspólnie tworzyć tego typu zbiory. Takie projekty bardzo zbliżają, natomiast w karierze zawodowej każdego pisarza pozostawiają ślad już na zawsze. W Zatrutych piórach Autorzy dawkują emocje stopniowo i niezwykle umiejętnie. Niektórzy piszą z humorem, zaś inni stwarzają klimat grozy. Ich bohaterowie są różnorodni, tak jak różne jest ich postępowanie. Nie brakuje im także problemów osobistych, które w pewien sposób rzutują na pracę, jaką wykonują. Niektórzy, aby osiągnąć cel, posuwają się do kłamstw. Ta heterogeniczność postaci może jedynie sprawić, że czytelnik niecierpliwie oczekuje dalszego ciągu.

Jako wielbicielka literatury obyczajowej, bardzo dobrze czułam się, czytając Zatrute pióra. Myślę, że jest to dowód na to, iż antologia świetnie sprawdzi się także w przypadku czytelnika, który na co dzień preferuje inny gatunek literacki. Z twórczością większości Autorów biorących udział w tym projekcie spotkałam się po raz pierwszy. Niemniej, jestem pewna, że dzięki tej antologii to pierwsze spotkanie na pewno nie będzie ostatnim.

Jak twierdzą sami Autorzy niniejszy zbiór należy dawkować sobie powoli, najlepiej czytając jedno opowiadanie dziennie. Oby w przyszłości powstawało więcej takich projektów, choćby w celu przekonania do siebie tych czytelników, którzy opowiadania nadal traktują po macoszemu.

Pamiętajmy, że opowieści zawarte w antologii to fikcja literacka powstała w wyobraźni poszczególnych Autorów. Jednak, to wcale nie oznacza, że niektóre z tych historii nie mogą wydarzyć się naprawdę…

 

Moja ocena: 5/6

 

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu

 

 



[1] A. Klejzerowicz, Zatruta krew [w:] Zatrute pióra, Wyd. Replika, Zakrzewo 2012, s. 38.

[2] L. Olejniczak, Spokojnie, kochanie…, op. cit., s. 312.

 

źródło okładki

 

prawa autorskie zastrzeżone



sobota, 23 czerwca 2012

 

Joanna Opiat-Bojarska

 

               Blogostan

 

 

Wydawnictwo: REPLIKA
Zakrzewo 2012

 

 

Czy ktokolwiek z Was, Kochani Czytelnicy, zastanawiał się kiedyś, jak wyglądałoby nasze życie, gdyby nagle jakaś niewidzialna siła odcięła nam dostęp do Internetu? Czy bylibyśmy w stanie nadal funkcjonować w taki sam sposób, jak dotychczas? Wydaje mi się, że byłoby to niezwykle trudne, wręcz niewyobrażalne. Podobnie jak nie umielibyśmy już żyć bez telefonów komórkowych. Jak podają fachowe źródła Internet to największy zbiór wszelkich informacji, a także usług, jaki w ogólne pojawił się w dziejach ludzkości. Użytkownicy Internetu są w stanie nie tylko porozumiewać się ze sobą, ale również przy jego pomocy prowadzić badania, współpracować oraz bardzo szybko zawierać wszelkiego rodzaju transakcje handlowe, nawet będąc poza granicami danego kraju. Mogą to czynić z wielką swobodą i bez żadnych ograniczeń.

Wraz z rozwojem Internetu coraz bardziej popularne zaczęło stawać się pisanie blogów. Niegdyś traktowane były one jako tak zwane pamiętniki internetowe, jednak w miarę upływu czasu ich charakter zaczął się zmieniać. I tak oto w naszej blogosferze możemy spotkać: blogi osobiste, blogi opisujące otaczający nas świat, blogi zawodowe, blogi relacyjne oraz blogi hobbistyczne, jak na przykład nasze blogi o książkach.

Tyle teorii. Teraz przejdźmy do kwestii bardziej praktycznej. Autorzy blogów nierzadko traktują je jako swoje wirtualne dzieci. Dopieszczają je, dbają o to, aby regularnie wstawiać kolejne posty, nawiązują wirtualne znajomości ze swoimi czytelnikami, skrupulatnie sprawdzają statystyki wejść oraz pozostawionych komentarzy. Bardzo często też zgłaszają swoje blogi do różnego rodzaju konkursów. Niby nie ma w tym niczego złego, bo przecież każda forma kontaktu z drugim człowiekiem jest dobra, a kiedy dodatkowo sprawia nam to radość i dzięki temu czujemy się szczęśliwi, to czego można chcieć więcej?

Jednak nie zapominajmy, że Internet i blogosfera mogą też okazać się dla nas niezwykle niebezpieczne. Nawet nie spostrzeżemy się, kiedy wciągnie nas niczym bagno, z którego nie ma już powrotu. Zaczniemy zaniedbywać wszystkie te dziedziny życia, które do tej pory były dla nas priorytetowe. Tak bardzo się uzależnimy, że w pewnym momencie zatracimy granicę pomiędzy światem realnym a wirtualnym. W naszych głowach będzie kotłować się tylko jedna myśl: Muszę pisać bloga. Muszę pisać bloga. Muszę pisać bloga…

Sylwia Michalak to młoda dziewczyna, która stosunkowo niedawno podjęła pracę w jednej z agencji nieruchomości. Jej życie osobiste teoretycznie nie wygląda źle. Ma chłopaka, który może jest nieco szalony, ale ona bardzo go kocha i nie wyobraża sobie życia bez niego. Jest gotowa zrobić dla Patryka wszystko, aby tylko był przy niej. W pracy również nie idzie jej źle. Szef ją docenia, choć z wypłatą wynagrodzenia różnie bywa. Jak dziewczyna sama się nie upomni, to raczej marne szanse, aby na konto wpłynęła kwota zawarta w umowie. Koledzy z biura też są raczej w porządku. Kiedy trzeba pomogą. Kiedy trzeba pożartują. Życie rodzinne też niczego sobie, pomimo że dziewczyna ma tylko matkę, bowiem ojciec odszedł od nich, gdy Sylwia była jeszcze bardzo małą dziewczynką. W dodatku niespodziewanie w jej życiu pojawia się nigdy niewidziany przyrodni brat. Niemniej jednak dziewczyna czuje, że pomimo tego czegoś jej brakuje. W jej życiu jest jakaś pustka. W takim razie, w jaki sposób ją zapełnić? Może założyć bloga? Tak, to jest bardzo dobry pomysł. Więc do dzieła!

Mam na imię Sylwia. Jestem radosną dziewczyną, która stoi na progu dorosłości. Za chwilę zacznę piąć się po szczeblach kariery. Skończyłam studia i po dwóch latach poszukiwań znalazłam wymarzoną pracę. W końcu! Mam też wyśnionego faceta i mnóstwo innych marzeń do spełnienia… Zapraszam was do swojego świata. Będzie się działo…[1]

I tak oto Sylwia staje się blogerką. Pisze praktycznie o wszystkim i wszędzie. W sieci dzieli się z innymi swoimi uczuciami, pomysłami, marzeniami. Jej blog z dnia na dzień zyskuje popularność. Jest tak dobry, że bardzo często poleca go Redakcja, co skutkuje ogromną ilością wejść. Blog dziewczyny ma coraz więcej czytelników, którzy zostawiają pod wpisami swoje komentarze. Jedni są mili, inni złośliwi, jak to w Internecie. W końcu dochodzi do tego, że Sylwia traci nad tym kontrolę i wpada w obsesję. Pisanie bloga to tak naprawdę jedyna rzecz, która ją interesuje. Nie zauważa nawet, że jej prawdziwe życie zmienia się, aby już niedługo zadać cios. Tworzenie bloga pochłania niemal cały jej czas. Pisze w pracy, pisze w domu, pisze nawet podczas rodzinnego obiadu. Zdarza się, że nie śpi po nocach, gdyż obserwuje statystyki i czyta komentarze, a potem na nie odpisuje. Na bieżąco dzieli się z czytelnikami swoimi uczuciami, spostrzeżeniami, prosi o rady. Mogłaby nie jeść, nie spać, bo przecież oprócz Patryka, to blog jest najważniejszy.

Niedziela, godzina 13.30.00. Melduję, że jestem już na miejscu. Zainstalowałam stanowisko obserwacyjne. :) Przyniosłam swojego laptopa. Ustawiłam na stole w kuchni. Powiedziałam mamie, że prowadzę ożywioną korespondencję z klientem, który zamierza kupić mieszkanie. „W niedzielę?” – mama popatrzyła na mnie zgorszona. No sorry. Takie czasy. Świątek, piątek czy niedziela, o klienta się dba! Zwłaszcza w tym zawodzie, zwłaszcza w piątek, świątek i niedzielę, gdy klient kończy pracę i znajduje chwilę na poszukiwanie mieszkania…

Stop.

Nie będę pisać o pracy w niedzielę. :)

Uznałam, że taka wymówka będzie jedyną właściwą dla mojej mamy. Tak więc udekorowałam stół. Mama podgrzała buraczki i zrazy. Wiedziałam, że zrobi zrazy! Ustawiła na płycie elektrycznej garnek, w którym podgrzewać ma domowe, własnoręcznie przygotowane pyzy! Zapowiada się uczta. Teraz siedzimy odświętnie ubrane i czekamy na Tomasza. Biedna mama stresuje się niesamowicie… A ja umieram z ciekawości.[2]

Książka sama w sobie nie stanowi może jakiegoś nadzwyczajnego dzieła literackiego, ale chyba jednak nie to było zamiarem Autorki. Niemniej, kiedy przyjrzymy się tej historii „z bliska”, dostrzeżemy w niej pewną mądrość, gdyż według mnie Joanna Opat-Bojarska porusza tutaj problem, o którym wielu z nas boi się nawet pomyśleć, a co dopiero przyznać się do niego i dyskutować. Autorka pokazuje do czego w konsekwencji może doprowadzić uzależnienie od Internetu i od prowadzenia bloga. Myślę, że tę książkę można potraktować jako tekst napisany ku przestrodze dla nas, blogerów. Jak często tracimy rozeznanie pomiędzy tym, co jest sztuczne i wirtualne a tym, co prawdziwe i ważne? Te dwa światy mieszają się w naszej świadomości, ostatecznie doprowadzając do sytuacji, z których nie ma już wyjścia.

Historia Sylwii Michalak, to opowieść niezwykle smutna, wręcz tragiczna. Pomimo że dziewczyna ma wokół siebie bliskie osoby, to jednak gdzieś w duszy czuje się samotna i właśnie to staje się powodem do założenia bloga. To w Internecie szuka zrozumienia, wsparcia, a niekiedy nawet współczucia. Tylko zapomina o najważniejszym. Wirtualni znajomi nigdy nie będą w stanie pomóc jej w najtrudniejszym momencie jej życia. Przeczytają wpis, skomentują i odejdą do swoich obowiązków. Być może powrócą nazajutrz w oczekiwaniu na kolejny post.

Jako czytelnik odbieram tę powieść jako jedną z tych, które są nam potrzebne, żeby sprawić, abyśmy mogli zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad tym, co robimy i ile tak naprawdę znaczy dla nas pisanie bloga? Czy przypadkiem nie jesteśmy już od tej czynności uzależnieni? Oczywiście, wiele osób może być niezadowolonych, czytając tę książkę, twierdząc, że to ich nie dotyczy. Pamiętajmy jednak, że do uzależnienia trudno jest się przyznać nawet przed samym sobą, a co dopiero przed innymi. Wbrew pozorom ta książka nie jest adresowana jedynie do osób aktywnie funkcjonujących w sieci i piszących blogi. Nie zapominajmy, że Internet to narzędzie, które powszechnie używane jest przez ludzi młodych. Tak więc z powodzeniem książka ta może być także przeznaczona dla rodziców jako pewnego rodzaju poradnik i ostrzeżenie.

Wystawiam tej powieści najwyższą ocenę przede wszystkim za przekaz oraz za problem, jaki został w niej poruszony. Chciałabym też zwrócić uwagę na jeszcze jedną niezwykle istotną rzecz, która również stanowi przekaz tej powieści. Otóż, czy nie zauważyliście, że największe wzięcie w sieci mają blogi kontrowersyjne, a także blogi, na których można przeczytać o ludzkich tragediach? Natura człowieka już taka jest, że ciągnie nas tam, gdzie mamy do czynienia z sensacją. Im blog pikantniejszy, tym więcej czytelników go odwiedza i komentuje, zaś jego autor, aby zyskać na popularności świadomie będzie tworzył wpisy, które wielokrotnie celują albo w innego blogera, albo też w osobę powszechnie nam znaną. Zastanówmy się, czy naprawdę właśnie o to chodzi w prowadzeniu bloga? Czy naprawdę jedynym sposobem na zwielokrotnienie liczby czytelników jest pobudzanie ich do negatywnych emocji?

Mam nadzieję, że ta powieść zostanie w większości odebrana pozytywnie. Nie będę pisać, że jestem nią zachwycona, ponieważ z uwagi na jej fabułę przymiotnik „zachwycona” byłby tutaj nie na miejscu. Jednak mogę stwierdzić, że w moim przypadku książka spełniła swoje zadanie w stu procentach. Przede wszystkim dała mi wiele do myślenia. Mam też nadzieję, że być może Autorka zdecyduje się kiedyś dopisać drugą część, ponieważ nijak nie potrafię pogodzić się z zakończeniem tej powieści.

A w jaki sposób Wy, Kochani Czytelnicy, traktujecie swoje blogi? Czy macie do nich dystans, czy może podobnie jak Sylwia, nie potraficie bez nich żyć i poświęcacie na ich pisanie każdą chwilę, bez względu na wszystko?

 

 

Moja ocena: 6/6

 

 

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu


 

Jeżeli chcecie poznać bloga Sylwii, to zapraszam Was tutaj

Blog Autorki

źródło okładki



[1] J. Opiat-Bojarska, Blogostan, Wyd. Replika, Zakrzewo 2012, s. 11.

[2] Ibidem, s. 269.



 

prawa autorskie zastrzeżone

czwartek, 21 czerwca 2012

 

Na początek wróćmy do pytania postawionego w poprzednim wpisie dotyczącym cyklu Czwartki z Kraszewskim. Czy wybór Józefa Kraszewskiego na katedrę literatury polskiej i powszechnej na Uniwersytecie Jagiellońskim jest słuszny i trafny? Otóż, jak najbardziej. Na rynku krajowym nie ma żadnego należycie przygotowanego historyka literatury, który byłby w stanie sprostać obowiązkom, jakie niesie ze sobą objęcie niniejszego stanowiska. Wśród potencjalnych kandydatów pretendujących do tej posady pozostają jedynie przedstawiciele literatury pięknej, a więc w najlepszym razie dyletanci i amatorzy, lecz nie fachowcy oraz znawcy tej gałęzi nauki. Tak więc wobec braku możliwości ściągnięcia poważniejszej osobistości literackiej z emigracji spośród pisarzy stojących do dyspozycji, najbardziej znane i darzone szacunkiem jest nazwisko Kraszewskiego, ponieważ jest on nie tylko twórcą w beletrystyce celującym ogromną skalą wyobraźni fabularnej oraz umiejętności pisarskiej, lecz posiada także pewien dorobek naukowy w zakresie historyczno-literackim, czego przykładem są Studia literackie (1842), jak i Nowe studia literackie (1843).

Dla samego Kraszewskiego zaproszenie to stanowi przede wszystkim przyjemną oraz mile powitaną niespodziankę. Józef czuje się na siłach sprostać zadaniu, a także nowemu powołaniu, co nie tylko uderza w jego życiowe ambicje, ale również odpowiada jego planom rodzinnym, otwierając tym samym możliwość kształcenia dzieci w doskonałym ośrodku naukowo-oświatowym. Niemniej jednak, z drugiej strony Józef dość lekko i niefrasobliwie podchodzi do przyszłych obowiązków i nie traktuje sprawy profesjonalnie w kategoriach stałej zmiany zawodu oraz całkowitego poświęcenia się nauce i nauczaniu, lecz z góry zakłada, że w relatywnie niedługim czasie, na przykład po wykształceniu potomstwa, powróci do wolnego zawodu literackiego lub nawet do zajęć ziemiańskich.

W jednym z listów Kraszewski pisze, że „przyjemną mu była wiadomość, że został mianowany profesorem literatury polskiej na Uniwersytecie w Krakowie”, lecz jednocześnie zaznacza: „Nie ekspatriuję się jednak, jest to tylko czasowe [zajęcie]. Skończę na profesurze, jak widzisz, ale bądźcie zdrowe, powieści”. Natomiast w nieco późniejszym liście wyłuszcza sprawę tak: „(…) i to prawda, żem wezwany przez Uniwersytet Krakowski, i że to wezwanie przyjąłem. Jeśliby mi rząd nasz pozwolił zająć katedrę, pojechałbym na lat kilka do Krakowa z dziećmi i popracował jeszcze”.[1]

Kraszewski wysyła też do rektora Uniwersytetu obszerne pismo, w którym wyraża zgodę na przyjęcie katedry. Jednak po otrzymaniu deklaracji Pisarza, nie od razu zostają podjęte działania mające na celu dalsze prowadzenie sprawy. Nie można jednoznacznie stwierdzić, co tak naprawdę powoduje ten zastój. Być może stoi za tym sam dziekan Wydziału Filozoficznego, profesor astronomii, Maksymilian Weisse, zatwardziały Austriak i zacięty germanizator oraz wielbiciel dawnego systemu policyjnego. Ostatecznie jednak sprawa prowadzona dotąd przez Wincentego Pola przechodzi w ręce kolejnego admiratora talentu i osoby Kraszewskiego, czyli niejakiego Józefa Kremera. Ze względów taktycznych łączy on opracowany przez siebie elaborat i uzasadnienie wniosku o mianowanie Józefa Kraszewskiego profesorem z drugim wnioskiem powierzenia Tomaszowi Bratrankowi nieobsadzonej jeszcze katedry germanistyki po profesorze K. Weinholdzie.

 

 

 

 

Józef Kremer

(1806 - 1875)

 

 

 

 

 

 

 W zgodnym chórze uniesienia panującego w Krakowie odnośnie powierzenia katedry Kraszewskiemu, chłodną postawę w tej kwestii zachowuje jedynie Lucjan Siemieński (poeta, pisarz, krytyk literacki i tłumacz), który w liście do Józefa śle dość pesymistyczną ocenę krakowskiego środowiska naukowego:

Chodziła tu wieść, że Pan miałeś zostać profesorem literatury polskiej w Krakowie. Winszuję, jeżeli to prawda, ale winszuję Uniwersytetowi, nie zaś Panu, mam bowiem to przekonanie, że w tej smutnej, grobowej dziurze ludziom opadają ręce. Ale nie bierz Pan tego na serio, może to tylko przywidzenie lub uprzedzenie moje. To pewna, że nie znam miejsca mniej przyjaznego dla literata jak Kraków, tu bowiem umysły w odrętwieniu z niczym nie sympatyzują, nic ich nie porywa, nie zapala. Jeżeli masz Pan tu przyjechać, rad bym, abyś tego doznał. Wreszcie ja, człowiek z innej atmosfery, może zbyt surowo sądzę. Bądź co bądź, pragnąłbym widzieć Pana między nimi, jest to życzenie cokolwiek samolubne, życie umysłowe może by się cokolwiek podniosło i dla nas.[2]

Sprawa powołania Kraszewskiego nabiera także dużego rozgłosu w oświeconych sferach społeczeństwa, które nie tylko oczekuje w napięciu na wynik sprawy, lecz również w miarę swych możliwości udziela jej poparcia. Choć kwestia wygląda na bezsporną, to jednak niemalże natychmiast po dotarciu do Wiednia zaczyna się mocno komplikować. Od stolicy Austrii wieje chłodem i następuje wzrost tendencji absolutystyczno-centralistycznych, a wraz z nim zarysowuje się wyraźny kurs antyuniwersytecki, który w żaden sposób nie sprzyja odradzaniu się, natomiast sama pozycja umiarkowanie liberalnego Thuna ulega osłabieniu. Fakt ten sprawia, że Uniwersytet Jagielloński zmuszony jest przesłać dokładniejszą deklarację kandydata odnośnie objęcia katedry, która powinna zostać poparta odpowiednim oraz uzyskanym przez niego pozytywnym oświadczeniem rządu rosyjskiego. Sytuacja ta nie wróży niczego dobrego. W taki sam sposób podchodził do tego także sam Kraszewski, pamiętając wciąż doświadczenia z roku 1837, kiedy ubiegał się o objęcie katedry na Uniwersytecie w Kijowie.

Niemniej jednak list od Józefa Kremera sprawia, że Kraszewskiego ogromnym pesymizmem napawa myśl w kwestii dalszego rozwoju sprawy, gdyż pisze:

Dziś przyszedł list od Kremera z Krakowa, a z niego mi się zdaje, że austriacki minister oświecenia, acz nie oporny mojemu nominowaniu (…), nie bardzo mu i rad. Widzę, że i to się rozerwie, będzie to ostatnia moja próba wejścia w służbę publiczną i życie wygodniejsze, jeżeli mi naznaczono skończyć, jak zacząłem mój zawód – to wola Boga.[3]

Pomimo iż Kraszewski zdaje sobie sprawę z beznadziejności sytuacji, to jednak pod rosnącą presją zachęceń i wezwań z różnych stron oraz ukazywania mu wyższych racji społecznych, po kilku miesiącach przygnębienia, z samym początkiem roku 1852 Józef podejmuje z Hubina energiczne działania, idąc po myśli usilnych starań ks. Jerzego Lubomirskiego w sferach urzędowych wysokiego szczebla w stolicy Austrii oraz jego nalegań na krakowskie władze akademickie „do zrobienia przedstawienia do Wiednia, gdyż tam na to tylko czekają”. Najprawdopodobniej nie chodzi tutaj o nowy wniosek w sprawie Kraszewskiego, ile o poparcie i uzupełnienie starego.

Aktywnie działający zarówno w środowisku warszawskim, jak i krakowskim, Aleksander Przeździecki, w pełni podziela przekonanie, że w ogólnym interesie społecznym leży, aby Kraszewski przynajmniej przez kilka lat zajął taką katedrę literatury jak krakowska. Ostatecznie Józef, będąc pod presją szeregu czynników bierze się energicznie do działania. W myśl nadesłanych z Krakowa przez Kremera instrukcji, przesyła do Uniwersytetu deklarację o swym poprawnym oraz lojalnym stosunku do Rosji. W celu uzyskania od rządu odpowiedniego pisma Kraszewski zwraca się o pomoc i poparcie do arcybiskupa metropolity mohylewskiego Ignacego Hołowińskiego, który decyzję objęcia katedry w liście do Józefa pochwala i zaznacza:

(…) to dla Ciebie i dla Twoich prac będzie z wielkim pożytkiem, bo duch porządku i wiary zyska tam przez Twoją bytność, bo prócz pożytku młodzi my wszyscy skorzystamy z umieszczenia takiego jak Ty pracownika przy takich zabytkach naszej przeszłości, bo edukacja Twoich dziatek tego potrzebuje (…) Prawdziwie winszuję więcej Krakowowi jak Tobie, a podziwiam arcymądre i ludzkie postępowanie austriackiego rządu.[4]

Po otrzymaniu listu zwrotnego od Józefa Kraszewskiego, Hołowiński odbywa poważną rozmowę z ministrem oświaty, podczas której składa obszerną notatkę dotyczącą osoby Pisarza oraz sprawy objęcia przez niego katedry. Relacja z przebiegu owego spotkania zostaje przesłana Kraszewskiemu, co napełnia go optymizmem. Niemniej, Józef nie ma pojęcia, że fakt ten nie ma w sobie realnego pokrycia, a cała ta akcja to tylko odgrywana przed nim komedia. Równocześnie z niniejszą akcją Kraszewski podejmuje też starania o zdobycie urzędowego cyrografu, który ma otworzyć mu drogę do katedry. Chociaż wszelkie czynności wprowadzenia sprawy w tryby urzędowego działania zostają przez Pisarza puszczone w ruch, to jednak on sam nie bardzo liczy na pozytywne ich efekty. Wśród tego pesymizmu pojawiają się niekiedy przebłyski otuchy i nadziei na pomyślne załatwienie swego powołania, co sprawia, że zaczyna nawet myśleć o konieczności przygotowania wykładów. Tak więc z początkiem maja 1851 roku w raptularzu zamieszcza taki oto zapis:

(…) Będę miał w Krakowie, jeśli tam będę, osiem godzin lekcji na tydzień, 4 literatury polskiej, a 4 powszechnej – niemało. Z literatury powszechnej czytałbym o Dancie pierwsze półrocze. Z polskiej o pieśniach i literaturze gminnej, to jest o klechdach, pieśniach i podaniach w związku z chwilą, gdy ze Słowiańszczyzny wywiązała się nowa narodowość, porównywałbym pieśni ludowe z innymi. O Dancie obszernie, semestr wystarczy, bo Dant to epoka cała i średniowieczna chrześcijańska poezja (…)[5]

Do połowy roku 1852 listy, które Józef Kraszewski otrzymuje od Józefa Kremera są pełne optymizmu i ciepłych słów, lecz poza frazeologią przynoszą zbyt mało konkretów. W miarę swych niewielkich możliwości czynniki krakowskie istotnie podejmują wysiłki, by przyśpieszyć nominację. Niemniej jednak, od lata 1852 roku listy Kremera nie są już tak optymistyczne. Nutę pesymizmu maskuje nadzieja pokonania tworzących się trudności. Mówi się już o włączeniu do działania wiedeńskiego ministerstwa spraw zagranicznych oraz czynników administracyjnych, co nie może wróżyć niczego dobrego. Kremer łagodzi te niepomyślne wieści zapewnieniami o skuteczności interwencji u namiestnika Galicji, Agenora Gołuchowskiego oraz wiarą w osobiste zbadanie sprawy przez Kremera w ministerstwie wiedeńskim. Pod koniec lipca tegoż roku Kremer przekazuje Kraszewskiemu hiobową wieść, iż nominacja napotyka trudności nie do przezwyciężenia. Od tej chwili następuje roczna przerwa w korespondencji, po czym 20 sierpnia 1853 roku w niezwykle zawoalowanej formie Kremer przesyła lakoniczną wiadomość, która ukazuje „nowy porządek i ład” zaprowadzony 1 stycznia 1853 roku na Uniwersytecie oraz jego smutne konsekwencje.

Upadek kandydatury Józefa Kraszewskiego latem 1852 roku nie jest przypadkowy i zbiega się w czasie ze znamiennymi wydarzeniami w obydwu galicyjskich uniwersytetach, które próbują się repolonizować. Na Uniwersytecie Jagiellońskim następuje drastyczne pozbawienie go autonomii oraz usunięcie czterech wybitnych profesorów, za czym idzie germanizacja uczelni. Z kolei na Uniwersytecie Lwowskim mają miejsce drakońskie działania względem katedry literatury polskiej, czyli usunięcie Jana Szlachtowskiego za zbyt narodowe i wolnościowe dążenia podczas Wiosny Ludów, a następnie niedopuszczenie wybranego na to stanowisko Augusta Bielowskiego jako podejrzanego i więzionego za działalność spiskową w latach młodości.

Nieodpuszczenie Józefa Kraszewskiego do katedry odbija się w kraju silnym echem. Zdawkowe okazują się być słowa pocieszenia przesłane przez niefortunnego protektora Hołowińskiego, zaś z Warszawy Aleksander Przeździecki dyplomatycznie wyraża żal z powodu utraty katedry, lecz jednocześnie także i radość, gdyż znów zabłysła nadzieja zatrzymania Kraszewskiego w Warszawie.

Niezwykle realistyczne spojrzenie na ten niespodziewany epilog katedralny rzuca w liście do Józefa już 20 sierpnia 1852 roku jedynie Lucjan Siemieński, pisząc:

(…) Uniwersytet będzie niemiecki, a zresztą nie czekały tu Pana rozkosze. Spokojne, błogie życie na wsi zamieniłbyś Pan na żywot pełny niepokoju, plotek, podstępów, zawiści, potwarzy, które podobnie jak Kochanowskiego „Zdrowie” dopiero stają się drogocennymi, gdy się uronią. Gdybym się mógł szeroko rozpisać, może bym i przekonał Pana, że to na dobre mu wyjdzie, że nie masz czego żałować. Jeżeli masz Pan zamiar osiąść w Warszawie, tedy ucieszyłoby to mnie, bo bliżej bylibyśmy siebie, wreszcie dla piszącego stolica zawsze więcej ma środków i pobudek. Podług wszelkiego podobieństwa Pol straci katedrę, będzie to dla niego cios wielki. Dałby Bóg, żeby go ominęła ta klęska. Wszakże nic jeszcze nie ma w tym pewnego, tylko głuche wieści i obawy (…)[6]

Niemniej jednak, Kraszewski nie zraża się niepowodzeniem i nie odcina się od Krakowa oraz jego kontaktów. Z kolei w listopadzie 1853 roku w Gazecie Warszawskiej poddaje ostrej krytyce marazm życia intelektualnego, jaki panuje pod Wawelem, a szczególnie zastój w ruchu wydawniczym. Krytyka ta wywołuje pewną konsternację oraz rozżalenie ze strony osób najbardziej zainteresowanych, co sprawia, że niebawem Pisarz dedykuje początek swej rozprawy pod tytułem Sztuka u Słowian, szczególnie w Polsce i na Litwie przedchrześcijańskiej, Krakowskiemu Towarzystwu Naukowemu połączonemu z Uniwersytetem Jagiellońskim „w dowód wysokiego szacunku dla prac Jego”.

Trzeba pamiętać, że wydarzenia te wcale nie osłabiają twórczej działalności Kraszewskiego, gdyż w tym czasie w Petersburgu wychodzi Ostatni z Siekierzyńskich. Historia szlachecka. Utwór dedykowany jest Władysławowi Syrokomli. Natomiast w Wilnie ukazuje się w dwóch tomach powieść pod tytułem Kordecki.

 

„Athenaeum" - pismo redagowane na wsi w latach 1840-1851. W roku 1852 ostatecznie przestaje wychodzić z powodu braku prenumeratorów.

 

Wygląda na to, że Kraszewski we wdzięcznej pamięci zachowuje osobę Józefa Kremera, gdyż dedykuje mu, pisaną w Hubinie w czasie katedralnych perypetii, powieść historyczną z czasów Stanisława Augusta pod tytułem Diabeł. Utwór najpierw drukowany jest w odcinkach w Gazecie Warszawskiej, a następnie wychodzi w Wilnie.

Rok 1853 to także dla Józefa i jego rodziny czas kolejnych zmian. Państwo Kraszewscy oddają Hubin w dzierżawę, zaś sami osiedlają się w Żytomierzu, będącym stolicą guberni wołyńskiej. Przy ulicy Berdyczowskiej zamieszkują we własnym domu. Wtedy też w Petersburgu ukazuje się w czterech tomach powieść Interesa familijne, zaś w Warszawie, również jako czterotomowe dzieło, drukiem wychodzi Złote jabłko.

 



[1] H. Barycz, Józef Ignacy Kraszewski czterokrotny kandydat do Katedry Uniwersyteckiej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1979, s. 40-41.

[2] Ibidem, s. 44.

[3] Ibidem, s. 46-47.

[4] Ibidem, s. 50.

[5] Ibidem, s. 51-52.

[6] Ibidem, s. 58-59.

 

źródło zdjęć: własne

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



 
1 , 2
Zakładki:
Blog istnieje od 13 kwietnia 2011 roku
Cykle Literackie
My thoughts about books and literature
Pomóżmy Ewie powrócić do normalnego życia - Akcja: BLOGI DAJĄ NOGI
Proszę nie kopiować tekstu bez mojej zgody (ustawa z dn. 4 lutego 1994r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
Troszkę z innej bajki
Tutaj często zaglądam
Ulubione Blogi Książkowe
Wszelkie komentarze, które swoją treścią będą obrażać osobę autorki bloga lub innych czytelników, a także autorów książek, zostaną natychmiast usunięte.
Wydawnictwa i Księgarnie
Wywiad ze mną na blogu Książki Zbójeckie


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?