Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
czwartek, 31 maja 2012

 

Pod koniec lat czterdziestych XIX wieku Józef Kraszewski wraz z rodziną przenosi się do Hubina położonego jedynie dwie mile od Gródka. Jest to poprzednia posiadłość Pisarza sprzedana w lipcu 1848 roku z terminem oddania po Nowym Roku 1849. Majątek ten to prześliczna ziemia wołyńska z hrabstwa horoszowskiego Tarnowskich. Zdaniem Kraszewskiego jest to „najlepszy folwark w kraju, gdzie wszystkie są dobre. Ma on 121 dusz 113 włók ziemi w łanach, a około stu korcy [wysiewu] pszenicy. Na gruntach [ma] osadę szlachecką, płacącą czynsze, 35 włók lasu, 50 sążni siana, dom tylko lichy”.[1]

Ten wyidealizowany obraz nowego majątku Józef nabywa za 165 tysięcy rubli, pomijając wszelkie opłaty skarbowe. Posiadłość bardzo szybko okazuje się być pięknym mirażem, dalekim od rzeczywistości. To wyimaginowane i spokojne ziemiańskie bytowanie ma jednak poważne cienie, gdyż na Pisarza bardzo szybko zaczynają spadać liczne klęski elementarne oraz rozmaite kłopoty gospodarcze, czego przykładem jest brak ludzi do pracy, a to z kolei nasuwa mu myśl osiedlenia się w mieście. Pragnienia te dodatkowo podsyca wyłaniająca się konieczność kształcenia dzieci w publicznych zakładach oświatowych. Ponadto dochodzą jeszcze kłopoty finansowe związane z wydawaniem Athenaeum, co zmusza Kraszewskiego do zaciągnięcia pożyczki na własny rachunek w celu dalszej publikacji pisma.

 

Hubin pod Łuckiem. Siedziba Kraszewskich w latach 1849-1853.
„Trzeba było do chaty, jaką tam zastałem, przylepić coś, dobudować, a para izb na książki jeszcze nie oschła i nie była wykończona, gdy wypadało jechać urzędować do Żytomierza." - J.I. Kraszewski

 

W tym samym czasie niespodziewanie pojawiają się widoki na uzyskanie już nie lektoratu, lecz katedry pierwszoplanowej i czołowej, co dla przyszłości kultury ojczystej jest niezwykle istotne. Katedrę literatury polskiej i powszechnej Józef Kraszewski ma objąć tym razem na Uniwersytecie Jagiellońskim, który w krótkim okresie liberalizacji kursu względem społeczeństwa polskiego pod zaborem austriackim, spontanicznie inicjuje wielkie dzieło swej odnowy naukowej i narodowej z ambitnym zamiarem zostania centralnym ośrodkiem wyższego kształcenia dla wszystkich ziem polskich.

Kwestia objęcia owej katedry wcale nie jest nowa. Jej kryzys zarysowuje się właściwie od chwili opuszczenia Krakowa w kwietniu 1848 roku i przeniesienia się do Włoch jej dotychczasowego profesora, Michała Wiszniewskiego. Problemy pojawiające się przy jej powtórnym obsadzeniu leżą w dwu zupełnie sprzecznych i antagonistycznych stanowiskach, jakie zajmują z jednej strony Uniwersytet, zaś z drugiej władze polityczne i oświatowe gubernialne i centralne we Lwowie i Wiedniu. Krakowska Uczelnia uważa za swoją powinność zapewnienie tej katedrze wybitnej osobistości, wpływowej i znaczącej w społeczeństwie, o poglądach niezależnych i patriotycznych. Wobec braku istotnych fachowców w tej dziedzinie znanej nie tylko z erudycji, ale także z talentu i ugruntowanej pozycji literackiej austriacka racja stanu wyraża swój sprzeciw, gdyż pragnie widzieć na tym stanowisku osobę bezbarwną pod względem politycznym i w pełni lojalną, jak również przeciętną naukowo oraz niewiele znaczącą społecznie, zaś dla polskich sfer naukowych możliwie obojętną. Przy tak rozbieżnym nastawieniu obydwu stron polską opinię, w tym także Uniwersytet, cechuje znaczne rozdwojenie, które dość wyraźnie zaznacza się na przełomie 1848/1849 roku, kiedy ma miejsce pierwszy etap obsadzania katedry. Radykalne koła młodzieży akademickiej wysuwają kandydaturę ruchliwego i oddanego sprawie niepodległości spiskowca oraz więźnia stanu, Lesława Łukaszewicza. Pod względem naukowym nie ma on żadnych merytorycznych uprawnień do objęcia katedry.

 

 

 

 

Michał Wiszniewski (1794 – 1865)

 

 

 

 

Czołowe władze akademickie oraz duchowi przywódcy odradzającej się Uczelni podejmują szczytną, lecz praktycznie nierealną decyzję dotyczącą sprowadzenia z Paryża samego Adama Mickiewicza, który uchodzi za nieprzejednanego wroga Austrii, organizując niedawno przeciwko niej Legion Polski we Włoszech. Takiemu rozwiązaniu przeciwstawia się niewielka partykularna grupka profesorów Wydziału Filozoficznego, w skład którego wchodzi właśnie rzeczona katedra. Ich powody są czysto osobiste. Jest to nieprzejednana wrogość, a wręcz nienawiść do poprzedniego profesora, Michała Wiszniewskiego, którego reaktywowanie jest także brane pod uwagę. Profesorowie ci dążą do jak najszybszego obsadzenia tego stanowiska, aby w ten sposób uniemożliwić ewentualny powrót Adamowi Mickiewiczowi. Ponadto mają oni w zanadrzu własnego kandydata, którym jest niejaki Karol Mecherzyński – profesor w Liceum św. Anny w Krakowie. Jest on powszechnie uznawany za intelektualną miernotę, osobę politycznie zastraszoną, bezbarwną i w gruncie rzeczy oportunistyczną.

Ostatecznie pod wpływem Wincentego Pola w miarodajnych sferach profesorskich kiełkuje myśl, aby katedrę literatury polskiej i powszechnej objął Józef Ignacy Kraszewski. Aż dziw bierze, że na ten krok zdecydowano się tak późno. Przecież w krakowskim środowisku intelektualnym Pisarz jest postacią znaną i uznaną, cieszącą się sympatią i szacunkiem. Chyba jedynie obawa przed ogromnymi trudnościami, jakie pociągnęłoby sprowadzenie Pisarza z ściśle izolowanego kordonem zaboru rosyjskiego, powoduje długie pomijanie oraz przemilczanie jego osoby podczas rozważania najbardziej powołanych jednostek do objęcia tej katedry.

 

 

 

 

 

Wincenty Pol (1807 – 1872)

 

 

 

 

 

 

Znajomość Kraszewskiego zawarta na Wołyniu z Michałem Wiszniewskim około 1840 roku, rychło przeradza się w przyjaźń. Być może to właśnie dlatego Wiszniewski okazuje się być tą osobistością, która jako pierwsza zwraca szczególną uwagę w krakowskim środowisku na rozwijający się talent Kraszewskiego. Wiszniewski żywi szczery podziw dla Józefa, swego czasu nazywając go „genialnym”. Niemniej obydwaj panowie pisują do siebie dość rzadko, zachowując konieczną ostrożność w panującym reżimie absolutystyczno-policyjnym. Z chwilą opuszczenia przez Wiszniewskiego katedry i zamieszkania we Włoszech, to właśnie Kraszewski ratuje jego niezwykle cenną, lecz rozproszoną po Wołyniu bibliotekę, dając jej schronienie w Hubinie.

Józef pilnie śledzi perypetie związane z opuszczeniem przez Wiszniewskiego katedry. Wyraża też w liście do przyjaciela swoją dezaprobatę z powodu porzucenia tak ważnego stanowiska. Wiszniewski, który znany jest z tego, że nigdy nie tłumaczy się ze swego postępowania, w tym szczególnym przypadku odpowiada Kraszewskiemu listem wysłanym z Genui z datą 15 grudnia 1849 roku, w którym pisze:

Nie odpisałem na list Zacnego Pana, bo zaszły czasy burzliwe, w których najlepiej milczeć. Czytałem jednakże słowa i wyrzuty Pańskie z rozrzewnieniem, ale oto moje usprawiedliwienie. Połamałem moje pióro jako już niezdatne. Starość przedwczesna i choroba serca fizyczna i jeszcze inne [powody] przymusiły mnie do pożegnania się z literaturą wcześniej, niźlim się spodziewał i życzył. Trudno było z początku odwyknąć od pracy, przy której i wiek młody, i cały wiek dojrzały strawiłem, która z nałogiem niemal w drugą się była zamieniła naturę, ale w ciągu dwóch lat chwiejącego się zdrowia przywykłem czytać tylko dla łatwiejszego uśnięcia i na koniec nauczyłem się próżnować. Doszedłem na koniec do doskonałości tych ludzi, co to cały dzień nic nie robią, a jednak nie mają czasu, próżnują więc i dobrze im z tym. Pokochałem dolce far niente i wkrótce spodziewam się przeciągnąć w tej cnocie samych nawet Włochów.[2]

Tak więc spopularyzowana przez Wiszniewskiego osoba Kraszewskiego w uczonym Krakowie zostaje wreszcie wyróżniona, czego dowodem jest wybór Józefa w roku 1849 na członka świeżo zorganizowanego Towarzystwa Naukowego Krakowskiego. Sekretarzem Towarzystwa zostaje niejaki Józef Kremer, który w liście załączonym do dyplomu członkowskiego pisze do Kraszewskiego tak:

Odbierając ten słaby dowód czci i wysokiego poważania (…) chciej WMWPan Dobrodziej uwierzyć, że i w oddaleniu oddajemy z upragnieniem hołd mężom, którzy zacną pracą i z takim poświęceniem wywiązują się naukom i krajowi swojemu, a przy tym (…) przyjąć zapewnienie głębokiego uszanowania, które od dawna dla wysokich zdolności i zasług Jego w sercu przechowuję.[3]

Józef Kremer nie zadowala się jednak jedynie formalną przynależnością Kraszewskiego do Towarzystwa i dąży do zacieśnienia z nim kontaktu i wciągnięcia go do współpracy, prosząc choćby o jeden artykuł, który mógłby zostać zamieszczony w Roczniku wydawanym przez Towarzystwo. Jednocześnie Kremer wyraża chęć utrzymywania stałych kontaktów korespondencyjnych z Pisarzem, które mogłyby wtajemniczyć środowisko krakowskie w zamysły i prace twórcze Kraszewskiego, a tym samym stać się łącznikiem Towarzystwa z życiem intelektualnym na Wołyniu.

Dojrzewająca myśl zaproszenia Kraszewskiego na katedrę znajduje pierwszy konkretny wyraz archeologa związanego ze sferami krakowskimi, Józefa Łepkowskiego z dnia 30 lipca 1850 roku. Zostaje ona opublikowana w listopadowym zeszycie Przeglądu Poznańskiego i brzmi następująco:

Wszechnica nasza coraz więcej jasnych gwiazd przyjmuje w swe jagiellońskie mury (…) Małecki, Weinhold, Zielonacki, Fürich; P. Kraszewski ma pono przybyć na objęcie katedry literatury polskiej. Na kandydatów wakującej katedry historii powszechnej podano pp. Ropelewskiego (z Paryża), K. Szajnochę i Kulawskiego.[4]

W tym samym czasie Wincenty Pol – niestrudzony orędownik obsadzenia tej katedry, wysyła pod pieczęciami Uniwersytetu na Wołyń przesyłkę zawierają dwa pisma: jedno oficjalne od Wydziału Filozoficznego z konkretną propozycją objęcia katedry oraz drugie prywatne, które stanowi coś na kształt legendy do pisma pierwszego z radami i wskazówkami, w jaki sposób nadawca wyobraża sobie przeprowadzenie sprawy. Niemniej przesyłka ta być może zostaje skonfiskowana w drodze przez rosyjskie władze graniczne dość mocno zainteresowane owymi pieczęciami, gdyż nie dociera do adresata. Upływa sporo czasu zanim udaje się odtworzyć jej treść i dopiero z początkiem lutego 1851 roku ponownie przesłać do Kraszewskiego. Tym razem przesyłka zostaje powierzona niejakiemu panu Bobrowskiemu, który osobiście wręcza ją Kraszewskiemu w dniu 18 lutego tegoż roku. Wincenty Pol w swoim liście argumentuje konieczność przyjęcia przez Kraszewskiego składanej mu propozycji i odkrywa technikę przeprowadzenia sprawy na drodze urzędowej.

Szanowny Mości Dobrodzieju!

Bardzo to się źle stało, że listy moje przepadły, domyślam się, że pieczęć urzędowa Uniwersytetu Jagiellońskiego, którą te listy opieczętowane były, obudziła jakąś podejrzliwość poczty po tamtej stronie Zabucza. Piszę tedy na nowo dwa listy, jeden z polecenia Filozoficznego Wydziału powtórnie, a ten drugi w celu wzajemnego porozumienia się na nieurzędowej drodze, upraszając W. Pana na każden z osobna o odpowiedź.

Okoliczność ta, że hr. Leon Thun objął ministerstwo oświecenia w Wiedniu, ożywiła niejedną lepszą nadzieję w sercu tych, co go bliżej znają, i wzbudziła przekonanie, iż nadeszła chwila, gdzie dla naszej krajowej oświaty da zrobić krok stanowczy ze stanowiska rządowego.

A.Z. Helcel bawił podówczas w Belgii, ja byłem w Niemczech, a Józef Kremer był w Krakowie, pomimo to jednak powzięliśmy wszyscy równocześnie, a nawet bez porozumienia się wzajemnego, myśl zajęcia posad profesorów w Uniwersytecie Jagiellońskim i zajęliśmy je rzeczywiście. Są chwile w życiu bowiem, gdzie niejako szturmem pewne stanowisko zająć wypada, i ta chwila nie przeminęła jeszcze, a stąd nadzieja, że WPan będziesz mógł zająć katedrę literatury w Uniwersytecie naszym, jeżeli stosowne ku temu poczynisz kroki.

(…)

Z tego tedy względu upraszam, abyś WMPan Dobr. raczył odpowiedzieć na urzędowe wezwanie moje listem wystosowanym do Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, który by można do naszego wniosku dołączyć panu ministrowi. Język urzędowy jest dla naszego Uniwersytetu polski; o paszporcie proszę teraz jeszcze nie pisać, bo to byłaby rzecz utrudniająca nominację, którą ja daleko snadniej listem prywatnym u pana ministra załatwię.

Że tego z duszy pragniemy, żebyś WMPan Dobr. był w naszym gronie, z nami razem żył i działał na chwałę Boską i pożytek, tego możesz być pewnym!

(…)

Żal mi pomyśleć, że in partibus nie będzie biskupa, ale i tu WMość bardzo nam potrzebny w Krakowie, bo korporacje starożytne są jak stare mury: bez ludzi lęgną się w nich puszczyki, popraw je, ożyw i zamieszkaj, przebędziesz wieki w nich i z nami!

Nieźle by było, gdybyś WMPan Dobr. napisał także list do JWPana Rektora naszego Uniwersytetu Józefa Majera osobno również list prywatny do A.Z. Helcla i Kremera wskutek urzędowego wezwania, które odbierasz. Nie ma tego potrzeby, lecz przydać by się to mogło na przyszłość; nade wszystko zaś upraszam o rychłą odpowiedź na moje urzędowe wezwanie, aby tę całą sprawę można znowu poruszyć w urzędowej drodze naprowadzić na właściwy tor.

Z wyrazami wysokiego poważania, z przyjaźnią i życzliwością bratnią WPana Dobrodzieja prawdziwy wielbiciel

 

Wincenty Pol[5]

 

I tak list Wincentego Pola otwiera starania Uniwersytetu o sprowadzenie Józefa Kraszewskiego na katedrę. Czy wybór osoby, której zamierza się powierzyć to stanowisko, jest trafny i słuszny? Na to pytanie spróbujemy odpowiedzieć sobie w kolejnym wpisie dotyczącym cyklu.



[1] H. Barycz, Józef Ignacy Kraszewski czterokrotny kandydat do Katedry Uniwersyteckiej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1979, s. 16.

[2] Ibidem, s. 30-31.

[3] Ibidem, s. 31.

[4] Ibidem, s. 32-33.

[5] Ibidem, s. 35-39.

 

źródło zdjęć: własne

 

prawa autorskie zastrzeżone



niedziela, 27 maja 2012

 

Adam Zalewski

 

         Małe miasteczko

 

 

 

 

Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2012

 

 

 

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Pana Adama Zalewskiego miało miejsce jesienią zeszłego roku. Wierni Czytelnicy mojego bloga z pewnością pamiętają, że powieścią, o której wówczas Wam opowiadałam, był Rowerzysta. Już wtedy wiedziałam, że na tej jednej książce na pewno nie poprzestanę.

Tym razem proponuję Wam Małe miasteczko. Jest to najnowsza powieść Autora, której akcja rozgrywa się w niewielkim mieście o nazwie Abraham, położonym w stanie Nebraska w Stanach Zjednoczonych. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że Abraham to raj na ziemi. Spokój, niczym niezmącona cisza, wszyscy się tutaj doskonale znają i wiedzą, czego mogą się spodziewać po sobie nawzajem. Praktycznie nikt z mieszkańców nie wyobraża sobie życia w innym miejscu. Nawet ci, którzy nie urodzili się w Abraham, ani też nie wychowali, lecz jedynie przywędrowali z jakichś odległych miejsc, czują się w tym mieście jak w domu. Jednym z takich właśnie „wędrowców” jest Bernard Travis.

Do Nebraski trafiłem wiosną osiemdziesiątego ósmego. Nie wiem, czym zauroczyła mnie ta równinna kraina, ale poczułem coś w rodzaju błogostanu. Może powodem byli ludzie, a może coś innego, czego nie potrafię nazwać? Po prostu postanowiłem zatrzymać się tutaj na dłużej.

(…)

Moja włóczęga dobiegła kresu w Abraham – niewielkiej miejscowości leżącej na pograniczu powiatów Scotts Bluff i Sioux. W Fort Robinson, położonym przy północnej granicy powiatu Sioux, zamordowano przed laty Szalonego Konia, legendarnego wodza Dakotów Oglala. Jest tam teraz Park Stanowy.

Mieszkam w Abraham zaledwie dwanaście lat, ale czasami mam wrażenie, że urodziłem się w tym miasteczku.[1]

Co dzień po uliczkach Abraham na swoim rowerze pedałuje Max Burton, miejscowy listonosz, który nikomu nie szczędzi na dobrym słowie. Wszelkiego rodzaju przesyłki dźwiga w wielkiej skórzanej torbie i wrzuca je do tradycyjnej metalowej skrzynki znajdującej się przed furtką każdej z posesji. Max czuje się tak, jak gdyby wygrał los na loterii. Jest szczęśliwy, że może żyć w tak doskonałym mieście. Ma nadzieję, że tego spokoju nic nigdy nie zdoła zakłócić.

W miasteczku mieszka również piękna Vera Cooder. Kobieta ma męża i nastoletnią córkę, lecz to wcale nie przeszkadza jej, aby swoim ponętnym ciałem doprowadzać miejscowych mężczyzn do szaleństwa. Ale cóż w tym złego, że los obdarował ją takimi wdziękami? A skoro tak hojnie obdarował, to dlaczego z tego przywileju nie skorzystać?

Oczywiście od czasu do czasu tu i ówdzie da się słyszeć o jakiejś rodzinnej awanturze wywołanej pod wpływem alkoholu albo znów kumple „od kieliszka” wreszcie tracą cierpliwość i zaczynają konwersować ze sobą przy użyciu pięści. Lecz nikogo specjalnie to nie dziwi, bo przecież takie rzeczy zdarzają się wszędzie.

Jednak bardzo szybko okazuje się, że ten wyidealizowany obraz miasteczka to jedynie pozory. Tak naprawdę niemal każdy z mieszkańców Abraham ukrywa jakąś tajemnicę i toczy wewnętrzną walkę ze swoimi demonami. Jedni wychodzą z tej walki zwycięsko, zaś innym się to nie udaje i spadają na samo dno. Prawdziwe oblicze Abraham bardzo szybko odkrywa nowo mianowany szeryf, Kirk Ralston. Przyjeżdżając tutaj liczył na ciepłą posadkę bez trosk i zmartwień, a zupełnie nie brał pod uwagę piekła, z jakim przyjdzie mu się zmierzyć w niedługim czasie, gdy dojdzie do pierwszej zbrodni.

Swego czasu był porucznikiem wydziału operacyjnego w Baltimore, dopóki nie zadarł ze swoim bezpośrednim przełożonym, który lubił pieniądze i nie zamierzał zrezygnować ze swych upodobań. Służba w Baltimore trwała zaledwie trzy lata, po czym Kirk zmienił klimat za namową swojej starszej, samotnej siostry Christine, mieszkającej od wielu lat na tym zadupiu w Nebrasce.

(…)

Przyjął pracę szeryfa w Abraham, jednogłośnie wybrany przez Radę Miejską, której członkowie w większości bywali na cotygodniowych spotkaniach brydżowych u Christine (…)[2]

Gdybym miała porównać tę powieść do wspomnianego powyżej Rowerzysty, to z pewnością napisałabym, że ta książka, w moim odczuciu, jest po prostu inna. „Inna”, czyli „delikatniejsza”. Zapytacie skąd takie stwierdzenie i jak thriller może być delikatny? Otóż, może. W Małym miasteczku wyraźnie widać, że Autor więcej uwagi poświęcił tworzeniu bohaterów, aniżeli samej akcji. O zabójstwach się mówi, lecz nie można ich „zobaczyć”. W tym przypadku dominuje psychologia. Mamy tutaj niezwykle bogaty wachlarz portretów psychologicznych idealnych do rozgryzienia dla policyjnego profilera. Nie jesteśmy w stanie praktycznie do samego końca przewidzieć kto jest winien popełnianych zbrodni. W tej historii Autor pokazuje, że perfekcyjnie potrafi zgłębić nie tylko psychikę dorosłego człowieka, ale także osoby nastoletniej. Widać tutaj wyraźnie do czego zdolni są ludzie, kiedy zagraża im niebezpieczeństwo. Wówczas wyzwalają się skrajne emocje, wielokrotnie skierowane do tych, którzy nie są niczemu winni.

Dodatkowo Autor zapoznaje czytelnika  z wiedzą historyczną i współczesną na temat stanu Nebraska, jak również tej specyficznej, niewielkiej mieściny, w której życie płynie spokojnie i bezproblemowo, lecz tylko do pewnego czasu. Obraz miasteczka i jego mieszkańców nakreślony jest tak realnie, że czytelnik ma wrażenie, jak gdyby oglądał jakiś amerykański film z kowbojami w roli głównej.

Spróbujmy, na koniec, odpowiedzieć sobie na następujące pytania: W czym tak naprawdę tkwi fenomen twórczości Pana Adama Zalewskiego? Co jest takiego wyjątkowego w powieściach Autora, że czyta się je jednym tchem, a ich zakończenie jest trudne do przewidzenia? Otóż, oprócz fantastycznego warsztatu pisarskiego, jest to przede wszystkim umiejscowienie akcji. Nie wyobrażam sobie, aby ci sami bohaterowie zostali nagle przeniesieni w polskie realia. Oni po prostu nie pasowaliby tutaj. Do tego dochodzi jeszcze wspomniana powyżej umiejętność zagłębiania się w ludzką psychikę, co sprawia, że sami również chcemy poddać własnej analizie poszczególnych bohaterów. Ponadto jest to także doskonała znajomość amerykańskiej rzeczywistości, która tak naprawdę wcale nie jest taka, jak często ją sobie wyobrażamy.

 

Moja ocena: 6/6

 

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu

 

 



[1] A. Zalewski, Małe miasteczko, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2012, s. 14-15.

[2] Ibidem, s. 79-80.

 

źródło okładki

 

prawa autorskie zastrzeżone

 

piątek, 25 maja 2012

 

 

 

Kochani,

 

Miło nam powiadomić Was, że w dniu dzisiejszym ma miejsce długo oczekiwana premiera naszego wspólnego e-booka, którego Autorami są osoby związane z literaturą w rozmaity sposób. Są wśród nas pisarze z poważnym dorobkiem literackim, jak również i ci, dla których udział w projekcie okazał się ich debiutem literackim. Chyba jeszcze nigdy w dziejach polskiego Internetu nie zdarzyło się, aby osoby prowadzące blogi, nie tylko książkowe, z tak wielką ochotą chwyciły za pióro i opowiedziały historie wypływające z dnia życia codziennego.

Aż trudno uwierzyć, że czas, jaki wszyscy poświęciliśmy na doprowadzenie projektu do końca, tak szybko minął. Piszemy „poświęciliśmy”, ponieważ mamy na myśli wszystkich, tych, którzy włączyli się do akcji, czyli wszystkich Autorów, a także osoby współpracujące, bez których nie moglibyśmy świętować dzisiejszego dnia. Cieszymy się niezmiernie, że udało nam się zakończyć ten projekt sukcesem. Dla nas wszystkich, biorących udział w akcji, a także dla naszych sympatyków, jej pomyślne zakończenie jest ogromnym sukcesem. W związku z powyższym najwyższa pora, aby jeszcze raz wymienić osoby, które swoją rzetelną pracą przyczyniły się do tego, że dziś głównie książkowa blogosfera może poszczycić się własną książką elektroniczną.

Na początek pozwólcie, że podziękowania skieruję do mojej wspólniczki w projekcie. Danusiu, dziękuję Ci serdecznie za te pół roku współpracy. Wiesz, że nie było łatwo, ale udało się pokonać wszelkie trudności i to jest najważniejsze, bo dzięki temu dziś możemy wznieść toast wirtualną lampką szampana i śmiało powiedzieć, że nie ma rzeczy niemożliwych, tylko trzeba bardzo mocno chcieć ich dokonać. Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję i mam nadzieję, że pewnego dnia znów zatrzęsiemy blogosferą, informując o kolejnym naszym wspólnym projekcie.

Gorące podziękowania składamy także, a może przede wszystkim Autorom, którzy tak licznie zgodzili się uczestniczyć w akcji. Dziś możemy śmiało wyznać, że zainteresowanie projektem było tak duże, iż jeszcze długo po terminie przyjmowania zgłoszeń otrzymywałyśmy mail-e z pytaniem, czy jeszcze można do nas dołączyć. Kochani Autorzy, bez Was nie byłoby tego e-booka, bo to tylko i wyłącznie Wasze teksty powołały go do życia. Wszyscy napisaliście fantastyczne opowiadania, a każde z nich jest wyjątkowe na swój sposób. Dziękujemy Wam za czas i pracę włożoną w przygotowanie swoich tekstów, jednocześnie mając nadzieję, że być może pewnego dnia znów spotkamy się przy podobnym projekcie.

A teraz nasze podziękowania kierujemy do trzech wspaniałych dziewczyn, które z ogromnym zaangażowaniem i poświęceniem zajęły się stroną techniczną naszego e-booka. Z całego serca dziękujemy Kasi, która przygotowała dla nas okładkę. Jej wizja Szkiców z życia jest bezkonkurencyjna. Połączenie świata wirtualnego z tym realnym nie jest łatwe. A Tobie, Kasiu, udało się to fantastycznie. Połączyłaś te dwie, tak odmienne, rzeczywistości w jeden świat. Świat widziany oczami blogerów.

Kolejną fantastyczną dziewczyną jest Monika, która w sposób niezwykle profesjonalny zajęła się redakcją i korektą e-booka. Moniko, dziękujemy Ci serdecznie za Twoją skrupulatność i cierpliwość w korygowaniu naszych niedociągnięć. Twój stały kontakt z Autorami, sprawił, że osoby piszące poczuły się naprawdę ważne i dzięki temu wiedziały, że jeśli tylko zajdzie taka potrzeba, natychmiast rozwiejesz ich wątpliwości i wyjaśnisz zasady poprawnego używania języka polskiego.

Zuziu, kolejne podziękowania należą się bez wątpienia Tobie. Przygotowałaś dla nas dwa niezwykle oryginalne trailer-y zwiastujące naszego e-booka. Nigdy nie dawałaś długo czekać na efekt swojej pracy. Spoty przygotowywałaś błyskawicznie i niezwykle profesjonalnie. Serdecznie dziękujemy za tę współpracę.

A teraz podziękujmy osobie, dzięki której e-book zyskał tytuł Szkice z życia. Kiedy zastanawiałyśmy się nad motywem przewodnim zamieszczanych w nim opowiadań, czyli nad czymś, co mogłoby je połączyć, a jednocześnie nie ograniczać twórczości Autorów, to właśnie Dagmara zaproponowała niniejszy tytuł, który natychmiast spotkał się z aprobatą pozostałych uczestników projektu. Daga, serdecznie dziękujemy.

Podziękowania należą się także portalom promującym literaturę. Dziękujemy za okazane nam zaufanie. To wielka odwaga poprzeć projekt, który tak naprawdę był jeszcze w fazie organizacji i nie było do końca wiadome, jaki będzie jego efekt końcowy. Dlatego też gorąco dziękujemy za wsparcie akcji portalowi Lubimy Czytać, zaś portalom: DużeKa, Webook.pl, Papierowe Myśli, Klub Literacki Litera oraz Granice.pl za objęcie projektu swoim patronatem medialnym.

E-book nie mógłby się ukazać, gdyby nie pomoc Wydawnictwa RW2010. Dlatego też serdeczne podziękowania kierujemy do Wydawcy, który pomimo wielu innych zobowiązań, w niedługim czasie podjął prace mające na celu wydanie e-booka, udzielając przy tym cennych rad.

Dziękujemy także naszym recenzentkom, które zgodziły się zamieścić na swoich blogach recenzje premierowe. Jesteśmy bardzo wdzięczne Ewie, Beacie, Cyrysi, Agnieszce oraz Monice.

Kochani, na koniec dziękujemy wszystkim tym, którzy nas wsparli i kibicowali nam szczerze od samego początku, umieszczając baner do naszej akcji na swoich blogach. Dziękujemy Wam za cieple słowa, które przez cały ten czas kierowaliście pod adresem naszej akcji. Dziękujemy Wam, że nie zwątpiliście w nas i dotrwaliście z nami do tego szczególnego dnia.  DNIA PREMIERY!!!

Zapraszamy Was serdecznie także do odwiedzania naszej strony internetowej pod adresem: http://blogerzy-ksiazki-pisza.blogspot.com/, gdzie znajdziecie aktualne informacje o projekcie. Natomiast e-booka można pobrać bezpłatnie na stronie Wydawnictwa RW2010 – Klik.

A oto trailer promujący naszego e-booka:



 

Kończąc, zapraszamy Was na wirtualną lampkę szampana…





09:23, krainaczytania , Wydarzenia
Link Komentarze (22) »
środa, 23 maja 2012

 



Kochani,

 

Za nami sześć miesięcy pracy. Ciężkiej, absorbującej, ale przynoszącej wielką satysfakcję i radość. Dzięki temu mamy zaszczyt ogłosić, że w piątek, 25 maja 2012 roku, swoją premierę będzie miał e-book, wydany w ramach akcji Blogerzy Książki Piszą!

Szkice z życia, antologia stworzona przez dwudziestu siedmiu blogerów, to owoc wielu starań, zaangażowania wielu osób i wielu przepracowanych godzin. Było warto! Do rąk czytelników trafi zbiór opowiadań, który bez wątpienia poruszy odbiorców, zaskoczy swoją różnorodnością i przekona, że krótka forma literacka jest warta uwagi.

E-book będzie można pobrać bezpłatnie ze strony wydawnictwa RW2010, mamy więc nadzieję, że zechcecie sięgnąć po niego i zagłębić się w świat wykreowany przez osoby prowadzące na co dzień blogi.

Zapraszamy wszystkich w najbliższy piątek do świętowania wraz z nami, a przede wszystkim – do lektury! Gwarantujemy wiele emocji, wrażeń i wzruszeń. Tak, jak to w życiu bywa…

Zapraszamy również do odwiedzenia naszej strony internetowej, która jest już udostępniona dla wszystkich. Strona będzie aktualizowana na bieżąco. Klik.

 

 Agnieszka i Danusia



09:04, krainaczytania , Wydarzenia
Link Komentarze (23) »
sobota, 19 maja 2012

 

Jane Austen

 

      Rozważna i romantyczna

 

 

 

Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I SK-A
Warszawa 1996
Tytuł oryginału: Sense and Sensibility

 

 

Oto nadeszła pora na kolejną powieść autorstwa, naszej ulubionej Jane Austen. Piszę „naszej ulubionej”, ponieważ nie mogę inaczej. Zmusza mnie do tego chociażby członkostwo w Blogowym Klubie Miłośników Jane Austen. Ale nie sądźcie, że czytanie książek tej Autorki stanowi dla mnie jakiś niewypowiedziany ciężar. O, nie! Wcale się do nich nie zmuszam i nie czytam ich „na siłę”. Być może tak właśnie by było jeszcze kilka lat temu, kiedy to klasykę omijałam szerokim łukiem.

Powieści wiktoriańskie mają w sobie pewien specyficzny klimat, którego nie sposób określić słowami. Tę szczególną atmosferę końca XVIII i XIX wieku trzeba poczuć samemu, czytając książki, których akcja osadzona jest właśnie w tamtej epoce. Jak wiadomo jedną z takich powieści jest Rozważna i romantyczna. Akcja rozgrywa się w XIX wieku w Anglii. Na początku jest to dwór w Norland Park, a następnie Barton i Londyn. W hrabstwie Sussex mieszka rodzina Dashwood’ów. Stary Dashwood nigdy się nie ożenił, ale za to jego brat spłodził syna, który miał dwie żony. Z pierwszego małżeństwa urodził mu się syn, John, zaś drugie małżeństwo zaowocowało aż trzema córkami. Są to Eleonor, Marianna i Małgorzata. Pewnego dnia John żeni się z Fanny Ferrars, a ich mały syn, Harry, któregoś dnia odziedziczy część majątku starego Dashwood’a. W rok po starym panu Dashwood umiera jego bratanek, Henry i wówczas w Norland Park zamieszkuje John wraz z rodziną. W tej sytuacji obecność wdowy i przybranych sióstr John’a nie jest mile widziana. Jednak Henry na łożu śmierci zmusza syna do złożenia obietnicy, aby ten po jego odejściu zaopiekował się macochą i przybranymi siostrami. W związku z tym pomiędzy młodymi państwem Dashwood dochodzi do poważnej dyskusji.

– Ostatnią wolą mego ojca – odparł jej mąż – było, ażebym pomógł wdowie i córkom.

– Na pewno nie wiedział, co mówi. Jestem przekonana, że już wtedy majaczył. Gdyby był przy zdrowych zmysłach, nigdy by mu do głowy nie przyszło, żeby cię prosić o oddanie połowy majątku twojego dziecka.

– Nie żądał żadnej określonej sumy, moja droga, prosił mnie tylko ogólnie, żebym je wspierał i pomógł żyć bez trosk, czego sam nie był w stanie im zapewnić. Może byłoby dobrze, gdyby mi w tym zaufał bez przypominania. Nie mógł przecież wątpić, że nie opuszczę ich w potrzebie. Ale że prosił o przyrzeczenie, musiałem mu je dać, tak przynajmniej mi się wówczas wydawało. Obietnica została złożona i musi być dotrzymana. Trzeba coś dla nich zrobić, kiedy wyjadą z Norland i urządzą się w nowym domu.

– No więc dobrze, niech będzie, coś trzeba zrobić, ale czemu to ma być trzy tysiące funtów? Zważ – dodała – że jak się raz rozstaniesz z pieniędzmi, nigdy już ich więcej nie zobaczysz. Siostry twoje wyjdą za mąż i pieniądze przepadną. Gdyby mogły kiedykolwiek wrócić do naszego synka, biedaczka…

– No cóż – powiedział z powagą jej mąż – w istocie, wówczas sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej. Może przyjść czas, kiedy Harry będzie żałował, iż rozstaliśmy się z taką znaczną sumą. Gdyby, na przykład, miał dużo dzieci, suma taka bardzo by mu się przydała.

– Co do tego nie ma wątpliwości.

– Może więc, wziąwszy wszystko pod rozwagę, lepiej będzie zmniejszyć tę sumę do połowy. Pięćset funtów to i tak ogromna różnica w ich majątku.

– Nie do wyobrażenia! Jaki brat na świecie zrobiłby choć połowę tego dla swoich sióstr, nawet rodzonych sióstr. A to przecież tylko przyrodnie. Taki jesteś hojny![1]

Ostatecznie kończy się na tym, że hojność John’a Dashwood’a sprowadza się do tego, iż dochodzi do wniosku, że nie jest konieczne, a wręcz jest to niestosowne, aby dla wdowy i sierot po swym ojcu robić cokolwiek więcej, aniżeli zapewnić im „sąsiedzkie uprzejmości”. I tak oto wdowa z córkami przeprowadza się do Barton leżącego w hrabstwie Devon, gdyż mieszkanie pod jednym dachem z Fanny staje się niemożliwe. W nowym miejscu kuzyn pani Dashwood (wdowy) wynajmuje im domek farmerski, Barton Cottage. Damy urządzają się w nowym miejscu, natomiast dwie starsze córki zaczynają rozglądać się po okolicznych dworach. Eleonora i Marianna to panny na wydaniu, więc można zrozumieć ich zainteresowanie sąsiedztwem. Oczywiście w każdej sytuacji pomocą służy im wspomniany powyżej kuzyn, John Middleton.

Dziewiętnastoletniej Eleonorze jeszcze podczas pobytu w Norland bardzo spodobał się brat Fanny, Edward. Jednak jej wrodzony rozsądek i wystudiowane panowanie nad wszelkiego rodzaju emocjami, w tym także nad uczuciami, nie pozwala jej okazać na zewnątrz, co tak naprawdę czuje. Z kolei siedemnastoletnia Marianna przypada do gustu aż dwóm mężczyznom. Jednym z nich jest niejaki John Willoughby, natomiast ten drugi, to o wiele lat starszy od niej, pułkownik Brandon. Jak w takim razie potoczą się dalsze losy obydwu sióstr? Za którego z adoratorów wyjdzie za mąż Marianna, a jak Eleonora poradzi sobie z dość niebezpieczną rywalką i intrygantką, która nagle stanie na jej drodze, a z którą zaręczył się jej wybranek? Komu tak naprawdę przeznaczony jest Edward, któremu matka wciąż stawia warunki odnośnie do ożenku?

Niektórzy twierdzą, że to właśnie Rozważna i romantyczna jest najpopularniejszym i najlepszym dziełem Jane Austen. Ale czy tak jest naprawdę? Myślę, że na to pytanie musi sobie odpowiedzieć każdy miłośnik twórczości Jane Austen indywidualnie. Na pewno w tej powieści Autorka nie poskąpiła czytelnikowi skomplikowanej fabuły, a także wyraźnych portretów psychologicznych. I tak, rozważna Eleonora zakochana z wzajemnością w skromnym i nieśmiałym Edwardzie wciąż stara się ukrywać swoje prawdziwe uczucia. Wydaje się, że godzi się na utratę ukochanego i całą swoją uwagę skupia na problemach siostry, która z kolei jest nie tylko romantyczna, ale też naiwna, oddając swe serce dwulicowemu John’owi Willoughby. Dziewczyna szuka wrażeń zamiast zwrócić się w stronę tego, przy boku którego mogłaby zaznać spokoju. A teraz przyjrzyjmy się matce Edwarda i jego siostrze, Fanny. Pani Ferrars to kobieta niezwykle zaborcza, pragnąca za wszelką cenę kierować życiem syna. Posuwa się nawet do gróźb dotyczących pozbawienia go majątku, aby tylko uzyskać to, co sobie zaplanowała. Kiedy ta forma perswazji nie odnosi skutku, wówczas usiłuje przekupić syna, chcąc obdarować go sporym majątkiem. A jaka jest jej córka? Otóż Fanny to zazdrosna i podstępna kobieta, co widać z rozmowy zacytowanej powyżej. Potrafi tak nakierować konwersację, aby w rezultacie otrzymać to, czego pragnie. Jej rozmówca być może nawet nie jest świadomy, że zgadza się z nią wbrew własnej woli. A John Willoughby? Czy naprawdę jest takim draniem, na jakiego wygląda? Głębsza analiza tego bohatera pokazuje, że rzeczywiście jest zakochany w Mariannie, jednak jest zbyt słaby, aby walczyć o prawdziwą miłość. Okazuje się, że bardziej od Marianny kocha pieniądze, poślubiając kobietę majętną.

 

 

Ilustracja do  „Rozważnej i romantycznej" pochodząca z wydania z II połowy XIX wieku, przedstawiająca John'a Willoughby ucinającego lok Marianny

 

 

 

 

 

Takich złożonych pod względem psychologicznym postaci możemy w powieści spotkać wiele. I co najważniejsze, pomimo upływu setek lat, dziś również wokół nas możemy dostrzec taką Fanny czy panią Jennings plotkującą o wszystkich i o wszystkim, nawet jeśli są to tylko jej przypuszczenia. Wniosek z tego jest taki, że człowiek tak naprawdę wcale się nie zmienia wraz z upływem lat, zaś powieści Jane Austen są ponadczasowe i doskonale wpasowane do każdej epoki, ponieważ poruszają kwestie wciąż aktualne.

Kończąc, zastanówmy się, czym tak naprawdę zajmują się na co dzień bohaterowie Rozważnej i romantycznej. Jak widać, urządzają zabawy w domach i poza nimi, przejażdżki, bale, towarzyskie spotkania, spacery, przyjęcia, wystawne obiady, grają też w karty. Panie dodatkowo trudnią się robótkami ręcznymi, a zimą ci bogatsi opuszczają wieś i wyjeżdżają do Londynu.

Jak każda powieść Jane Austen, tak również i ta pokazuje życie pewnej warstwy społecznej. Bohaterowie wierzą, że poprzez bogaty ożenek można pozbyć się własnych długów. Ich największym problemem jest doprowadzenie do korzystnego zamążpójścia czy ożenku, a także życia ponad stan lub zatrudniania służby, zaś o wartości człowieka decyduje jego roczny dochód.

– Kim jest pułkownik Brandon? Czy to człowiek majętny?

– Tak, ma dużą posiadłość ziemską w hrabstwie Dorset.

– Bardzom rad. Wygląda na dżentelmena i sądzę, Eleonoro, że mogę ci pogratulować widoków na bardzo pomyślną przyszłość.

– Mnie? Nie rozumiem, o czym mówisz.

– Podobasz mu się. Obserwowałem go bacznie i jestem tego pewien. Jaki on ma roczny dochód?

– Wydaje mi się, że blisko dwa tysiące funtów.

– Dwa tysiące! – po czym zdobył się na największą, najbardziej wspaniałomyślną hojność i dodał: – Eleonoro, pragnąłbym z całego serca, ze względu na ciebie, żeby ten dochód był dwukrotnie wyższy.

– Wierzę ci – uśmiechnęła się Eleonora – ale jestem zupełnie pewna, że pułkownik Brandon nie ma najmniejszego zamiaru żenić się ze mną.[2]

W ten sposób z Eleonorą rozmawia jej przyrodni brat, John, który ponad wszystko zachwala ewentualnego kandydata na jej męża.

Ogromną zaletą twórczości Jane Austen są perfekcyjnie sportretowane postacie. Z jednej strony infantylne i egzaltowane damy, używające zbyt często słowa „cudowne”, a z drugiej pozbawione całkowitej zdolności myślenia. Są też rozwydrzone dzieci-aniołeczki i panowie myślący jedynie o zabawach. To właśnie ten fakt stanowi o fenomenie talentu pisarskiego Jane Austen.

 

Moja ocena: 5/6

 



[1] J. Austen, Rozważna i romantyczna, Wyd. Prószyński i Sk-a, Warszawa 1996, s. 11.

[2] Ibidem, s. 209.

 

Na dyskusję o miłosnych perypetiach sióstr Dashwood zapraszam tutaj.

źródło ilustracji

źródło okładki



prawa autorskie zastrzeżone

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Blog istnieje od 13 kwietnia 2011 roku
Cykle Literackie
My thoughts about books and literature
Pomóżmy Ewie powrócić do normalnego życia - Akcja: BLOGI DAJĄ NOGI
Proszę nie kopiować tekstu bez mojej zgody (ustawa z dn. 4 lutego 1994r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
Troszkę z innej bajki
Tutaj często zaglądam
Ulubione Blogi Książkowe
Wszelkie komentarze, które swoją treścią będą obrażać osobę autorki bloga lub innych czytelników, a także autorów książek, zostaną natychmiast usunięte.
Wydawnictwa i Księgarnie
Wywiad ze mną na blogu Książki Zbójeckie


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?