Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
poniedziałek, 29 kwietnia 2013

 

Lucy Maud Montgomery

 

         Ania na uniwersytecie

 

 

 

 

 

Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 1988
Tytuł oryginału: Anne of the Island
Przekład: Janina Zawisza-Krasucka
Ilustracje: Bogdan Zieleniec


 

 

 

Cóż oryginalnego można napisać o książce, która od dziesiątek lat budzi podziw czytelników na całym świecie? Właśnie na tym polega fenomen klasyki, że w większości przypadków można jedynie powielać opinie fachowców i tych, którzy czytali daną powieść przed nami. Myślę, że generalnie z literaturą jest podobnie jak z muzyką. Kiedy słyszymy gdzieś piosenkę, która przypomina nam młode lata, które już nigdy nie wrócą, wówczas łezka nam się w oku kręci na samo wspomnienie tamtych dni. Może właśnie ta usłyszana przypadkiem stara piosenka sprawi, że oczami wyobraźni ujrzymy twarz naszej pierwszej miłości, poczujemy smak pierwszego pocałunku i na chwilę stracimy poczucie rzeczywistości? Literatura również bardzo często potrafi doprowadzić czytelnika do tego typu wzruszeń. Szczególnie literatura klasyczna.

Cykl o losach Anne Shirley na pewno w wielu z nas budzi wspomnienie lat beztroskiego dzieciństwa, kiedy z zapartym tchem obserwowaliśmy poszczególne etapy życia tej rudowłosej bystrej dziewczynki z nieprzeciętną wyobraźnią. Wraz z nią rozwiązywaliśmy „poważne” życiowe problemy, wpadaliśmy w tarapaty, zawieraliśmy nowe znajomości i przyjaźnie, żegnaliśmy tych, których Anne kochała, ale też dzieliliśmy z nią szczęście, którego doświadczała. Czasami odczuwaliśmy złość, kiedy Anne nie potrafiła jednoznacznie określić swoich uczuć wobec szkolnego kolegi – Gilberta Blythe’a.

Tak więc dziś przeżyjmy to jeszcze raz i wraz z osiemnastoletnią już Anne Shirley udajmy się do Kingsport, gdzie mieści się upragniony przez Anne Redmond College. Na ten wyjątkowy jesienny dzień dorosła już Anne czekała od kilku lat. Ponieważ życie nie zawsze układa się tak, jakbyśmy tego chcieli, dziewczyna spełnienie swoich marzeń o nauce na uniwersytecie musiała odłożyć na potem z przyczyn od niej niezależnych. Dziś już nie musi obawiać się tego, że schorowana Marilla Cuthbert pozostanie na gospodarstwie sama i nie będzie mogła liczyć na niczyją pomoc. Na Zielone Wzgórze właśnie wprowadziła się Rachel Lynde (z pol. Małgorzata Linde), która nie tylko zapewni opiekunce Anne rozrywkę w postaci plotek pochodzących z całego Avonlea, ale też zaopiekuje się bliźniętami, które od jakiegoś czasu zamieszkują to magiczne miejsce.

W zawiązku z powyższym Anne może śmiało i bez wyrzutów sumienia wyjechać. Tak więc dziewczyna zmienia otoczenie, poznaje nowych ludzi, ale też przebywa pośród starych i sprawdzonych przyjaciół. Pomimo że jej marzenia właśnie się spełniają, ona jednak wciąż tęskni za Zielonym Wzgórzem i najczęściej jak to tylko możliwe odwiedza Marillę Cuthbert. Bardzo często wraca też myślami do mieszkańców Avonlea, czyli do pana Harrisona, pani Lavendar Irving (z pol. Lawenda Irving – niegdyś Lewis) i jej służącej, Charlotte the Fourth (z pol. Karolina Czwarta). Te chwile tęsknoty dziewczyna zapełnia nauką, spotkaniami z przyjaciółmi oraz pisaniem listów do mieszkańców Zielonego Wzgórza.

Chyba największą przykrość sprawia Anne rozstanie z przyjaciółką jeszcze z lat dzieciństwa – Dianą Barry, która zamiast dalszej nauki postanowiła założyć rodzinę i uwić sobie gniazdko, stając się w końcu panią Wright. Oprócz przeżywania żalu po rozstaniu z przyjaciółką, Anne targają także inne emocje. Otóż, budzi się w niej uczucie miłości do Gilberta Blythe’a, któremu ona stanowczo zaprzecza i aby się go pozbyć znajduje sobie inny obiekt adoracji. Tak więc co takiego musi się stać, aby rudowłosy uparciuch zrozumiał w końcu, kto tak naprawdę jest dla niej ważny? Czy będzie to Gilbert Blythe, czy może niejaki Royal Gardner (z pol. Robert Gardner)?

Cóż jeszcze takiego dzieje się w życiu dorosłej Anne Shirley? Otóż, nie obchodzi się też bez strat. Umiera jedna z jej avonlejskich przyjaciółek. Jest to dla Anne ogromny cios. Jednak przebywanie wśród ludzi i rozwijanie swoich pasji sprawia, że żal po stracie koleżanki szybko mija, choć to wcale nie oznacza, że panna Shirley kiedykolwiek o niej zapomni. Niemniej jednak znacznie większą uwagę poświęca przyjaciółkom żyjącym, jak na przykład irytującej Philippie Gordon (z pol. Izabela Gordon).

W tej części cyklu wyraźnie widać, że niesforny rudzielec w końcu znalazł swoje miejsce w życiu poprzez ciężką pracę i usilne dążenie do celu. Bez wątpienia Anne Shirley nie jest już tą samą dziewczynką ani podlotkiem, którego obserwowaliśmy w dwóch poprzednich częściach. Tym razem prezentuje się czytelnikom jako osoba dorosła i odpowiedzialna. Już nie popełnia gaf, które tak często trafiały jej się, kiedy jeszcze mieszkała w Avonlea. Niemniej jednak, chyba po raz pierwszy Anne można poddać krytyce, a dokładnie sposób jej zachowania. Przecież jej ciągłe niezdecydowanie w sprawach uczuciowych jest krzywdzące dla obydwu adoratorów. W swoim postępowaniu idzie zbyt daleko, a potem nagle wycofuje się, jak gdyby nic się nie stało. Nie zauważyłam u niej praktycznie żadnej skruchy. Owszem, z jednej strony jest uczciwa, ale z drugiej trochę w tym wszystkim egoizmu i myślenia tylko o sobie. Choć jest już dorosła, to jednak wciąż niektóre sytuacje są w stanie doprowadzić ją do płaczu. Dzieje się tak przede wszystkim wtedy, gdy coś nie idzie po jej myśli. Tak więc mimo wszystko jakieś cechy małej dziewczynki jeszcze w niej pozostały, co może wiązać się z jej osobistym przekonaniem, że to właśnie Anne Shirley i nikt inny zawsze ma rację.

Kolejny przykład. Kiedy Diana Barry w tajemnicy pomaga jej zdobyć nagrodę, ona w gruncie rzeczy ma do niej pretensje i czuje się urażona, a właściwe urażone są jej ambicja i duma. Otóż, nie od razu można stać się światowej sławy literatem. Czasami trzeba zacząć od pisania tekstów do reklam. Historia zna wielu pisarzy, którzy właśnie tak zaczynali. Lecz nasza kochana Anne już po stworzeniu pierwszego poważnego autorskiego tekstu pragnie być podziwiana i mieć rzeszę oddanych czytelników. Miejmy nadzieję, że w kolejnych częściach życie nauczy ją więcej pokory i doceniania pomocy innych.

Pomimo że Anne unika już popełniania gaf, to jednak w Ani na uniwersytecie nie brak scen humorystycznych. Przypomnijmy sobie chociażby sytuację, w której rolę główną odegrał „wojowniczy” kot Mruczek.

Myślę, że ta część cyklu pokazuje, że Anne Shirley nie jest tylko słodziutkim i kochanym przez wszystkich dziewczątkiem, ale ma też wady, które właśnie tutaj zaczynają wychodzić na jaw. I teraz pytanie. W jaki sposób Lucy Maud Montgomery pokierowała w kolejnych częściach osobowością głównej bohaterki i jakie cechy będą u niej dominować? Czy Anne Shirley nauczy się pokory i zacznie dostrzegać w zachowaniu innych dobre intencje, czy może stanie się zadufaną w sobie kobietą sukcesu, dla której będzie liczyć się tylko ona sama? Oczywiście ci, którzy czytali pozostałe części serii już o tym wiedzą. Ponieważ to wyzwanie czytelnicze jest moim pierwszym spotkaniem z całym cyklem o Anne Shirley, dlatego też na razie nie mam pojęcia, co czeka główną bohaterkę w przyszłości. W dzieciństwie niestety nie miałam okazji jej poznać. Dlatego też ogromnie ciekawią mnie dalsze losy panny Shirley.

Uważam, że spośród tych trzech części, które już za mną Ania na uniwersytecie przedstawia się najlepiej, gdyż charakter głównej bohaterki jest już na tyle wykształcony, iż możemy dokonać jego analizy i w związku z tym poczynić swego rodzaju przypuszczenia na przyszłość. Właśnie w tej części widzimy, że Anne Shirley nie jest postacią wyidealizowaną, lecz pod wieloma względami przypomina każdego z nas. Posiada wady i zalety, co działa na korzyść tej powieści.

Oprócz tego nieszczęsnego tłumaczenia imion bohaterów, nie ma w tej książce nic, co mogłoby mnie drażnić. Tak więc z wielką przyjemnością za jakiś czas zasiądę do czytania Ani z Szumiących Topoli, a do dziwacznego przekładu można się w końcu przyzwyczaić.   

 

Moja ocena: 6/6

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



piątek, 26 kwietnia 2013

 

Rozwój epiki rycerskiej

Głównym nurtem dworskiej literatury średniowiecznej była tak zwana epika rycerska. Odzwierciedlała ona ideały i obyczaje epoki, ukazując jako wzór do naśladowania rycerza doskonałego, będącego wcieleniem wszelkich cnót. Ten typ literatury tworzyli i rozpowszechniali wędrowni śpiewacy noszący w różnych krajach rozmaite nazwy: trubadur, truwer, minstrel, bard, skald, rybałt czy wajdelota.

Obok czynów sławnych rycerzy, wędrowni śpiewacy opiewali także wyidealizowaną miłość dworską, co wiązało się z rycerskim obyczajem mówiącym, iż każdy rycerz powinien posiadać panią swego serca. Wśród charakterystycznych cech epiki rycerskiej wymienia się:

  • anonimowość autorów,
  • ukazywanie tego samego tematu w różnych ujęciach,
  • występowanie wątków baśniowych i fantastycznych postaci – potwory, smoki, olbrzymy czy karły,
  • łączenie się opowieści w całe cykle.

W różnych krajach europejskich powstawały całe cykle, które opowiadały o sławnych rycerzach i ich nadzwyczajnych czynach. I tak:

  1. Hiszpania – opowieści o rycerzu kastylijskim, Cydzie i jego walkach z Maurami;
  2. Anglia – cykl opowieści o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu. Ich zadaniem było poszukiwanie Świętego Graala, czyli naczynia napełnionego Krwią Chrystusa;
  3. Niemcy – cykl opowieści o Nibelungach, czyli karłach strzegących wielkiego skarbu na dnie rzeki Ren;
  4. Francja – cykl opowieści o cesarzu Karolu Wielkim i jego dwunastu paladynach (wodzach), z których najdzielniejszym był hrabia Roland;
  5. Ruś – poemat rycerski pod tytułem Słowo o wyprawie Igora na Połowców opowiadający o walkach księcia Igora z koczowniczymi plemionami.

Należy też dodać, iż styl epiki rycerskiej charakteryzował się patosem, czyli podniosłym sposobem mówienia i pisania. Używano słów górnolotnych i przesadnych. Epika rycerska to także wyolbrzymianie wydarzeń i zasług bohaterów, czyli innymi słowy tak zwana hiperbolizacja.

 

Ideał rycerza średniowiecznego w Pieśni o Rolandzie

Pieśń o Rolandzie to narodowa epopeja francuska, będąca utworem anonimowym pochodzącym z końca XI wieku, który został spisany przez niejakiego Turolda w połowie XII wieku. Treścią utworu są bohaterskie czyny i śmierć Rolanda – jednego z dwunastu paladynów cesarza Karola Wielkiego.

Roland to postać historyczna, lecz w zapiskach kronikarskich istnieje o nim jedynie krótka wzmianka. W roku 778 podczas wyprawy do Hiszpanii tylna straż wojsk francuskich pod wodzą Rolanda została zaatakowana i zniszczona przez pogański górski lud Basków, określanych wspólnie dla wszystkich Muzułmanów mianem Saracenów.

 

Fragment „Pieśni o Rolandzie" w przekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego;
rok publikacji 1932

 

Hrabia Roland stanowi przykład ideału średniowiecznego rycerza. Jest odważny, mężny, waleczny i bohaterski. Kocha też swoją ojczyznę, ceni swojego władcę i do samego końca jest mu wierny. Największą wartością dla Rolanda jest honor, dlatego też jest człowiekiem, na którym zawsze można polegać. Stara się również opiekować słabszymi od siebie. Doskonale walczy i jest przywiązany do swojej broni. Jest lojalny i nieugięty, lecz jako dowódca – nierozważny. W obliczu zbliżającej się śmierci, Roland nie czuje strachu, a jedynie pragnie pojednać się z Bogiem.

 

Średniowieczna historiografia w języku łacińskim

Na początek wyjaśnijmy czym tak naprawę jest historiografia nazywana czasami dziejopisarstwem lub piśmiennictwem historycznym. Otóż, jest to ogół prac historycznych odnoszących się do danego okresu, regionu lub zagadnienia.

Najdawniejszymi zapiskami historycznymi są tak zwane roczniki (annales). Były to krótkie notatki prowadzone w języku łacińskim i sporządzane przez anonimowych duchownych na marginesach ksiąg kościelnych, na przykład:

  • 965 rok – Dąbrówka przybyła do Mieszka;
  • 966 rok – Mieszko, książę Polski ochrzczony.

Roczniki stały się podstawą dla powstania i rozwoju znacznie obszerniejszych kronik.

Średniowieczna kronika to z kolei utwór o charakterze publicystyczno-literackim zawierający opis wypadków ujętych w porządku chronologicznym.

Pierwszym polskim kronikarzem był tak zwany Gall Anonim. Informacje o jego życiu są niezwykle skąpe. Przyjmuje się, że był zakonnikiem benedyktyńskim, pochodzenia francuskiego i przybył do Polski z Węgier. Działał w okresie panowania księcia Bolesława Krzywoustego, natomiast za okazaną mu opiekę odwdzięczył się napisaniem Kroniki. Dzieło to obejmuje historię Polski od czasów najdawniejszych do 1113 roku.

Autorem Kroniki pochodzącej z XIII wieku jest biskup krakowski – Wincenty Kadłubek. Swoje dzieło doprowadził do roku 1202. Cechą charakterystyczną tej Kroniki jest to, iż autor, chcąc uświetnić naszą przeszłość narodową rozbudował prehistorię Polski oraz wykorzystał fantastyczne opowieści, między innymi O Popielu i myszach, O smoku wawelskim, O księciu Kraku czy O księżniczce Wandzie. Ponadto opisywał też fikcyjne wojny legendarnych polskich władców z Juliuszem Cezarem, Aleksandrem Macedońskim oraz innymi wodzami starożytności.

Czasy Kazimierza Wielkiego i Ludwika Węgierskiego (XIV wiek) opisuje natomiast Kronika Wielkopolska. Jej autorem jest Janko z Czarnkowa. Kronika ta ma charakter pamiętnika, ponieważ autor – wysoki urzędnik dworski – opisywał te wydarzenia, w których sam brał udział.

Z kolei wiek XV przyniósł Kronikę Jana Długosza – urzędnika dworskiego i nauczyciela synów króla Kazimierza Jagiellończyka. W swojej Historii Polski opisał dzieje kraju od czasów najdawniejszych do 1480 roku. Jego dzieło odznacza się wysoką kulturą literacką, krytycyzmem i wiarygodnością. 

Wróćmy jeszcze na chwilę do Kroniki Galla Anonima, w której autor przedstawił portrety dwóch Bolesławów, czyli Bolesława I Chrobrego i Bolesława III Krzywoustego. Kronika polska Galla Anonima powstała w latach 1112-1116 na zamówienie polskich dostojników. Z braku źródeł pisanych, autor oparł się głównie na informacjach przekazywanych ustnie, a także na własnych obserwacjach. Wprowadził też elementy fikcji literackiej. Utwór pisany jest prozą rymowaną w języku łacińskim i obejmuje trzy księgi, które rozpoczynają wierszowane wstępy i listy. W swej Kronice Gall Anonim wyeksponował szczególnie czasy panowania króla Bolesława Chrobrego i księcia Bolesława Krzywoustego.

 

Bolesław I Chrobry                       Bolesław III Krzywousty

 

Zdaniem Galla Anonima Bolesław Chrobry posiadał przede wszystkim cechy wspaniałego, doskonałego i dzielnego rycerza. Był też dobrym władcą i gospodarzem, a po jego śmierci Polska osłabła politycznie i gospodarczo. Król nigdy nie podejmował pochopnych decyzji, zaś swoich poddanych traktował jednakowo i odnosił się do nich z miłością. Był też władcą sprawiedliwym. Natomiast Bolesław Krzywousty posiadał ogromny talent wojenny i rycerski, był bezlitosny dla swoich wrogów, konsekwentny w działaniu oraz nieugięty i nieustraszony, co sprawiało, że obawiano się go i nazywano „Bolesławem, który nie śpi”. Książę określany był też „pogromcą wrogów” i „księciem – rycerzem”.

Tak więc portrety polskich władców w Kronice Galla Anonima realizują dwa popularne modele w średniowiecznej literaturze europejskiej. Bolesław Chrobry to „władca – dobry ojciec”, którego pierwowzorem był cesarz Karol Wielki. Z kolei Bolesław Krzywousty ukazany został jako utalentowany żołnierz i w ten sposób przypomina średniowiecznego bohatera, jakim był „rycerz doskonały”.

 



prawa autorskie zastrzeżone

środa, 24 kwietnia 2013

 

Yann Martel

 

          Życie Pi

 

 

 

 

 

Wydawnictwo: ZNAK
Kraków 2004
Tytuł oryginału: Life of Pi
Przekład: Zbigniew Batko

 

 

 

 

Nie od dziś wiadomo, że życie potrafi człowieka naprawdę zaskoczyć. Każdy dzień przynosi nam coś nowego, choć z pozoru może wydawać się, że jeden od drugiego niczym szczególnym się nie różni. Czasami są to jakieś błahe sprawy, o których szybko zapominany, ale są też i takie, które pozostają w naszej pamięci do końca życia. Ba! Zmieniają to życie nieodwracalnie. Tak więc zazwyczaj to los pisze własny scenariusz, nie bacząc na nasze plany i marzenia, a my możemy jedynie go zaakceptować i na miarę swoich możliwości radzić sobie z nim albo buntować się przeciwko temu, co nas spotkało. Co lepsze? Nie wiadomo.

A teraz spróbujmy odpowiedzieć sobie na jedno pytanie. Czy przyjaźń z dzikim drapieżnym zwierzęciem jest możliwa? Na przykład z dorosłym tygrysem bengalskim? Wyobrażam sobie, że niejednemu lub niejednej z Was ciarki przeszły w tym momencie po kręgosłupie. Już na sam dźwięk słowa „tygrys” większości z nas robi się gorąco, a serce tłucze się w piersi niczym dzwon Zygmunta. To pomarańczowe stworzenie w czarne paski jest kochane i bezpieczne tylko jako pluszowa maskotka, prawda? Niemniej, nigdy nie wiadomo, co szykuje dla nas życie. Piscine „Pi” Molitor Patel też tego nie wiedział.

Tak więc niemal czterdzieści lat temu pewien szesnastoletni wówczas chłopiec o imieniu Pi wyruszył w morską podróż wraz ze swoją rodziną: ojcem, matką i bratem. Przemierzając wody Oceanu Spokojnego na japońskim statku „Tsimtsuma” kierowali się w stronę Kanady. To właśnie tam planowali stworzyć nowy dom i zacząć wszystko od początku. Do tej pory rodzina Patelów mieszkała w Indiach w mieście o nazwie Puttuczczeri, gdzie mieścił się też piękny ogród zoologiczny, którego strażnikiem był ojciec chłopca. W ogrodzie tym zwiedzający mieli możliwość obejrzenia zwierząt, przeważnie dzikich i niebezpiecznych, które stanowiły główną atrakcję tego miejsca. Właściciel od najmłodszych lat przyuczał swoich dwóch synów do pracy w zoo. Nie szczędził też na niebezpiecznych sytuacjach, które miały na celu przestrzec chłopców przed nieodpowiedzialnym i beztroskim zachowaniem wobec drapieżników.

W Puttuczczeri Patelowie byli bardzo znaną rodziną, lecz kwestie polityczne zmusiły ich ostatecznie do opuszczenia ukochanych Indii i wyruszenia w drogę do Winnipeg w Kanadzie. Na statek, niczym biblijny Noe, rodzina zapakowała niektóre ze zwierząt, aplikując im środki uspokajające, aby w nowym miejscu móc na nowo otworzyć ogród zoologiczny. Niestety, nikt nie spodziewał się, że podczas rejsu dojdzie do tragedii.

Statek tonął. Wydawał z siebie dźwięk podobny do potwornego metalicznego beknięcia. Przeróżne szczątki znikały z bulgotem pod wodą. Wszystko wyło: morze, wicher, moje serce. Z szalupy dostrzegłem nagle w wodzie coś żywego.

– Richardzie Parkerze! Czy to ty? – zawołałem. – Nic nie widzę. Och, żeby choć na chwilę przestało padać. Richardzie Parkerze! Richardzie Parkerze! Tak, to ty!

Widziałem jego łeb. Walczył, żeby utrzymać się na powierzchni.

– Jezus, Maria, Mahomecie i Wisznu, jak to dobrze, że cię widzę, Richardzie Parkerze! Błagam nie poddawaj się! Płyń do mnie, do szalupy. Słyszysz ten gwizd? Triii! Triii! Triii! Dobrze słyszysz. Płyń, płyń! Jesteś dobrym pływakiem. To nie jest nawet trzydzieści metrów (…)*

Wreszcie Richard Parker dopłynął. Uczepił się pazurami burty, potem wdrapał się do łodzi. W tym momencie serce Pi zatrzymało się na chwilę i chłopiec zdał sobie sprawę z tego, co właśnie zrobił. Uratował życie drapieżnikowi, który jednym machnięciem łapy był w stanie zrobić z niego befsztyk. Wtedy też przypomniał sobie słowa swojego brata, który przepowiedział mu, że kiedyś skończy w paszczy tygrysa, stając się kolejną „kozą”. Ostatecznie oprócz Richarda Parkera (tygrysa) w szalupie razem z Pi znalazły się jeszcze hiena, orangutan i ranna zebra. W tak doborowym towarzystwie tylko czekać, kiedy zaczną uaktywniać się poszczególne ogniwa łańcucha pokarmowego i kto jako pierwszy przypłaci to życiem.

Od tej chwili szesnastoletni Indus zdany jest tylko na siebie i na łaskę Najwyższego, w którego istnienie bezgranicznie wierzy. Jego wiara już wcześniej wyśmiewana była przez bliskich, ponieważ chłopiec zafascynowany Bogiem nie był w stanie określić jednoznacznie swoich przekonań w tej kwestii. Chciał być hindusem, chrześcijaninem i jednocześnie wyznawcą islamu. Dla niego wszystkie te wyznania stanowiły jedność. Były niczym jedna wielka religia.

 

Suraj Sharma jako Piscine „Pi” Molitor Patel i Richard Parker

 

Fakt, że Piscine „Pi” Molitor Patel przeżył i po latach mógł opowiadać swoją niezwykłą historię każdemu, kto tylko chciał jej wysłuchać, naprawdę graniczyło z cudem. Nikt przy zdrowych zmysłach nie potrafił uwierzyć w to, że szesnastoletni hinduski chłopiec spędził „pod jednym dachem” ponad siedem miesięcy z dorosłym bengalskim tygrysem. Czyżby Richard Parker pamiętał o tym, że Pi uratował mu życie i dlatego nie pożarł go żywcem, pomimo że było wiele sytuacji, które temu sprzyjały? Przecież były chwile, gdy obydwaj rozbitkowie cierpieli niewyobrażalny głód, byli też zestresowani, a jednak tygrys nie rzucił się na Piscine’a. Ta historia jest tak niewiarygodna, że wręcz zakrawa ona na fikcję literacką. I tak też wielu do niej podeszło.

Po raz pierwszy Życie Pi spotkałam na blogu Co warto czytać? Ponieważ jego Autorka nie za często przyznaje najwyższe oceny książkom, uznałam, że ta musi być wyjątkowa, skoro od Felicji otrzymała „6”. Nie pomyliłam się. Życie Pi to jedna z tych lektur, które zostają w pamięci na bardzo długo, a może nawet na zawsze. I pomyśleć, że Yann Martel po klęsce poprzedniej książki nie miał pomysłu na kolejną! Pieniądze też mu się kończyły, a wena twórcza milczała, nic sobie z tego nie robiąc. Dopiero przypadek sprawił, że wydał prawdziwy bestseller, którym zadziwił czytelników na całym świecie. Ta historia tak bardzo ludźmi zawładnęła, że ostatecznie postanowiono ją sfilmować.

Czym dla mnie jest Życie Pi? Na pewno jest książką o niesamowitej odwadze i uporze, a także o nieopisanym pragnieniu życia. Jestem przekonana, że bohaterowi w przetrwaniu bardzo pomógł fakt, iż na co dzień obcował z dzikimi zwierzętami znajdującymi się w ogrodzie zoologicznym jego ojca. Dzięki temu posiadł ogromną wiedzę dotyczącą sposobu zachowywania się zwierząt w określonych sytuacjach. W związku z tym mógł przewidzieć kolejny krok swojego towarzysza niedoli.

Ta książka jest też doskonałym dowodem na to, iż w ekstremalnych warunkach człowiek jest zdolny do zachowań, które normalnie są mu obce. Generalnie strach uważany jest za największego wroga człowieka. Z jednej strony może nas sparaliżować do tego stopnia, że nie będziemy w stanie podjąć żadnych sensownych działań, ale z drugiej może stanowić impuls, który uratuje nam życie. W tym konkretnym przypadku strach stanowił jedynie bodziec do podejmowania działań, które pozwoliły Patelowi przetrwać. Bardzo ważny jest tutaj także element psychologiczny, natomiast przypadek Pi Patela dla specjalistów może być doskonałym materiałem badawczym. Choć z drugiej strony ostrożnie podchodziłabym do wszelkiego rodzaju analiz kosztem kogoś, kto przez dwieście dwadzieścia siedem dni balansował pomiędzy życiem a śmiercią.

Czym jeszcze jest ta wyjątkowa książka? Na pewno ogromnym skarbcem wiedzy o zwierzętach. Pi opowiada o nich z ogromnym zaangażowaniem, przekazując w ten sposób niezwykle interesujące informacje ze świata fauny. Na pierwszy rzut oka widać, że mężczyzna bardzo kocha te stworzenia i są mu niesamowicie bliskie.

Na samym początku książki można przeczytać, że jest to historia, która sprawi, że słuchacz/czytelnik uwierzy w Boga. Chyba jednak coś w tym jest, ponieważ jak pokazały fakty, ludzki rozum nie jest w stanie wytłumaczyć, w jaki sposób Pi po ponad siedmiu miesiącach dryfowania na wodach Oceanu Spokojnego, dotarł do Meksyku w jednym kawałku. Tak naprawdę to głęboka wiara trzymała go przy życiu i nie pozwoliła wpaść w rozpacz. To ona dodawała mu sił każdego dnia i nocy, kiedy mogło wydawać się, że tylko sekundy dzielą go od spotkania z rodziną gdzieś na dnie oceanu.

Choć książka nie posiada klasycznej formy powieści, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni, to jednak czyta się ją jednym tchem. Ogromnym plusem jest tutaj język, jakiego Yann Martel użył celem jej napisania. Jak widać, niniejsza historia nie ma w sobie nic śmiesznego, jest wręcz tragiczna, jednak Yann Martel opisał ją tak, że uśmiechamy się w trakcie jej czytania. W sceny dramatyczne wplótł pierwiastek komizmu, co sprawia, iż nie przerażają one czytelnika tak bardzo, jak mogłoby to mieć miejsce w przypadku zastosowania słów poważnych i nasyconych grozą.

Książkę Yanna Martela polecam każdemu, kto gustuje w lekturach opartych na faktach. Jest to publikacja niezwykle wartościowa i myślę, że powinna trafić w ręce każdego czytelnika niezależnie od wieku. Młodzież nauczy się z niej, ile tak naprawdę warte jest ludzkie życie, pozna też świat zwierząt i ich potrzeby, natomiast dorośli dowiedzą się, jak wiele może wytrzymać człowiek, który znajdzie się w sytuacji teoretycznie bez wyjścia. Myślę, że po przeczytaniu tej książki wiele osób przewartościuje swoje życie i zmieni swoją dotychczasową hierarchię rzeczy ważnych i mniej ważnych.

 

 

Moja ocena: 6/6

 



* Y. Martel, Życie Pi, Wyd. Znak, Kraków 2004, s. 117.

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



poniedziałek, 22 kwietnia 2013

 

Małgorzata

Gutowska-Adamczyk

 

      Podróż do miasta świateł

                 Róża z Wolskich

 

 

 

 

Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2012
 

 

 

 

Paryż – miasto świateł. Jakże często pisarze zabierają swoich czytelników w podróż do tego, chyba najbardziej niezwykłego miasta świata. Czym ujmuje nas Paryż, że tak często chcemy do niego wracać, choćby jedynie na kartach książek? Dlaczego tak wiele ludzi zakochuje się w tym mieście i nie wyobraża sobie życia poza nim? Specyfika Paryża polega w głównej mierze na tym, iż na przestrzeni wieków jego ulice przemierzały sławy, o których dziś możemy już tylko przeczytać. Będąc w Paryżu namacalnie czuje się ich obecność, choć ci ludzie już dawno od nas odeszli. To przede wszystkim miasto artystów: aktorów, malarzy, pisarzy, kreatorów mody i wielu innych, którzy na kartach historii zapisali swój ślad w postaci własnej twórczości. Po dziś dzień wzorujemy się na ich pracach, być może w pewnym stopniu je udoskonalając bądź dostosowując do czasów nam współczesnych. W ten sposób zapewniamy im nieśmiertelność. Nie należy też zapominać, że Paryż to również miasto miłości. Chyba nie ma bardziej „zakochanego” zakątka na ziemi, jak właśnie miasto świateł. Trudno zliczyć zakochanych mężczyzn oświadczających się damom swojego serca na szczycie wieży Eiffla.

Na pewno współcześni inaczej postrzegają magię Paryża niż miało to miejsce chociażby niemal dwieście lat temu, kiedy po ulicach miasta jeździły omnibusy i dorożki. Pod koniec XIX wieku, pomimo działań wojennych i poważnych zawirowań politycznych, Paryż zaczął przeżywać okres prawdziwego rozkwitu, zwany belle époque. W Paryżu kilkakrotnie gościły wystawy światowe i właśnie podczas jednej z nich powstała wspomniana już wieża Eiffla, która z biegiem lat stała się jednym z symboli miasta. Z kolei rok 1900 to czas, kiedy do użytku została oddana pierwsza linia metra. Natomiast przełom XIX i XX wieku nadał miastu miano artystycznej stolicy świata. To wtedy narodziły się nowe prądy w sztuce, jak impresjonizm, kubizm oraz fowizm, zaś nieco później dadaizm i surrealizm. Ogromny wpływ na architekturę Paryża wywarła także secesja

W takich właśnie realiach rozgrywa się większa cześć najnowszej powieści Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, której główną bohaterką jest malarka, Róża Wolska, a o której Francuzi mówią Rose de Volska. Każdy, kto czytał Cukiernię Pod Amorem wie, że z tą postacią czytelnik spotyka się w pierwszym tomie trylogii, lecz jest ona jedynie mało znaczącym epizodem. Tutaj cofamy się do lat dzieciństwa malarki, potem przechodzimy przez jej dorastanie, aż w końcu obserwujemy ją jako dorosłą kobietę, która wie, czego tak naprawdę pragnie od życia. Wraz z Różą wędrujemy po XIX-wiecznym Paryżu, poznajemy jego tajemnice, obserwujemy codzienne życie jego mieszkańców, a przede wszystkim podglądamy pracę malarzy i razem z nimi uczestniczymy w wystawach ich dzieł.

Róża nigdy nie miała łatwo. Jako emigrantka z Polski wraz z matką początkowo znalazła kąt w domu wuja i dopóki żył wszystko toczyło się bez większych trudności. Ciężkie czasy przyszły dopiero po jego śmierci, kiedy trzeba było samemu zadbać o własny byt. Wtedy to w oczy Róży i jej matki zaczęła zaglądać bieda. Mieszkając w ubogiej dzielnicy Montmartre zmuszone były wyprzedać majątek, który pozostawił im wuj Izydor. Lecz cóż to był za majątek. Przecież zrujnowany przez giełdę bankrut nie mógł im wiele zostawić w spadku. W dodatku Różę dręczyło kalectwo. Była niemową, na co nikt nie potrafił znaleźć sensownego wytłumaczenia, nawet światowej sławy specjalista.

Niemniej jednak, upośledzenie Róży bynajmniej nie przeszkadza jej w codziennym funkcjonowaniu. Znacznie bardziej denerwuje ono jej matkę. Dziewczynka ma przyjaciół, potrafi odnaleźć się w społeczeństwie i wydaje się, że nie zamartwia się o swoją przyszłość, tak jak czyni to Krystyna Wolska. Zapytacie gdzie jest ojciec Róży? Otóż, przebywa na zesłaniu na Syberii po upadku powstania styczniowego w Polsce. Fakt ten zmusił Krystynę i jej córkę do emigracji, co szczególnie dla tej pierwszej jest trudne do zaakceptowania. Wciąż tęskni za Polską i marzy o powrocie do rodzinnego kraju.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk przyzwyczaiła czytelników do tego, że przenosi ich z jednej rzeczywistości do innej, a obydwie diametralnie różnią się od siebie. Tak było w przypadku Cukierni Pod Amorem, tak też jest i tutaj. Na kartach powieści podróżujemy pomiędzy XIX-wiecznym Paryżem a współczesnym Gutowem, Zajerzycami i Warszawą. Znów spotykamy Igę Hryć, a właściwie Toroszyn, która tak usilnie odkrywała niegdyś tajemnicę średniowiecznego pierścienia Salomei. Teraz Iga jest już mężatką, ma dwoje wspaniałych dzieci i kochającego męża. To, czego nie zdołała dokonać jej babka, Celina, ona z powodzeniem zrealizowała. Obecnie wraz z mężem jest właścicielką pałacu Zajezierskich, w którym mieści się teraz świetnie prosperujący hotel. Dziełu Igi bacznie przygląda się sam hrabia Tomasz Zajezierski, którego portret wisi w najbardziej wyeksponowanym do tego miejscu. Turystom podawana jest informacja, iż obraz ten wyszedł spod pędzla Róży Wolskiej, a właściwie Rose de Vallenord. Iga nigdy nie sądziła, że podziwiany przez wszystkich portret któregoś dnia będzie spędzać jej sen z powiek. Okazuje się bowiem, że na całym świecie w niezwykle tajemniczych okolicznościach giną obrazy Rose de Vallenord. Nikt nie ma pojęcia dlaczego tak się dzieje. Komu tak bardzo zależy na tych obrazach, że aż porywa się na ich kradzież?

Jak pamiętacie z Cukierni Pod Amorem Iga nie umie przejść obojętnie obok spraw niewyjaśnionych do końca. Tak też jest i w tym przypadku. Ona nie tylko zastanawia się nad powodem kradzieży obrazów, ale przede wszystkim martwi się o bezpieczeństwo portretu hrabiego. Bo jeśli jest on autentyczny i sama Rose de Vallenord własnoręcznie go namalowała, to przecież któregoś dnia może on zaginąć w równie tajemniczych okolicznościach jak inne obrazy malarki? Co w takim razie robi Iga Toroszyn? Do zbadania sprawy zatrudnia Ninę Hirsch, która jest specjalistką od dzieł sztuki. Oczywiście pomaga jej w tym los, ponieważ Nina w tym czasie przebywa w Gutowie. W zastępstwie matki zajmuje się pochówkiem swojej ciotki, Agaty. Czy obydwie kobiety znajdą wspólny język i odkryją tajemnicę zaginięć obrazów Róży z Wolskich? O tym na pewno nie dowiecie się jeszcze w tej części dylogii. Na październik tego roku planowana jest premiera drugiego tomu, tak więc zapewne to tam czytelnicy wraz z Niną i Igą rozwiążą tę niezwykłą zagadkę. Część pierwsza to tylko wstęp, w którym opisane zostały losy bohaterów i droga prowadząca do odkrycia tajemnicy kradzieży.

Cóż można napisać o tej książce? Na pewno jest to powieść niezwykła, jakich brakuje na naszym rynku wydawniczym. Pisarze chyba jednak bardziej wolą skupiać się na czasach współczesnych niż grzebać w historii i przybliżać czytelnikom realia, o których już mało kto pamięta. Dlatego w tej kwestii mam ogromne uznanie dla Autorki. Poza tym, XIX-wieczny Paryż jest cudowny, a opisany przez Małgorzatę Gutowską-Adamczyk nabiera realnego wymiaru. Niedawno czytałam Nanę Émile Zoli i zauważyłam, że jest wiele elementów, które łączą te dwie powieści. Oczywiście Zola miał sprawę ułatwioną, ponieważ na co dzień żył w tamtej rzeczywistości, a tutaj Autorka musiała korzystać z publikacji historycznych, żeby stworzyć tak autentyczny obraz paryskiego społeczeństwa końca XIX wieku. Pisarka sama przyznaje, że pomocą i radą służyła jej Marta Orzeszyna – romanistka i pasjonatka kultury francuskiej, która mieszkała też przez pewien czas w Paryżu.

W powieści nie brak także wielkiej miłości, pożądania, ale i dramatycznych rozstań. To wszystko sprawia, że czytelnik zaczyna zastanawiać się nad dalszymi losami bohaterów. Czy kiedyś znów się spotkają? A może los okrutnie sobie z nich zadrwi i już nigdy nie zaznają szczęścia i bliskości ukochanej osoby?

Autorka bardzo dobrze gra też na emocjach czytelnika. Są sytuacje, kiedy najchętniej wykrzyczałoby się prawdę prosto w twarz powieściowej postaci i potrząsnęło nią, aby się opamiętała i przestała wreszcie krzywdzić tych, których powinna kochać i pragnąć ich dobra. W większości bohaterowie to egoiści dbający tylko o siebie kosztem innych. I niestety ten fakt sprawia, że są oni do siebie bardzo podobni, o czym piszę poniżej.  

Generalnie książka naprawdę mi się podobała i zachęcam do sięgnięcia po nią, ale jest coś, co mnie szalenie nurtuje i nie mogę o tym nie wspomnieć. Ale może zacznę od początku. Otóż, w tej powieści na pierwszy plan wysuwają się relacje na linii matka-córka. Oczywiście mam na myśli Krystynę i Różę oraz Irenę i Ninę. Relacje te są niezwykle trudne i na tym etapie książki raczej niemożliwe do naprawienia. Być może coś zmieni się później, choć w przypadku pierwszej pary nie ma już na to szans. Pozostaje tylko Irena i Nina. Czytając odniosłam wrażenie, że Krystyna i Róża zostały praktycznie przeniesione do czasów współczesnych. Autorka zmieniła im tylko imiona, wykonywany zawód i oczywiście otoczenie, w jakim żyją. Ich charaktery pozostają te same, podobnie jak problem, z jakim muszą się zmagać. O jakiejkolwiek analizie psychologicznej postaci nie ma tutaj mowy, ponieważ o relacjach jednej i drugiej pary napisalibyśmy dokładnie to samo. Trudno jest mi uwierzyć, że Autorkę tej klasy nie stać było na wykreowanie bohaterek różnych pod kątem psychologicznym, żeby dać czytelnikowi szansę na ich analizę. Może trzeba jednak było posłużyć się jakimiś sprzecznościami, zamiast odbijać niczym w lustrze charaktery tych kobiet? Myślę, że wtedy ta książka byłaby jeszcze bardziej emocjonująca, a czytelnik miałby szansę dokonać porównań. To jest chyba jedyny minus tej powieści. Brak różnorodności postaci.

Ale z drugiej strony może to nie jest przypadek, a celowy zamysł Autorki? Może w tomie drugim dowiemy się, że Irena i Nina w jakiś sposób są spokrewnione z Krystyną i Różą? Bo przecież niektórzy twierdzą, że osobowość dziedziczy się po przodkach. A może Małgorzata Gutowska-Adamczyk kreując w ten sposób bohaterki chciała przypomnieć, że pomimo tego, iż czasy się zmieniają, to jednak pewne kwestie tej zmianie nie podlegają i wciąż są takie same?

Jako czytelnik mam nadzieję, że ten problem wyjaśni się w drugiej części dylogii. Jeśli tak się nie stanie, to wtedy ostatecznie uznam, że Autorka niestety nie wykazała się zbyt dużą kreatywnością w konstruowaniu bohaterów, lecz skupiła się jedynie na przedstawieniu XIX-wiecznego paryskiego społeczeństwa, zapominając o tym, że psychologia postaci jest również niezwykle istotna, a może nawet niekiedy ważniejsza niż rzeczywistość, w jakiej żyją na kartach książki i nie można ich osobowości tworzyć do jednego schematu, żeby nie było nudno.

Tak więc po przeczytaniu drugiego tomu dylogii na pewno wrócę do powyższego tematu. A tymczasem zapraszam Was do odbycia podróży do miasta świateł, bo naprawdę warto.

 

 

Moja ocena: 5/6

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



piątek, 19 kwietnia 2013

 

Renata Czarnecka

 

     Pod sztandarem miłości

 

                      Rok 1794

 

 

 

 
Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2012



 

 

 

Wszyscy, którym historia Polski nie jest obca, doskonale wiedzą, że tak naprawdę Rzeczpospolita okupowana była jeszcze przed II rozbiorem. Ta wojskowa okupacja obcych mocarstw oraz rządy targowiczan stały się dla kraju niezwykle uciążliwe, dlatego też ludność bardzo szybko zaczęła manifestować swoje niezadowolenie i buntować się przeciwko zaistniałej sytuacji, zawiązując spiski przeciwko okupantowi. Z II rozbiorem Polski łączą się chyba najbardziej krwawe wydarzenia spośród wszystkich trzech rozbiorów.

Co, w takim razie, przyniósł owy pamiętny rok 1794? Otóż, w marcu wybuchło powstanie narodowe skierowane przeciwko Rosji i Prusom. Rewolcie dowodził generał Tadeusz Kościuszko. Jednak ówczesny król, Stanisław August Poniatowski nie poparł walki ludu, mającej na celu wyrwanie się spod jarzma okupanta. W zamian monarcha w dniu 19 marca wystosował list do księcia Józefa Poniatowskiego, w którym uznał za swój święty obowiązek „trzymać z Rosjanami”. Mało tego. W momencie, gdy dowiedział się o charakterze działań Tadeusza Kościuszki, natychmiast uznał go za rebelianta, którego on, jako sojusznik Rosji, musi zwalczać wszelkimi siłami. W związku z tym dnia 2 kwietnia król złożył swój podpis na uniwersale przeciwko powstaniu, który przygotowany został przez Departament Sprawiedliwości Rady Nieustającej. Stanisław August Poniatowski w owym akcie stanowczo potępiał rewolucję francuską, natomiast swój naród wzywał do opamiętania się oraz usilnie przestrzegał przed wiarą w pomoc ze strony Francji.

W wyniku walk zbrojnych pomiędzy wojskiem polskim i ludem Warszawy a okupacyjnym garnizonem rosyjskim w dniach 17-18 kwietnia 1794 roku, została zdobyta rosyjska ambasada, a ponadto przejęto dokumenty, które były niezbitym dowodem zdrady. Poświadczały one bowiem pobieranie przez otoczenie króla stałej pensji od carycy Katarzyny II.  Od tej chwili król stał się zakładnikiem powstańców i zamknął się w zamku.

Jednak wspomniane walki to dopiero początek. Najbardziej krwawe miały miejsce w chwili, gdy do Warszawy wjechały wojska dowodzone przez Aleksandra Wasiljewicza Suworowa. Pamiętna rzeź mieszkańców Pragi jeszcze długo odbijała się echem pośród ludu Warszawy.

Na tle powyższych wydarzeń rozgrywa się akcja powieści Renaty Czarneckiej pod tytułem Pod sztandarem miłości. Powieść stanowi drugą część historii opowiedzianej w książce Pożegnanie z ojczyzną. Rok 1793. Czytelnik ponownie wkracza na salony wraz z ówczesną warszawską arystokracją. Po raz kolejny zapraszany jest do pałacu Radziwiłłów i Czartoryskich. Spotyka też przedstawicieli rodu Potockich i Lubomirskich. Niemniej, podobnie jak w poprzedniej części, tak i tutaj na czoło również wysuwa się księżna Helena z Przeździeckich Radziwiłłowa. To właśnie ją słychać najgłośniej. To jej głos odbija się echem w pałacowych murach, a obcasy jej butów stukają na marmurowych posadzkach. Jest tak realna, że aż czuć zapach jej perfum i słychać szelest wytwornych sukni.

Pomimo zamieszek na ulicach Warszawy i niebezpieczeństwa utraty życia, które może dosięgnąć również Radziwiłłów, do końca pozostają oni wierni Katarzynie II. Helena wciąż drży, aby nikt z jej rodziny przypadkiem nie wyrzekł złego słowa pod adresem jej najserdeczniejszej przyjaciółki, jaką w jej mniemaniu jest imperatorowa. Ale czy ta przyjaźń jest równie silna ze strony carycy? Chyba nie, skoro po odwołaniu z Warszawy ambasadora, Jakoba Johanna Sieversa, wojewodzina wileńska robi wszystko, aby wkraść się w łaski jego następcy i tym samym odzyskać zaufanie Katarzyny II. Przecież wciąż myśli o korzystnym wydaniu za mąż swojej córki, Krystyny i wie, że tylko caryca może jej w tym pomóc. Oczywiście, jak to w życiu bywa, nie wszystko układa się po jej myśli. Przecież posiada liczną rodzinę, a w związku z tym istnieje ryzyko, że nie każdy z jej członków będzie podzielał jej zdanie.

Podobnie jak w poprzedniej części dylogii, tak i tutaj arystokracja próbuje żyć normalnie, choć sprawy kraju są dla niej bardzo ważne. Radziwiłłowie z wiadomych przyczyn sympatyzują z Rosjanami i to ich w główniej mierze zapraszają na przyjęcia do swojego pałacu na Miodowej.

Obok Heleny Radziwiłłowej, na pierwszy plan wysuwa się też inna, równie silna, kobieta. Jest nią hrabina Maria Naryszkin z domu Czetwertyńska – przyjaciółka księżnej i żona Rosjanina, co sprawia, że wciąż drży o swoje bezpieczeństwo. Jest też bardzo piękną kobietą, więc nie dziwi fakt, że wpada w oko pewnemu rosyjskiemu oficerowi, którym nie jest bynajmniej jej małżonek. Czy ta miłość do mężatki znajdzie w końcu spełnienie? Czy może krwawe rozruchy w kraju sprawią, że pozostanie ona jedynie w sferze marzeń?

 

Wieszanie zdrajców
Autor: Jean Pierre Norblin de la Gourdaine (1745-1830)



Renata Czarnecka znów dokonała czegoś niezwykłego. Otóż, stworzyła powieść niełatwą, jeśli chodzi o tło historyczne, ale z drugiej strony tak wciągającą, że nie sposób się od niej oderwać. Zagmatwane kwestie polityczne przeplatają się tutaj z codziennym życiem bohaterów. Czytelnik jest doskonale poinformowany, co czuje dana postać i jakie są jej zamiary. Nie tylko Helena Radziwiłłowa sprawia wrażenie kobiety z krwi i kości. Tak dzieje się w przypadku każdej postaci, którą spotykamy na kartach książki. Kiedy Autorka pisze, że za oknem pałacu Radziwiłłów rozpętała się burza z piorunami, to tak w istocie jest. Czytelnik również słyszy odgłos grzmotu, wielkie krople deszczu uderzające w okienne framugi i szybkie kroki jednego z synów księstwa, który właśnie zajechał przed pałac karetą. Z kolei, gdy przemierzamy ulicami Warszawy, niemal na własne oczy widzimy tłumy mieszczan żądnych krwi zdrajców. Przed naszymi oczami wyrastają szubienice i czujemy strach towarzyszący tym, którzy prowadzeni są na stracenie. Wraz z Marią Naryszkin i Heleną Radziwiłłową słyszymy huk armat i szczęk oręża. Widzimy zakrwawionych ludzi i łowimy uchem ich jęki, kiedy śmierć jest już blisko. Autorka używa niby prostych słów, a jednak potrafi je dobrać w taki sposób, że w pewnym momencie czytelnik traci poczucie rzeczywistości.

W książce nie brak też scen humorystycznych, choć ogólnie tematyka powieści jest poważna. Fakt ten bez wątpienia urozmaica fabułę powieści. Tak więc czytelnicy znajdą w tej książce wszystko to, co powinna mieć dobrze skonstruowana powieść, czyli doskonale wykreowanych bohaterów, uczucia nimi targające, miłość, przyjaźń, zdradę, niekiedy komizm sytuacji, a ponieważ jest to powieść historyczna, nie brakuje w niej perfekcyjnie namalowanych słowami obrazów z naszej historii. Autorka zadbała o najdrobniejszy szczegół, oczywiście na tyle, na ile pozwala na to objętość książki. Dodatkowy walor stanowią także doskonale skonstruowane dialogi.

Chyba nie muszę dodawać, że jestem pod ogromnym wrażeniem tej powieści, podobnie jak innych książek Renaty Czarneckiej, które czytałam. Niemniej, w tym przypadku występuje jeszcze trudne tło historyczne, z którym Autorka fantastycznie sobie poradziła. I właśnie ten fakt przemawia za tym, aby tej powieści podnieść ocenę, ponieważ zdaję sobie sprawę, ile pracy kosztuje napisanie takiej książki. Obawiam się jednak, że słowo „rewelacyjna” to stanowczo za mało, aby wyrazić fenomen tej powieści. W tym kontekście znacznie bardziej pasuje „wybitna”.

 

 

Moja ocena: 6+/6

 

 

Za książkę serdecznie dziękuję Autorce

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
Blog istnieje od 13 kwietnia 2011 roku
Cykle Literackie
My thoughts about books and literature
Pomóżmy Ewie powrócić do normalnego życia - Akcja: BLOGI DAJĄ NOGI
Proszę nie kopiować tekstu bez mojej zgody (ustawa z dn. 4 lutego 1994r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
Troszkę z innej bajki
Tutaj często zaglądam
Ulubione Blogi Książkowe
Wszelkie komentarze, które swoją treścią będą obrażać osobę autorki bloga lub innych czytelników, a także autorów książek, zostaną natychmiast usunięte.
Wydawnictwa i Księgarnie
Wywiad ze mną na blogu Książki Zbójeckie


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?