Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
sobota, 28 kwietnia 2012

 

Recenzja przedpremierowa

Premiera powieści już 18 maja!

 

 

Agnieszka Lingas-Łoniewska

                   

                     W zapomnieniu

 

 

Wydawnictwo: Novae Res
Gdynia 2012

 

 

Wałbrzych – miasto zapomnienia. Miasto, gdzie wszyscy się znają i niczego nie da się ukryć przed wścibskim sąsiadem. Lecz z drugiej strony, jest to także miejsce, gdzie znalezienie pracy graniczy z cudem, a młodzi ludzie pozbawieni są perspektyw rozwoju i życia na poziomie, o jakim wielu z nas marzy. W takim razie, jak odnaleźć się w takim miejscu? Może jedynym wyjściem z tej niekomfortowej sytuacji jest stanąć na czele zorganizowanej grupy przestępczej i łapać kontakt z sobie podobnymi, którzy pomogą wejść w posiadanie towaru, który potem będzie można łatwo upłynniać za zachodnią granicą? Wtedy na pewno wiele się zmieni. W pewnym środowisku zdobędzie się szacunek, wpływy i duże pieniądze, a wszystko, co do tej pory było niemożliwe, nagle stanie się dostępne na wyciągnięcie ręki. W tych nowych, komfortowych realiach jedyne zagrożenie może stanowić konkurencja albo „psiarnia”, która będzie nieustannie deptać po piętach i któregoś dnia doprowadzi do „zapuszkowania” na kilka albo nawet kilkanaście najbliższych lat, odrywając od tego, co ważne. Jednak, czy mimo to nie warto podjąć ryzyka, szczególnie, kiedy uwielbia się szybki i łatwy zarobek, przy którym poziom adrenaliny sięga zenitu?

Z pewnością tak właśnie myśleli „kumple z Santany”, gdy zaczynali stawiać pierwsze kroki w tego typu przedsięwzięciu. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że Majki, Daro, Glon, Bury, Robal, Gruby i Broszka nie zaprzątali sobie głowy tym, co przyniesie przyszłość. Dla nich liczyło się i nadal liczy tylko „tu i teraz”. Ważna jest jedynie duża i łatwa kasa, drogie i szybkie samochody i „plastikowe” panienki, które są gotowe na wszystko. Wystarczy tylko kiwnąć palcem, a one już leżą u stóp niczym dywan.

W taki właśnie sposób żyje Michał „Majki” Langer. Budzi powszechny szacunek i to on w każdej sprawie ma zawsze ostatnie słowo. Miejscem, w którym stale bywa jest dyskoteka należąca do jednego z kumpli. Santana to właściwie jedyne miejsce, gdzie młodzi ludzie mogą się spotkać. Ale jest to także przykrywka dla ciemnych interesów, jakie prowadzi grupa Majkiego.

Gdy go poznajemy, chłopak ma dwadzieścia pięć lat i na wychowaniu dziesięcioletniego brata, Marcina, którego na swój sposób bardzo kocha i robi wszystko, co w jego mocy, aby sąd nie odebrał mu praw do opieki nad chłopcem. Pewnie to właśnie dlatego prowadzi też legalną sprzedaż telefonów komórkowych. To taki kamuflaż wymierzony w kuratorów sądowych i wszystkich innych „urzędasów”, którzy mu źle życzą. Choć mały Marcin bardzo kocha swojego starszego brata, bo przecież oprócz Michała nie ma nikogo innego na świecie, to jednak nie bardzo z nim współpracuje. Częstość wizyt braci Langer w gabinecie szkolnego pedagoga jest imponująca. Najpierw „na dywaniku” pojawia się Marcin, a za niedługo wyzwany jest jego opiekun prawny. Oczywiście Michał nie kryje swojego niezadowolenia z powodu tych wizyt, a zważywszy że natura obdarzyła go nie tylko nieprzeciętną urodą, ale także niezwykle wybuchowym charakterem, można sobie jedynie wyobrazić jego reakcję na samą myśl o odwiedzeniu pani pedagog. Na szczęście na chwilę obecną jest to starsza kobieta, która nie wymaga niczego poza zwróceniem uwagi na naganne zachowanie Marcina. Lecz chyba jednak nie jest ona właściwą osobą na tym miejscu, skoro nie widzi, że chłopiec poprzez swoje negatywne postępowanie usiłuje za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę brata, a czasami robi mu zwyczajnie na złość.

Wszystko zmienia się, kiedy dotychczasowa pedagog odchodzi, a jej miejsce zajmuje młoda dziewczyna, będąca tuż po studiach. Właśnie wróciła do swojego rodzinnego Wałbrzycha, dziedzicząc mieszkanie po babci. Sąsiedzi dziwią się, że taka dziewczyna, z ambicjami, wróciła do miasta bez perspektyw, zamiast zostać tam, gdzie była do tej pory i rozwijać się zawodowo. Ale Magda Lasocka wie, że tutaj również jest potrzebna. W tym zapomnianym mieście też są dzieci, które jej potrzebują. I tak oto podejmuje pracę w szkole, do której uczęszcza mały Marcin Langer, zajmując miejsce poprzedniej pani pedagog. Praktycznie już pierwszego dnia swojego pobytu w Wałbrzychu jest świadkiem sceny, która wyraźnie jej się nie podoba.

(…) Od strony kierowcy otworzyły się drzwi i wybiegł z nich wysoki ciemnowłosy młody mężczyzna. Z zaciętą miną twarzy ruszył w jej stronę. Przestraszyła się, nie wiedząc, o co chodzi, ale mężczyzna wyminął ją i pobiegł w stronę chłopców grających w piłkę. Złapał mniejszego z nich za rękę, tego, który grał w samym podkoszulku, i narzucił na niego kurtkę leżącą na ziemi. Prawie uniósł go w górę i zaczął ciągnąć w kierunku samochodu, jednocześnie krzycząc:

– Ty głupi smarku, o której miałeś być w domu, do cholery? I gdzie twoja kurtka? Myślisz, że nie mam nic do roboty, tylko będę niańczyć twoje obsmarkane dupsko?! – wrzeszczał wściekły.

– Puść mnie, to boli, puszczaj, głupku! – krzyczał chłopiec, a z oczu zaczęły mu lecieć łzy.

– Zamknij się! – warknął mężczyzna i dalej ciągnął dzieciaka w kierunku samochodu.

– Przepraszam, ale to chyba nie jest konieczne! – nie wytrzymała, widząc, jak chłopiec usiłuje się uwolnić z mocnego uścisku.

Ciemnowłosy popatrzył na nią z niedowierzaniem, że śmiała w ogóle się odezwać. Jednym ruchem wrzucił zapłakanego chłopca na tylne siedzenie samochodu, gdzie siedzący mężczyźni zaczęli klepać małego po plecach. Odwrócił się i ruszył w jej stronę z wrogim wyrazem twarzy.

– A ciebie pytał ktoś o zdanie? – warknął, stając przy niej bardzo blisko i patrząc na nią z góry. Teraz dopiero zobaczyła, jak bardzo jest wysoki.*

Oczywiście tym mężczyzną patrzącym na Magdę „z góry” jest sam Michał Langer, zaś szarpanym przez niego chłopcem jego brat, Marcin. Ta scena staje się początkiem znajomości, która tak naprawdę nie jest niczym nowym w ich życiu, bo bardzo szybko okazuje się, że niegdyś chodzili do tej samej szkoły. Od tego momentu zarówno życie Magdy, jak i Michała nie jest już takie samo. Od tej pory łączy ich już nie tylko sprawa Marcina, ale przede wszystkim w obydwojgu zaczyna dojrzewać uczucie, któremu w pewnym momencie każde z nich poddaje się, nie patrząc na konsekwencje. Nie wiedzą jednak, jak wiele będzie ich kosztować bycie razem i walka o to, aby ich miłość nie umarła, lecz nadal trwała, żeby ostatecznie zwyciężyć.

Czytając W zapomnieniu, czytelnik powinien mieć na uwadze, że nie jest to jedynie historia miłości gangstera i dziewczyny, która zupełnie bezwiednie zostaje uwikłana w środowisko, które do tej pory było jej obce i w którym nigdy nie powinna była się znaleźć. Tę powieść należy rozumieć znacznie szerzej. Autorka zawarła w niej pewne bardzo ważne przesłanie, o którym ludzie tak często dzisiaj zapominają. Agnieszka Lingas-Łoniewska uczy nas, zwykłych czytelników, jak przebaczać i w jaki sposób dawać szansę drugiemu człowiekowi, nawet wtedy, gdy on na nią wcale nie zasługuje. To trudne, ale nie niemożliwe. Michał wiele razy zawodzi zaufanie Magdy, a ta, choć z ogromnym trudem i poświęceniem, wciąż daje mu kolejną szansę. Bo ona wie, ile ten mężczyzna w życiu przeszedł. Ona doskonale zdaje sobie sprawę, że z dnia na dzień musiał stać się dorosły i radzić sobie sam, gdyż nie miał nikogo, kto mógłby mu pomóc, ponieważ to życie za niego zadecydowało, a on nie miał na to nawet najmniejszego wpływu.

Postawa Magdy Lasockiej naprawdę zmusza czytelnika do refleksji i do zastanowienia się nad sobą i własnym postępowaniem. A może wśród nas jest ktoś, kto już na samym początku znajomości z drugim człowiekiem odwrócił się od niego, bo ten nie wywodził się z „naszego środowiska”, albo nie wyznawał tych samych wartości, co my lub nie kierował się zasadami, którymi my się kierujemy w naszym życiu? Tylko czy zastanawialiśmy się wtedy nad sensem spotkania tej, a nie innej osoby akurat w tym konkretnym momencie naszego życia? Może ten ktoś potrzebował naszej pomocy, a my się od niego odwróciliśmy?

Patrząc na Magdę Lasocką można mieć wrażenie, że jest głupiutką blondynką, która pakuje się w środowisko, które na pewno ją zniszczy. Ale nie. Ona jest silną i mądrą dziewczyną, która wie, czego chce i dąży do tego, choć nie bez porażek. Pomimo że dziewczyna ma fantastyczną okazję ku temu, aby raz na zawsze opuścić to specyficzne środowisko i związać się z mężczyzną, który z pewnością nie dostarczałby jej tak wielu zmartwień, to jednak nie robi tego, bo wierzy, że to, co ją spotkało jest wyjątkowe i niepowtarzalne. Tutaj można postawić pytania: Co by było, gdyby Magda tamtego dnia, przed budynkiem szkoły, nie stanęła na drodze Michała? Jak dalej potoczyłyby się losy Michała i małego Marcina, gdyby nie piękna pani pedagog?

A teraz spójrzmy na Michała, który tak naprawdę tylko z pozoru jest twardym i bezwzględnym gangsterem. W rzeczywistości to bardzo wrażliwy młody mężczyzna, któremu jedynie brak siły i motywacji, aby zmienić swoje dotychczasowe życie. W tym momencie lojalność wobec kumpli wygrywa z uczuciem do Magdy. Lecz czy tak będzie zawsze?

Podsumowując, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zachęcić Was do sięgnięcia po tę wyjątkową powieść. Powieść pełną emocji, dramatyzmu, wzruszeń, ale i uczucia, które zwycięża wszelkie przeciwności losu i daje nadzieję na lepsze jutro. Myślę, że każdy z Was, Drodzy Czytelnicy, znajdzie w tej książce coś dla siebie. Natomiast tym wszystkim, którzy pragną wybiec nieco w przyszłość i dowiedzieć się, jak potoczyły się losy małego Marcina Langera, szczerze polecam thriller Szósty, o którym opowiadam tutaj.

Na koniec chciałabym serdecznie podziękować Autorce za to, że już po raz czwarty dostarczyła mi nie tylko sporej porcji wzruszeń, ale także sprawiła, że znów miałam ochotę potrząsnąć bohaterami i nakrzyczeć na nich, aby się opamiętali i nie niszczyli tego, co najpiękniejsze w życiu, czyli wzajemnego uczucia. Patrząc na te cztery powieści, które udało mi się przeczytać w ostatnim czasie, mogę śmiało stwierdzić, że Agnieszka Lingas-Łoniewska pisze książki wartościowe, które nie tylko niosą ze sobą przesłanie i zmuszają czytelnika do zastanowienia się nad własnym życiem, ale są to przede wszystkim powieści, które dają nadzieję.

 

Moja ocena: 6/6

 

 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję

Wydawnictwu

 






*A. Lingas-Łoniewska, W zapomnieniu, Wyd. Novae Res, Gdynia 2012, s. 10.



Blog Autorki

Strona Autorska

W zapomnieniu na FB

Książka do kupienia tutaj

 

 

prawa autorskie zastrzeżone

czwartek, 26 kwietnia 2012

 

W traktierni Pod Tycjuszem, czyli inaczej, Titiusem, która zaliczana jest do najlepszych w Wilnie, doktor prawa, Kazimierz Moniuszko, niemłody już, lecz bardzo zamożny, niegdysiejszy wizytator szkół na Litwie i Wołyniu, z żywym zainteresowaniem przygląda się drobnemu młodzieńcowi. Niezwykle trudno jest uwierzyć, że Kleofas Fakund Pasternak ma zaledwie dwadzieścia wiosen. Prawdę powiedziawszy, nie wygląda nawet na tyle. Tymczasem zyskał już sławę, a jego utwory docierają na odległe krańce Wołynia, Litwy i Polesia. Sypnąwszy garścią pochlebnych uwag na temat twórczości debiutującego Literata, Moniuszko pragnie poznać dalsze jego plany twórcze.

Józef Kraszewski słucha tych komplementów, a jego twarz rumieni się coraz bardziej. Początkowa rezerwa i nieufność wobec obcego, szybko mija. Do tej pory otoczenie, a zwłaszcza rodzina, nie psuło go zbytnio pochwałami, więc jest to dla niego nowe doświadczenie. Józef czuje jak wokół serca robi mu się coraz cieplej ze wzruszenia. Miło tak słyszeć tyle pochwał od pierwszy raz widzianego przybysza. Oczywiście, chce nadal pracować literacko, ale nie chce z tego powodu zaniedbać pracy naukowej. Znów myślami wraca do swojego niegdysiejszego postanowienia dotyczącego napisania historii Wilna. Zgromadził już przecież tak wiele odpowiednich materiałów, które chce teraz opracować. Zamierza też nadal pisać powieści. Przygotowuje też co nieco dla nowego pisma, które zamierza wydawać wileńska młodzież literacka. Pismo to będzie nosić tytuł Znicz. Na czele tego pisma stanie przyjaciel Kraszewskiego, Józef Krzeczkowki.

Kiedy Kazimierz Moniuszko pyta Kraszewskiego, co ten zamierza drukować w tym Zniczu, nasz bohater odpowiada, że zwykłe drobnostki. Jakieś małe opowiadania, może wiersz, a może jakiś przekład. Natomiast jeśli chodzi o większe prace, to z dumą stwierdza, że teraz to on pisze powieść. Nową powieść, która będzie nosiła tytuł: Wielki świat małego miasteczka, przy czym uśmiecha się mimo woli i wskrzesza w pamięci obraz Białej Radziwiłłowskiej, o której zachował tak wiele serdecznych wspomnień. To właśnie to miasteczko powołuje do życia w swojej najnowszej powieści.

Jednak Moniuszko pragnie też wiedzieć, co bardziej odpowiada młodemu Autorowi, jaki gatunek powieści darzy szczególnym upodobaniem: czy jest to powieść współczesna, czy może historyczna? A może taka, jaką tworzył Walter Scott, pisząc o romansach rycerzy bez skazy, o Rob Royu, czy też Ryszardzie Lwie Serce? Moniuszko zastanawia się także, czy tą powieścią nie jest przypadkiem ta, w jakiej gustuje wchodzący szeroko w modę ówczesny młody pisarz francuski, Honoriusz de Balzac? Lecz Kleofas Fakund Pasternak otwarcie i z całą młodzieńczą szczerością oświadcza, że pociąga go i jedno i drugie. Pan Kazimierz potakuje więc z uznaniem i nie omieszka raz jeszcze podkreślić walorów charakteryzujących romanse Waltera Scotta. Jednak wyraz twarzy Józefa wyraźnie świadczy o tym, iż mimo szacunku wobec starszego wiekiem interlokutora, on posiada swoje osobiste zdanie dotyczące powieści historycznej i wcale nie ma zamiaru go zmieniać.

– Walter Scott? Owszem, czytałem, znam. Ale ja chciałbym pisać inaczej!

Pan Moniuszko pewien był początkowo, że się przesłyszał.

– Ależ, mój panie! Przecie to słynny pisarz, wzór niedościgły!

Kraszewski przeczył z uporem.

– Wzór niedościgły? Tak, zapewne. Ale zależy dla kogo! Ja chciałbym przede wszystkim widzieć fakta i w moich powieściach historycznych opisywać prawdę, nie zaś kształtować je na podobieństwo ballad rycerskich.

– No, nie wiem, czy to się panu uda – zauważył Moniuszko tonem świadczącym o daleko posuniętym sceptycyzmie.

– Zobaczymy. Nasi dziejopisowie i kronikarze nastręczają autorom nieprzebrane bogactwo faktów. Trzeba tylko umieć je wyzyskać.

– A sprawy dzisiejsze?...[1]

Józef zwleka z odpowiedzią. Widzi jak na twarzy rozmówcy maluje się uprzejme niedowierzanie. Zastanawia się więc, czy należy wtajemniczać pana Kazimierza we własne pragnienia. Oprócz powieści historycznych, jednak innych niż romanse Waltera Scotta, chce pisać o życiu współczesnym sobie i o ludziach, których spotyka na co dzień. Z doświadczenia wie, że zarówno osobiste przeżycia, jak i obserwacje są niezmiernie przydatne i cenne jako pisarski kruszec. Pragnie malować życie, troski, radości oraz zmartwienia zwyczajnych ludzi. Józef chce pisać o ludziach, których widywał w Romanowie i Świsłoczy, a także w Białej, Lublinie i Wilnie. Chce odtwarzać postacie prowincjonalnych rzemieślników i urzędników, jak również aptekarzy, doktorów, organistów, szewców i krawców. Egzystencja tych ludzi pociągała go od zawsze i kusiła swoją nieodpartą siłą, dlatego właśnie, iż dotychczas omijała ich literatura. Interesujące, malownicze typy, liczne epizody i wydarzenia z ludzkiego życia zdają się same napraszać pod pióro.

Jednak Józefa równocześnie nęci przeszłość, której ślady od dawna zawzięcie tropi. Powodowany młodzieńczą ambicją z cieniem przekory, pragnie o niej pisać po swojemu. Chce to robić inaczej niż osławiony Walter Scott i jego polscy naśladowcy, jak Julian Ursyn Niemcewicz, Aleksander Bernatowicz, czy też Franciszek Skarbek. Pisać inaczej to, według Kraszewskiego, wykorzystywać umiejętności i doświadczenia powyższych pisarzy, równocześnie nasycając karty utworów własnym oryginalnym duchem, z całym szacunkiem dla historycznej rzeczywistości udokumentowanej i sprawdzalnej. Tak więc Kraszewski zgodnie z myślą o prawdzie, niczym nie upiększonej, opartej na wydarzeniach z życia, tworzy swoje pierwsze utwory: Dwa a dwa cztery, Majster Bartłomiej, Pan Karol. W tym samym czasie nasz młody Pisarz pracuje nad powieściami historycznymi. Jedną z nich jest Ostatni rok panowania Zygmunta III, w której opisuje czas najbardziej dla króla tragiczny w ciągu całego jego panowania. W drugiej powieści, pod tytułem Kościół Świętomichalski, Józef skupia całą uwagę na krwawych zamieszkach w szesnastowiecznym Wilnie, a także na ówczesnych waśniach i zwadach pomiędzy dysydentami a katolikami.

 

Panorama Wilna

Autor: Michał Elwiro Andriolli 

Muzeum Narodowe w Krakowie

 

Wszelkie fakty oraz wiadomości odnoszące się do rzeczywistych wydarzeń, a które zapisane są w księgach i kronikach, nasz bohater usiłuje formować w kształt artystycznego obrazu. W swojej zawziętej pogoni za prawdą zbiera, wyławia i skrupulatnie gromadzi opisy poszczególnych wypadków historycznych. Jednak nie potrafi jeszcze sięgnąć myślą głębiej i tym samym wyprowadzić celnych wniosków. Nie umie też zrozumieć i odtworzyć skomplikowanego mechanizmu dziejowych przemian. Ta pisarska sprawność, która swoje źródło ma w długoletniej pracy i twórczych przemyśleniach ujawni się dopiero po latach. Na chwilę obecną Józefa ponosi młodzieńcze usposobienie oraz zapamiętałe umiłowanie rzeczywistości. Takie postępowanie nie podoba się krytykom i recenzentom. Jednak mimo to, powieści młodego Autora zwracają na siebie szczególną uwagę, lecz opinia o nich na ogół jest negatywna. Zdaniem krytyków powieści Kraszewskiego zawierają zbyt mało dramatyczności i grozy tak charakterystycznej dla Waltera Scotta. Pisarz zdradza w nich zbyt wiele zamiłowań do „szargania” przeszłości oraz do wydobywania z niej treści gorzkich, trudnych, które bynajmniej nie pokrzepiają serc czytelników.

Pan Jan Kraszewski po przeczytaniu kilku prawdopodobnie zjadliwych opinii o twórczości swojego syna, ma stanowczo dosyć jego literackich poczynań. Gdybyż jeszcze pisano o Józefie pochlebnie, z przychylnością i uznaniem, to mógłby to zrozumieć! Ale przecież w pismach i gazetach, jak grzyby po deszczu, wyrastają ostre słowa pod adresem jego utworów historycznych! Pan Jan nie dostrzega z bliska tego trudu, jaki jego syn wkłada w swą pracę, ani też tego wysiłku, którego kosztem powstają owe krytykowane powieści. Ojciec w żaden sposób nie docenia talentu i zapału Józefa. Bardzo trudno jest opanować mu irytację na samą myśl, iż nazwisko Kraszewskich jest poniewierane i wykpiwane przez byle pismaka, czy też gazetowego gryzipiórka. Może gdyby gdzieś napisano o pochwałach, jakie młody Kraszewski otrzymuje ze strony wydawców jak księgarz Glücksberg, bądź też o tych wyrażanych przez życzliwych ludzi jak pan Kazimierz Moniuszko, jego spojrzenie na twórczość syna byłoby zgoła odmienne? Lecz owe pochwały to tylko słowa, które zbyt szybko przemijają i nikt o nich nie pamięta oprócz samego zainteresowanego.

 

Katedra Wileńska

 

Nagłe zamknięcie uniwersytetu na czas nieokreślony przekreśla dalszą edukację Józefa, zaś jego praca literacka nadal nie znajduje uznania ani aprobaty w oczach pana Jana. Na nic zdają się nieśmiałe perswazje matki, która lepiej rozumie pasję młodego człowieka. Podobnie wstawiennictwo ukochanej babki nie przynosi pozytywnych efektów. Pan Jan Kraszewski podejmuje więc stanowczą decyzję. Ogłasza wszem i wobec, że Józef potrzebny jest w gospodarstwie, gdyż trzeba o nie zadbać, bo wydatki i problemy finansowe rosną z każdym rokiem. Należy też wziąć pod uwagę kształcenie młodszych dzieci. Jeżeli więc nauka pierworodnego staje pod wielkim znakiem zapytania, to niech wraca natychmiast do domu!

Skrawek papieru, na którym pan Jan zawarł swoje ojcowskie postanowienie, mocno drży w rękach Józefa. Młody Pisarz z goryczą stwierdza, że nawet własny ojciec nie chce i nie potrafi zrozumieć jego zamiłowań literackich i naukowych. Ten ojciec, który sam również lubi parać się pędzlem i piórem, teraz oto podcina mu skrzydła! Jak może traktować jego zamiłowania jak zwykłą rozrywkę i miłe „niepróżnujące próżnowanie”? Przecież to jest rzetelna i poważna praca, która zapewnia źródło utrzymania i bytu! Ojciec nie chce, czy też może nie potrafi zrozumieć, że dla Józefa praca literacka, lektura i bezustanne chłonięcie wiedzy stanowi potrzebę najsilniejszą. Pozbawiony tych zajęć młody człowiek nie potrafi już wyobrazić sobie życia.

Bardzo szybko okazuje się, że najtrudniej jest być przysłowiowym prorokiem we własnym kraju i pośród własnej rodziny. Wobec ojcowskiej woli bezsilna jest wszelka życzliwość dla pracy literackiej okazywana Józefowi przez romanowski „fraucymer”. Trzeba więc jechać do domu. A może wracać?

Józef czuje się jak żołnierz, który pod przymusem opuszcza pole bitwy tuż przed jej zwycięskim zakończeniem. Rozmyślając o bliskiej perspektywie opuszczenia Wilna na czas nieokreślony wpada w depresję graniczącą z rozpaczą. Doskonale zdaje sobie sprawę jak bardzo będzie mu brakować bibliotek, książek, pogawędek z przyjaciółmi w wileńskich traktierniach, czy też odwiedzin w oficynie wydawniczej Glücksberga. Dlatego też na pociechę postanawia wstąpić do wsi Szczuczyn, która leży na szlaku jego powrotnej drogi do domu. Podobno znajdzie tam na strychu jakieś papiery i zbutwiałe, pokryte kurzem szpargały. Być może odnajdzie wśród nich jakieś cenne i przydatne do pracy literackiej dokumenty? Jednak wraz z tym pytaniem powraca zwątpienie. A jeśli nawet uda się odgrzebać w szczuczyńskich zakamarkach jakieś wartościowe znalezisko, to wcale nie znaczy, że będzie można je spożytkować, skoro cała dalsza praca literacka pozostaje obecnie pod wielkim znakiem zapytania?

(…) Po wyjezdnym z Wilna miałem już ustaloną sławę człowieka, który wszelaką zbierał starzyznę, a szczególniej papierową. Jeden z moich towarzyszów i przyjaciół przypadkiem się z tym wygadał przede mną, że resztki jakiegoś archiwum, pono Scypionów, znajdowały się zrzucone na pastwę myszom i wilgoci na strychu kościółka w Szczuczynie. Resztki archiwum, do którego nikt najmniejszej nie przywiązywał ceny!! Odkryć je, zabrać, bodaj wykraść, zdawało mi się obowiązkiem. Począłem tak szturmować, tak się starać, tak prosić, żem na koniec otrzymał potrzebne listy i zapewnienie, iż to śmiecie zabrać mi będzie wolno. Jak rozgorączkowany jechałem do tego Szczuczyna, Bogu jednemu wiadomo.

Ale cóż? Ojciec, wysyłając po mnie, wcale się nie spodziewał, ażebym po drodze miał rabować kościoły i z łupem powracać do domu. Wózek mój, już obciążony tłumoczkiem, książkami, obrokiem i woźnicą był bardzo szczupły. Gotów byłem sam iść piechotą, woźnicę namówić do podobnej pielgrzymki, bo nająć furki, niestety, nie miałem za co. Kasa powracającego z Wilna była ściśle obrachowaną tak, aby mogła zaledwie do Dołhego wystarczyć. W Szczuczynie, gdy przyszło zabierać i w worki ad hoc przygotowane pakować papiery, okazało się, iż one całą bryczkę wypełnić musiały. Jak wyglądał mój wózek, gdym nareszcie wyruszył w dalszą drogę, tego ani odmalować, ani opisać niepodobna. Było to coś poczwarnego, a tak nieforemnego, iż ściągało oczy, bo nikt by się domyślić nie mógł, że te wory zawierały na pół przegniłe papierzyska (…)[2]

I tak oto ukochane Wilno pozostaje daleko, a Józef odwraca się raz i drugi, patrząc z uporem za siebie. Wytęża wzrok mocno nadwerężony ślęczeniem nad książkami. Pragnie raz jeszcze poprzez tę mgiełkę oddalenia, która przesłania miasto, ujrzeć spiętrzone dachy domów i wieże kościelne, a także Górę Zamkową i Trzykrzyską.  Pamięta, że gdy po raz pierwszy zobaczył Wilno, czuł się nieco nim rozczarowany. Narzekał, że zbyt mało w nim pamiątek z przeszłości. Lecz teraz oddałby wiele, aby było mu dane pozostać w nim na stałe. Czy znów je kiedyś zobaczy?

W swoim bagażu wiezie Historię Wilna. To dzieło pieczołowicie przygotowane, owoc usilnych pragnień, wytężonych studiów i długiej pracy. Teraz będzie ono stanowić ucieczkę przed szarą codziennością, monotonią dni powszednich, która zapewne czeka go w rodzicielskim domu. Ściany, które niegdyś tak bardzo miłował, teraz wydają mu się niemalże miejscem zsyłki. Szeroki świat, którego przedprożem było Wilno, wciąż kusi z nieodpartą siłą. Kraszewski znużonym wzrokiem wodzi po otaczającym go krajobrazie. Szare, niskie chaty kryte słomianymi strzechami wyrastają przy drogach niczym grzyby po deszczu. Na polach, w mrówczej pracy, ruszają się pracowicie krzątające się drobne ludzkie sylwetki.

 

Zamek Górny i Dolny (Wilno)

Litografia pochodzi z XIX wieku

 

Nagle Józef przypomina sobie postać młodego kozaczka, którego spotkał w pracowni mistrza Jana Rustema na krótko przed wybuchem powstania. Zastanawia się, co też mogło stać się z tym chłopcem, który nie tylko pięknie malował, ale układał także piękne wiersze. Pamięta jak profesor mówił o nim, że będą z niego ludzie, jeśli tylko… No właśnie. Jeśli co? Jeśli ktoś mu pomoże? Dopiero teraz Józef przypomina sobie, że owy kozaczek o pochmurnej twarzy nosił rusińskie imię i nazwisko: Taras Szewczenko. Józef nie spotkał go powtórnie, gdyż gorąca fala wydarzeń powstańczych stłumiła obraz krótkiej rozmowy w pracowni Rustema mieszczącej się przy ulicy Świętojańskiej. Artysta, którego Kraszewski spotkał później przelotnie, postarzały, zmęczony i smutny, napomknął coś mimochodem, że ów kozaczek Szewczenko wraz z resztą służby grafa Engelhardta wyjechał do Petersburga. Dopiero teraz nasz bohater zdaje sobie sprawę, że ich drogi już nigdy nie skrzyżują się ponownie.

Rozmyślając teraz o tamtym przypadkowym spotkaniu, Kraszewski czuje wstyd spowodowany swoją niedawną rozpaczą. Jeśli tamten pańszczyźniany biedak i sierota, otoczony murem ludzkiej obojętności, był w stanie z tak wielkim uporem dążyć do celu, jakim było wymarzone malarstwo, to czy przystoi jemu, młodemu pisarzowi pochopnie poddawać się nieprzychylnym okolicznościom i rezygnować z własnej drogi twórczej? Kraszewski oddycha głęboko, jak gdyby z ramion spadł mu ogromny ciężar. Czuje poryw otuchy i nadziei. Teraz już wie, że musi przekonać ojca i nie dać zbić się z raz obranej drogi! Niech kręcą nosami krytycy niezadowoleni z powieści historycznych młodego Autora. Postanawia, że będzie je nadal pisał! Ponadto odtworzy w swoich książkach także życie prostych i bezimiennych ludzi. Ludzi takich, jak mieszkańcy małych, skromnych i prowincjonalnych miasteczek. Takich, jak chłopi krzątający się na polach, do których chat zaglądał jeszcze w latach swego dzieciństwa. To ludzie bliscy, choć nieznani. Z wyglądu szarzy, jednak w duszach ukrywający nieprzebrane skarby uczuć. To ludzie o chłopskim uporze podobni do spotkanego w Wilnie kozaczka.

Wezbraną falą ogarnęła Józefa silna wola i odwaga. I znów, jak przy swoim pierwszym, dziecięcym spotkaniu z Julianem Ursynem Niemcewiczem, postanawia: Będę pisał. Choćby nie wiedzieć jakie przeszkody i trudności się piętrzyły mi na drodze. Choćby wszyscy mi się sprzeciwiali. Dopnę swego. Będę pisał!




[1] M. Wareńska, Chłopiec z Romanowa, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1965, s. 147.

[2] J.I. Kraszewski, Pamiętniki, Wyd. Ossolineum, Wrocław 1972, s. 342-343.



 

źródła żdjęć:

Panorama Wilna (1)

Katedra Wileńska (2)

Zamek Górny i Dolny (3)

 

 

prawa autorskie zastrzeżone

 

wtorek, 24 kwietnia 2012

 

Czy pamiętacie nieustraszonego i zabójczo przystojnego inspektora Marcina Langera – głównego bohatera thrillera „Szósty”? Teraz przyszedł czas, aby poznać losy jego starszego brata Michała w najnowszej powieści Agnieszki Lingas-Łoniewskiej pod tytułem „W zapomnieniu”.

 

Premiera książki w formie tradycyjnej oraz w postaci audiobooka już 18 maja! Nie przegapcie tej daty!

 

 

Czy mówiłem już kiedyś, że cię kocham? Nie? To kiedyś Ci powiem...

Michał to mężczyzna z przeszłością. Magda to kobieta z przyszłością. On – charyzmatyczny gangster – mieszka w tym mieście zapomnienia od zawsze, ona – młoda pedagog – wraca po latach do rodzinnych korzeni.

Michał samodzielnie wychowuje młodszego brata, który jest podopiecznym Magdy. Wychowawczyni dostrzega w chłopcu ogromny potencjał i postanawia pomóc w jego wykształceniu.

W świat, gdzie liczą się duże pieniądze, łatwe kobiety, szybkie samochody oraz brudne interesy wkracza dziewczyna szczera i czysta. Oddaje serce mężczyźnie, którego życie nauczyło, by nikomu nie ufać. Tych dwoje ludzi staje u progu uczucia zmieniającego spojrzenie na rzeczywistość i sprawiającego, że przeszłość przestaje mieć znaczenie, a ważne jest jedynie to, co mogą razem stworzyć.

Takie uczucie zdarza się tylko raz, drugiej szansy los już nie da. Lecz czy jest miejsce dla miłości w tym zapomnianym mieście?

„W zapomnieniu” to pełna dramatyzmu, emocji i uczuć opowieść o próbie znalezienia właściwej drogi w życiu i o tym, że prawdziwej miłości nie da się zapomnieć ani odrzucić.

 

 

Na przedpremierową recenzję najnowszej powieści Agnieszki Lingas-Łoniewskiej zapraszam już niebawem.

Zachęcam też do polubienia strony poświęconej książce na FB – klik



15:48, krainaczytania , Wydarzenia
Link Komentarze (18) »
czwartek, 19 kwietnia 2012

 

Pracownia profesora Jana Rustema należy do tych wileńskich zakątków, gdzie prawie każdego dnia jest gwarno i rojno. Profesor Rustem to znany wileński artysta malarz, człowiek niezwykle towarzyski, dowcipny, szczerze każdemu życzliwy, a drzwi do swej pracowni na oścież otwiera przed licznymi gośćmi, których ciekawi jego sztuka. Pewnego jesiennego dnia do pracowni szanownego profesora zachodzi także Józef Kraszewski. Jest niezmiernie rad, że zastaje właściciela samego. Od dawna jego myśli zaprzątają dzieła artysty. Sędziwy mistrz serdecznie przyjmuje młodzieńca. Józef rozgląda się dookoła i widzi pełno rozpoczętych i gotowych płócien, szkiców i rysunków.

– Słyszałem, że acan też się pędzlem parasz? – zagadnął artysta, widząc jak młody przybysz kontempluje portret pięknej damy. Była nią Zofia Balińska, córka słynnego uczonego, profesora Jędrzeja Śniadeckiego.

Józef odpowiedział z zażenowanym uśmiechem:

– Tak, po trosze. Ciekawi mnie malowanie i rytownictwo. Ale chętniej piszę, niż maluję.

– Jedno drugiemu nie przeszkadza! – odparł artysta, poprawiając czerwoną krymkę, którą stale przykrywał głowę.[1]

Trzeba wiedzieć, że profesor Rustem to znakomity gawędziarz, więc nic dziwnego, że Józef natychmiast zostaje porwany przez wspomnienia artysty. Lecz w pewnym momencie piękną opowieść o rodzinie Śniadeckich przerywa pukanie i w tym samym czasie do pracowni wchodzi młody chłopak ubrany podobnie jak niegdyś kozaczkowie na pańskich dworach. Pierwszą myślą Józefa jest, iż to z pewnością posłaniec, który zaraz sobie pójdzie, a on będzie znów mógł słuchać opowieści profesora. Lecz to nie żaden posłaniec, a przyszły artysta. Józef z niedowierzaniem ogląda jego rysunki, które zdradzają niepowszednią biegłość i rzetelny talent wykonawcy. Natomiast gdy do pracowni wchodzą nowi goście, Józef już wie, że końca opowieści już się nie doczeka. Nastrój poprzednio panujący w pracowni mija bezpowrotnie.

 

 Jan Rustem - Autoportret

1762-1835



Nauka uniwersytecka, spacery po Wilnie, podpatrywanie życia miasta, poszukiwanie śladów przeszłości, a także samotne godziny ślęczenia nad książkami i wizyty w znajomych domach to powszednie życie Kraszewskiego. Jednak niespodziewanie brutalnie przecina je mroźny zimowy dzień. Dzień 15 grudnia 1830 roku. Tego dnia Józef nigdy nie zdoła zatrzeć w swojej pamięci. Rewizja w jego mieszkaniu jest krótka, a żandarmi wcale nie muszą trudzić się, aby pośród mnóstwa papierów rozsypanych niedbale i wśród połamanych gęsich piór, rękopisów, notatek, seksternów, móc odnaleźć to, czego szukają. A szukają obciążających młodego Kraszewskiego listów z Warszawy. Listów od komitetu tajnie przygotowującego powstanie.

Od kilkunastu dni całe miasto ogarnia podziemne wrzenie. Z Warszawy, jedna po drugiej, biegną alarmujące wieści: 29 listopada zaczęło się!

Senator Nowosilcow co sił umyka z Warszawy do Wilna, gdzie natychmiast zaczyna tropić sieć patriotycznych stowarzyszeń, która niewidzialnymi nićmi oplata miasto. Niebawem fala aresztowań ogarnia całe Wilno. Do mieszkania Kraszewskiego bardzo często schodzą się jego koledzy, którzy tak jak on sam, należą do studenckiego koła spiskowców. Józef nie ma czasu, aby pozbyć się papierów otrzymanych z Warszawy. Dokumenty te zawierają kompromitującą teść. Podobne listy wykryto nieco wcześniej u innego studenta, który w konspiracyjnym kole pełnił kierowniczą rolę. Na Litwie ogłoszony zostaje stan wojenny, a sądy wojskowe rozpoczynają działalność. Większość wykroczeń zostaje podciągnięta pod paragraf, który głosi, że powstańcza działalność to „uchybienie przeciw społeczności”. Nakazem rządu należy wydać mu wszelką broń. Rozporządzenie to dotyczy nawet zwyczajnych kos. W głąb Rosji rozpoczyna się zsyłka obywateli, którzy albo uczestniczyli przed laty w kampanii napoleońskiej, albo też kiedykolwiek stawali przed urzędem śledczym.

W wielu wileńskich domach nie można zaznać spokoju podczas tych dni, ani też snu w czasie nocy. Z wielkim lękiem ludność czeka na złowróżbne kołatanie do drzwi. Zapełniają się cele więzienne, co przywodzi na myśl nie tak bardzo odległe czasy filomackie. Jednak obecna rzeczywistość jest znacznie surowsza i bardziej groźna niż ta za czasów Adama Mickiewicza, Tomasza Zana, czy Jana Czeczota. Józef Kraszewski wraz ze swoim starszym przyjacielem, Hipolitem Klimaszewskim, trafia do kościoła Świętego Piotra i Pawła na Antokolu. Miejsce to zostaje przeorganizowane na więzienie, a aresztowanych przybywa z każdą godziną. W końcu jest ich tak wielu, że trzeba przenieść ich do miejskich koszar.

Księżyc świecił przepysznie nad Antokolskie pagórki i lasy, widać było z dala usrebrzone jego światłem wieże Ś. Piotra i Pana Jezusa u trynitarzy, i bielejący pałac Sapiehów na tle zielonym ogrodu. Tu niżej Wilia, świadek tylu odmian, pokryta mgłą jesieni, na drugiej stronie wzgórza porosłe sosniną, wśród której gdzieniegdzie widać obozowe ognie, a nad tym całym obrazem, oprawnym w ramy Ponar* i wzgórków oddalonych, unosiło się niebo czyste i jasne, jak pierwsze młodości westchnienia i księżyc jak lampa srebrna, zawieszona od sufitu niebios na sznurze z gwiazd i obłoków utkanym, oświecał ten obraz; a my, my, to jest wąsaty wojak i ja, jechaliśmy drogą powoli i ja jechałem jak nieboszczyk do mogiły!!

I wniosłem się do więzienia; nie wynijdę może z niego chyba daleko na Kaukaz, a może dalej jeszcze, za granice tego świata i tego życia!![2]

Hipolitowi Klimaszewskiemu udaje się zbiec do oddziałów powstańczych, aby tam walczyć z orężem w ręku, natomiast Józef, chory i znękany, pozostaje za murami więzienia. Proces młodych spiskowców zostaje przeprowadzony bardzo szybko. Ich działalność ulega rozgromieniu, zanim zdołała wydać choćby najmniejsze owoce. Wynik rozprawy wydaje się być z góry przesądzony wobec skonfiskowanych, obciążających dowodów, którymi są leżące na sędziowskim stole dokumenty i broń.

 

 

 

Wileński kościół św. Piotra i Pawła - to tutaj J.I. Kraszewski odsiadywał karę więzienia

 

 

 

W trakcie długich godzin przymusowego odcięcia od świata, Józef ma czas na rozmyślanie o własnym życiu. Jest pewien, że będzie musiał pożegnać się ze swoimi marzeniami o pracy naukowej i literackiej. Wie, że carskie władze nie żartują. Młodym spiskowcom grozi szubienica lub zesłanie. Ostateczny wyrok, jaki spotyka studentów, jest bezlitosny: zsyłka „w sołdaty” na daleki Kaukaz. Wkrótce po aresztowaniu Kraszewski pisze do rodziców:

Korzystam, żeby donieść mamie, że żyję i jestem w mieście do czasu, bo sam nie wiem, kiedy mi w podróż wyjechać wypadnie, i to w podróż taką, której się nigdy nie spodziewałem. Cały ogrom myśli, wyobrażeń zmieniło się od czasu, jak to niespodziewane nieszczęście mnie uderzyło. Ale cóż, jak wiele to nieszczęście posłużyło do rozwinięcia mego ducha, do ustalenia mego charakteru. Jedyną pociechą moją w tym stanie są książki, rzuciłem się teraz na drogę zupełnie suchą, na filozofię – marzę sobie o filozofii, śmiejąc się z nieszczęść, dumam, czasem płaczę, a najwięcej czytam.[3]

Józef pamięta, że na wolności zawsze brakowało mu czasu. Każdy dzień przynosił mnóstwo interesujących spotkań, lektur i zajęć. A teraz wszystko wydaje się być skończone. Zostały mu tylko książki, smutne rozważania o życiu i bierne czekanie na to, co przyniesie najbliższa przyszłość. Józef nie chce wybiegać myślą zbyt daleko. Godzi się ze swoim losem. Choroba nie pozwala mu na zbyt wiele. Z okna więziennego szpitala Kraszewski ogląda pogodne majowe niebo i błogosławi chorobę oraz własne nie najlepsze zdrowie, gdyż dzięki temu jego zsyłka na Kaukaz opóźnia się.

Jedną z wielkich przyjemności dla zamkniętych na osobności jest okno, osobliwie, kiedy widok z niego może się urozmaicić, ożywić i zająć. Zająć jednak nie znaczy u więźnia toż samo, co u wolno chodzących, których wyobraźnia i umysł zajmuje się tylko czymś większym i godniejszym uwagi, bo więzień dla braku zajęcia często pół godziny studiuje nad kawałkiem cegły lub źdźbłem słomy. Z mego okna na szczęście widać wiele, a każdy przedmiot jest zajmujący. Wprost przede mną leży ogród klasztorny, zajmujący duży łan ziemi, okryty drzewem owocowym, cherlającym na nieprzyjaznym gruncie, i warzywem. Skarbiec ten otacza mur godzien lepszego ogrodu. Dalej widać drogę od miasta, tuż ogród i domek, zwane Tivoli. Na prawo pałac niegdyś Sapieżyński, dziś szpital i kościół Pana Jezusa trynitarzy. Tu Wilia wypływa z gór i krąży poza Tivoli i posuwa się ku miastu. W oddaleniu widać pałacyk pani Rogowskiej, jeszcze najdalej Kalwarię, a drzewa, pola, a jeszcze dalej lasy i góry. Na lewo widać miasto, kościoły, wieże, twierdzę, wzgórki, zarośla i drogę (…)[4]

Tymczasem rodzina Józefa podejmuje energiczne działania, aby zapobiec surowemu wyrokowi. „Może wezmą pod uwagę młody wiek Józefa? A może coś wskórają zamożni wileńscy powinowaci?”– myślą. Pierwsza i najostrzejsza fala represji już opadła i teraz trzeba jedynie cierpliwie czekać.

Nadchodzi jeden z upalnych dni u schyłku czerwca. Wtedy to odgłos huku armat wstrząsa więzieniem i budzi nadzieję. Rosyjska artyleria broni Wilna przed korpusem powstańczym generała Giełguda, który niespodziewanie zjawił się na przedmieściach miasta. Jednak natarcie powstańców niebawem załamuje się wobec przeważających sił wroga. Korpus generała wycofuje się ku granicom Prus i powraca rutyna jednostajnych dni więziennych.

Za niedługo Józef dowiaduje się, że jednak warto jest mieć wpływowych krewnych. Przeorysza zakonu Wizytek, niejaka wielebna ksieni Dłuska, osobiście interweniuje w sprawie Józefa Kraszewskiego u księcia Dołgorukowa, który jest wileńskim gubernatorem. I tak 19 marca 1832 roku Józef wychodzi na wolność. Niemniej decyzją władz nie może opuszczać Wilna.

Ponad rok przeżył Józef odcięty od świata. Ten czas pozostawia na jego duszy poważne ślady. Przerażony srogością represji, jakich carat nie szczędził uczestnikom powstania, jest świadom, iż sam ledwie zdołał uniknąć surowej kary. Omal całkowicie nie runęły wszystkie jego plany życiowe, jakie snuł od tak dawna, marząc o pracy twórczej, literackiej i naukowej. Józef widzi, jak prasa konserwatywna obok list skazanych zamieszcza także wiernopoddańcze deklaracje. Natomiast w prowincjonalnym Wilnie trudno jest ocenić i dostrzec mocny oddźwięk, jaki powstanie wzbudziło na zachodzie Europy. Z dnia na dzień życie wydaje się przybierać coraz bardziej ponure barwy, a młodego pisarza prześladuje uparte i dręczące pytanie: Czy rzeczywiście warto było rozniecać ogień i wszczynać walkę, która nie doprowadziwszy do żadnych rozstrzygnięć, przyniosła ludziom jedynie liczne nieszczęścia, krajowi zaś – ruinę?

Jedyną pociechą i drogą ucieczki staje się dla młodego Kraszewskiego świat papierów i książek. Surowy zakaz opuszczania Wilna okazuje się dla Józefa nieomal błogosławieństwem. W końcu sięga po własną powieść pod tytułem Pan Walery. Księgarz Glücksberg jeszcze w 1830 roku przygotował ją do druku, zaś sama książka ukazała się rok później. Jednak Józef Kraszewski nie podpisał jej swoim nazwiskiem. W tym celu użył pseudonimu Kleofas Fakund Pasternak. Choć powieść jest jego, to jednak wydaje mu się, jakby była autorstwa kogoś zupełnie innego. Ale najważniejsze, że książka zdobywa sławę i jest czytana przez wielu. Ostrożny wydawca, choć zapłacił autorowi niewiele, uprzejmie domaga się kolejnych utworów. Widocznie coś wart jest ten utwór, skoro księgarz pyta o kolejne. W związku z tym Józef dochodzi do wniosku, że musi nadal pisać, a rodzice muszą uwierzyć w perspektywy, jakie otwierają się przed ich najstarszym synem.

Państwo Kraszewscy bardzo ostrożnie i krytycznie podchodzą do planów życiowych Józefa. Woleliby raczej widzieć go bliżej siebie, osiadłego na roli, tak jak jego ojciec. Dlatego na razie dobrze się chyba składa, że zakaz władz uniemożliwia Józefowi wyjazd z Wilna. Niemniej brak Dołhego Kraszewski rekompensuje sobie otoczeniem księgarń i bibliotek wileńskich. Lecz najważniejsze, co Józef musi zrobić w niedługim czasie, to przekonać rodziców, że pióro jest w stanie zapewnić utrzymanie nawet początkującemu literatowi.

Trudno dziś tak naprawdę określić jak dalece pan Jan wspierał wtedy swojego syna finansowo, a ile młodzieniec uzyskiwał z pierwszych dochodów literackich. Wiadomo, że pieniądze wydatkował jak najoszczędniej. W jednym z listów skierowanych do rodziców możemy znaleźć informację, że poskąpił sobie niewielkiej sumy nawet na kupno drobiazgu takiego jak rękawiczki.

 



[1] M. Wareńska, Chłopiec z Romanowa, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1965, s. 135.

[2] J.I. Kraszewski, Pamiętniki, Wyd. Ossolineum, Wrocław 1972, s. 33-34.

[3] M. Wareńska, Chłopiec…, op. cit., s. 141.

[4] J.I. Kraszewski, Pamiętniki…, op. cit., s. 37-38.

*Ponary – pasmo lesistych wzgórz na zachód i południe od Wilna

 

 

źródła zdjęć:

Jan Rustem

Kościół

 

prawa autorskie zastrzeżone

wtorek, 17 kwietnia 2012

 

Nora Roberts

     

        Noc na bagnach Luizjany

 

 

 

Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
Katowice 2009
Tytuł oryginału: Midnight Bayou

 

 

 

Nie sądziłam, że kolejny rok mojego blogowania rozpocznę od omówienia książki… kiepskiej. A przynajmniej „kiepskiej” w moim przekonaniu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ta sama powieść dla innego czytelnika będzie wyjątkowa i niepowtarzalna. Dla mnie bynajmniej taka nie jest.

Jak wiecie, co pewien czas staram się przeczytać jakąś pozycję, która wyszła spod pióra Nory Roberts. Z tą amerykańską Pisarką zżyłam się jeszcze w czasach liceum i nawet pomimo jej gorszych pozycji, mam do jej twórczości pewnego rodzaju sentyment, co wcale nie oznacza, że będę zachwalać wszystkie jej książki i usilnie namawiać do ich czytania. Długo zastanawiałam się, czy w ogóle pisać o tej książce. Jednak już na początku swojej przygody z recenzowaniem założyłam sobie, że opowiem Wam o każdej przeczytanej przeze mnie lekturze, bez względu na jej poziom.

Może najpierw przybliżę Wam nieco fabułę powieści. Otóż, akcja dzieje się w Nowym Orleanie w stanie Luizjana. Młody prawnik, trzydziestojednoletni Declan Fitzgerald znudzony rutynowym prawniczym życiem w Bostonie, postanawia kupić pewien stary dwór, który już niegdyś dane mu było odwiedzić. Aż dziw, że to miejsce tak bardzo go zafascynowało, skoro praktycznie włamał się wtedy do dworu, będąc pod wpływem alkoholu. Zrobił to razem ze swoim najlepszym przyjacielem, Remy’m Payne’em. Niemniej jednak, ten dwór wcale nie jest taki zwyczajny. W noc z 29 na 30 grudnia 1899 roku popełniono w nim morderstwo, które potem skutecznie zostało zatuszowane. Po śmierci pierwszych właścicieli Manet Hall zaczyna być nawiedzany przez duchy. Dlatego też każdy kolejny dysponent w jak najkrótszym czasie pozbywa się nawiedzonego dworu w obawie o swoje bezpieczeństwo. Lecz nie Declan Fitzgerald. On nie tylko pragnie w nim zamieszkać na stałe, ale nawet zaczyna go remontować.

Bardzo szybko w życiu Declan’a pojawia się piękna kobieta. Jest to miejscowa akadyjska dziewczyna pochodząca „z bagien”. W mieście prowadzi dobrze prosperujący bar. Declan zakochuje się w Angelinie Simone od pierwszego wejrzenia i robi wszystko, aby zdobyć jej serce. Nie jest to łatwe, gdyż Lena została niegdyś boleśnie zraniona przez dwie najbliższe jej osoby. Teraz ufa jedynie sobie samej i babci Odette, która ją wychowała. Pomimo że broni się przed uczuciem, to jednak jest ono silniejsze i w końcu mu ulega. Zresztą, Declan jest tak czarującym mężczyzną, że trudno mu się oprzeć. Tryska poczuciem humoru i wydaje się, że życie traktuje jak jeden wielki żart. Tylko spokój zakłócają mu duchy biegające po Manet Hall i trzaskające drzwiami bez względu na porę dnia czy nocy. Jak gdyby tego było mało, Declan zaczyna mieć dziwne sny, a w jednym z pokoi na drugim piętrze słychać wyraźnie płacz dziecka. W dodatku pojawiają się w nim obrazy z przeszłości. Czyżby w ten sposób udręczony duch chciał przekazać, co tak naprawdę wydarzyło się tamtej grudniowej nocy w Manet Hall?

Declan tkwił w bezruchu nieobecny duchem. Gdy oprzytomniał, wciąż siedział przy kominku, plecami do buzującego ognia. Za oknami deszcz bił o ziemię i strumieniem spływał po szybach. Jest tak samo jak wtedy, jak w moim widzeniu – pomyślał. A może powinien określić ten stan jako omam czy halucynację… Przytknął dłoń do czoła, do miejsca, gdzie ból wbijał mu się w czaszkę jak dzida.

A może to co mnie nęka, to nie są duchy? – zadał sobie pytanie. Może mam jakiegoś cholernego guza mózgu? To byłoby nawet łatwiej zrozumieć. Wszystko wydało mu się sensowniejsze od wiary w duchy.

Drzwi, które się same zatrzaskują, tajemnicze miejsca, w których panuje upiorne zimno, nawet chodzenie we śnie – z wszystkimi tymi zjawiskami dałoby się żyć. Gorzej, że widywał dawno nieżyjących ludzi, jakby znajdowali się wewnątrz jego głowy, że ich słyszał; rozróżniał słowa, dźwięki. A o wiele bardziej jeszcze niepokoiło go to, że czuł ich obecność.[1] 

Teoretycznie fabuła wydaje się być całkiem ciekawa, prawda? Owszem, może ona być interesująca, jednak dla czytelnika, a właściwie czytelniczki, bo to przecież literatura kobieca, która z twórczością Nory Roberts spotyka się po raz pierwszy. Natomiast jeśli jakaś pani ma już na swoim koncie szereg pozycji Autorki i może z powodzeniem dokonać porównania poszczególnych powieści, to myślę, że wówczas jest bardzo bliska rozczarowania. Tak waśnie było w moim przypadku. Po pierwsze, Pisarka poszła na tak zwaną „łatwiznę” i powieliła swój pomysł o posiadłości, w której straszy. Pamiętacie moją opinię na temat serii „W ogrodzie”? Jeżeli nie, to zapraszam tutaj. Dla mnie zarówno omawiana książka, jak i „kwiatowa trylogia” mają ze sobą wiele wspólnego. Oczywiście, mamy do czynienia z różnymi bohaterami, innym miejscem akcji, lecz duch jest praktycznie ten sam. W jednym i drugim przypadku chodzi o młodą zamordowaną dziewczynę nie akceptowaną przez mieszkańców dworów, którzy wywodzili się z tak zwanych wyższych sfer.

Po drugie, bardzo nie podobało mi się zakończenie. W moim przekonaniu może ono wręcz budzić niesmak, co w powieściach obyczajowych raczej nie powinno mieć miejsca. A oto próbka tego, co mam na myśli:

– Słyszałem głosy kobiet, które mi pomagały przy porodzie. Nawet teraz widzę ich twarze, szczególnie jednej młodej kobiety. Była mniej więcej w moim wieku, w wieku Abigail. Czuję pot, jaki mi spływał po twarzy, i to niebywałe zmęczenie… A potem szczególne doznanie, szczyt tego wszystkiego, moment, w którym poczułem się jakby rozdarty, rozerwany… Parłem z całych sił i nagle ulga, odrętwienie i ten cholerny cud, że wydałem na świat nowe życie. I wreszcie przypływ ogromnej dumy i miłości, kiedy niewiasty włożyły mi ten cud w ramiona.

Patrzył na swoje ręce, a Lena nie spuszczała z niego wzroku.

– Wiedzę to dziecko, Leno, jak na dłoni. Widzę ją całą czerwoną, pomarszczoną i złoszczącą się. Ma ciemnoniebieskie oczy, ciemne włosy. Usta jak pączek róży. Delikatne, drobne paluszki. Jest ich dziesięć – pomyślałem – i są doskonałe. Moja wspaniała Rose.

Teraz spojrzał na Lenę.

– Marie Rose, twoja praprababka. Marie Rose – powtórzył. – Nasza córka.[2]

Pozwólcie, że powyższy cytat pozostawię bez komentarza. Opinię pozostawiam Wam. Myślę tylko, że w przekonaniu Autorki miało to być chyba połączenie powieści grozy z powieścią obyczajową. Lecz efekt końcowy jest taki, że mamy do czynienia z komedią.

Jedyne, co w tej powieści naprawdę mi się podobało, to poczucie humoru, z jakim Autorka pisze. A tego, jak dotąd nie spotkałam w żadnej książce Nory Roberts. Mam wrażenie, że zamiarem Pisarki było pokazanie prawdziwego charakteru Declan’a Fitzgerald’a. Moim zdaniem chciała stworzyć bohatera, który będzie traktował życie z przymrużeniem oka, będzie potrafił śmiać się z samego siebie i mieć dystans, do wszystkiego, co robi, a przy tym będzie tak bogaty, że strata kilku tysięcy dolarów nie zrobi na nim większego wrażenia. Czasami można mieć wrażenie, że jest trochę nierozgarnięty, ale w gruncie rzeczy to facet, który tak naprawdę wie, czego chce.

Declan Fitzgerald jest mężczyzną, który z pewnością zaimponowałby większości kobiet. Oczywiście mam tutaj na myśli jego oryginalny charakter, zaś nie majątek. Ta druga kwestia jest sprawą dyskusyjną i zależy od indywidualnych upodobań. Natomiast, sposobu bycia Declan’a po prostu nie da się nie lubić. Dla mnie postać Declan’a stanowi jedyny walor tej powieści i to właśnie od tego bohatera uzależniam końcową ocenę książki.

Wszystkim zainteresowanym podaję link do ekranizacji tej powieści. Jeszcze nie zdążyłam obejrzeć filmu, ale wiem, że opinie są bardzo pozytywne i film robi znacznie lepsze wrażenie niż książka. Na seans zapraszam tutaj.

 

 

Moja ocena: 3/6

 



[1] N. Roberts, Noc na bagnach Luizjany, Wyd. Książnica, Katowice 2009, s. 212.

[2] Ibidem, s. 350.


 

Nora Roberts official website

Nora Roberts on Facebook

Nora Roberts Movies

źródło okładki

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Blog istnieje od 13 kwietnia 2011 roku
Cykle Literackie
My thoughts about books and literature
Pomóżmy Ewie powrócić do normalnego życia - Akcja: BLOGI DAJĄ NOGI
Proszę nie kopiować tekstu bez mojej zgody (ustawa z dn. 4 lutego 1994r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
Troszkę z innej bajki
Tutaj często zaglądam
Ulubione Blogi Książkowe
Wszelkie komentarze, które swoją treścią będą obrażać osobę autorki bloga lub innych czytelników, a także autorów książek, zostaną natychmiast usunięte.
Wydawnictwa i Księgarnie
Wywiad ze mną na blogu Książki Zbójeckie


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?