Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
piątek, 29 kwietnia 2011

 

Maria Bojarska

          

 Mieczysława Ćwiklińska

 

 
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Warszawa 1988

 

Muszę przyznać, że zanim przystąpiłam do pisania tej recenzji, czułam lekki niepokój. Ale już tak długo ją zapowiadałam zarówno na „Magii Pisania”, jaki i na „Lubimy Czytać”, że w końcu musiałam zdobyć się na odwagę.

Ponieważ mam ogromny szacunek zarówno do postaci Mieczysławy Ćwiklińskiej, jak i książki, którą wreszcie udało mi się przeczytać, swoją recenzję rozpocznę od słów Józefa Szczublewskiego, który skomentował biografię aktorki tak: „Pasjonująca opowieść o aktorce, która przez cały początek swej kariery z uporem nie doceniała głównych swych uzdolnień, sukcesy w farsie i sukcesy śpiewania w operetkach chciała zamienić na sukcesy śpiewaczki operowej, marzyła o karierze operowej na wielkich scenach świata, i to wcale nie w partiach komicznych, lecz w partiach lirycznych i dramatycznych. Dla tego wysokiego celu miała odwagę zerwać z całym swoim dorobkiem scenicznym pierwszych lat w Warszawie i dobijać się o prawo występów operowych w Berlinie czy w Paryżu. Opowieść o komediantce, którą angażowano jako magnes kasowy do kilkudziesięciu polskich filmów między wojnami, unikano jej zaś w obsadach filmów po drugiej wojnie. Opowieść o największej polskiej komiczce, która rekord swej popularności ustanowiła pod koniec życia w najzwyklejszym melodramacie, gdzie odrzuciła całą swą przeszłość komizmu”.

Wydawać by się mogło, że praktycznie w tych kilku zdaniach Józef Szczublewski zawarł wszystko to, co najistotniejsze, jeśli chodzi o biografię Mieczysławy Ćwiklińskiej. Otóż to tylko złudzenie. Postać tej przedwojennej aktorki jest tak barwna, że można o niej pisać w nieskończoność. Muszę przyznać, że już od dłuższego czasu „chodziła za mną” jej biografia i wreszcie zdobyłam się na odwagę i przeczytałam ją od deski do deski. Dlaczego na odwagę? Ponieważ jest to książka trudna i należy ją czytać w pełnym skupieniu. Jeśli myśli nam się gdzieś rozproszą, to wtedy nie będziemy nic z tego wiedzieli. A szkoda by było, gdyż jest to naprawdę wartościowa pozycja, przeznaczona przede wszystkim dla tych, którzy naprawdę czują się dobrze w klimacie przedwojennego kina.

Mieczysława Ćwiklińska (1879-1972)
 
 

Kiedy przyszłam na świat Mieczysława Ćwiklińska nie żyła już od sześciu lat i gdyby nie kultowy program pod tytułem „W Starym Kinie” emitowany swego czasu w programie pierwszym TVP, z całą pewnością nie miałabym pojęcia, kim tak naprawdę była „Mietuchna”, „Żelazna Miecia”, „Ćwikła”, czy tytułowy „Pulpietuszek”. Jej przydomki zmieniały się wraz z upływem lat. „Pulpietuszek” pochodzi jeszcze z jej dzieciństwa, gdyż aktorka jako mała dziewczynka była bardzo pulchniutkim dzieckiem. „Mietuchną” stała się dla przyjaciół. „Żelazną Miecią” nazywano ją dlatego, że nigdy się nie poddawała, była niezwykle uparta w swoich dążeniach do celu. Natomiast „Ćwikłą” została nazwana przez oddaną publiczność oraz niektórych recenzentów.

Biografia Ćwiklińskiej to książka, którą czytałam chyba najdłużej, bo ponad tydzień. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, nawet jeśli nie miałam zbyt wiele czasu na czytanie. Stało się tak dlatego, że już po kilku stronach stwierdziłam, że książki tej nie można czytać szybko, bo po prostu jest to niewykonalne. Tak, jak napisałam wyżej, jest to pozycja, którą należy czytać w skupieniu. Po raz pierwszy od dłuższego czasu miałam do czynienia z bohaterką, która istniała naprawdę. Nie została wymyślona przez autora, więc nie była to fikcja literacka. Tego właśnie było mi trzeba. Takiej odskoczni od fikcji. Wreszcie chciałam poczytać o czymś realnym. Jedna z moich czytelniczek bardzo często uświadamia mi, że książki czyta się po to, żeby czegoś pożytecznego się z nich dowiedzieć. I chyba ma rację. Z fikcji literackiej nie zawsze możemy dowiedzieć się czegoś pożytecznego, choć pisarze starają się jak mogą umieszczać swoich bohaterów w miejscach, które naprawdę istnieją. Niemniej w dalszym ciągu jest to tylko fikcja. A tutaj ani jedno zdanie nie było wirtualne.

 

 

Nigdy wcześniej nie czytałam żadnej publikacji Marii Bojarskiej. Znałam ją jedynie jako długoletnią partnerkę życiową wspaniałego, niestety już nieżyjącego aktora, Tadeusza Łomnickiego, którego biografię również napisała (zamierzam ją przeczytać w niedługim czasie). W tej książce pani Bojarska naprawdę wiernie oddała klimat przedwojennej Polski, a szczególnie przedwojennego kina i teatru. Posłużyła się szeregiem recenzji teatralnych i filmowych napisanych przez ówczesne sławy polskiego świata kultury. Jak gdyby tego było mało, w książce można znaleźć ogrom wspaniałych fotografii nie tylko Mieczysławy Ćwiklińskiej, ale także wybitnych aktorów, którzy wówczas z nią pracowali. Biografia jest napisana zupełnie innym językiem, aniżeli pisze się powieści, które z reguły są lekkie i zrozumiałe nawet, jeśli na chwilę „odpłyniemy” gdzieś myślami. Czytając „Mieczysławę Ćwiklińską” dowiedziałam się, że naprawdę był to tylko jej pseudonim. W rzeczywistości nazywała się Mieczysława Trapszo i pochodziła z rodu aktorskiego. Nie chcę tutaj zdradzać zbyt wielu szczegółów, bo wtedy mało kto sięgnie po tę pozycję. Mogę tylko napisać, że życie przełomu XIX i XX wieku diametralnie różniło się od tego, jakie obserwujemy obecnie.

W niektórych momentach biografia naprawdę wzrusza. Szczególnie dzieje się tak pod koniec życia aktorki. Pamiętajmy, że zmarła mając ponad dziewięćdziesiąt lat i do końca swoich dni była czynną aktorką. Mówiono o niej, że jest najstarszą „czynną aktorką świata”. Jeszcze rok przed śmiercią miała na tyle sił, aby odbyć wyczerpujące tournee po Stanach Zjednoczonych. Podczas czytania, były również i takie chwile, kiedy uśmiechałam się do siebie, bo nie wiem czy wiecie, ale Mieczysława Ćwiklińska słynęła z nieprzeciętnego poczucia humoru. I właśnie to specyficzne poczucie humoru Maria Bojarska wiernie oddała na kartach biografii aktorki. Czasami miałam wrażenie, że przenoszę się w czasie o jakieś sto lat wstecz. Jednego, czego mi brakowało w tej książce, to tego, że jest w niej zbyt mało informacji na temat prywatnego życia aktorki. Skupiono się tutaj w głównej mierze na jej życiu zawodowym. Jednak ten element nie zaważył w żaden sposób na mojej ocenie.

Właśnie zdałam sobie sprawę, że jest to chyba najdłuższa, jak do tej pory, moja recenzja. Ale czasami jest tak, że o pewnych rzeczach można mówić lub pisać bez końca. Nie będę namawiać na siłę, ale zachęcam Was do przeczytania tej biografii, bo naprawdę warto.

 

Moja ocena: 6/6

 

źródło fot.

źródło okładki

 

prawa autorskie zastrzeżone

czwartek, 28 kwietnia 2011

 

Barbara Taylor Bradford

                  

                 Potęga Kobiety

 

 

Wydawnictwo: Książnica
Katowice 2008
Tytuł oryginału: Power of a Woman

 

Tytuł niniejszego wpisu pochodzi z okładki książki, którą dzisiaj polecam. Naprawdę z bólem serca piszę ten tekst, gdyż niestety nie mogę odnieść się do tej powieści w sposób pozytywny, nawet gdybym bardzo tego chciała. Barbara Taylor Bradford jest dla mnie jedną z tych pisarek, których twórczość naprawdę sobie cenię, lecz w tym wypadku mam wrażenie, że Basia po prostu „przespała” tę książkę. Moim zdaniem napisała „coś”, bo tak należało zrobić. Może miała za długi przestój w publikacji, albo wydawca za bardzo naciskał na kolejny bestseller. Sama nie wiem. Mam naprawdę mieszane uczucia. W swoim życiu przeczytałam już sporo jej powieści, dlatego mam porównanie i dlatego też jestem tak bardzo zawiedziona.

 „Historia, do której scenariusz napisało samo życie”. No cóż, według mnie to zdanie nie ma związku z fabułą powieści. Polski wydawca trochę przesadził. Być może miał to być chwyt reklamowy, żeby przyciągnąć czytelników. Kiedy przeczytałam opis na okładce, pomyślałam, że warto sięgnąć po tę powieść. W dodatku tak, jak wspomniałam wyżej, pisarka nie jest mi obca i od lat darzę ją sympatią. Opis ten brzmi mniej więcej tak: „Poruszająca opowieść o kobiecie sukcesu, której matczyna miłość oraz zdolność wybaczania dawnych krzywd stały się źródłem siły potrzebnej do przetrwania najcięższej życiowej próby”.

Mnie osobiście historia Stephanie Jardine nie poruszyła. Owszem, jest ona kobietą sukcesu, gdyż po śmierci męża, niemal trzydzieści lat wcześniej, objęła kierownictwo amerykańską filią wielkiej spółki jubilerskiej. Stevie ma trzech synów i córkę, przed którą ukrywa informacje na temat jej biologicznego ojca. Fakt ten owiany jest tajemnicą również przed resztą rodziny. Niemniej jednak, to w osiemnastoletniej Chloe Stephanie pokłada największe nadzieje, ale Chloe ma inne plany, aniżeli wizje jej matki. Dopiero w momencie, gdy rodzinę Stephanie dotyka tragedia, kobieta zmuszona jest dowieść nie tylko bezgranicznej miłości do córki, ale również wykazać się umiejętnością wybaczania dawnych krzywd.

Fabuła powieści rozdzielona jest pomiędzy dwa kontynenty, tj. Amerykę i Europę. Macierzysta firma Stephanie ma swoją siedzibę w Londynie, gdzie nad wszystkim czuwają jej synowie i teść. Powieść podzielona jest na trzy części. Dwie z nich to jedna wielka nuda. Nie dzieje się nic. Dopiero w części trzeciej można przez chwilę poczuć dreszczyk emocji. Ale tylko przez chwilę. Powieść tak naprawdę nie wzrusza. Przynajmniej nie mnie. Naprawdę starałam się z całych sił odnaleźć w niej coś pozytywnego. Przez dwa wieczory jedynie się wynudziłam, czekając na choć odrobinę emocji. Zawiodłam się, ale nie odradzam przeczytania tej powieści. Teraz mogę zrozumieć moją mamę, kiedy po przeczytaniu trzydziestu stron oddała mi ją, mówiąc: „jak chcesz to sama czytaj”. No to przeczytałam, bo nigdy nie cofam się przed żadnym tekstem, nawet tym najtrudniejszym i najnudniejszym.

 

 

Moja ocena: 3/6

 

 

Barbara Taylor Bradford official website

Barbara Taylor Bradford on Facebook

 

źródło fot.

źródło okładki

 

prawa autorskie zastrzeżone

środa, 27 kwietnia 2011

 

Nicholas Sparks

         

      Od pierwszego wejrzenia

 

 
 
Wydawnictwo: ALBATROS
Warszawa 2008
Tytuł oryginału: At First Sight
 

 

Muszę przyznać, że losy Jeremy’ego i Lexie opisane przez Nicholasa Sparksa w „Prawdziwym Cudzie” trochę mnie wzruszyły. Chyba nie byłabym prawdziwą kobietą, gdybym tak zupełnie obojętnie przeszła obok wątku miłości pomiędzy kobietą i mężczyzną, szczególnie jeśli uczucie to jest prawdziwe i szczere. Niemniej jednak nad książką nie rozpaczałam, jak to robią moje czytelniczki. Po prostu przeczytałam fajną, lekką powieść i na tym się skończyło. Kiedy zabrałam ją z powrotem do pracy, żeby móc udostępnić egzemplarz innym czytelnikom, moja kierowniczka zasugerowała mi przeczytanie „Od pierwszego wejrzenia”. Powiedziała, że jest kontynuacją „Prawdziwego Cudu”. Jakoś tak niechętnie zabrałam książkę do domu, zważywszy że na mojej półce czekały na mnie bardziej ambitne pozycje, na przykład biografia Mieczysławy Ćwiklińskiej, którą od kilku miesięcy chciałam przeczytać, gdyż wiedziałam, że była to dość barwna postać, a w dodatku okres przedwojennej Polski bardzo mnie interesuje.

Oczywiście, jak zawsze najpierw książkę wzięła moja mama. Po jej przeczytaniu była nieco wzruszona, więc odłożyłam na później losy pani Ćwiklińskiej i leżąc na swojej ulubionej kanapce zaczęłam czytać. Tak bardzo się wciągnęłam, że przeczytałam powieść w jeden wieczór.

Czytając „Od pierwszego wejrzenia” przekonałam się jak wiele człowiek może poświęcić dla miłości i drugiego człowieka. Choć powieść jest czystą fikcją literacką, nie zaszkodzi pomarzyć o takim uczuciu mającym miejsce w rzeczywistości. Jak już pisałam przy „Prawdziwym Cudzie”, Jeremy Marsh jest znanym dziennikarzem mieszkającym i pracującym w Nowym Jorku. Dla Lexie Darnell decyduje się porzucić prestiżową posadę i przenosi się z tętniącego życiem miasta do Bonne Creek w Północnej Karolinie, gdzie nie ma perspektyw na karierę, gdyż miasteczko jest niewielkie. Razem z Lexie, która spodziewa się dziecka Jeremy’ego przygotowują się do ślubu. Ich miłość jest tak wielka, że promieniuje na wszystkich, którzy się z nimi spotykają. Pewnego dnia Jeremy znajduje na swojej poczcie internetowej wiadomość poddającą w wątpliwość jego ojcostwo. Od tej chwili toczy ze sobą wewnętrzną walkę. Nie wie już czy nadal może ufać narzeczonej. Jego myśli kierują się ku osobie Rodney’a Hopper’a, miejscowego szeryfa, który od dzieciństwa zakochany jest w Lexie. Jeremy jest zmęczony, czuje się źle w nowym środowisku, a praca zupełnie mu nie idzie. Jednak nie wie, że najgorsze jeszcze przed nim.

Przyznam, że nie poleciała mi łezka, ale zakończenie powieści naprawdę może wzruszyć. Mnie akurat wzruszyło nie tyle to, co Nicholas Sparks opisał w książce, ale to, że przypomniała mi bardzo podobna historia, którą niedawno usłyszałam, a która wydarzyła się naprawdę. Natomiast wracając do powieści to chcę dodać, że czytało mi się ją niezwykle płynnie. Zawsze podkreślam, że na płynność języka zwracam szczególną uwagę, dlatego ogromne brawa dla pani Elżbiety Zychowicz, która odpowiedzialna była za tłumaczenie. Naprawdę świetna robota.

Myślę, że dla tych mniej wymagających czytelników powieść jest jak najbardziej odpowiednią lekturą na wiosenne wieczory. Zachęcam do sięgnięcia po książkę, mimo że ja już raczej do niej nie wrócę.

 

Moja ocena: 5/6

 

Nicholas Sparks official website

Nicholas Sparks on Facebook

źródło okładki

 

prawa autorske zastrzeżone

wtorek, 26 kwietnia 2011
 
Wsi spokojna, wsi wesoła!
Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, kto pożytki?
Może wspomnieć za raz wszytki?

               Jan Kochanowski, Pieśń świętojańska o Sobótce

 

           

Motyw wsi w literaturze polskiej stanowi niezwykle istotny i często podnoszony temat. Niemniej jednak, w zależności od autora czy epoki, jego realizacja bywa odmienna. Jedne utwory ukazują głosy bezkrytycznej pochwały życia wiejskiego, natomiast inne przedstawiają jego bezwzględny krytycyzm. Na przestrzeni dziejów można zaobserwować różne obrazy wsi, z których na pierwszy plan wysuwa się tzw. wiejska Arkadia oraz scena obyczajowości i konfliktowych przemian społecznych.

Pod pojęciem Arkadia kryje się niedosięgły kraj szczęścia, do którego tęskni ludzkość. Krainę tę zamieszkiwali w głównej mierze pasterze wiodący prosty tryb życia. Arkadia znana była już w starożytności, gdzie o urokach wiejskiego życia pisali tacy poeci jak Grek Teokryt i Rzymianin Wergiliusz. Ten wyidealizowany obraz zachwycał śpiewem ptaków, zielenią łąk i romansami pasterzy.

Nurt arkadyjski szczególnie wyraźnie zarysował się w literaturze renesansowej. Obraz idealnej wsi widać przede wszystkim w twórczości Mikołaja Reja i Jana Kochanowskiego.

Twórczość Mikołaja z Nagłowic Reja (1505 – 1569) wiąże się bardzo ściśle z życiem klasy społecznej, która go wydała i w której karierze politycznej odegrał on niepoślednią rolę jako działacz społeczny i religijny oraz jako pisarz. Jego temperament, łatwość pisania, wesołe usposobienie sprawiły, iż zdobył uznanie współczesnych, mimo braków w wykształceniu, które starał się nadrabiać samouctwem. Mikołaj Rej pozostawił po sobie ogromny i różnorodny dorobek, tj. wierszowane dialogi, dramaty, drobne utwory okolicznościowe, tzw. facecje, czyli utwory żartobliwe, parafrazy psalmów, zbiór kazań na użytek domowy itp.

Wspomnianą już wizję uroczej sielanki i harmonijnego życia z naturą rysuje Rej w Żywocie człowieka poczciwego. Utwór ten stanowi I część większego dzieła pt. Zwierciadło, który ukazał się w Krakowie w 1568 roku. Jest to całokształt poglądów pisarza na świat i człowieka. Wieś okazuje się być uosobieniem mitu szczęśliwości. Rej dowodzi, że człowiek zjednoczony z przyrodą może żyć w spokoju i pomyślności. Mamy tutaj do czynienia z całkowicie odrealnionym obrazem życia spędzanego na wsi w otoczeniu życzliwych sąsiadów, a każda pora roku przynosi inne przyjemności, wręcz błogość. Wraz z nastaniem wiosny gospodarz razem z żoną pracuje w ogrodzie i sadzie, gdzie obcina zbędne gałązki, zbiera mszyce, okopuje krzewy, sadzi rzodkiewkę, sieje zioła. Lato jest jeszcze wspanialsze, albowiem o tej porze roku można zbierać owoce swojej pracy. Zima również posiada swoje piękno, gdyż jest czasem polowań, łowienia ryb czy miłego wypoczynku w kręgu rodziny i przychylnych sąsiadów oraz służby traktowanej niczym rodzina, gdy z kuchni dolatują smakowite zapachy przygotowywanej wieczerzy.

Autor w swoim utworze pragnie, aby cieszyć się życiem i korzystać z niego. Według Reja każda pora roku powinna dostarczać satysfakcji, a ludzie winni radować się wszystkim, co posiadają. Natomiast człowiek poczciwy to taki, który prowadzi cnotliwe życie, jest prawy, uczciwy, pomaga innym, a do tego jest również sprawiedliwy. Ponadto człowiek zobowiązany jest kochać swoją pracę i żyć zgodnie z naturą. Zaś, głównym przesłaniem tego utworu jest przestroga autora przed szarą pychą.

Niemniej jednak spod pióra tego samego pisarza wyszło także inne dzieło o tematyce wiejskiej, które w sposób jakże odmienny od przedstawionego wyżej, ilustruje obraz ówczesnej wsi. Wymowę Krótkiej rozprawy między trzema osobami: Panem, Wójtem a Plebanem spotęgowała niedwuznacznie postawa Reja wobec chłopa. Autor mówił bez ogródek, iż w ówczesnej sytuacji cały ciężar obowiązków publicznych spadał właśnie na chłopa nie tając swego dlań współczucia. Słowami Wójta przestawia krytyczne położenie chłopstwa: Ksiądz pana wini, a pan księdza, a nam prostym zewsząd nędza (…).

Pochwała życia na wsi pojawia się także w twórczości innego poety epoki odrodzenia, jakim był Jan Kochanowski (1530 – 1584). Autor sam zrezygnował z zaszczytnej funkcji sekretarza królewskiego, aby osiąść na stałe w odziedziczonym Czarnolesie, gdzie symbolem sielskiego egzystowania stała się czarnoleska lipa. W jej cień poeta zaprasza przygodnego gościa, aby raczył odpocząć. Wspaniałość tego miejsca podkreślają dodatkowo wiejące od pola chłodne wiatry. Żar promieni słonecznych nie przenika przez zasłonę liści, a odpoczynek uprzyjemnia śpiew słowików i szpaków, jak również brzęczenie pszczół. Autor swej ulubionej lipie nadaje cechy ludzkie, bo to właśnie ona w imieniu gospodarza zaprasza do wypoczynku we własnym cieniu.

Kochanowski prowadził w Czarnolesie żywot ziemiański i oddał się tam bez reszty twórczości literackiej. Był największym poetą polskiego renesansu, pisał w języku polskim i po łacinie. Jest on autorem poematów satyryczno – politycznych, historycznych, dydaktycznych, heroikomicznych, a także pierwszej polskiej tragedii renesansowej pt. Odprawa posłów greckich. Jednak do szczytowych osiągnięć Kochanowskiego należą Fraszki i Pieśni będące wyrazem afirmacji życia, cykl Trenów oraz przekład Psałterza Dawidowego.

Na szczególną uwagę zasługuje w tym miejscu zbiór pieśni, w którym istotne miejsce zajmuje Pieśń świętojańska o Sobótce będąca typową sielanką konwencjonalną.

Sobótka jest to pradawny zwyczaj ludowy związany z kultem słońca oraz wiarą w oczyszczającą moc ognia. Zwyczaj ten zachował się w postaci palenia ognisk i puszczania na wodę wianków w noc świętojańską, tj. z 23 na 24 czerwca.

W Pieśni świętojańskiej o Sobótce Kochanowski opisuje obrzędy, które miały miejsce w Czarnolesie. Przy dźwiękach piszczałek, wokół ognisk zgromadzili się domownicy i goście, a dwanaście ubranych na biało panien śpiewało kolejno swoje pieśni. Ich treść jest różnorodna – są echem pieśni ludowych, starożytnych legend i podań, ale całość łączy się harmonijnie i wyraża pochwałę życia na wsi.

Według poety człowiek na wsi żyje uczciwie i spokojnie, cieszy się plonami swojej pracy, sadem pełnym owoców, zagrodą pełną owiec czy stawem wypełnionym rybami. Chociaż Kochanowskiemu znane są inne modele życia, to jednak nie zazdrości tym, którzy wysługują się na pańskich dworach, gdzie poszukują bogactw, a jednocześnie narażają życie w zamorskich podróżach lub „sprzedają język” pracując w sądzie jako obrońcy.

Autor uważa, że tylko oracz zapewni swą pracą dostatnie życie nie tylko sobie, ale także swojej rodzinie oraz czeladzi, ponieważ cudowna i bogata natura obdarza ludzi swymi darami. Człowiek egzystuje tutaj w idealnej harmonii z przyrodą, umie poprzestawać „na małym” zachowując przy tym skromność i ceniąc cnotę, zaś po zebraniu plonów nadchodzi czas błogosławionego odpoczynku oraz pora towarzyskich zimowych spotkań przy kominku.

W cyklu tychże dwunastu pieśni śpiewanych przez panny przy ognisku, ukazał Kochanowski „wieś spokojną, wieś wesołą”, oglądaną oczyma obchodzącego imieniny zamożnego ziemianina, który nie wymaga od świata zbyt wiele, ma bowiem głębokie poczucie wartości człowieka i jest przekonany o wartości otaczającej go tradycyjnej kultury. Ten sielankowy cykl pieśni nie jest tematem filozoficznym o rozległych horyzontach myślowych, a jedynie bezpretensjonalnym ujęciem spraw, które szeroko przedstawiał Żywot człowieka poczciwego, a które tutaj otrzymały wzorową postawę artystyczną.

Obraz wsi z przełomu XVI i XVII wieku ukazuje twórczość Szymona Szymonowica (1558 – 1629), którego głównym utworem są wydane w 1614 roku Sielanki, a wśród nich sielanka Żeńcy. Szymonowic wywodził się ze stanu mieszczańskiego, zaś dzięki studiom zagranicznym i karierze poetyckiej uzyskał szlachectwo i tytuł poety Jego Królewskiej Mości. Oprócz sielanek Szymonowic pisał również wiersze okolicznościowe, epigmaty, ody oraz hymny.   

Sielanki Szymonowica składają się z dwudziestu utworów o tematyce mitologicznej i wiejskiej. Sielanka Żeńcy należy do tzw. sielanek realistycznych, które w odróżnieniu od sielanek konwencjonalnych traktują przedmiot opisu z większym realizmem, zgodnie z rzeczywistością. Utwór jest formą dialogu między dwiema kobietami, które odrabiają pańszczyznę pod nadzorem ekonoma. Wykonują one ciężką pracę przy żniwach na polu pana. Ekonom bije je, gdy pracują powoli, natomiast, gdy tracą siły ze zmęczenia, pragnienia lub głodu, starosta nie przestaje wymachiwać nad nimi nahajką. Jedna z chłopek ma „buty czerwone” od uderzenia batem, gdyż po chorobie nie mogła wytrzymać tempa pracy. W tym miejscu nasuwa się pytanie: Dlaczego utwór Żeńcy to sielanka, skoro buduje obraz niedoli chłopa? Odpowiedzią nie jest temat utworu, ale sposób w jaki zostaje przedstawiona rola pieśni ludowej, gdyż jedna z bohaterek nuci melodię – pieśń opartą na motywach ludowych, która „uczłowiecza” srogiego ekonoma, a dzięki temu sielanka Szymonowica odnajduje pierwotną dobroć człowieka.

Przestawiony przez poetę świat nie ma nic wspólnego z motywem arkadyjskim, do jakiego przyzwyczaja Kochanowski. W odróżnieniu od gospodarza z Czarnolasu, Szymon Szymonowic dostrzega wyzysk pańszczyźnianego chłopa. Realizm ukazany w Żeńcach można porównać z tym przedstawionym przez Mikołaja Reja w Krótkiej rozprawie między trzema osobami: Panem, Wójtem a Plebanem.

W epoce Młodej Polski znacząco zweryfikowano tradycyjne ujęcie wątku wsi w literaturze polskiej. Ważnym zjawiskiem było pojawienie się poetów i pisarzy blisko z wsią związanych, a więc lepiej rozumiejących jej problemy. Przykładem może być biografia Jana Kasprowicza (1860 – 1926), która stanowi jeden z najoczywistszych dowodów faktycznego awansu kulturalnego warstwy chłopskiej w okresie Młodej Polski. Zarówno droga życiowa jak i artystyczna Kasprowicza jest przykładem kariery chłopskiego syna, któremu udało się wyjść ze społecznych nizin i sięgnąć po miano największego młodopolskiego poety.

Twórczość Jana Kasprowicza to m.in. realistyczne poezje o tematyce wiejskiej zgromadzone w cyklach zatytułowanych Obrazki natury, Obrazy i obrazki chłopskie, oraz Z chałupy.

W sonetach Z chałupy poeta podejmował problem znany mu z własnych doświadczeń życiowych opisując codzienną egzystencję wsi i jej mieszkańców, a także ich nieustanną walkę o przetrwanie w świecie biedy i stałą troskę o zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych, tj. dach nad głową, miska strawy i odzienie chroniące przed zimnem. Niepomyślne zdarzenia, jak: choroba, starość, nieurodzaj czy wszelkiego rodzaju klęski żywiołowe mogą okazać się dla tej kruchej egzystencji katastrofą życiową. Przykładem może być zwięzła biografia wiejskiej kobiety z Sonetu XV zawierająca jedynie tragiczne wydarzenia, tj. utrata włości, wdowieństwo, nędza i długi oraz oddanie dzieci na służbę do obcych. Ostatecznie ten szereg tragicznych doświadczeń sprawia, iż wiejska żebraczka traci resztki sił, a w konsekwencji samotnie umiera gdzieś w polu.

W innym sonecie Kasprowicz przedstawia los chorego chłopa, który wzywa lekarza, ale ten nie przychodzi, bo i po co?  Przecież od biednego chłopa z pewnością nie otrzyma wynagrodzenia. Zaś, w Sonecie III poeta ukazuje postać młodego chłopca, który wypasa krowy albo konie, co i tak nie ma większego znaczenia. Chłopiec pragnie się uczyć. Dokądkolwiek idzie, zawsze zabiera ze sobą książki, przez co staje się pośmiewiskiem dla całej wsi. Niemniej jednak wreszcie udaje mu się wyjechać z wioski do miasta skąd pisuje listy do rodziców. Mimo wszystko męczy go ciągła nędza, aż w końcu umiera na suchoty.

Poezja Kasprowicza to bez wątpienia smutny śpiew człowieka wrażliwego na krzywdę, a dla jej ukazania sięga po jaskrawe obrazy niezawinionego cierpienia.

Kolejnym dziełem epoki Młodej Polski dotykającym problemy wsi jest Wesele Stanisława Wyspiańskiego (1869 – 1907). Inspiracją do jego napisania było wesele Lucjana Rydla (krakowskiego poety) z chłopką z Bronowic, Jadwigą Mikołajczykówną. Autor zajmuje się tutaj aspektem chłopskiej egzystencji w sposób dalece odmienny od tego, który został przedstawiony powyżej. Wyspiański stawia chłopów i inteligencję wobec szansy na zryw niepodległościowy, co obnaża wady obu warstw społecznych, a przy tym dokonuje zestawienia miasta i wsi. Zjawisko to zostało po raz pierwszy tak wyraźnie przedstawione w polskiej literaturze.

Gospodarza (Włodzimierz Tetmajer) zauważa i docenia w chłopach ich rozwagę, godność i pobożność. Uważa też, że te cechy stanowią o ich potędze. Mówi nawet, że: „chłop ma coś z Piasta (…) chłop potęgą jest i basta”. Po tych słowach widać, iż gospodarz wysoko ceni chłopów, a jego nastawienie do nich jest bardziej pozytywne niż do inteligencji. Ponadto doskonale zdaje sobie sprawę z ożywionego, chłopskiego temperamentu. Mieszkańcy podkrakowskich Bronowic są zapalczywi i pełni dobrych chęci. Cechuje ich prostota myślenia i kierują się własną logiką.

Najprawdopodobniej Wesele Stanisława Wyspiańskiego jest najważniejszym dziełem rozstrzygającym kwestię inteligencko – chłopską. Wzajemne stosunki tych warstw społecznych nie układają się dobrze, gdyż mają wyraźne kłopoty z porozumieniem się. Istotnie, widać tutaj sztuczność rozmów pomiędzy nimi oraz nieprawdziwe i powierzchowne zniżanie się inteligencji do poziomu chłopów. Obie strony patrzą na siebie z wyższością i są sobie obce, a we wzajemnym weselnym obcowaniu ze sobą nie czują się dobrze. Pojawia się między nimi dystans i głęboko zakorzeniony przedział społeczny. Obie strony żyją wspomnieniami powstania z 1846 roku. Prócz tego, nie widać tutaj żadnej więzi między inteligencją a chłopstwem, a jedynie rysuje się przepaść intelektualna i obyczajowa oraz odrębność myślenia i zainteresowań. Autor Wesela ukazuje kontrasty oraz odmienność spojrzenia na życie i istniejący świat. Obywatele miasta zachwycają się ludem i wiejską przyrodą, chociaż tak naprawdę nie znają i nie rozumieją codziennej chłopskiej obyczajowości.

Wyspiański w swoim dramacie atakuje rzekomy solidaryzm inteligencko – chłopski. Wyśmiewa się z zewnętrznej postawy fascynacji ludem wiejskim przy jednoczesnym, zupełnym niezrozumieniu problemów wsi, charakteru chłopa i praw kierujących jego życiem.

Bez wątpienia największym dziełem dotykającym problemy wsi jest powieść Władysława Stanisława Reymonta pt. Chłopi. Akcja powieści rozgrywa się w Lipcach i przybliża sposób życia mieszkańców w ciągu całego roku. Czytelnik poznaje byt i obyczaje Lipczaków, które podobnie jak w utworach epoki renesansu, bardzo ściśle związane są z przemianami zachodzącymi w przyrodzie. Społeczeństwo Lipiec dzieli się na kilka warstw majątkowych, gdzie do tych najbogatszych należą: Boryna, Wójt, Kowal, Młynarz i Organista, zaś średniozamożni to: Dominikowa, Kłębowie, Płaszki, natomiast za najuboższych uważani są: Jagustynka, Agata, Jambroży oraz Mateusz.

Najwyższą wartością dla Lipczaków jest ziemia. Związki między ludźmi podyktowane są względami materialnymi, występuje bezwzględna walka o ziemię. Z chwilą, gdy rodzice zapiszą grunt dzieciom, te wyrzucają ich z gospodarstwa i pozostawiają bez środków do życia. Faktom tym gromada wcale się nie dziwi, uważa je bowiem za normalne.

Powieść Władysława Reymonta (1867 – 1925) uznana została za epopeję chłopską, ponieważ został w niej przedstawiony lud, mieszkańcy wsi na tle przemian społeczno – politycznych zachodzących na ziemiach polskich po upadku powstania styczniowego. Chociaż mieszkańcy Lipiec kłócą się między sobą, to jednak w momencie zagrożenia potrafią się zjednoczyć. Jako gromada wiejska wyznają własne, przejrzyste dla wszystkich normy etyczne i moralne, których przekroczenie kończy się wykluczeniem jednostki ze społeczności. Niezwykle barwnie przedstawił Reymont zwyczaje wiejskie, jak: obieranie kapusty, andrzejki, wieczerzę wigilijną, chodzenie z niedźwiedziem, darcie pierza, Niedzielę Palmową, święto ognia i wody, procesję po polach, Zielone Świątki, obrzędy pogrzebowe czy obrzędy nocy świętojańskiej (Sobótka).

W czterotomowej powieści Reymonta doszło do głosu coś nowego, a mianowicie epickie wyczucie, iż dawne bytowanie wiejskie odchodzi w przeszłość, iż tradycyjne stosunki po wiekach upartego istnienia poczynają zanikać wypierane przez nowości takie, jak parcelacja majątku dworskiego, jak emigracja zarobkowa do Ameryki, jak kolonizacja prowadzona przez obce żywioły. Ów nowoczesny charakter wystąpił najpełniej w dramatycznym wątku stanowiącym kościec dwu początkowych tomów. Rywalem starego Boryny jest przecież jego rodzony syn, Antek, kochanek urodziwej macochy, Jagny. Tę grzeszną miłość Reymont ujął w sposób bardzo swoisty i głęboko tragiczny, a zarazem zgodny z atmosferą moralną Chłopów. Śmiertelnie poróżnieni ojciec z synem godzą się, gdy w czasie bitki o las Antek spieszy z pomocą ranionemu Borynie i trupem kładzie jego zabójcę. Moralność gromady bierze tutaj górę nad antagonizmami osobistymi.

Dokonując swoistej analizy powyższych utworów literackich, można zauważyć, iż niemal jednocześnie z sielankowym widzeniem wsi przez poetów renesansowych, rodzi się w literaturze także realistyczny obraz życia na wsi. Pojawiają się problemy pańszczyźnianego chłopa, a później realistyczny obraz nędzy, krzywdy i niesprawiedliwości społecznej. Te dwa różne spojrzenia na wieś nawzajem się przenikają, a także uzupełniają.  

Magia Pisania 16.02.2011

 

prawa autorskie zastrzeżone

10:27, krainaczytania , Piórem o literaturze
Link
poniedziałek, 25 kwietnia 2011

 

Adolf Lekki

 

Daleka droga

do Grzyboraju

 

 
Wydawnictwo Lubelskie
Lublin 1987
Ilustracje: Ireneusz Salwa

 

W trakcie przedświątecznych porządków, zupełnie przypadkowo natknęłam się na książeczkę o wdzięcznym tytule „Daleka droga do Grzyboraju” Adolfa Lekkiego (1923-1991). W pierwszej chwili pomyślałam, że oddam ją na makulaturę, bo i po co mi jakaś stara bajeczka. Przekartkowałam kilka stron i stwierdziłam, że może jednak zatrzymam się przy niej na dłużej. Tak z sentymentu do lat dzieciństwa, kiedy życie wyglądało zupełnie inaczej niż teraz. Jeśli człowiek ma już trochę tych krzyżyków za sobą, to czasami zastanawia się czy dzieciństwo to nie był tylko sen.

Z reguły jest tak, że staram się nie wyrzucać niczego, jeśli wcześniej dokładnie tego nie pooglądam i nie stwierdzę tak na sto procent, że ta rzecz już do niczego mi się nie przyda. Tak właśnie było i w przypadku tej książeczki. Pooglądałam i uznałam, że muszę najpierw ją przeczytać, a potem dopiero zdecyduję co dalej z nią zrobić. I tak poświęciłam jeden wieczór na podróże Pawełka po lesie. Zapewne mama wiele lat temu już mi ją czytała, ale cóż… Czas robi swoje i po tylu latach nie bardzo wiedziałam o czym jest to opowiadanie.

Książeczka przeznaczona jest dla przedszkolaków, a przynajmniej tak wyczytałam z przedmowy, którą autor zamieścił we wstępie. Dzieciaki mogą tam również znaleźć genezę powstania książeczki. Otóż, pewnego wieczoru, przed zaśnięciem do Adolfa Lekkiego przydreptały krasnoludki, które wręcz zmusiły go do opisania przygód Pawełka i jego rodziny. Były to dwa krasnale o imionach: Jureczek-Ogóreczek i Mareczek-Buraczek. A żeby opowieść nie była za długa, krasnale wpadły na pomysł, aby każdą przygodę Pawełka umiejscowić w innym dniu tygodnia. I tak powstała „Daleka droga do Grzyboraju”, której akcja rozgrywa się od poniedziałku do niedzieli.

 

 

Pawełek to chłopiec, który wraz z rodziną wyrusza na wycieczkę do lasu. Tam uczy się, jak należy poprawnie zachowywać się w lesie, żeby nie zrobić sobie krzywdy, ani też nie wypłoszyć zwierząt. Kiedy ukrywając się pod drzewem i czekając na karę, jaka ma go spotkać po tym, jak dał swojemu malutkiemu braciszkowi, Filipkowi, pokrzywę zapada w sen, a las ożywa. Grzyby zaczynają mówić ludzkim głosem, ptaki czynią podobnie. Z obcowania z przyrodą, Pawełek dowiaduje się, że muchomor to grzyb trujący, a czerw niszczy trzonki grzybów. Chłopczyk poznaje życie owadów, na przykład wie już, że pszczoła zanim użądli człowieka wydaje charakterystyczny dźwięk, którego ludzie nie słyszą, bo wtedy zajęci są odganianiem owada i bardzo się go boją. Dowiaduje się również, że wiewiórka to Basia, a dzięcioł po to stuka w korę drzewa, żeby wydobyć stamtąd korniki.

Chłopczyk, aby pomóc grzybom w pozbyciu się uciążliwego swędzenia, jakie wywołuje u nich czerw, prowadzi je do tytułowego Grzyboraju, gdzie nie będzie już pasożytów. Drogę przez cały czas wskazuje im Sroczka. Podczas podróży chłopczyk uświadamia sobie także, że mrówki są bardzo pożyteczne i nie wolno niszczyć im mrowiska. Wiewiórka-Basia wyjaśnia mu, że na zimę zmienia futerko, a kłamstwem się brzydzi. Kiedy spotyka ich burza, Pawełek uczy się, w jaki sposób człowiek powinien się wówczas zachowywać.

To tylko kilka pożytecznych informacji, jakie nasze słodkie Maluchy mogą przyswoić sobie, kiedy mama lub tata będą im czytać tę książeczkę. Dodatkowo publikacja wzbogacona jest przejrzystymi ilustracjami, może jakościowo znacznie odbiega od tych, które spotykamy teraz, ale dziecko jest w stanie rozróżnić poszczególne zwierzątka i postacie na nich występujące. Oprócz Jureczka-Ogóreczka i Mareczka-Buraczka dzieciaki spotkają tam między innymi: Grzybka-Kapeluszka, Lolka-Muchomorka, Gołąbkę-Ślicznotkę, Dzięciołka-Kowalika, Liska-Chytruska, Jeża-Kolczatkę, Koziołka-Wesołka.

Uważam, że bajeczka jest jak najbardziej odpowiednia dla dzieci w wieku przedszkolnym, które dopiero uczą się świata. Jest napisana, zrozumiałym dla ich wieku, językiem, gdyż nie ma w niej słów, których wymowa sprawiałaby im trudność. Starsze pokolenie na pewno pamięta, jakie książeczki kupowali nam rodzice, kiedy w naszych domach stał radziecki telewizor RUBIN, a szczytem marzeń był radiomagnetofon KASPRZAK. Jeśli mam być szczera, to ta bajeczka sprawiła, że wróciły wspomnienia i teraz już wiem, że na pewno jej nie wyrzucę na makulaturę, a schowam gdzieś i któregoś dnia przeczytam swojemu dziecku.

I jeszcze na koniec taka ciekawostka. Na pierwszej stronie tej książeczki zauważyłam, że jest tam ołówkiem napisany numer, w taki sam sposób w jaki oznacza się książki w bibliotece, tylko bez pieczątki placówki. Widocznie już w wieku może sześciu lat, kiedy umiałam już pisać pierwsze koślawe cyferki, bawiłam się w bibliotekę. Wychodzi na to, że mała Agniesia chciała być bibliotekarką i dopiero musiało upłynąć prawie trzydzieści lat, żeby to dziecięce marzenie się spełniło. A książeczka na tamte czasy kosztowała 100 złotych!!!

 

Moja ocena: 5+/6

 

źródło okładki

 

prawa autorskie zastrzeżone

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Blog istnieje od 13 kwietnia 2011 roku
Cykle Literackie
My thoughts about books and literature
Pomóżmy Ewie powrócić do normalnego życia - Akcja: BLOGI DAJĄ NOGI
Proszę nie kopiować tekstu bez mojej zgody (ustawa z dn. 4 lutego 1994r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
Troszkę z innej bajki
Tutaj często zaglądam
Ulubione Blogi Książkowe
Wszelkie komentarze, które swoją treścią będą obrażać osobę autorki bloga lub innych czytelników, a także autorów książek, zostaną natychmiast usunięte.
Wydawnictwa i Księgarnie
Wywiad ze mną na blogu Książki Zbójeckie


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?