Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
sobota, 30 marca 2013

 

 

 

Kochani,

Z okazji Świąt składam Wam najserdeczniejsze życzenia. Oby Wasza Wielkanoc była radosna, pogodna i spokojna. Spędzajcie te Święta w zdrowiu, a także w ciepłej i rodzinnej atmosferze. Natomiast wszystkim molom książkowym życzę ciekawej świątecznej lektury w oderwaniu od suto zastawionego stołu. Natomiast już w drugi dzień Świąt zapraszam Was do przeczytania niezwykle interesującego wywiadu z jedną z czołowych polskich pisarek, której najnowsza powieść święci obecnie triumfy na polskim rynku wydawniczym. A zatem Wesołych Świąt!

 

Kraina Czytania

 


08:06, krainaczytania , Wydarzenia
Link Komentarze (16) »
czwartek, 28 marca 2013

 

Wpis upamiętniający rok 2013 jako Rok Juliana Tuwima 

 

 

Modlitwa

 
Modlę się Panie, ale się nie korzę:
Twarde są słowa modlitwą zrodzone.
Daj mi wytrwania i sił wiele, Boże,
W życiu, co będzie twórcze i szalone.

Daj mi, o Panie, poczynań płomienność
I nieugiętą daj ku Sobie wolę.
Niech życie moje zwie się: wieczna zmienność
W wiecznej jedności na duszy cokole.
 
Ale pamiętaj: gdy padnę, nieszczęście
Moje olbrzymie w twarz cisnę Ci, Boże.
Wiedz: w górę wzniosę dwie żelazne pięście,
Oczy spłomienię, spojrzę i - zagrożę!



 

Julian Tuwim. Kim tak naprawdę był Autor Kwiatów polskich, Lokomotywy, Murzynka Bambo i wielu innych utworów, które po dziś dzień cytowane są w szkolnych murach? Jak postrzegali go jemu współcześni, a w jaki sposób jego twórczość odbierają dzisiejsi czytelnicy? Niektórzy mówią, że był to jeden z tych „płomiennych umysłów”, które niemal w każdej chwili swojego życia w sposób egzaltowany wyrażają swoje emocje. W duszy Juliana Tuwima tkwił jednocześnie młodzieniec i stary mędrca, pomimo że byli też i tacy, którzy twierdzili, że los obdarował go talentem zupełnie niezasłużenie ponad miarę jego rozumu.

Julian Tuwim był człowiekiem, dźwigającym na swych barkach dziedzictwo polskości, żydostwa i kultury rosyjskiej, co odczuwał jako pewnego rodzaju poszerzenie swojej świadomości i spełnienie człowieczeństwa, choć z drugiej strony było to dla niego ogromne nieszczęście, wywołujące wewnętrzny konflikt. Był też człowiekiem biblijnej kultury oraz cichej religijności, która była tak delikatna i dyskretna, iż niewielu potrafiło ją dostrzec. Czasami zdarzał mu się też wiecowy, polityczny fanatyzm.

Nie należy jednak zapominać, że Julian Tuwim był przede wszystkim Poetą. Wszelkiego rodzaju zaburzenia swojej egzystencji natychmiast zamieniał w poetyckie wersy. Jego tak bardzo charakterystyczna satyra swoje źródło miała w resentymentach Autora, co dziś może być odbierane jako czysta furia obrażonej sprawiedliwości, nawet wówczas, gdy jest ona niesprawiedliwa.

Obecnie w twórczości Juliana Tuwima ceni się głównie jego wiersze skierowane do dzieci oraz teksty kabaretowe, natomiast wielu zapomina, że Tuwim był także wielkim lirykiem, zaś z tej liryki przebijała ogromna mądrość.

Aby upamiętnić postać Poety, pozwólcie, że głos oddam tym, którzy znali go osobiście. Bo cóż ja, żyjąca tak wiele lat po Tuwimie, mogłabym mądrego o nim napisać? Chyba tylko oprzeć się na gotowych publikacjach, które sucho streszczają jego ziemską egzystencję i twórczość. Tak więc zapraszam na spotkanie z tymi, w których życiu Julek odegrał znaczącą rolę, a wrażenie, jakie wywarła na nich jego szczególna osobowość, już na zawsze pozostało w ich pamięci.

Irena Tuwim

(1899-1987; młodsza siostra Juliana, poetka, prozaik, tłumaczka literatury dla dzieci i młodzieży)

(…) Jednym z najdawniejszych czarodziejstw Julka z zupełnie zamierzchłego dzieciństwa była gra w gildę.

Gra polegała na tym, że Julek kładł się na kanapie stojącej między dwiema gmachalnymi szafami i rzucał piłkę, w boczną ścianę szafy, którą miał przed sobą. Ja stałam obok, przepisowo u jego wezgłowia, i chodziło o to, które z nas złapie odbitą o ścianę szafy piłkę. I choć byłam o tyle w lepszej sytuacji, że mogłam się swobodnie poruszać, a on leżał nieruchomo – nigdy ani razu nie udało mi się piłki schwytać. Było to wówczas dla mnie niepojęte. Moje zabiegi, żeby choć raz wygrać, były daremne. Wyniki zawodów były niezmienne 100:0.

Głowiłam się, dlaczego tak było, i stały sukces Julka przypisywałam jakimś nadprzyrodzonym jego mocom.

Przeświadczenie o magicznych siłach i wtajemniczeniach mego małego brata miało źródło nie tylko w mojej wyobraźni, w moich w tym kierunku inklinacjach.

Ta skłonność do wszelkiej magii, cudów i dziwów tkwiła w nim samym i przetrwała przez całe życie. Były czasy, kiedy Julek rujnował się na jakieś tajemnicze kolorowe ingrediencje kupowane w składzie aptecznym pana Thorna na rogu Andrzeja i Pańskiej. Zjawiały się w domu siarka i chlor, błękit pruski i nadmanganian potasu (…)[1].

Ewa Drozdowska (kuzynka Juliana Tuwima)

(…) Julian Tuwim urodził się 13 września 1894 roku. Przyjście na świat pierworodnego syna, prócz radości, przyniosło rodzicom wielkie zmartwienie. Chłopczyk urodził się bowiem z ciemną plamą na policzku. Matka widzi w tym przekleństwo losu. Ojciec ze stoickim spokojem stara się w miarę możliwości uspokoić żonę. Po pewnym czasie rodzice postanowili pojechać z dzieckiem do Warszawy. Profesor, doktor Kosiński orzekł, że wszelkie zabiegi będą mało skuteczne, i radził wracać do domu. Przy pożegnaniu, dla dodania rodzicom otuchy, powiedział: Miejmy nadzieję, że ta plama dziecku w życiu nie zaszkodzi.

Równie bezskuteczna okazała się wyprawa z dzieckiem do Berlina, do słynnego w owym czasie profesora Izraela.

Jedną z najulubieńszych rozrywek Julka w dzieciństwie była zabawa w szufladzie. Były wówczas w modzie wielkie, przepaściste szafy z ogromnymi szufladami. Otóż w jednej z nich sadzano Julka, drugą napełniano przeróżnymi klockami, misiami itp. i wówczas zaczynało się ulubione wyrzucanie z szafy wszystkich zabawek, potem płacz, ponowne napełnianie szafy i tak aż do znudzenia (…)[2].

Zofia Starowieyska-Morstinowa (1891-1966; eseistka i krytyk literacki)

(…) Gdy czytałam wiersze Tuwima, wydawało mi się, że patrzę w jakieś race strzelające snopami iskier, a zarazem miałam wrażenie, że zstępuję w siebie głęboko, tak głęboko, jak mogłam dotrzeć myślą własną, i wydawało mi się, że przy reflektorze tych słów odnajduję w sobie rzeczy, o których istnieniu nie wiedziałam. Może zresztą przedtem ich we mnie nie było. Te wiersze, podobnie zresztą jak wiersze Pawlikowskiej, rzeczy te we mnie odnajdywały, może stwarzały.

Dotąd wierszy Tuwima nie umiem czytać spokojnie, nie umiem ich zwłaszcza czytać z tym chłodnym krytycyzmem, z jakim czytają je moi młodzi przyjaciele. Gdy bowiem czytam o Bogu, który ciska w świat gwiazdami, o pachnącej nad stawem mięcie, o dusznych, upalnych ulicach niedzielnych miasteczek, o czułych strapieniach Piotra Płaksina, zatracam wszelki sąd, a tylko pogrążam się w jakimś morzu wzruszenia i zachwytu, które są mocniejsze od wszystkiego, czego się od tamtych czasów o literaturze i jej kryteriach nauczyłam (...)[3].

 

Julian Tuwim z żoną Stefanią i córką Ewą; rok 1947

 

Janusz Stryjewski

(…) Wieczór autorski w Chicago udało się zorganizować dopiero 3 października 1942 roku. Zebrało się paręset osób. Niewielka wówczas grupa uchodźców wojennych stawiła się w komplecie. Przybyli ci spośród Polonii, dla których Tuwim był największym żyjącym poetą polskim, przybyli również i tacy, dla których był przeciwnikiem politycznym. Tych przywiodła ciekawość. Zjawiło się sporo młodzieży polonijnej. Wśród niej nie wszyscy znali dobrze język polski.

Jakże gnębił nas wtedy niepokój, czy wszyscy zrozumieją, czy odczują poezję Tuwima.

Zrozumieli i odczuli, słuchając w skupieniu każdego wiersza, tak pięknie i wyraziście, bo zwyczajnie recytowanego przez poetę.

Owacyjne oklaski i tłok koło stolika, przy którym Tuwim podpisywał świeżo wówczas wydany przez Rój in Exile w Nowym Jorku Wybór wierszy, mówiły nam, że wieczór się udał. Świadczyły o tym rozognione twarze wszystkich słuchaczy i łzy w wielu oczach (…)[4].

Irena Tuwim raz jeszcze

(…) Któregoś dnia doszło wreszcie między nami do pewnej bardzo ważnej rozmowy. Najważniejszej chyba, jaką z nim w życiu miałam. Było to po przeczytaniu w Teogonii, która potem weszła w skład Treści gorejącej.

Julek zapytał mnie:

– No i co? Co myślisz o tym? Warto pisać?

Wierszem byłam wstrząśnięta do głębi. Zdjął mnie lęk spraw – jak mówiliśmy za czasów naszej młodości – ostatecznych. Kim też jest ten mój brat? Co się w nim kłębi? Po jakie tajemnice sięga? Milczałam przez chwilę, nie mogąc znaleźć słów, które choć w przybliżeniu oddałyby moje wrażenie.

Wreszcie wybąkałam, jakoś oględnie i nieśmiało, że wiersz mnie zaniepokoił.

– Wolałabym, żebyś takich wierszy nie pisał. Boję się tego, jaki ty jesteś…

– A jaki chciałabyś, żebym był? Wolałabyś…– Julek zaczął najwidoczniej odgadywać moją myśl.

– Tak – wzięłam na odwagę – wolałabym, żebyś był zwyczajny. Tak jak inni. Zwyczajny człowiek.

– A co ci się zdaje – dopytywał się – że kto ja jestem?

Postanowiłam iść na całego i powiedziałam to słowo z dzieciństwa.

– Czarodziejem.

Myślałam, że jak zwykle obróci wszystko w żart, że zbędzie mnie swoim kpiarsko-dobrotliwym: E, idź, głupia!

Ale on popatrzył na mnie tylko z wielką powagą, posmutniał, spuścił głowę i na tym skończyła się nasza rozmowa[5].

Janusz Makarczyk

(1901-1960; oficer artylerii Wojska Polskiego, dziennikarz, prozaik, dramatopisarz i dyplomata)

(…) Żona weszła na schody i wtedy usłyszała głos pani Stefy wołający ratunku. Wpadła do mego pokoju i pobiegła na górę. W pokoju Tuwima była już pani Tomaszewska. Obie zaczęły masować Tuwima. Radzicki dał żonie znak. Zrozumiała. Ale pani Stefa nie wiedziała, że to koniec. Wołała: – Ratujcie go. – Gdy przybyło pogotowie, żona wyprowadziła ją z pokoju.

Na schodach spotkałem panią Jaworską, kierowniczkę Domów Pracy Twórczej Zaiksu w Warszawie. Nie wiadomo dlaczego zdziwiłem się – dokąd ona biegnie? Ja już wiedziałem.

Ani ja, ani moja żona nie pamiętamy kto powiedział prawdę pani Stefie, wiem, że to żona sprowadzała ją na dół, gdy znoszono trumnę. Przedtem chciałem dzwonić po Pollaka, ale telefonował Żytomirski. Nie umiałem nakręcić tarczy. Jakoś zaraz przyszli Morstinowie, za nimi minister Wilczek, potem Brandstaetter. Pollak był cały czas obok mnie.

Znoszono trumnę. Przypomniałem sobie wiersz o tym drzewie, które trzeba odszukać, z którym trzeba się porozumieć, drzewie, z którego będzie trumna…[6].

To tylko niektóre ze wspomnień, jakie czytelnik może odnaleźć w wyjątkowej publikacji wydanej w dziesiątą rocznicę śmierci Juliana Tuwima w roku 1963 pod tytułem Wspomnienia o Julianie Tuwimie. Jak widać, dla swoich przyjaciół i znajomych Tuwim był osobą szczególną i odegrał w ich życiu istotną rolę. Czytając owe wspomnienia aż łza się w oku kręci, kiedy do czytelnika dociera ta wielka wyjątkowość jego postaci. Jest jeszcze inna książka, znacznie nowsza, w której jej autor, Piotr Matywiecki, również przedstawia Poetę w sposób nietuzinkowy. Ta publikacja to Twarz Tuwima wydana w roku 2007 nakładem Wydawnictwa W.A.B. Miłośnikom poezji oraz twórczości Juliana Tuwima obydwie książki serdecznie polecam.

 

 


[1] I. Tuwim, Czarodziej [w:] Wspomnienia o Julianie Tuwimie, W. Jedlicka, M. Toporowski (red.), Wyd. Czytelnik, Warszawa 1963, s. 11.

[2] E. Drozdowska, Julek [w:] Wspomnienia o Julianie Tuwimie, op. cit., s. 19.

[3] Z. Starowieyska-Morstinowa, Zjazd poetów [w:] Wspomnienia o Julianie Tuwimie, op. cit., s. 159.

[4] J. Stryjewski, Wieczór autorski w Chicago [w:] Wspomnienia o Julianie Tuwimie, op. cit., s. 229-230.

[5] I. Tuwim, Czarodziej [w:] Wspomnienia o Julianie Tuwimie, op. cit., s. 17.

[6] J. Makarczyk, Ostatnie dni [w:] Wspomnienia o Julianie Tuwimie, op. cit., s. 405.



 

prawa autorskie zastrzeżone

Tagi: poezja
12:26, krainaczytania , Piórem o literaturze
Link Komentarze (16) »
środa, 27 marca 2013

 

Émile Zola

 

           Nana

 

 

 

 

 
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Warszawa 1958
Tytuł oryginału: LES ROUGON-MACQUART
Histoire naturelle et sociale d'une famille sous le Second Empire «NANA»
Przekład: Zofia Karczewska-Markiewicz

 

 

 

 

Wielkimi krokami zbliża się druga rocznica istnienia Krainy Czytania. Z tego tytułu coraz częściej zastanawiam się czy to, o czym piszę na blogu biegnie w dobrym kierunku? Czy nie nużę czytelników? A może powinnam coś zmienić? Może jednak lepiej będzie zostawić profil bloga tak, jak jest do tej pory? Lecz z drugiej strony coraz częściej obserwuję u siebie tendencję zmierzającą do poszukiwania „książek z duszą”, a takimi są zapewne dzieła klasyków. W mojej ocenie obecnie na rynku wydawniczym pojawia się coraz więcej tak zwanej „junk fiction”, czyli literatury śmieciowej, wydawanej jedynie z chęci zysku, a ja jakoś nie za dobrze czuję się w tego rodzaju literaturze. Stąd moje dylematy. Czy czytać dla samej siebie, czy może wybierać na siłę lektury, które są na topie, żeby nie doprowadzić do sytuacji, kiedy czytelnicy machną ręką na Krainę Czytania i stwierdzą: „Ech, nudno zrobiło się na tym blogu. Nie ma powodu na niego zaglądać.” Poza tym, jest też mnóstwo książek, które powinnam była przeczytać już dawno temu, a tego nie zrobiłam. Jedną z takich pozycji jest właśnie Nana. Egzemplarz, który proponuję pochodzi z 1958 roku. Jest to kolejna książka, którą chcę uratować od zapomnienia.

Jak zapewne wiecie, Émile Zola (1840-1902) był twórcą, a jednocześnie wybitnym przedstawicielem kierunku zwanego „naturalizmem”. Podstawowe założenia swojej teorii zawarł w przedmowach do swoich powieści, a także artykułach krytycznych oraz w rozprawie zatytułowanej Powieść eksperymentalna. Zgodnie z tą teorią zadania literatury można ująć w trzech punktach, czyli po pierwsze literatura powinna naśladować rzeczywistość, w sposób szczegółowy odtwarzać fakty oraz dążyć do fotograficznej wierności (weryzm). Po wtóre, w zakresie tematyki dzieł literackich nie ma żadnych ograniczeń, pisarz powinien również sięgać do ciemnych i drażliwych stron ludzkiego życia, czego przykładem może być opisanie patologii społecznych. Po trzecie, pisarz nie sądzi i nie ocenia faktów, lecz szuka prawdy i obiektywnie ukazuje rzeczywistość.

Émile Zola pozostawał pod wpływem nauk przyrodniczych. Społeczeństwo i jednostkę traktował według praw występujących w przyrodzie, stąd nazwa „naturalizm”. Zdaniem Zoli człowiek jest bardziej podległy prawidłom natury niż normom cywilizacyjnym, moralnym czy społecznym. W zawiązku z tym powieści Zoli zawierają wnikliwe obrazy życia rozmaitych grup społecznych, szczególnie warstw niższych, jak dzieje się to w przypadku Nany. Tak więc powieści Émile Zoli posiadają charakter epicki, oparte są na akcji wielowątkowej i stanowią swoiste dokumenty życia społecznego we Francji końca XIX wieku.

Paryż to przede wszystkim miasto zakochanych, stolica mody, eleganckich kobiet, dobrego smaku, czyli tego wszystkiego, co najlepsze. Właśnie takie skojarzenia miasto budzi obecnie w niemal każdym z nas. Lecz dzieło Émile Zoli bardzo szybko sprowadza nas na ziemię i obala ten mit. Oczywiście, ktoś powie, że przecież Nana powstała w XIX wieku i od tego czasu wiele się zmieniło. Czyżby? Myślę, że w pewnych dziedzinach życia pomimo upływu lat i wieków zmienia się niewiele. Odkąd istnieje ludzkość, istnieje też handel własnym ciałem. I tak już pozostanie, bez względu na to, jak bardzo zmieni się otaczająca nas rzeczywistość. Zawsze znajdą się dawcy i biorcy.

Wspomniany powyżej naturalizm w przypadku Nany jest niezwykle wyraźny. Rzeczywistość opisana w powieści jest wiernie oddana i nie dopatrzymy się tutaj ograniczeń tak zwanej „ozdobnej fikcji literackiej”. Uważny czytelnik dostrzega trudne społeczne tematy, upadek moralny oraz ogólne zepsucie paryskiego społeczeństwa. Język przesycony jest lokalną gwarą, a tytułowa bohaterka jest nieprzyzwoita, prymitywna i tragikomiczna.

Fabułę powieści rozpoczyna scena w paryskim teatrze Variétés, gdzie Nana występuje w roli Jasnowłosej Wenus. Na razie jej osoba jest nieco anonimowa. Zebrani w teatrze z niecierpliwością oczekują jej pojawienia się, gdyż dotychczas była ona znana jedynie ze słyszenia. Tak więc Nana ma swoje pięć minut, które powinna wykorzystać. Kiedy w końcu osiemnastoletnia Nana pojawia się na scenie budzi zachwyt przede wszystkim u męskiej części widowni. Na scenę wchodzi praktycznie naga, co tak naprawdę w XIX wieku nie było niczym nadzwyczajnym, choć z drugiej strony publiczna rozwiązłość była jednak piętnowana przez społeczeństwo. Chociaż umiejętności aktorskie Nany pozostawiają wiele do życzenia, to jednak nikt tego nie dostrzega, gdyż jej nieziemska uroda przyćmiewa całą resztę. Od tego momentu Nana jest na szczycie, ale nie ze względu na swoje marne aktorstwo, lecz z powodu tabunu mężczyzn, którzy tłoczą się w jej mieszkaniu, aby skorzystać z usług kurtyzany. Ona oczywiście obdarza ich hojnie swoimi wdziękami, ale nie robi tego za darmo. Można by rzec, że kieruje się mottem: „Masz pieniądze, masz mnie – nie masz pieniędzy, spadaj!”. W ten sposób doprowadza do ruiny finansowej poszczególnych adoratorów, którzy nie potrafią się jej oprzeć, a wręcz zakochują się w niej, nie widząc świata poza Naną, która perfidnie to wykorzystuje. Wśród jej klientów są mężczyźni z wyższych sfer, żonaci, jak i bez zobowiązań, młodzi i starzy, a w miarę upływu czasu Nana stacza się tak bardzo, że jest jej obojętne z kim będzie dzielić łóżko. Może być to nawet inna kobieta, byleby tylko zapłaciła.

Obserwując kolejne romanse i poszerzenia kręgu znajomych, czytelnik razem z paryską kurtyzaną poznaje całą galerię postaci dziewiętnastowiecznego Paryża, wędrując od najniższych warstw społecznych, z których wywodzi się główna bohaterka, aż do śmietanki towarzyskiej, na której czele stoi bogobojny hrabia Muffat de Beuville. Émile Zola niezwykle śmiało i bez ogródek nakreśla obraz brudnego, zepsutego i rozpustnego Paryża, gdzie nie funkcjonują choćby najmniejsze świętości. Biedota każdego dnia walczy o przetrwanie i kawałek chleba, natomiast elita wiedzie życie wypełnione cielesnymi uciechami. Tutaj każdy ma co najmniej jeden romans na boku, a czasami dopuszcza się zdrady oficjalnie i wszyscy o niej wiedzą.

Nigdy wcześniej nie czytałam żadnej powieści Émile Zoli. Nana to pierwsza książka jego autorstwa i muszę przyznać, że w tym przypadku mój wybór trafił w dziesiątkę. Nie miałam pojęcia, że Émile Zola pisał tak rewelacyjnie. A może to tylko ta jedna powieść tak doskonale mu wyszła? No cóż… To się okaże, kiedy sięgnę po kolejne jego książki już niebawem. Nie dziwi fakt, iż podczas swojej premiery Nana uznawana była za powieść niezwykle kontrowersyjną. Z jednej strony zachwycano się modnym wówczas naturalizmem oraz pikantnym przedstawieniem życia Paryża i jego mieszkańców, natomiast z drugiej zarzucano Autorowi, że stworzył powieść zbyt dosadną i okrutną. Émile Zola porównywany był z samym markizem de Sade, co wydaje mi się niesłuszne, ponieważ każdy, kto zna dzieła owego kontrowersyjnego powieściopisarza, żyjącego na przełomie XVIII i XIX wieku wie, iż Nanie daleko do barwnych opisów praktyk sadomasochistycznych kreślonych przez markiza de Sade.

Nana na pewno nie jest powieścią, która spodoba się środowiskom feministycznym. Przypomnijmy sobie chociażby sceny bicia kurtyzany przez jej kochanka, w którym była zakochana. Fontan nie szczędzi jej razów, pastwi się nad nią, a ona mimo wszystko tkwi przy nim niczym wierny pies. To chyba jedyne mocniejsze sceny w tej książce. Nana tak naprawdę została uprzedmiotowiona przez Autora, gdyż pomimo swojego bogactwa i sławy przez całą powieść pozostaje klasyczną prostytutką z rynsztoka, będąc zarazem odzwierciedleniem skrywanych najgłębiej męskich żądz. Kiedy już wydaje się, że Nana wyjdzie na prostą i przestanie się łajdaczyć, ona znów popada w nierząd i ląduje na samym dnie.

Zapewne wielu czytelnikom Nana kojarzy się z lekturą szkolną i dlatego może zostać odrzucona już na starcie, co byłoby wielką szkodą i dla czytelnika, i dla samej książki, ponieważ naprawdę warto po nią sięgnąć. Oczywiście miłośnicy literatury erotycznej poczują się rozczarowani, ponieważ nie ma w tej powieści tak zwanych „momentów”, jakie są obecne we współczesnych romansach czy powieściach erotycznych. Tutaj to czytelnik ma szerokie pole do popisu, a właściwie jego wyobraźnia. Mnie książka naprawdę wciągnęła, a główna bohaterka wzbudziła mój żal i smutek, ponieważ w gruncie rzeczy Nana to postać tragiczna.

Jak do tej pory kilku reżyserów pokusiło się o ekranizację powieści, która stanowi dziewiąty tom cyklu Rougon-Macquartowie opublikowanego po raz pierwszy w 1880 roku. Tym, którzy nie wiedzą przypominam, że książka została poświęcona losom Anny Coupeau zwanej Naną, która nie jest postacią autentyczną. Można stwierdzić, że na postać Nany składają się trzy znane paryskie kurtyzany z czasów II Cesarstwa: Cora Pearl, Leonia Leblanc i Blanche d'Antigny.

Sam Zola nazwał swoje dzieło „poematem smacznych pożądań”. Moim zdaniem owy poemat wyszedł mu bardzo dobrze, zważywszy że Autor wszelkie informacje o paryskim półświatku czerpał z drugiej ręki, gdyż sam nie obracał się w tego rodzaju towarzystwie.

 

 

Moja ocena: 5/6

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



poniedziałek, 25 marca 2013

 

Joanna Chmielewska

 

      Nawiedzony dom

 

 

 

 

 

 
Wydawnictwo: Młodzieżowa Agencja Wydawnicza
Warszawa 1979
Ilustracje: Wanda Orlińska

 

 

 

 

Pamiętacie jak w podsumowaniu roku 2012 pisałam, że chcę wracać do książek, które już swoje przeżyły i mają sporo lat? To postanowienie bardzo mocno wzięłam sobie do serca i tak oto wśród piwnicznego kurzu biblioteki pedagogicznej w moim mieście odgrzebałam pierwsze wydanie Nawiedzonego domu autorstwa Joanny Chmielewskiej. Jak możecie zauważyć, książka pochodzi z końca lat 70. XX wieku, co świadczy o tym, że realia w niej opisane znacznie różnią się od tych, które obserwujemy dzisiaj. Na przestrzeni lat Milicja zdołała przekształcić się w Policję, natomiast ludzi, którym wszelkiego rodzaju przerażające dźwięki kojarzą się z nalotami bombowymi z czasów drugiej wojny światowej, jest już coraz mniej. Mam tutaj oczywiście na myśli babcię głównych bohaterów, Janeczki i Pawełka Chabrowiczów.

Powieść stanowi pierwszą część przygód Janeczki i Pawełka. Jak widać na załączonym obrazku wydanie, które wpadło w moje ręce okładką nie zachwyca. Natomiast jak jest z treścią? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Kiedy człowiek naczyta się tych wszystkich hymnów pochwalnych na cześć legendy polskiej literatury, bo chyba takim mianem można już określić Joannę Chmielewską (właśc. Irena Barbara Kuhn z domu Becker), wówczas sięgając po jej powieść oczekuje czegoś naprawdę sensacyjnego, co w pełni będzie zasługiwać na owe zachwyty. Lecz w jakież ogromne zdziwienie popada czytelnik, kiedy z każdą nową stroną książki odkrywa, że balon, który przed sięgnięciem po powieść napełniony był wygórowanymi oczekiwaniami, powoli zaczyna tracić swoją objętość, robi się coraz mniejszy, a owe oczekiwania ulatują z niego niczym powietrze. I co wtedy pozostaje? Rozczarowanie.

Fabuła Nawiedzonego domu jest niezwykle prosta, wręcz banalna. Rodzina państwa Chabrowiczów otrzymuje w spadku ogromny dom w Warszawie, który uprzednio był własnością jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego krewnego pana Romana. Ów krewny pochodził aż z Argentyny i wygląda na to, że niezbyt troszczył się o swoją własność, ponieważ dom wymaga przeprowadzenia gruntownego remontu. Do „gmachu” oprócz rodziny pana Romana, przeprowadza się także jego siostra Monika z synem Rafałem oraz rodzice Moniki i Romana. Jest jeszcze pies zwany Chabrem, który przypadkowo trafił do rodziny. Chaber to wytresowany, brązowy pies myśliwski, który przybłąkał się do Chabrowiczów jeszcze przed przeprowadzką, w związku z tym, aby nie doznać szoku, kiedy zaczną się „komplikacje”, spędza jakiś czas w schronisku. Chaber nie wie jeszcze, że jego rola w wypędzaniu z domu Zmory będzie decydująca.

Kim w takim razie jest Zmora? To sąsiadka, która nie chce opuścić nowego domu Chabrowiczów. Dlatego też Janeczka i Pawełek przechodzą samych siebie, aby wreszcie sąsiadkę z domu wykurzyć. Lecz to nie jest jedyne zajęcie rodzeństwa. Dzieci kombinują też jak tu dostać się na zakurzony strych, którego drzwi nie można otworzyć. Wpadają również na trop szajki, która kręci się w pobliżu ich posiadłości. Czy uda im się doprowadzić podjęte sprawy do końca? Czy znajdą sprzymierzeńców w swoich działaniach? O tym w książce.

W moim przypadku Nawiedzony dom to nie tylko pierwsza część cyklu o przygodach Janeczki i Pawełka, ale także jest to pierwsza książka Joanny Chmielewskiej, jaką w ogóle przeczytałam. Przyznam, że sięgnęłam po tę powieść trochę z powodu zachęcających recenzji i pochwalnych peanów odnośnie do twórczości Autorki, a po trosze z powodu takiego zwykłego „czytelniczego wstydu”, że do tej pory nie udało mi się poznać fenomenu pisarstwa Joanny Chmielewskiej.

Jakie są moje wrażenia? Już trochę o swoich odczuciach wspomniałam powyżej. „Rozczarowanie” to chyba właściwe słowo, jakiego mogę użyć w tym przypadku. Nie twierdzę bynajmniej, że Autorka pisze źle i że te wszystkie nagrody, wyróżnienia i uznanie czytelników są wysoce przesadzone. Z całą pewnością Joanna Chmielewska w pełni sobie na nie zasłużyła. Swojego zawodu dopatruję się raczej w tym, że to ja trafiłam na początek nie na tę książkę, na którą powinnam, dlatego moja przygoda z twórczością Autorki na pewno na Nawiedzonym domie się nie zakończy.

Czego przede wszystkim spodziewałam się przed lekturą, a czego nie otrzymałam? Na pewno tego poczucia humoru, które większość czytelników tak bardzo zachwala. Owszem, zaczynało się całkiem nieźle sceną, kiedy to Janeczka uświadamia swoją nauczycielkę o wielu istotnych rzeczach dotyczących jej rodziny, szczególnie narad produkcyjnych, spadku, a przede wszystkim ostatnich dni minionych wakacji, bo właśnie taki był temat szkolnego wypracowania.

(…) – Ostatnie dni wakacji spędziłam na naradach produkcyjnych. Narady produkcyjne odbywały się w naszym domu od rana do wieczora i jeden raz odbyły się w domu mojej babci i dziadka, w którym zapanowało wielkie niezadowolenie. Ponieważ tatuś urwał dziką różę, która była przyczepiona do ściany, i wtedy babcia poddała się i złożyła broń. A dziadek i tak nie miał nic do gadania. Więc ta narada produkcyjna skończyła się w ten sposób, że większa połowa przeszła na naszą stronę…[1]

Na litość Boską, cóż to takiego te „narady produkcyjne”?! Nie tylko skonsternowana nauczycielka pragnie się tego dowiedzieć, ale szkolni koledzy Janeczki również. Tak więc nasza bohaterka, biorąc głęboki oddech wyjaśnia:

– Narady produkcyjne są to narady w zakładach produkcyjnych i one są po to, żeby się naradzić na temat produkcji w zakładzie. U nas też były narady, żeby się naradzić, i wszyscy mówili na to narady produkcyjne. Babcia była przeciw, a dziadek zawsze robi to, co babcia każe, nie ma nic do gadania, więc też był przeciw. Ale zaraz potem, jak tata urwał dziką różę, babcia powiedziała, że się poddaje i składa broń, i właśnie odłożyła to pudełko. Bo skoro dzika róża odpadła, to jej już wszystko jedno i może się zamieniać.[2]

Ufff… I wszystko jasne. Sprawę „narad produkcyjnych” w rodzinie Chabrowiczów mamy wyjaśnioną. Moim zdaniem na tym etapie poczucie humoru w tej książce się kończy. Owszem, dzieci podejmują rozmaite „komiczne” działania, ale są one zabawne tylko z nazwy. W tej kwestii ogromna odpowiedzialność spoczywa na wyobraźni czytelnika, który sam może sobie dopowiedzieć resztę.

Gdyby tak się uprzeć, to można byłoby jeszcze odwołać się do sprawy tajemniczych reduktorków, których pan Roman tak usilnie poszukuje oraz „maszyny do tortur”, znajdującej się na strychu. Oczywiście jest jeszcze wątek kryminalny, w którego centrum znajdują się dzieci, lecz odnoszę wrażenie, że jest on nieco przytłumiony przez inne elementy fabuły i gubi się w ich gąszczu.

Generalnie książka nie jest zła, ale też nie można stwierdzić, że jest rewelacyjna. Młodzież jak najbardziej może po nią sięgnąć w oderwaniu od literatury fantasy czy literatury wampirycznej. Na pewno jest to powieść bardziej realna, a takich obecnie pojawia się coraz mniej na polskim rynku wydawniczym, gdyż przytłaczają je wampiry, smoki i wszelkiego rodzaju inne dziwactwa, które dla młodego człowieka nie stanowią raczej odpowiedniej lektury z pedagogicznego punktu widzenia.

 

 

Moja ocena: 4/6

 



[1] J. Chmielewska, Nawiedzony dom, Wyd. MAW, Warszawa 1979, s. 5.

[2] Ibidem, s. 6-7.

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



sobota, 23 marca 2013

 

Jane Austen & Marie Dobbs

 

               Sanditon

 

 

 

 

 

Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 1999
Tytuł oryginału: Sanditon
Przekład: Magdalena Pietrzak-Merta

 

 

 

 

Jane Austen pracę nad Sanditon rozpoczęła 27 stycznia 1817 roku. Książka nigdy nie została przez nią ukończona z powodu pogarszającego się stanu zdrowia Pisarki. Niektórzy twierdzą, że wizja śmiertelnej choroby okradła Jane Austen z tego, co najbardziej kochała, czyli z możliwości pisania i tworzenia kolejnych niezapomnianych powieści. W dniu 18 marca 1817 roku, po napisaniu dwudziestu dwóch tysięcy słów, Autorka napisała dwie ostatnie linijki dwunastego rozdziału i odłożyła pióro. Cztery miesiące później, w wieku czterdziestu dwóch lat Jane Austen zmarła. Powszechnie uważa się, że cierpiała na chorobę Addisona, czyli pierwotną niedoczynność kory nadnerczy. Tak przynajmniej podają brytyjscy znawcy twórczości Jane Austen.

Z całą pewnością trudno jest podjąć się kontynuowania powieści po kimś, kto po dziś dzień uchodzi za swego rodzaju fenomen pisarski. Niemniej jednak, tego przedsięwzięcia podjęło się kilkoro autorów z lepszym bądź gorszym skutkiem. W Polsce chyba najbardziej znaną kontynuacją Sanditon jest ta autorstwa Marie Dobbs. Jej zdanie na temat włączenia się do fabuły powieści nieco różni się od tego, o którym wspomniałam powyżej. Otóż Marie Dobbs uważa, że Jane Austen przerwała pracę nad Sanditon po napisaniu dwudziestu sześciu tysięcy słów, natomiast ona w opowieść o losach panny Charlotte Heywood włączyła się w połowie jedenastego rozdziału tuż po słowach: „Biedny pan Hollins! Nie sposób było nie odczuwać dla niego współczucia – tak źle został potraktowany. Zesłany w swoim własnym domu na poślednią ścianę, między miniatury, musiał patrzeć, jak najlepsze miejsce zajmuje w nim na stałe sir Harry Denham”.*

Akcja powieści umiejscowiona jest w nadmorskiej miejscowości Sanditon u wybrzeży hrabstwa Sussex. Wiejskie społeczeństwo Sanditon zdominowane jest przez dwie postacie: sir Thomasa Parkera oraz lady Denham, która posiada „bystre oko” i dla której liczy się przede wszystkim stan majątkowy ludzi, których los stawia na jej drodze.

Fabuła powieści jest tak skonstruowana, że czytelnik obserwuje życie mieszkańców nadmorskiego kurortu z perspektywy głównej bohaterki, Charlotte Heywood, która po raz pierwszy, zupełnie przypadkowo, wybrała się w podróż, opuszczając na pewien czas swój rodzinny dom, stając się gościem sir Thomasa Parkera i jego żony, Mary. Sanditon jawi się Charlotte jako dość komiczna miejscowość z uwagi na charakter jej mieszkańców i turystów, którzy owy kurort odwiedzają. Po pewnym czasie Charlotte oczywiście zmienia zdanie, co jest głównie wynikiem jej dogłębnych obserwacji społeczeństwa, w którym przyszło jej egzystować.

Weźmy na przykład sir Edwarda Denhama. Mężczyzna ma skłonność do zbyt długich i patetycznych przemówień. Usiłuje też wzmocnić swoją pozycję, ukazując samego siebie jako tego, któremu żadna kobieta nie jest w stanie się oprzeć. Niektórzy znawcy literatury porównują go do głównego bohatera powieści Samuela Richardsona pod tytułem Clarissa, powstałej w 1748 roku, gdzie autor na podstawie postaci Roberta Lovelace’a ukazuje opozycję występku i cnoty.

Z kolei Charlotte Heywood przedstawiona przez Jane Austen jest uroczą, zrównoważoną i głęboko uczciwą oraz skromną dziewczyną. Autorka zarysowała również scenerię, na tle której mają rozgrywać się przyszłe wydarzenia powieści. Jest to mała mieścina, a wręcz wioska, wobec której mieszkańcy mają dalekosiężne plany, gdyż pragną zrobić z niej modny kurort. Oczywiście głównym pomysłodawcą, a zarazem niezmordowanym realizatorem pomysłu jest wspomniany już sir Thomas Parker. Na chwilę obecną w Sanditon znajdują się maszyny kąpielowe (cóż za wspaniały cud techniki!), mleczna oślica i koń do ćwiczeń, będące własnością lady Denham – najbogatszej dziedziczki w okolicy. W bezpośredniej bliskości plaży znajduje się herbaciarnia oraz szereg kwater, których właściciele z niecierpliwością wyczekują turystów.

W momencie poszukiwania tak ważnego dla kurortu lekarza, Parkerowie zupełnie przypadkowo trafiają do majątku rodziny Heywoodów, co staje się początkiem ich wzajemnej przyjaźni. W konsekwencji państwo Parkerowie zapraszają do siebie Charlotte, która w miarę upływu czasu staje się dość istotnym elementem małej społeczności Sanditon. Tam poznaje wszystkie ważne postacie, dowiaduje się o zamysłach entuzjastów owej miejscowości, spośród której na pierwszy plan wysuwa się oczywiście starsza, męcząca i niezwykle samolubna lady Denham, a także rodzina jej zmarłego męża, składająca się z panny Esther Denham i jej brata, wspomnianego już sir Edwarda Denhama. Charlotte bardzo szybko dowiaduje się też, iż nie cała rodzina państwa Parkerów mieszka w Sanditon. Dwie starsze siostry sir Thomasa, Diana i Susan, przyjeżdżają, aby pomóc bratu w zdobyciu nowych kuracjuszy, przywożąc ze sobą młodszego brata, Arthura.

Charlotte Heywood obraca się w tym dość specyficznym towarzystwie, zwracając uwagę przede wszystkim na dziwne zachowanie sir Edwarda i Clary Brereton, która jest spowinowacona z lady Denham, a do tego uchodzi za jej „piękną damę do towarzystwa”. Zupełnie nieoczekiwanie zjawia się średni brat sir Thomasa Parkera, Sidney. Charlotte, jako doskonała obserwatorka, szybko przekonuje się, że młodszy Parker jest mężczyzną pełnym uroku, nie brak mu też inteligencji, a do tego jest świetnym manipulatorem. Aczkolwiek te cechy wcale nie przeszkadzają Charlotte w okazywaniu mu sympatii. I jak to bywa u Jane Austen, dziewczyna w końcu traci dla niego głowę. Tyle, jeśli chodzi o pannę Austen. A jak sprawa wygląda w przypadku Marie Dobbs?

W tym momencie zapewne narażę się większości wielbicieli naszej Miss Austen, ale te trzy czwarte powieści, które skonstruowała Marie Dobbs w moim przekonaniu wypada znacznie lepiej niż jedna czwarta autorstwa Jane Austen. Tak, tak, już słyszę Wasze protesty. Przecież tak być nie może, żeby krytykować Autorkę Wszech Czasów! A dlaczegóż by nie? Czy klasyków zawsze należy chwalić, bo nie wypada inaczej? Wydaje mi się, że Jane Austen była fenomenem, ale dla swojej epoki. Czasy się zmieniają, a wraz z nimi zmienia się też gust czytelniczy. Ba, zmienia się sam czytelnik. Dzisiaj od literatury wymaga się czegoś zgoła innego niż miało to miejsce w XVIII czy XIX wieku. Dzisiejszy czytelnik potrzebuje akcji, nawet jeśli ma do czynienia z typowym romansem. A Jane Austen, niestety na tle obecnych realiów wieje nudą. Dlatego nie dziwi mnie, że większość współczesnych czytelników ucieka od klasyki.

Fakt, że część fabuły wykreowana przez Jane Austen wypada marniej niż ta autorstwa Marie Dobbs tłumaczę w dwojaki sposób. Otóż, po pierwsze panna Austen była śmiertelnie chora. Jej organizm był osłabiony, co na pewno w jakiś sposób negatywnie wpływało też na jej umysł. Po drugie, zdążyła stworzyć zbyt mało tekstu, aby można było go jednoznacznie ocenić.

Marie Dobbs uważa, że pociągnęła tę historię najwierniej jak tylko mogła i chyba udało jej się trafić w koncepcję Mistrzyni. Ale czy na pewno? Tego już nigdy się nie dowiemy. Można jedynie snuć przypuszczenia, ponieważ każdy z autorów, który podjął się dokończenia tej powieści czy nawet dopisał kontynuację innych utworów Jane Austen w postaci zupełnie nowej książki, będzie myślał podobnie. Można oczywiście powołać się na listy czy zapiski Jane Austen, w których Autorka opowiada o swoich planach względem fabuły książki, ale tak naprawdę nie wiadomo, co stałoby się, gdyby ją nadal pisała, bo przecież w trakcie tworzenia te zamiary mogły ulec zmianie. Bardzo często jest tak, że w trakcie pisania przychodzi autorowi do głowy jakiś nowy pomysł, który natychmiast przelewa na papier. Bohaterowie Sanditon według Jane Austen wcale nie musieli postępować tak samo, jak ci w wykonaniu Marie Dobbs. Sir Edward Denham wcale nie musiał porywać Charlotte. Jedyne, czego można być pewnym to kwestii romansu pomiędzy Sidneyem Parkerem a Charlotte Heywood. Znając poprzednie powieści Jane Austen oraz jej zamiłowanie do konstruowania romansów, można być pewnym, że w tym przypadku prawdopodobnie akcja rozwinęłaby się w identyczny sposób, choć może pobiegłaby nieco innymi torami. Niemniej z całą pewnością Sidney i Charlotte ostatecznie stanęliby na ślubnym kobiercu.

Moim zdaniem Marie Dobbs dokonała naprawdę wielkiej rzeczy. Część, którą dopisała jest bardziej dynamiczna, a postacie nie są mdłe, jak mogłoby się stać w przypadku Jane Austen. Mało tego. Rozdziały przez nią dopisane czyta się płynniej i szybciej aniżeli te, które wyszły spod pióra Jane Austen. Można by rzec, iż Marie Dobbs zwyczajnie uwspółcześniła Sanditon, co oczywiście wielu czytelnikom może wydawać się niedopuszczalną wadą. Na pewno panna Austen nie użyłaby słowa „dziewczyny”, lecz zastąpiłaby je jakimś innym, bardziej adekwatnym do swojej epoki.

 

 

Moja ocena: 5/6

 



* J. Austen & M. Dobbs, Sanditon, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 77.

 

 

prawa autorskie zastrzeżone



 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
Blog istnieje od 13 kwietnia 2011 roku
Cykle Literackie
My thoughts about books and literature
Pomóżmy Ewie powrócić do normalnego życia - Akcja: BLOGI DAJĄ NOGI
Proszę nie kopiować tekstu bez mojej zgody (ustawa z dn. 4 lutego 1994r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
Troszkę z innej bajki
Tutaj często zaglądam
Ulubione Blogi Książkowe
Wszelkie komentarze, które swoją treścią będą obrażać osobę autorki bloga lub innych czytelników, a także autorów książek, zostaną natychmiast usunięte.
Wydawnictwa i Księgarnie
Wywiad ze mną na blogu Książki Zbójeckie


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?