Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
czwartek, 29 marca 2012

 

Po burzliwym odejściu Józia ze szkoły wojewódzkiej w Lublinie, w domu państwa Kraszewskich odbywa się poważna familijna narada, w wyniku której postanowiono znaleźć Józiowi inny zakład edukacyjny. Rodzice wciąż mają w pamięci przykrą scenę w Lublinie, dlatego też stwierdzają, że ich krnąbrny wyrostek z pewnością zbuntuje się, jeśli zostanie pod przymusem pozostawiony w szkole lubelskiej. Poszukując innych możliwości, wybierają Świsłocz, czyli miasteczko leżące niedaleko Dołhego.

Świsłocz leży w pobliżu przepastnych ostępów, na trakcie, który biegnąc od Grodna do Brześcia przecina w prostej prawie linii gubernię grodzieńską. Miasteczko posiada właściwie tylko jedną główną ulicę, której najważniejszymi punktami są kościół parafialny Świętej Trójcy, cerkiew i synagoga. Boczne uliczki, rozplanowane prosto i symetrycznie, oraz niektóre budynki swoim wyglądem świadczą o tym, iż Świsłocz przeżyła niegdyś swoje lata świetności, pomimo że jej żywot nie jest długi, gdyż narodziny miasteczka przypadają na koniec XVIII stulecia. Józiowi ta cicha i spokojna, prowincjonalna miejscowość wydaje się pustelnią. Niemniej jednak jego głęboka uraza dla szkoły lubelskiej znacznie przyćmiewa te dobre wspomnienia wyniesione z gubernialnego Lublina. Należy pamiętać, że nie wszystko, co związane z Lublinem było złe. Ale młody Kraszewski tego nie pamięta. On wciąż ma na uwadze krzywdy i porażki, które traktuje jako wielką niesprawiedliwość.

W jednym z domków ocienionych pięknymi i rozłożystymi kasztanami ma zamieszkać Józio Kraszewski, którego od tej chwili powinno nazywać się „Józefem”, gdyż nasz bohater wiek dziecięcy ma już za sobą. Właścicielem posesji jest świsłoczanin, niejaki Hofert. Wraz z dwoma kolegami ze szkolnej ławy, braćmi Jundziłłami, Józef zajmuje stancję położoną od strony ulicy. Z rynku, w kierunku wschodnim, prowadzą dwie mniejsze uliczki: Mściborska i Rudawska. Na Rudawskiej również ruchliwie jest od uczniów. Obydwie ulice przedziela unicka cerkiewka, zaś w kierunku północnym i zachodnim, wbrew swoim wielkomiejsko brzmiącym nazwom, biegną ulice Grodzieńska i Warszawska, które są dość skromne i nad wyraz prowincjonalne. Wszystkie zakończone są okazałymi bramami. Natomiast od placu gimnazjalnego piękna i cienista aleja prowadzi do pałacu asesora, zaś z samym placem graniczy ogród publiczny. Pomiędzy alejami z klonów, wiązów i lip podczas dni jarmarcznych uruchamiane są karuzele i huśtawki.

 

 

 

Ulica Rudawska w Świsłoczy

 

 

 

 

Cały rytm powszedniego życia w Świsoczy Józef zmuszony jest podporządkować szkole. Ludziom, którzy przywykli do ruchliwego trybu życia, miasteczko może wydawać się pustynią. Tak właśnie myśli o nim nasz bohater.

(…) Była to zmiana znowu radykalna: inny świat, inna atmosfera, inni ludzie, inny program nauk. Świsłocz, małe miasteczko Tyszkiewiczowskie, w lasach, na uboczu, cichsze jeszcze i skromniejsze było od Białej. Główne jego zaludnienie składali studenci, oraz to, co przy nich i z nich żyło (…)

(…) Po Lublinie była to pustelnia; towarzystwo też uczniów zupełnie się zmieniło. Młodzież była skromniejsza, łagodniejsza, profesorowie przystępniejsi. Oprócz lekcji programowych, zacząłem się tu uczyć grać na fortepianie, bez wielkiego skutku. Parę godzin na tydzień, gdy w domu się nie ma instrumentu, nic nauczyć nie może. Rozmowy z Hołówką, znajomość i stosunki z prof. Walickim, a potem rysunek i książki, zajmowały czas wszystek. Walicki, pożyczając książek, wymagał, aby gruntownie się z czytanym dziełem obeznało, szybko mieniać ich nie lubił. Ja czytałem nadto pośpiesznie i zawsze brakło pokarmu. Wówczas z półki p. Hołówki Molier i Montesquieu ratowali, a Moliera można było powtarzać po wiele razy bez znużenia.

Nie przypominam sobie, abym tam co pisał lub nawet miał do tego ochotę. Czas schodził dosyć nudnie i powoli. Niekiedy tylko przerywały monotonią zaprosiny w sąsiedztwo do pp. Radowickich oraz przechadzki po ogrodzie ogromnym przy Tyszkiewiczowskim pustym pałacu (…)[1]

Gimnazjum w Świsłoczy cieszy się ogromną sławą na Litwie i w okolicach z nią sąsiadujących. Sławę tę datuje się od początku jej istnienia, czyli od 1806 roku. W szkole panuje atmosfera wielkiego umiłowania nauki, która promieniuje także na uczącą się tutaj młodzież. W starym, drewnianym budynku szkolnym znajduje się niewielka, ale starannie wyposażona sala teatralna oraz sala redutowa. Obydwie otwierają swoje podwoje jedynie w czasie dorocznych jarmarków. W tych dniach do Świsłoczy ściągają liczni przyjezdni goście, zarówno arystokracja, jak i szlachta. Przybywają również trupy teatralne oraz aktorskie znakomitości z Wilna, a nawet z samej Warszawy. Miasto w tych dniach ożywia się i zmienia do niepoznaki. Uczniowie gimnazjum, w tym także Józef Kraszewski, mogą oglądać teatralne spektakle. Z wielką ochotą korzystają z tej rozrywki, zaś Józef już wie, że nie zazna chyba w życiu silniejszych wrażeń i wzruszeń artystycznych, związanych z gościnnymi występami przyjezdnych teatrów. W szkole świsłockiej młody Kraszewski czuje się znacznie lepiej, aniżeli w Lublinie, który pozostawił w chłopcu głęboką awersję dla wszelkich mądrości wtłaczanych uczniom systemem szkolnego przymusu. Tutaj Józef lubi słuchać głosów, jakimi przemawiają stare mury i zakurzone papierzyska. Nie ma pojęcia jak to się mogło stać, że w Świsłoczy polubił lekcje, które do tej pory traktował jak przykrą i dokuczliwą nudę. Zdumieniem napawała go myśl, że nauka szkolna, która w lubelskiej szkole tak bardzo mu obrzydła, teraz odkrywa przed nim nowe światy. Tak nowe, że można się w niej na dobre rozsmakować.

(…) Spokojne życie w Świsłoczy, gdzie trzeba się koniecznie było zająć nauką, choćby dlatego, że czym innym nie było, i mnie, i wielu innych zapewne zmusiło do oddania się namiętnego książkom, pracy. W młodym wieku, przy czynniejszym umyśle, jak tylko nie ma nic, co by oderwać mogło, co by nęciło jakim powabem, rzucić się musimy do nauki, potrzebując za warunek do życia zajęcia, które by siły nasze wyczerpywało. Dlatego miasteczka takie, jak Świsłocz, podobniejsze wsi niż miasteczku, ustronne, spokojne, najlepsze są dla młodzieży. W nich uczyć się potrzeba koniecznie lub z nudy umrzeć, i młodzi się też uczą. W większych miastach umysł się zapala widokiem żywego, działającego świata, życia; tu wszyscy otaczający oddychają nauką, przypomina ją tylko wszystko, a nic od niej nie odrywa.

To pewna, żem ja więcej się nauczył w czasie krótkiego pobytu w Świsłoczy niż przeszłych lat, po innych szkołach (…)[2]

Józef zauważa, że wykładowcy na ogół są przystępni wobec młodzieży, bardziej wyrozumiali dla ich upodobań oraz wybryków, aniżeli było to w Lublinie. Wśród kolegów bliskim przyjacielem staje się Placyt Jankowski. Chłopiec także interesuje się literaturą, a w przyszłości również pragnie zostać pisarzem.

 

 

Gmach Gimnazjum, do którego uczęszczał J.I. Kraszewski w latach 1827-1829.

Fundatorem Gimnazjum był Hrabia Wincenty Tyszkiewicz, który własnym kosztem założył je w 1806 roku.

 

Nauczyciele o Kraszewskim wyrażają się pochlebnie. Szczególną sympatią Józef darzy profesora Walickiego. Wykładowca ten jest cierpliwy i wyrozumiały, a zarazem łagodny i wykształcony. Ucząc młodzież wymowy oraz literatury polskiej potrafi zaszczepić w niej szersze zainteresowanie tymi przedmiotami. Bardzo szybko zwraca uwagę na Józefa, który jest wrażliwy i nad wiek oczytany. Do tej pory Kraszewskiego pociągały przede wszystkim książki mogące pobudzić wyobraźnię. Natomiast profesor Walicki uczy go jak odnaleźć piękno w tych dziełach, które chłopiec skłonny jest uważać za nudne i mało istotne.

Rady i wskazówki profesora Walickiego trafiają na podatny grunt, gdyż Józef garnie się całą duszą do języków obcych. Nie wie jeszcze, że to zainteresowanie pozostanie mu na zawsze. Niemniej jednak najbardziej pociąga go język ojczysty. Na razie odkłada własne próby pisania, lecz profesor Walicki uparcie zachęca swojego ulubionego ucznia do opracowania historii języka polskiego. W związku z tym Józef z zapałem gromadzi i spisuje polskie przysłowia oraz zaczyna zbierać materiały do opracowania systematycznego glossarium. Pragnie ułożyć słownik, który będzie zawierał wyrazy dawne, zapomniane w mowie potocznej, z objaśnieniem, kiedy ich używano i w jakim znaczeniu.

Te zajęcia kuszą go i wciągają coraz mocniej. Pod wpływem rozmów z mądrym i doświadczonym profesorem, który potrafi natchnąć go wiarą we własne siły i, który wie, że Józefowi nie brak ani zapału, ani też pracowitości i energii, chłopiec zaczyna poważnie myśleć o pracy naukowej. I tak oto kajety z powieściami i wierszami zaczynają pokrywać się kurzem, a ich miejsce zajmują seksterny z wypisami autorów polskich oraz próbami przekładów łacińskich.

(…) Następnie wziąłem się szczerze do innych języków, mianowicie łacińskiego i greckiego. Nigdy was nie zapomnę, Paradoxa Cyceronowe*, na których sił moich próbowałem! I tych nocy bezsennych, spędzonych z Adamem u jednego stolika nad tłumaczeniem w togi poubieranych frazesów Tuliuszowych! I tej mianowicie nocy ostatniej, nocy majowej, któreśmy heroicznie przesiedzieli oba z książką w ręku, choć oczy nam się kleiły, a po ukończeniu biegliśmy się kąpać w rzece! A! Nigdy Cyceronowe Paradoxa tak zimne nam się nie wydawały, jak woda rzeczki przed wschodem słońca, z której dzwoniąc zębami, wyskoczyliśmy, wracając do zimnej kąpieli w łacinie. I nie myślcie, że tłumaczenie to, nad którym noce nam schodziły, było zadaniem szkolnym i nie samiśmy je sobie zadali!

– Pomnisz ty to jeszcze, Adamie?? –

– Ja wszystko pamiętam, jednej, zda się chwili nie straciłem z tej przeszłości, którą miło mi wspomnieć dziś jeszcze. Pamiętam i ciebie, łagodny uczony, profesorze Walicki, któryś mnie na tę drogę filologicznej nad językiem pracy, zastanowienia wprowadził, któryś podał myśl tej historii języka polskiego, leżącej po dziś dzień w tece, czekając rozpalonego kominka. Pamiętam zdrowe twoje rady, serdeczne przywiązanie do mowy, której czystości broniłeś, którąś chciał nieskażoną wlać w usta uczniom twoim (…)[3]

Szkolna fama głosi, że Józef Kraszewski to najlepszy wśród uczniów rysownik. Dlatego też, gdy trzeba naszkicować plan szkolnego gmachu, to jemu przypada to zadanie. Jednak on sam nie jest zadowolony ze swojej pracy. Pomimo pochwał ze strony pedagogów, czuje jakiś niewytłumaczalny niedosyt. Najważniejsze, że w tej przychylnej atmosferze Kraszewski czuje się potrzebny, dostrzegany i zauważany. Nikt już nie wytyka mu lekkomyślności i lenistwa, tak jak miało to miejsce w Lublinie. Teraz jego uwaga skupiona jest na zakończeniu edukacji w szkole w Świsłoczy. Ten dzień zbliża się wielkimi krokami i stanowi wielką uroczystość dla całego miasteczka. Drogi do niej prowadzące ożywiają się już na kilka dni przed 29 czerwca 1829 roku. Gromadnie nadciągają rodzice, dziadkowie oraz bliżsi i dalsi krewni gimnazjalistów. Dla chłopców jest to dzień rozkosznej ulgi po stresie egzaminacyjnym.

 

 

 

Kościół w Świsłoczy ufundowany w 1666 roku. Został zniszczony podczas II wojny światowej w roku 1941.

 

 

 

Dzwony w miejscowym kościele, bijące miarowym dźwiękiem, oznajmiają nie żadną ceremonię kościelną, lecz świecką, szkolną uroczystość. Z jednej strony nawy ustawiono stół przykryty zielonym suknem, na którym ułożono stos druków o jednakowym tytule: Treść nauk, a wśród nich umieszczono listę uczniów celujących. Nazwiska najlepszych uczniów stanowią tajemnicę aż do ostatniej chwili.

(…) Tak w mgnieniu oka dwa te lata przebiegły, przeleciały. Ze starych, szkolnych przyjaźni nie pozostała mi żadna; towarzysze rozbiegli się po białym [!] świecie, każdy w swoją stronę pędząc za szczęściem, za niedolą! Jednego z moich nauczycieli, Walickiego, widziałem potem raz jeszcze.

Ze wspomnień wypadkowych nie przychodzą mi na pamięć inne nad pogrzeb rektora, na którym miałem mowę wśród paroksyzmu febry, zapewne z wielkim boleści uczuciem wyrzeczoną, bo głowa pękała i gorączka mnie właśnie trzymała w objęciach swoich. Dwie nagrody i patent (jak w Królestwie nazywano świadectwo maturitatis) otrzymałem. Teraz miałem jechać do uniwersytetu. Zdawało mi się, żem był poważnym człowiekiem; ręka napierała się pióra, które później tylu mi wytrącić chciało i teraz jeszcze usiłują. Głowa paliła się nadziejami przyszłości, nigdy się nie mającymi ziścić. Wyjeżdżałem ze Świsłoczy, modląc się do tych Aniołów Stróżów, którzy mnie mieli prowadzić po świecie (…)[4]

I tak oto jeden z maturzystów rocznika 1829, Józef Ignacy Kraszewski, na zawsze żegna Świsłocz. Przed sobą ma perspektywę letniego wypoczynku w Romanowie i w ojcowskim Dołhem, zaś od jesieni czeka go pobyt w Wilnie.

 



[1] J.I. Kraszewski, Pamiętniki, Wyd. Ossolineum, Wrocław 1972, s. 328-329.

[2] Ibidem, s. 163.

[3] Ibidem, s. 164.

[4] Ibidem, s. 166-167.

*Paradoxa stoicorumParadoksy stoików, jedno z pism filozoficznych Cycerona

 

źródła zdjęć:

Ulica Rudawska (1)

Gimnazjum (2)

Kościół (3)



niedziela, 25 marca 2012

 

Jane Austen

 

        Emma

 

 

 

Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 1996
Tytuł oryginału: Emma

 

 

Niezwykle trudno jest recenzować klasykę. Powieści zaliczane do tej kategorii już przez sam fakt figurowania w niej są szczególne. W dodatku, w jaki sposób zachęcić czytelnika do sięgnięcia po lekturę klasyczną, skoro jej sława trwa od wieków? Albo jak zniechęcić tego samego czytelnika do powieści, która przez lata traktowana jest niczym relikwia? Bez wątpienia jedną z takich właśnie pozycji klasycznych jest Emma autorstwa brytyjskiej pisarki żyjącej na przełomie XVIII i XIX wieku. Pracę nad powieścią Jane Austen rozpoczęła w 1814 roku, zaś po dwóch latach powieść trafiła w ręce czytelniczek. Jak podają źródła, powieść została wydana anonimowo. Pamiętajmy, że w czasach, kiedy tworzyła Jane Austen, nie patrzono przychylnie na pisanie powieści przez kobiety. Bardzo często było tak, że pisarki przybierały męskie pseudonimy, aby opublikować swoje dzieło.

Można by rzec, iż tytułowa bohaterka, Emma Woodhouse, to osoba jedyna w swoim rodzaju. Mieszka w małym miasteczku, a praktycznie w wiosce Highbury w posiadłości Hartfield. Jest bogata, piękna, dobrze urodzona, posiada rozległą wiedzę i mądrość. Emmę poznajemy w momencie, gdy jej guwernantka, a jednocześnie przyjaciółka właśnie wyszła za mąż za niejakiego pana Westona. Zarówno Emma, jak i jej ojciec czują się bardzo blisko związani z Anne Tylor, co też tłumaczy ich poczucie osamotnienia, które w przypadku Emmy dość szybko mija. Oczywiście, pan Woodhouse nie omieszka skomentować tego wydarzenia po swojemu. Według niego kobiety nie powinny nigdy wychodzić za mąż.

Przyszedł wprawdzie smutek, łagodny smutek, lecz pozbawiony jakiegokolwiek niemiłego wrażenia: panna Tylor wyszła za mąż. Strata panny Tylor była pierwszym zmartwieniem Emmy. Wieczorem, w dzień ślubu ukochanej przyjaciółki, siedziała po raz pierwszy pogrążona przez dłuższą chwilę w żałosnych myślach. Przyjęcie ślubne dobiegło końca, goście wyjechali, Emma została; zjedli obiad we dwoje z ojcem, bez nadziei na obecność osoby trzeciej, która ożywiłaby nieco długi wieczór. Ojciec usadowił się do zwykłej poobiedniej drzemki, córce zaś nie pozostawało nic innego, tylko siedzieć i rozmyślać nad tym, co utraciła.[1]

Niemniej jednak, Emma nie byłaby sobą, gdyby nie zaradziła tej pustce, która nagle powstaje w jej życiu. Natychmiast zaprzyjaźnia się z siedemnastoletnią Harriet Smith, dziewczyną z nieprawego łoża. Od tej pory najważniejszym celem staje się dla Emmy wydanie Harriet za mąż za porządnego człowieka. I tak oto potencjalnym mężem dla panny Smith zostaje miejscowy pastor, pan Elton. Emma za wszelką cenę próbuje ich ze sobą zeswatać. Wmawia swojej młodziutkiej przyjaciółce, iż pastor żywi do niej gorące uczucie, czym sprawia, że Harriet zakochuje się w panu Eltonie. Mało tego. Emma posuwa się wręcz do tego, że nakłania Harriet do odrzucenia oświadczyn pana Roberta Martina. Niestety, pastor gardzi panną Smith, a swoje uczucia kieruje względem… Emmy.

– Wielkie nieba! – wykrzyknął pan Elton. – Co to ma znaczyć? Panna Smith! Panna Smith, jako żywo nie przyszła mi do głowy. Nie okazywałem jej nigdy żadnych atencji poza tymi, jakie się należą pani serdecznej przyjaciółce; nie obchodziłaby mnie ani trochę, czy żyje, czy nie żyje, gdyby nie fakt, że pani się z nią przyjaźni. Jeżeli wyobrażała sobie, że jest inaczej, to widać własne uczucia zawiodły ją na manowce, i jest mi przykro, niezmiernie przykro. Ale panna Smith doprawdy, proszę pani, któż mógłby pomyśleć o pannie Smith, gdy panna Woodhouse jest w pobliżu? Nie, słowo honoru, nie ma tu mowy o niestałości charakteru. Myślałem tylko o pani. Zaprzeczam najenergiczniej, jakoby moją uwagę, choćby przelotnie, zajął ktoś inny. Wszystko cokolwiek powiedziałem albo uczyniłem w ciągu minionych tygodni, było powiedziane i czynione jedynie po to, aby zaznaczyć moje uwielbienie dla pani. Nie mogła pani o tym wątpić. Nie – dodał z naciskiem dającym wiele do myślenia – jestem pewien, że pani to spostrzegła i zrozumiała mnie.[2]

Ale Emma Woodhouse skupiona na swataniu przyjaciółki ani nie spostrzegła, ani też nie zrozumiała zamiarów pana Eltona. Gdyby była posłuchała dobrych rad i przestróg brata swojego szwagra, pana Jerzego Knightley’a, z pewnością uniknęłaby tej niezręcznej sytuacji. A tak, nie dość, że na siłę wciskała pastorowi kobietę, której ten nie chciał, to jeszcze doprowadziła do upokorzenia i cierpień swojej przyjaciółki. Jednak Emma to osóbka wielce rozumna, dlatego też z łatwością ponownie manipuluje Harriet. Ostatecznie doprowadza do tego, że panna Smith powoli zapomina o tej niefortunnej sytuacji, natomiast pan Elton wyjeżdża z Highbury, aby w niedługim czasie przywieźć na swoją plebanię… żonę. A na swatanie Harriet przyjdzie jeszcze czas.

Teraz uwaga Emmy skupiona jest na synu pana Westona, Frank’u Churchill’u, który mieszka w Londynie wraz ze swoim wujostwem. Frank to ktoś w sam raz dla Emmy, choć ona już dawno postanowiła, że nie wyjdzie za mąż. Ale przecież każdą obietnicę można złamać. Przecież jeśli pojawi się ktoś, kto będzie odpowiadał jej pozycją społeczną, majątkiem, czy manierami, to zawsze może zmienić zdanie. Takie właśnie oczekiwania Emma ma wobec pana Churchill’a. Ale czy zostaną one spełnione? A może Emmie tak naprawdę jedynie wydaje się, że jest zakochana we Frank’u? Oczywiście intryg i ujawnionych niespodziewanie tajemnic nie ma końca.

Swego czasu lord David Cecil tak oto rzekł na temat poglądów Jane Austen w kwestii instytucji małżeństwa: Małżeństwo dla pieniędzy to nikczemność, a małżeństwo bez nich to głupota. Lecz zastanówmy się, czy Emma to naprawdę powieść jedynie o perypetiach matrymonialnych XVIII-wiecznej Anglii? Z pewnością nie. Książkę tę można z powodzeniem określić jako błyskotliwą komedię omyłek, której centrum stanowią gra pozorów, iluzji i oszukiwania samego siebie. To właśnie nadmiar egoizmu i zadufanie w sobie dostarczają nam takiej rozrywki. Zauważmy, że w samym środku tej intrygi znajduje się nasza nietuzinkowa bohaterka, pełna życia i wigoru, a jednocześnie urocza, nieznośna i niezwykle apodyktyczna.

Wiele recenzji kończy się zdaniem, iż Emma to „świetnie napisana powieść o miłości, czyli innymi słowy klasyczny romans, który rozgrywa się w scenerii XVIII-wiecznej Anglii”. Być może to zdanie powinno wystarczyć, aby zachęcić czytelnika do sięgnięcia po tę książkę. Jednak powieść Jane Austen charakteryzuje znacznie głębszy wymiar. Jest to opowieść, która dostarcza nie tylko wzruszeń, ale również zmusza czytelnika do przemyśleń nad naturą człowieka. Myślę, że warto ją także przeczytać ze względu na swoisty zapis kobiecych oczekiwań w stosunku do mężczyzn. Czytelniczki odnajdą w niej szereg wypowiadanych wprost, bądź też nieznacznie ukrytych uzupełnień portretu męskiego ideału.

Sądzę, że Emma to powieść troszkę niedoceniana przez krytyków, a nawet przez samych czytelników. Ogólnie przyjęło się, że to Rozważana i romantyczna jest najlepszym dziełem Jane Austen. Ale czy na pewno? Przyjrzyjmy się nieco bliżej społeczeństwu opisanemu przez Autorkę. Mamy koniec XVIII wieku. Angielskie ziemiaństwo największą wagę przywiązuje do zasad savoir-vivre. Społeczeństwo to wciąż zastanawia się, jak należy się zachować, czy wypada udać się z wizytą, a może to oni pierwsi powinni nas odwiedzić? A może należałoby ją zaprosić, ale przecież ona jest trochę niższego stanu, czy w związku z tym oni nie będą urażeni? Albo co podać na proszony obiad i jak poprowadzić tańce? Kto powinien iść w pierwszej parze, aby nikogo nie obrazić? Tego typu pytania można mnożyć bez końca.

Natomiast z drugiej strony pojawiają się rozterki natury miłosnej, jak flirty czy walka o korzystny związek. Kto powinien kogo pokochać? Kto, kogo poślubi? A kto będzie ukrywał łzy? Jak widzimy codzienne życie, jak i skrywane tajemnice oraz osobiste dramaty są tutaj wysuwane na pierwszy plan. Na pierwszy rzut oka widać, że Jane Austen zżyła się ze swoimi bohaterami. Przyjrzyjmy się choćby temu, w jaki sposób rozwiązują oni swoje problemy. Robią to bardzo delikatnie.

Według mnie najmocniejszą stroną tej powieści jest z pewnością opis kobiecych postaci. Spójrzmy na ich wygląd zewnętrzny, który zmienia się pod wpływem przeżyć, a także ich myśli oraz wnętrze. Jak bardzo ten romans różni się od tych, do jakich przyzwyczajają nas pisarze współcześni. Brak w nim fizyczności. Bohaterowie kochają wnętrzem, a bliskość cielesna jest, jakby w pewien sposób zakazana. Jest to styl specyficzny właśnie dla Jane Austen i jej podobnych autorek. Jednak nie każda kobieta-czytelniczka wyrazi zgodę na taki romans.

Dla mnie ta powieść nie stanowi jakiegoś wielkiego arcydzieła literackiego. Emma jako postać niesamowicie mnie drażniła. Denerwowało mnie w niej niemal wszystko, a szczególnie jej wybitny talent do wtrącania się w sprawy innych. Jej zarozumiałość, pewność siebie i wybitny egoizm budziły we mnie bardzo negatywne uczucia. Z pewnością takie emocjonalne podejście do tej powieści stanowi wielki komplement dla Jane Austen. Gdyby Autorka żyła, to być może byłaby szczęśliwa, że jako czytelniczka tak właśnie odebrałam Emmę Woodhouse. Poza tym, denerwowało mnie również to, że cokolwiek wydarzyło się w życiu jednego z bohaterów, natychmiast dyskutowała o tym cała wieś. Mało tego. To był praktycznie obowiązek, aby dzielić się z innymi swoimi nawet najbardziej prywatnymi sprawami.

Choć ta powieść ma tak wiele dodatnich cech, to jednak nie zmienia to faktu, iż książki wysoko nie ocenię. Do klasyki zawsze podchodziłam z dystansem i tak mi już zostało. Nic się nie zmieniło od czasów studiów, choć teraz czytam jej znacznie więcej. Nie chcę wyrabiać sobie zdania po tej jednej powieści, zważywszy że inne książki Jane Austen oceniane są bardzo wysoko. Gdybym miała porównać Emmę z Dziwnymi losami Jane Eyre, to ta pierwsza wypadłaby dość blado. Dlatego nie będę tego robić, ponieważ wtedy musiałabym znacznie zaniżyć ocenę tej powieści, a jak pamiętacie Jane Eyre otrzymała tylko notę dobrą.

 

Moja ocena: 4/6

 

 

Wszystkich chętnych na dyskusję o Emmie zapraszam tutaj.

 



[1] J. Austen, Emma, Wyd. COMFORT, Warszawa 1991, s. 5.

[2] Ibidem, s. 92.

 

 

źródła zdjęć:

źródło okładki

Emma i pan Knightley (1)

Emma i pan Woodhouse (2)

 

 

prawa autorskie zastrzeżone

 

czwartek, 22 marca 2012

 

Droga do gubernialnego miasta Lublina wiedzie przez pola oraz szlacheckie sioła i wioski, jakich wiele na Podlasiu. Przed oczyma jadących roztacza się widok łanów, zżętych już i mocno pożółkłych w słońcu późnego lata. Na łąkach owce skubią trawę, zaś na duktach pasą się chude bydlęta, pilnowane przez pastuszków jeszcze bardziej chudych i wymizerowanych.

W bryczce, która jedzie z Romanowa, obok pani Anny Malskiej siedzi Józio Kraszewski. Zarówno sędziwa, lecz wciąż jeszcze żwawa babka oraz jej czternastoletni wnuk nad wiek oczytany i rozwinięty, spoglądają z ogromną ciekawością na wsie mijane po drodze. Błota i podmokłe łąki przeplatają smugi lasów, natomiast zabiedzone chaty chłopskie rozsypują się, stojąc tuż przy drogach. Szlacheckie dworki są nieco czyściejsze i lepiej zagospodarowane. Posiadają większe okna, białe kominy, a także ogrodzenia wyplatane z brzozowych wici. Domy te otoczone są przez sady, gdzie najwięcej jest drzew wiśniowych, a nieco mniej jabłoni i grusz. Gdzieś, pomiędzy owocowymi drzewami błąka się strzelista osina lub olcha z górującym ponad nią bocianim gniazdem, a przy oknach plenią się radosne, jaskrawe kwiaty.

Józio widzi, że niektóre dworki przypominają tradycyjne wielkopańskie siedziby. Chłopiec słyszy jak u studzien skrzypią żurawie. Widzi też jak wokół domów przy gospodarskich zajęciach krzątają się kobiety w krasnych chustach. Pani Anna mogłaby opowiedzieć niejedną ciekawą historię z dziejów Lublina. Mogłaby, na przykład, mówić o zjazdach szlachty, które zwoływane były przez Zamoyskiego, albo o gromadzeniu za czasów Jana Kazimierza pułków wojskowych, które następnie kierowano przeciw Kozakom.

Czternastoletniego Józia Kraszewskiego oszałamia przede wszystkim ruch oraz gwar uliczny Lublina. Tuż obok niego przechodnie spieszą ulicami, a pojazdy przejeżdżają hałaśliwie. Nawet sklepy i magazyny przyprawiają go o zawrót głowy. Lecz mimo to podoba mu się ten żywy ruch, który tak bardzo odróżnia Lublin od Białej Radziwiłłowskiej. Jednak to tylko pierwsze wrażenia. Po latach to ożywione, wspaniałe miasto odstręczy go swoją oziębłością, pustką i chłodem.

(…) Lublin w stosunku do Białej wydawał się już wielkim, ożywionym i pełnym ciekawości miastem. Stare klasztory, budowy takie jak Brama Krakowska, jak klasztor dominikański, założony przez Leszka Czarnego, jeszcze stojący za moich czasów przy ulicy Grodzkiej, w którego refektarzu Unią podpisano, kościół i szpital Św. Ducha, rozebrany w czasie mojego pobytu, pusty naówczas, wspaniały kościół pojezuicki tuż przy gimnazjum, malownicze okolice, ulice, domy, wszystko to mocno działało na wyobraźnię i wraziło się tak w pamięć, że jeszcze dziś niezatarte pozostało (…)[1]

Józio zostaje umieszczony na stancji, której znalezienia podjęła się już wcześniej pani Malska. Chłopiec ma zamieszkać u profesora matematyki, Franciszka Ostrowskiego. Zostaje mu przydzielone lokum przy ulicy Grodzkiej 93, mieszczące się w jednym ze starych domów lubelskich. Wchodząc na mroczne schody, Józio Kraszewski kieruje się w korytarzyk na lewo, aby odnaleźć swojego opiekuna i wychowawcę. Profesor Ostrowski, podobnie jak w Białej Radziwiłłowskiej profesor Bartoszewicz, staje się dla chłopca wielkim autorytetem, o którym już jako dojrzały mężczyzna powie: „najlepszy człowiek na świecie, najlepsze w sercu zostawił po sobie wspomnienia”. Franciszek Ostrowski to człowiek o prawdziwie gołębim sercu. Jest uosobieniem łagodności i wyrozumiałości. Lecz pomimo że Józio od pierwszej chwili pała do niego ogromną sympatią, to jednak w murach niegdysiejszego kolegium jezuickiego czuje się bardzo obco.

 

 

 

 

 

Kamienica przy ulicy Grodzkiej 93. To tutaj Józio Kraszewski mieszkał na stancji podczas swojego pobytu w Lublinie, uczęszczając do szkoły wojewódzkiej na przełomie roku 1826/1827.

 

 

 

 

 

 

Rówieśnicy nie od razu chcą przyjąć w swe kręgi nowego przybysza. Ale mimo to Józio stopniowo zaczyna oswajać się z kolegami. W klasie zajmuje miejsce blisko drzwi, po prawej stronie. Tak jak w Białej interesują Józia głównie historia, języki obce i rysunki i podobnie jak w Białej nie pała pozytywnymi uczuciami w kierunku matematyki. Choć profesor Ostrowski robi wszystko, aby to zmienić, to jednak na tym polu ponosi porażkę. Józio ze wszystkich sił broni się przed uczeniem się czegokolwiek na pamięć. Pomimo że zarówno rodzina, jak i wychowawcy załamują nad nim ręce, on nadal tkwi w swojej niechęci do tego typu systemu nauczania. Buntuje się przeciwko wszelkim rygorystycznym wymogom szkolnych metod i programów. Jednak przez cały czas jego najwierniejszymi i najlepszymi przyjaciółmi są książki. Przyjacielem staje się dla niego także miasto, które każdego dnia poznaje coraz bardziej i dokładniej.

(…) Z kwatery mojej na ulicy Grodzkiej do szkoły przechodzić było potrzeba około Św. Michała, dominikanów i ciasnymi naówczas zaułkami. Pamiętam na murach kościołka na kamieniu wyryty napis nieczytelny, który bardzo starannie przerysowałem wówczas, ale mi potem gdzieś zaginął. Kościołka tego, o którym utrzymywało się podanie, że Leszek postawił go w miejscu, gdzie śpiąc pod dębem miał widzenie Archanioła Michała, zapowiadające mu zwycięstwo, kościołka tego dziś ani śladu. Gdy go rozbierano, pod wielkim ołtarzem znaleziono w istocie szczątki pnia dębowego, którego ułamek mi przysłano. Podanie więc nie było zmyśleniem. Daleko więcej życia, ruchu i swobody znalazłem w Lublinie, więcej młodzieży starszej, złych i dobrych przykładów. W stosunku do Białej był to już świat wielki. Z Romanowa do Lublina jeździło się na Zawieprzyce, wsławione powieścią Bronikowskiego. Pozostały one w pamięci i gdzieś nawet narysowane w albumie (…)[2]

Wracając wieczorami z długich spacerów po mieście, młody Kraszewski marzy, aby kiedyś w którejś ze swych książek opisać Lublin. Uczyni to dopiero za szesnaście lat na kartach powieści pod tytułem Maleparta. Te bezcelowe wędrówki po mieście, a także poświęcanie czasu na rysunki, pisanie i czytanie zbędnych książek, negatywnie odbijają się na nauce Józia. Wciąż ma kłopoty z matematyką. Chłopak nie cierpi wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z cyframi i rachunkami, natomiast profesor Ostrowski jedynie łagodną perswazją stara się przywołać Kraszewskiego do porządku. A to stanowczo za mało. Być może właśnie z powodu tej niechęci lubelska szkoła nie otrzyma żadnego ciepłego słowa od dorastającego Józefa. W osiągnięciu systematyczności, jakiej wymagała placówka, przeszkadzało mu przedwczesne pragnienie zasmakowania prawdziwego życia. Dlatego też nie ma mowy o jakichkolwiek pochwałach. Józio gubi się w licznej grupie innych uczniów i niczym się spośród nich nie wyróżnia pomimo rozległych zainteresowań. Nikt z najbliższego otoczenia nie zwraca na niego uwagi, co sprawia, że ambicja Józia zostaje dotkliwie zraniona.

Odwołując się do okresu spędzonego w lubelskiej szkole w 1842 roku Kraszewski napisze:

Pamięć moja skrzętnie chowając nazwiska i daty pojedyncze, fakty, wypadki nie mogła się nakłonić do przyjęcia jednej seciny wierszy, pół kartki prozy. Nieszczęściem w Lublinie wówczas, jak i po innych szkołach dotąd robią nauczyciele, zasadzano wszystko na dosłownym wyuczeniu, które do niczego nie prowadzi i jedną tylko pamięć chyba exercytować może. Stąd najłatwiej mogąc napisać zadania, dość mając językowej wprawy, nigdy nie uchodziłem za dobrego ucznia, bo żadnej lekcji słowo w słowo nauczyć się nie potrafiłem. Dziś, gdy to piszę, z swoich własnych nawet robót dziesięciu wierszy nie umiem na pamięć. Niech mi tu wolno będzie zaprotestować się kilką słowami przeciw, jak mi się zdaje, fałszywej metodzie i złemu sposobowi nauczania wszystkiego za pomocą lekcji dosłownie recytowanych.[3]

 

 

 

Okna stancji Józia Kraszewskiego przy ulicy Grodzkiej 93 w Lublinie.

 

 

 

 

Lubelscy pedagodzy zgodnie twierdzą, że Józio Kraszewski sam nie wie, czego chce. Nie wiedzą jednak, w jakim są błędzie. Przecież on już wie, że jedyne, czego pragnie, to tworzyć powieści. Chce być znanym pisarzem i wcale nie jest gorszy od reszty uczniów. Wiele pracuje, lecz inaczej, aniżeli oni. Jednakże nie zmienia to faktu, że szkoły nie cierpi i stale doznaje uczucia, jakby działa mu się w niej niezawiniona krzywda.

(…) Czas spędzony tu, w starym Lublinie, niewiele wpłynął na moje rozwinięcie umysłowe, ale aż nadto na rozgorączkowanie przedwczesne, na pragnienie życia. Uczyło mię łatwo, ale źle, nieporządnie, a nadto się swawoliło. Skończył się pobyt smutną katastrofą – bez promocji. Więc gniew na Lublin, który w istocie nie był winien. Ojciec postanowił odebrać mię ze szkół Królestwa i oddać do słynnego gimnazjum w Świsłoczy (…)[4]

Niemniej jednak zanim to nastąpi, Józio Kraszewski musi zmierzyć się z zakończeniem roku szkolnego, które dla uczniów zawsze i wszędzie stanowi wzniosłe święto. Młodzież lubelskiego gimnazjum gromadzi się w obszernej sali, słuchając w napięciu przemówienia dyrektora, który uroczyście oznajmia początek wakacji. Wreszcie następuje ważki moment wręczania promocji do następnej klasy, a także przyznania i wręczania nagród. Józio widzi jak wielu kolegów wstrzymuje oddech. On również słucha odczytywane na głos nazwiska. Nie wierzy własnym uszom. Przecież pod koniec roku naprawdę się starał i dobrze wie, że nie jest głupszy, ani mniej zdolny, ani też mniej pracowity niż pozostali, którzy z szerokim uśmiechem na ustach odbierają cenzury i nagrody! Lecz on nie otrzymuje ani nagrody, ani nawet promocji do następnej klasy. I właśnie wtedy chłopiec z Romanowa pełen żalu, dotknięty, upokorzony z całej siły ciska o podłogę seksternami i książkami. Skandal jest tym większy, albowiem robi to podczas głośnego wyczytywania listy najlepszych uczniów. A potem wybiega z sali uniesiony niewypowiedzianym gniewem i poprzysięga sobie, że bez względu na wszystko nie wróci już nigdy do tej wstrętnej szkoły! Niech się dzieje co chce, niech go nawet najsrożej ukarzą, ale on nie chce jej więcej widzieć na oczy!

 



[1] J.I. Kraszewski, Pamiętniki, Wyd. Ossolineum, Wrocław 1972, s. 326.

[2] Ibidem, s. 326-327.

[3] M. Wareńska, Chłopiec z Romanowa, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1965, s. 86.

[4] J.I. Kraszewski, Pamiętniki…, op. cit., s. 327.



 

źródła zdjęć:

Kamienica J.I. Kraszewskiego (1)

Okna stancji J.I. Kraszewskiego (2)

 

 

prawa autorskie zastrzeżone


piątek, 16 marca 2012

 

Agnieszka Lingas-Łoniewska

 

                 Zakład o miłość

 

 

 

Wydawnictwo: Novae Res
Gdynia 2011

 

 

Miłość to temat uniwersalny i ponadczasowy. Wielu już o niej pisało i z pewnością jeszcze wielu napisze. Miłość to jedno z najpiękniejszych, a jednocześnie najtrudniejszych uczuć. Miłość może być głęboka, piękna. Może nieść szczęście. Ale może też przynosić śmierć. Pomimo tego zagrożenia, człowiek od zarania dziejów marzył i wciąż marzy o miłości. Marzy o uczuciu prawdziwym, głębokim, które będzie mu towarzyszyło do końca życia. Lecz są też tacy, którzy nie wierzą w prawdziwą, gorącą miłość. Czy mają rację? Czy prawdziwej miłości już nie ma? Czy ona istnieje już tylko w książkach lub filmach?

Trudno jest odnaleźć odpowiedzi na te pytania. Lecz cóż znaczyłby człowiek, gdyby nie kochał? Kim bylibyśmy bez miłości?

Dzisiaj chcę Wam opowiedzieć o wyjątkowej książce, która całkiem niedawno wyszła spod pióra Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Tak się szczęśliwie złożyło, że w dość krótkim odstępie czasu dane mi było przeczytać dwie powieści tej znakomitej polskiej Pisarki. Pisarki, która dzięki ogromnemu talentowi potrafi rozśmieszyć, wzruszyć, a niekiedy nawet zdenerwować i mocno przestraszyć. W taki właśnie sposób Agnieszka Lingas-Łoniewska buduje swoje powieści. Tak kreuje bohaterów, że czytelnik chciałby nimi potrząsnąć, aby się opamiętali, albo razem z nimi zapłakać.

Aleks „Cichy” Cichocki nie wie, czym jest miłość. Nie wierzy, że ona w ogóle istnieje. Wychowywany przez ojca, nigdy nie zdołał wybaczyć matce, która opuściła go, gdy był jeszcze dzieckiem. Teraz mówi o niej: kobieta, która mnie urodziła. Ojciec przez cały ten czas wychowywał go na swoje podobieństwo. Uczył go nienawiści do kobiet i lekceważenia innych. Nic więc dziwnego, że Aleks wyrósł na przystojnego egoistę, który nie cofa się przed niczym i zawsze wygrywa. Obaj prowadzą dobrze prosperującą firmę i wydaje się, że nic więcej do szczęścia im nie potrzeba.

Sylwia Kujawczak to dziewczyna z tak zwanego dobrego domu. Jej rodzina nie tylko jest zamożna, ale także z rodowymi tradycjami. To arystokraci w pełnym tego słowa znaczeniu. Sylwia właśnie kończy studia na wydziale historii sztuki. Choć jej marzeniem od zawsze było uczyć w szkole, to jednak nigdy go nie spełniła i wygląda na to, że już nie spełni. To rodzice, a szczególnie ojciec, już dawno zaplanowali jej życie. Po obronie pracy magisterskiej będzie musiała wejść na dobre do rodzinnej firmy, która zgodnie z tradycją jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, niczym wartościowy rodowy klejnot. Życie prywatne również ma już zaplanowane. Jeszcze dwa tygodnie i zostanie żoną Marcela Brodnickiego. Jego także wybrali rodzice. Ich związek wygląda niczym wyjęty z jakiejś klasycznej dziewiętnastowiecznej powieści.

Sylwia otacza się przyjaciółkami, które nie są zbyt dobrze odbierane przez jej rodzinę, a szczególnie przez Marcela. Lecz ona nie chce urywać z nimi kontaktu i choć obawia się reakcji swoich bliskich, to jednak godzi się na wspólne wyjście do klubu. Ma to być jej wieczór panieński. Ale Sylwia nie wie, że życie z reguły pisze własny scenariusz…

W klubie. Wśród głośnej muzyki i wrzasków Aleks i Sylwia krzyżują swoje życiowe drogi. Od tej chwili już nic nie będzie takie samo. Ani w życiu Sylwii, ani też w życiu Aleksa. Dziewczyna nie wie jednak, że padła ofiarą pewnego zakładu…

Nie pamiętam, czy kiedykolwiek zdarzyło mi się przeczytać piękniejszą i bardziej wzruszającą historię o miłości mężczyzny i kobiety. Czytając, miałam wrażenie, że studiuję pamiętnik. I chyba tak właśnie było, wnioskując po epilogu. Tak na marginesie dodam, że Autorka ma naprawdę szczególny talent do konstruowania zakończeń. Piszę tak dlatego, że podobne wrażenie miałam, czytając Szóstego. Przez całą powieść nie wzruszyłam się tak bardzo, jak podczas epilogu.

Jeżeli myślicie, że jest to kolejne tanie romansidło w polskim wydaniu, to nic bardziej mylnego. Tej powieści nie można nazwać romansem. To jest historia dwóch dusz, które przez głupi żart tracą niemalże wszystko, co w życiu najważniejsze. Ta powieść jest przykładem na to, jak wielką siłę ma w sobie prawdziwa miłość. Ta ogromna moc sprawia, że w nieczułym Aleksie zaczynają odzywać się wyrzuty sumienia, a zarazem strach, bo oto zaczyna czuć coś, przed czym bronił się przez całe lata. Wreszcie zaczyna pękać mur, który wokół siebie wybudował. I to go przeraża.

Jak skończony idiota jeździłem po mieście bez celu. I jak skończony idiota oszukiwałem sam siebie, gdy wjechałem na Most Zwierzyniecki prowadzący na Biskupin. W tejże dzielnicy mieszkała ona. Tłumaczyłem sobie, że przejadę tylko koło jej domu i zobaczę, czy w jej oknie jest zapalone światło. Jakby to mogło uspokoić mojego rozszalałego ducha. I zakończyć męczarnie, na które sam siebie skazałem, wchodząc w ten idiotyczny układ (…)

(…) Gdybym mógł to przewidzieć, nigdy w życiu nie wchodziłbym w ten głupi układ z kumplami. To miało być dobrą zabawą, tymczasem przysporzyło mi tylko kłopotów, zmartwień, sprawiało, że nie czułem się sobą, że coś innego, a raczej ktoś inny zaczynał mną rządzić. Bo przecież zawsze byłem panem samego siebie i było mi z tym doskonale (…)[1]

A co w tym czasie robi Sylwia? Przecież ona też ma wiele do stracenia. Związana z rodziną, wie, że jeśli ulegnie swoim pragnieniom, oni się od niej odwrócą. I jest jeszcze Marcel. Czy może zostawić go tuż przed ślubem? Czy może być aż tak okrutna, żeby w ten sposób go skrzywdzić?

Leżałam w łóżku i wpatrywałam się w swój telefon komórkowy. Jakbym chciała go zaczarować i sprawić, że odezwie się do mnie jego głosem. Wysłałam Aleksowi wiadomość, ale nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Teraz wyrzucałam sobie, że niepotrzebnie to zrobiłam, że dałam się zwieść, porwać, nabrać, sama nie wiem co jeszcze. „Naiwna i głupia” – gdzieś tam kołatało mi się w myśli. Sama nie wiem, po co to zrobiłam i na co liczyłam. Szukałam czegoś? Wrażeń? Emocji? Chyba tak… Bo do tej pory moje życie było spokojne i nudne. Tak. Po prostu nudne. Może to zwykła przedślubna panika i chęć złapania ostatnich chwil wolności? (…)[2]

Kończąc, chciałabym zachęcić Was do sięgnięcia po tę powieść, bo naprawdę warto. Po jej przeczytaniu człowiek zaczyna wierzyć, że prawdziwe uczucie naprawdę istnieje, że nie jest to jedynie wymysł pisarzy, czy scenarzystów. Dlatego polecam tę książkę szczególnie tym czytelnikom, którzy tak jak powieściowy Aleks, przestali już wierzyć. Moim zdaniem jest to kolejna historia, którą chętnie zobaczyłabym za jakiś czas na ekranie.

 

Moja ocena: 6/6

 



[1] A. Lingas-Łoniewska, Zakład o miłość, Wyd. Novae Res, Gdynia 2011, s. 60-61.

[2] Ibidem, s. 64.

 

 

Blog Autorki

Strona Autorska

Zakład o miłość na FB

źródło okładki



prawa autorskie zastrzeżone

czwartek, 15 marca 2012

 

Jest wczesna jesień 1822 roku. Józio Kraszewski wybiera się w swoją pierwszą podróż. Państwo Kraszewscy spędzają godziny na zastanawianiu się do jakiej szkoły posłać swoją najstarszą pociechę. Opinii zasięgają u osób starszych, doświadczonych sąsiadów, a także u obu babek. Ostatecznie nie decydują się oddać Józia do którejkolwiek z pobliskich szkół prowadzonych przez księży według staroświeckiego wzorca i obyczaju. Ich wybór pada na szkołę bialską, zyskującą sobie uznanie pośród mieszkańców okolicy.

Gdy nadchodzi ten szczególny dzień, Józio wraz z ojcem i matką wsiada do powozu, ale z jego skwaszonej miny można łatwo wnioskować, że nie jest zadowolony. Nigdy nie przyznałby się, że żałośnie zrobiło mu się na duszy, gdy stangret ruszył, trzaskając z bata. Potem okrążył podjazd, tocząc się ku bramie. Zniknęły gdzieś w oddali białe chusteczki domowników, powiewające z ganku dworu. Zniknęły też postacie starszych pań, błogosławiących wnuka i prawnuka.

Dla dziesięcioletniego Józia Kraszewskiego droga do Białej Radziwiłłowskiej (dzisiaj Podlaskiej) jest wyprawą w świat odmienny od dotychczasowego, gdyż Biała to miasto obce i nieznajome, jakże różne od Krasiczyna i Sosnówki. Jego lęk jest uzasadniony, bo oto już niebawem ma pozostać w mieście sam na stancji w otoczeniu zupełnie obcych ludzi.

Droga do Białej prowadzi przez lasy, a każdy obrót kół sprawia, że Józio jest coraz dalej od ukochanego Romanowa. Pani Zofii żal jest wystraszonego chłopca, więc łagodnie tłumaczy mu, że jego podróż jest konieczna, bo przecież musi się uczyć. Roztacza przed nim wizję poznania nowych kolegów i przyjazdu do domu na czas ferii świątecznych.

Z kolei pan Jan twierdzi, że chłopiec jest aż nadto rozpieszczony przez obydwie babki. A prawdziwemu mężczyźnie nie przystoi spędzić całego życia, trzymając się kurczowo babskich spódnic. Szkoła to wstęp do życia, dlatego też, klepiąc swojego pierworodnego w ramię, z szorstką serdecznością rzecze:

– Uszy do góry, dobrodzieju! Nie spuszczaj nosa na kwintę. Wiesz, acan, przynajmniej do jakiego miasta jedziesz?!

– Wiem, proszę papy – odpowiada chłopiec. – Do Białej Radziwiłłowskiej.

– Właśnie, Biała Radziwiłłowska, inaczej Alba Ducalis, to nie byle co! A do jakiej szkoły będziesz chodził?

– Do gimnazjum – szepce Józio nieśmiało.

Ojciec tłumaczy: – To nie tylko gimnazjum, dobrodzieju! To akademia. Rozumiesz: akademia![1]

Pan Kraszewski ma rację, nazywając szkołę w Białej Radziwiłłowskiej „akademią”, ponieważ jest ona filią słynnej Akademii Jagiellońskiej. W okresie współczesnym Kraszewskiemu szkolnictwo podzielone jest na cztery stopnie. Przy kościołach istnieją szkółki elementarne, inaczej parafialne, gdzie proboszcz, wikary i organista uczą dzieci wiejskie. Istnieją również tak zwane szkoły podwydziałowe o dwóch bądź trzech klasach, czteroklasowe szkoły wydziałowe, liczące sześć klas, z których ostatnia trwa dwa lata oraz szkoły wojewódzkie. Do tego typu szkół zalicza się Bialską Akademię, w której czwarta klasa jest klasą dwuletnią, jednak drugi jej rok nie jest obowiązkowy.

Ale na tamtą chwilę dziesięcioletni Józio nie ma o niczym pojęcia. Nie wie nic o chlubnej przeszłości Bialskiej Akademii, ani też o jej obecnych czasach. Na jego oczach droga prowadząca przez bory i odludne lasy zamienia się w bity gościniec, przy którym zagęszczają się domy. To właśnie Biała Radziwiłłowska, która w późniejszych latach zostanie nazwana Podlaską. Przepełniony lękiem, mały Józio ledwie dostrzega kościół farny i zamek wznoszący się naprzeciw niego. Teraz jego oczom ukazuje się budynek szkoły – obszerny, jednopiętrowy i murowany. Jest on przodem zwrócony ku ulicy, która z miasta wiedzie wprost na zamek. Dookoła rosną wysokie topole. Ich widok sprawia, że Józio nieco się ożywia, gdyż przypominają mu uwielbiany Romanów.

 

 

Być może to właśnie te domy rosły przed oczami Józia Kraszewskiego, kiedy wraz z rodzicami wjeżdżał do Białej Radziwiłłowskiej jesienią 1822 roku.

 

 

 

Niedługo po przyjeździe, Józio staje przed obliczem rektora Józefa Preyssa. Pierwsze słowa chłopca skierowane do rektora brzmią niepewnie. Józio jeszcze nie wie, że nie jest to taka zwyczajna konwersacja. Rektor go egzaminuje, sprawdzając tym samym jego uzdolnienia i przygotowanie do nauki. Gdy rektor Preyss niespodziewanie przechodzi na język francuski, Józio natychmiast podąża w jego ślady, ponieważ francuski jest mu znany od wczesnych lat dzieciństwa. Ostatecznie wynik egzaminu wypada bardzo pomyślnie ku ogromnemu zadowoleniu państwa Kraszewskich.

Nauka szkolna odsłania przed Kraszewskim nęcące światy. Należy pamiętać, iż nie do wszystkich przedmiotów podchodzi z radością. Lecz mimo to w niedługim czasie zajmuje miejsce wśród uczniów celujących. Natomiast sami profesorowie bialskiej szkoły potrafią zaszczepić w swoich uczniach zainteresowanie wykładanymi przez nich przedmiotami.

W Akademii samej, bo tak się zwała owa filia Krakowskiej Szkoły, mieszkał rektor Preyss i my u niego – Gloger, Cyruński, w dziedzińcu we dworku na prawo profesor Adam Bartoszewicz, ojciec Juliana, Zengtellerowie i kilku profesorów utrzymujących uczniów. Wszystko to stanowiło niemal jedną rodzinę, a my młodzi niemal jedną gromadkę (…)

(…) Daleko więcej obawialiśmy się profesora Zengtellera, który w poobiednich godzinach, krokiem poważnym, z kluczem w ręku przybywał do muzeum i dopóki tu siedział, hałaśliwej swawoli naszej nie znosił. Naówczas przenosiła się ona do której z pustych klas na dole. Tameśmy i nasze doświadczenia fizyczne i chemiczne robili, do których syn aptekarza, a nasz kolega, dostarczał materiałów. Dobre to zaprawdę były czasy. Wszystko się śmiało i bawiło, wszystko było nowym i ponętnym. Chciało się pożreć całą mądrość książek, napić całej poezji świata, zajrzeć do najskrytszego kątka i wtajemniczyć we wszystko dziwne, nieznane a pożądane.

Nie mogę się wcale pochwalić, ażebym był uczniem bardzo pilnym; miałem brzydki zwyczaj uczyć się zawsze nie tego, co było potrzeba, ale ku czemu ciągnęła fantazja i owa nienasycona ciekawość, która ciągnie do piekła. Pragnęło się wyprzedzić, nie wlec się powoli i dużo wałęsało po bezdrożach. Mam jeszcze do dziś dnia drukowany liść pochwalny otrzymany w Białej, ale nie jestem pewien, czym na niego zasłużył.[2]

Józio Kraszewski wiele uczucia ma szczególnie do jednego z profesorów, którym jest Adam Bartoszewicz. Profesor w szkole bialskiej wykłada dwa przedmioty, matematykę i język polski. Matematyka zupełnie nie pociąga Józia, gdyż do rachunków i do wszystkiego, co wiąże się z cyframi nie ma głowy. Natomiast skwapliwie sięga po lektury pożyczane mu przez profesora. Kiedy na progu klasy pojawia się postać Bartoszewicza, a oczom chłopców ukazuje się pogodna twarz i ojcowski uśmiech oraz znajomy gest, jakim zgarnia włosy, by przesłonić wczesną łysinę, oni już wiedzą, że zaczyna się jedna z lekcji ogólnie uważanych za najbardziej interesujące.

(…) Profesor Bartoszewicz miał ogromne księgi wpisów poezji i prozy, które uczniom pożyczał. Poważny, majestatyczny, ale dziwnie łagodny i dobry, z uśmiechem ojcowskim na ustach, stary, pierwszy mój nauczyciel literatury, gdym go w kilkadziesiąt lat później spotkał w Warszawie, tak się nic a nic nie odmienił, żem na widok jego osłupiał. Za moich czasów miał już tę łysinę, na którą zręcznie z tyłu włosy zagarniał, a wiek go nie pochylił, nie ugiął i nie wziął mu tej pogody z twarzy, która ją blaskiem wewnętrznego spokoju oświecała.[3]

Będąc uczniem Akademii, Józio bardzo często zakrada się w zakamarki strychu w poszukiwaniu starych woluminów. Ze swoich odkrywczych wędrówek na poddasze, chłopiec wraca umorusany jak nieboskie stworzenie i z wielką pokorą przyjmuje zasłużone strofowanie pani rektorowej. Nie może jednak zabrać ze sobą swoich skarbów do pokoju, który dzieli z kolegami. Lecz z drugiej strony nie potrafi wyrzec się zachłannej radości, jaką sprawia mu ich przeglądanie. Ma wrażenie, że te starodruki nie są mu obce. Czuje, że skądś je zna. Bez reszty pogrąża się w lekturze i skwapliwie bada ten dziwny i osobliwy język z XVI wieku.

 

Budynek I Liceum Ogólnokształcącego im. Józefa Ignacego Kraszewskiego - dawna Akademia Bialska przy ul. J.I.Kraszewskiego

 

Józio z ogromną pasją i upodobaniem rysuje też zamek bialski, aby tym sposobem na długie lata zapamiętać starą budowlę radziwiłłowską. Często spotyka dobroduszną handlarkę – Żydówkę o imieniu Fejga, która w tobołkach i koszykach dźwiga owoce, pierniczki, słodkie makagigi i wszelkie inne smakołyki przyciągające apetyty uczniów bialskiej szkoły. Kraszewski nieraz ulega tym pokusom. Zdarza się nawet, że zaciąga u starej Fejgi dług, który dorasta aż do pięciu złotych! Wobec wizji absolutnej niewypłacalności, jedynym skutecznym sposobem uniknięcia zwrotu pożyczki staje się ucieczka do kryjówki w drwalni i wstydliwe omijanie dróg, na których grozi spotkanie z wierzycielką. Swój dług spłaca dopiero po powrocie z domu rodzinnego po feriach świątecznych zaopatrzony w kapitał pochodzący zazwyczaj od ukochanej prababki.

 

 

 

A oto zamek bialski (radziwiłłowski), który Józio Kraszewski z taką pasją uwieczniał na swoich rysunkach.

 

 

 

Niemniej jednak nieprzepartym urokiem ciągnie Józia świat książek oraz świat stwarzany jego własnym ołówkiem i piórem. W trakcie nudniejszych lekcji Kraszewski zapełnia rysunkami okładki seksternu służącego do nauki geografii. Nadal rysuje i opisuje zamek radziwiłłowski, układa wierszyki i powiastki, a w specjalnym kajecie notuje próby własnych przekładów bajek Lafontaine’a. Decyduje się też wydawać gazetkę, gdzie jego artykuły i winietki wypełniają każdy numer. Od swoich „prenumeratorów” oczekuje w zamian dostarczania papieru na kolejny numer.

Cztery lata mijają jak z bicza trzasł. Teraz żal jest Józiowi, że już niedługo będzie musiał opuścić miasto nad Krzną, ruiny zamku, dom rektora Preyssa i przyjaciół z ławy szkolnej. Czeka go nowy etap nauki.

Lata te w Białej przeżyte przeleciały, mignęły jak błyskawica, ale ileż one wrażeń, wspomnień zostawiły po sobie! Tu pierwsze bajki wierszem tłumaczyłem z Lafontaine’a i w paradnie oprawnym seksternie, ku wiekuistej zachowałem je pamięci. Nie mogę zaręczyć, czym też nie pisał poematu czterech pór roku, których raptularza już tylko fizjonomia mi się przypomina. To pewna, że umysł się poruszał i przyszły ów zawód, ku któremu popychała mnie jakaś fatalność, wabił już ku sobie.[4]

Miasto lat dziecinnych ożyje pod piórem Kraszewskiego na kartach jednej z jego powieści. Na razie Józio z Romanowa wyrusza tam, dokąd skierowała go rodzicielska wola. Do Lublina. Ale o tym dopiero za tydzień.

 



[1] M. Wareńska, Chłopiec z Romanowa, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1965, s. 31-32.

[2] J.I. Kraszewski, Pamiętniki, Wyd. Ossolineum, Wrocław 1972, s. 228-229.

[3] Ibidem.

[4] Ibidem, s. 230.

 

 

źródła zdjęć:

Ławeczka J.I. Kraszewskiego w Białej Podlaskiej

Biała Radziwiłłowska - domy miejskie

Dawna Akademia Bialska

Zamek bialski (radziwiłłowski)

 

 

prawa autorskie zastrzeżone

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Blog istnieje od 13 kwietnia 2011 roku
Cykle Literackie
My thoughts about books and literature
Pomóżmy Ewie powrócić do normalnego życia - Akcja: BLOGI DAJĄ NOGI
Proszę nie kopiować tekstu bez mojej zgody (ustawa z dn. 4 lutego 1994r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
Troszkę z innej bajki
Tutaj często zaglądam
Ulubione Blogi Książkowe
Wszelkie komentarze, które swoją treścią będą obrażać osobę autorki bloga lub innych czytelników, a także autorów książek, zostaną natychmiast usunięte.
Wydawnictwa i Księgarnie
Wywiad ze mną na blogu Książki Zbójeckie


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?