Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
środa, 30 listopada 2011

 

Franco Scaglia

 

           Czarna Mewa

 

 

Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Kraków 2008
Tytuł oryginału: Il Gabbiano di Sale

 

 

Na przełomie lat 80. i 90. XX wieku telewizja polska emitowała serial produkcji amerykańskiej pod tytułem „Detektyw w sutannie”. Serial ten opowiadał o pewnym księdzu, który oprócz troski o ludzkie dusze, miał także na uwadze rozwiązywanie wszelkich zagadek kryminalnych. W tym przedsięwzięciu niestrudzenie pomagała mu pewna siostra zakonna o imieniu Steve. Pamiętam, że jako nastolatka oglądałam ten serial z zapartym tchem. Przygody ojca Frank’a i siostry Steve naprawdę wciągały. Natomiast obecnie w telewizji można obejrzeć perypetie kryminalne innego księdza. Tym razem jest to duchowny z naszego rodzimego podwórka. Oczywiście mam tutaj na myśli ojca Mateusza rodem z Sandomierza. Zapytacie skąd u mnie takie skojarzenia? Otóż, czytając „Czarną Mewę” pierwsze, co mnie uderzyło, to właśnie podobieństwo do tych dwóch seriali. W pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się kto, kogo skopiował. Dlatego też pozwoliłam sobie zaczerpnąć tytuł niniejszego wpisu z amerykańskiego serialu.

Akcja powieści rozgrywa się w Jordanii, gdzie bardzo dotkliwie odczuwa się skutki konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Jordania to jedno z państw wchodzących w skład Ziemi Świętej (Liban, Syria, Izrael wraz z Palestyną, Jordania, część Egiptu z Górą Synaj, a niektórzy wliczają nawet południową część Turcji). Jak wiadomo, na tamtym terenie pieczę nad wszelkimi chrześcijańskimi obiektami sakralnymi sprawują franciszkanie. Jednym z nich jest prawie sześciesięcioletni ojciec Matteo, który właśnie objął funkcję Kustosza Ziemi Świętej. Niemniej jednak, jego głównym celem jest doprowadzenie do zażegnania konfliktu pomiędzy dwoma zwaśnionymi narodami. Ogromną pasją ojca Matteo jest także archeologia. Swoje prace wykopaliskowe zakonnik prowadzi na Górze Nebo (Jordania). Pewnego dnia z wód Morza Martwego zostaje wyłowione ciało mężczyzny. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby mężczyzna ten nie był ubrany w habit, jaki noszą przedstawiciele Zakonu Franciszkanów. Od tego momentu rozpoczyna się dochodzenie, które prowadzi Nadav Gruber, będący wicedyrektorem Tsometu, czyli sekcji Mossadu, zajmującej się nadzorowaniem oraz szpiegowaniem krajów arabskich. W śledztwo niezwykle mocno angażuje się także sam ojciec Matteo, gdyż zależy mu nie tylko na tym, aby rozwikłać problem franciszkańskiego habitu na ciele denata. Zakonnikowi chodzi przede wszystkim o to, aby zapobiec wmieszaniu katolików w konflikt izraelsko-palestyński.

Należy pamiętać, że tereny Ziemi Świętej to skupisko różnych religii i różnych kultur, a każde wyznanie posiada tam swojego hierarchę. Wygląda na to, że oni wszyscy w pewien sposób są zamieszani w zabójstwo Czarnej Mewy, czego dowodem jest zdjęcie zwłok, które każdy z nich otrzymuje. Nikt już nie wątpi, że ten nikomu nieznany mężczyzna padł ofiarą morderstwa. Ale kim był? Czy Czarna Mewa to prawdziwy zakonnik, czy może ktoś jedynie posłużył się habitem, aby odsunąć od siebie podejrzenia?

Już na samym początku czytelnika może zaintrygować osoba wicedyrektora Tsometu. Okazuje się bowiem, że mężczyzna ten w rozwiązaniu zagadki ma swój własny interes. Kiedy był dzieckiem, jego ojciec, dyrygent, w niewyjaśnionych okolicznościach został śmiertelnie potrącony przez samochód, a kilka dni później pod Ścianą Płaczu zostało znalezione ciało innego muzyka, który widział twarz kierowcy owego samochodu. Nadav Gruber łączy te dwa fakty i stara się doprowadzić do ich wyjaśnienia, w czym niezwykle pomocny staje się ojciec Matteo. I tutaj pojawia się pytanie. Czy wicedyrektor sekcji Mossadu naprawdę nie posiada wiedzy na ten temat, czy może jest to tylko gra w celu stworzenia pozorów autentyczności śledztwa?

Muszę przyznać, że fabuła całkiem niezła, choć może nie najwyższych lotów. Moim zdaniem jest to taki lekki kryminał napisany płynnym językiem, sprawiającym wrażenie jak gdyby Autor tak naprawdę nie przywiązywał większej wagi do tego, co pisze. Podobny styl zauważyłam niedawno przy powieści Pustkowia. Nie można powiedzieć, że jest to język chaotyczny. Potocznie rzecz ujmując mamy tutaj do czynienia ze stylem „lajtowym”. Ogromnym plusem jest opis Ziemi Świętej takiej, jaka naprawdę jest. Oczami wyobraźni czytelnik jest w stanie zobaczyć wszystkie te miejsca, które są charakterystyczne dla tego terenu. Poznajemy ulice, budynki, obiekty sakralne. Podobnie rzecz ma się w kwestii sytuacji politycznej. Opis konfliktu pomiędzy Kuzynami od Ściany (Izraelczykami) a Przyjaciółmi ze Skały (Palestyńczykami) przybliża czytelnikowi autentyczność realiów, jakie panują na Bliskim Wschodzie już od lat. W powieści jest mowa o Męczennikach Allacha, czyli potocznie mówiąc o terrorystach. Autor pokazuje też ile trudności sprawia przedostanie się przez punkty graniczne. Franco Scaglia przybliża także czytelnikowi sposób życia zwyczajnych obywateli. Pomimo tak ogromnego niebezpieczeństwa, ci ludzie potrafią żyć normalnie, czyli pracują, prowadzą swoje gospodarstwa, posyłają dzieci do szkół, organizują spektakle w teatrach.

Sama postać ojca Matteo jest niesamowicie przyjazna i czytelnik naprawdę może go polubić. Zakonnik nie jest przedstawiony tutaj jako stereotypowy duchowny, który jedynie modli się i nie widzi nic poza swoją wiarą. Autor pokazał, że osoba, która poświęciła swoje życie Bogu, nadal pozostaje człowiekiem. Kiedy ojca Matteo coś mocno zdenerwuje, nie waha się o tym głośno mówić. W razie konieczności posuwa się nawet do rękoczynów. Ponieważ narracja prowadzona jest w pierwszej osobie liczby pojedynczej, ojciec Matteo sam przyznaje się do spoliczkowania żołnierza, który pewnego razu utrudniał mu przejazd przez granicę. Podczas czytania miałam również wrażenie, że miłość do kobiety też nie jest mu obca. Oficjalnie w powieści przyjęte jest, że młodziutką córkę przyjaciela franciszkanin darzy jedynie ojcowskim uczuciem. Niemniej, kiedy dokładniej wczytamy się w treść książki, dowiemy się, że uczucie to tak do końca nie ma ojcowskiego charakteru, bo cierpienie, jakiego duchowny doświadcza po odejściu dziewczyny, wcale na to nie wskazuje. Podobnie rzecz ma się z Fragranzą. Ona również cierpi.

Podsumowując, można stwierdzić, że książka jest całkiem dobra. Czytelnicy, którzy nie przepadają za krwawymi scenami w powieściach, mogą bez obaw po nią sięgnąć. Ale jest jedna kwestia, która mnie zdenerwowała i muszę o niej napisać. Już do znudzenia powtarzam w swoich recenzjach, że podobnie jak praca autora, ważna jest także strona techniczna książki. Dlatego chciałabym zapytać, co robiły osoby odpowiedzialne za przygotowanie tego tekstu do druku? Spały? A może po prostu zlekceważyły całą sprawę i uznały, że czytelnik i tak niczego nie zauważy? Otóż, Szanowni Państwo, czytelnik zauważył i to dosyć sporo. Na litość boską, nad tą powieścią w kwestii dotyczącej korekty i ogólnie przygotowania tekstu pracowało co najmniej cztery osoby. Przynajmniej tak wynika z wpisu w książce. W związku z tym, dlaczego tekst powieści w egzemplarzu, który miałam przyjemność czytać, jest tak mocno nafaszerowany błędami literowymi??? W zdaniach brakuje spójników, słowa są dublowane, końcówki wyrazów przyjmują złą odmianę w stosunku do całości zdania. Jak można było oddać w ręce czytelnika tekst, który moim zdaniem zupełnie nie został poddany korekcie??? Po prostu jest mi wstyd za te osoby. Sugeruję wydanie tej powieści jeszcze raz i dokładne przeanalizowanie druku. Mam nadzieję, że inne pozycje tego wydawnictwa są w znacznie lepszym stanie technicznym, a ja po prostu miałam zwyczajnego pecha. Dlatego też, przystępując do oceny uznałam, że skupię się tylko i wyłącznie na fabule i pracy Autora.

 

Moja ocena 4/6

 

źródło okładki

 

prawa autorskie zastrzeżone

poniedziałek, 28 listopada 2011

 

Nicky Pellegrino

 

             Włoskie Wesele

 

 

Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2009
Tytuł oryginału: The Italian Wedding

 

 

Beppi Martinelli jest rodowitym Włochem, który wiele lat temu wyemigrował ze swojego kraju w ślad za kobietą, którą poślubił. Jego żona, Catherine, to typowa angielska dziewczyna, która ulegając namowom swojej szalonej koleżanki, decyduje się na podróż autostopem do Rzymu. To właśnie tam poznaje Beppi’ego i jego najlepszego przyjaciela, Gianfranco DeMatteo. Beppi pochodzi z niewielkiej, ubogiej wioski, położonej gdzieś w górach. Mieszka tam wraz z chorą matką oraz młodszą siostrą, Isabellą. W wiosce Ravenno panuje tak ogromna bieda, że praktycznie wszyscy młodzi ludzie uciekają do miast w poszukiwaniu pracy. I tak młody Beppi wraz ze swoim przyjacielem, trafia do Rzymu, gdzie obaj pracują w jednym z ekskluzywnych hoteli.

Mija trzydzieści lat. Beppi Martinelli jest już poważnym i szanowanym właścicielem restauracji o nazwie „Mała Italia”. Jak sama nazwa wskazuje, Beppi w swojej londyńskiej restauracji serwuje klientom jedynie włoskie potrawy, które przyrządza się według jego przepisów. W restauracji pomaga mu młodsza córka, Addolorata. Dziewczyna za niedługo ma wyjść za mąż, więc w rodzinie Martinellich panuje dość spore zamieszanie. Ale Beppi ma również starszą córkę, Pietę, która jest stylistką mody ślubnej i pracuje w salonie u Nikolas’a Rose. Szef wciąż stara się ją ograniczać. Wszystkie jej pomysły przypisuje sobie, a w dodatku zmienia je według swojego własnego gustu ku niezadowoleniu nie tylko samej Piety, ale także klientek. W związku z tym, Pieta coraz częściej myśli o powołaniu do życia własnej pracowni. W tej kwestii dziewczyna może liczyć na wsparcie ojca, a ponadto wie, że doskonale dałaby sobie radę, otwierając swoją działalność. Potrafi projektować i szyć fantastyczne suknie ślubne, czego dowodem jest piękna kreacja, którą przygotowuje dla swojej siostry.

Kiedy patrzymy na rodzinę Martinellich, mamy wrażenie, że jest to klasyczna włoska familia. Wszelkie decyzje podejmuje w niej Beppi, a Catherine, choć niejednokrotnie ma swoje zdanie, to jednak ostatecznie zawsze posłusznie zgadza się z mężem. Ale jest jedna rzecz, która kładzie się cieniem na tej włosko-angielskiej sielance. Cieniem tym jest Gianfranco DeMatteo i wszyscy członkowie jego rodziny.

Wspomniałam wyżej, że Gianfranco to najlepszy przyjaciel Beppi’ego z lat młodości. W takim razie, co takiego stało się, że Beppi Martinelli zionie tak wielką nienawiścią w kierunku swojego dawnego kolegi? Mało tego. W swojej rodzinie wprowadził nawet zakaz jakichkolwiek kontaktów z sąsiadem, który niedługo po przybyciu Beppi’ego do Londynu, otworzył w tej samej włoskiej dzielnicy delikatesy, gdzie oferuje klientom specjały rodem ze słonecznej Italii. Jak widać, od wielu lat rodzina Beppi’ego wypełnia ten rozkaz bez słowa skargi. Ową tajemnicę z przeszłości znają tylko seniorzy obydwu rodzin. Młodzi niestety nie rozumieją przyczyn konfliktu i uważają tę waśń za bezsensowną, zwłaszcza że Pieta coraz częściej zerka w stronę syna Gianfranco, Michele’go, dla którego narzeczonej właśnie projektuje suknię ślubną. Ta cała sytuacja jest niesamowicie skomplikowana i tylko utrudnia życie. Ale dopóki Beppi i Gianfranco nie odłożą na bok swojej urażonej dumy i zawiści, nie ma widoków na jakąkolwiek zmianę.

Konfliktem najbardziej zmęczona jest Pieta. Dlatego też, kiedy Beppi dostaje ataku serca i leży w szpitalu, dziewczyna postanawia podpytać matkę, o co tak naprawdę chodzi w tej waśni rodów. I tak oto, przy wspólnym szyciu sukni ślubnej dla Addoloraty, Catherine rozpoczyna snucie opowieści o przeszłości i hańbie, którą została okryta rodzina Beppi’ego z winy Gianfranco DeMatteo.

Może na początek skupię się na tytule powieści, ponieważ może on być mylący i w pierwszej chwili czytelnik pomyśli, że oto ma do czynienia z włoskim romansem. Otóż nic bardziej mylnego. Tytułowe wesele nie ma nic wspólnego z relacjami damsko-męskimi. Nie chodzi tutaj nawet o ślub Addoloraty i Eden’a Donald’a. W tej kwestii zachęcam Was do samodzielnego odkrycia związku pomiędzy tytułem a treścią powieści.

Jak wiadomo Włosi to naród z jednej strony radosny i o gorącym temperamencie, zaś z drugiej niezwykle pamiętliwy. Czytając powieść, czytelnik bardzo wyraźnie czuje te charakterystyczne włoskie cechy narodowe. Być może jest tak dlatego, że Autorka, podobnie jak Pieta i Addolorata, jest w połowie Włoszką. Jej ojciec również wyemigrował z Italii do Anglii w ślad za żoną. W związku z tym, Nicky Pellegrino pisząc tę książkę była w tej komfortowej sytuacji, że doskonale znała i nadal zna włoską rzeczywistość. Beppi’ego opisała jako mężczyznę, który nie potrafi spokojnie usiedzieć w jednym miejscu nawet minuty, a pobyt w szpitalu jest dla niego najgorszą karą, jaką mógł dostać od losu. I to wcale nie dlatego, że zachorował. Najgorsze jest to, że nic nie robi, tylko leży. No i jeszcze ta charakterystyczna dla Włochów gestykulacja. Ich ręce są niczym wiatraki, które wciąż muszą się kręcić. Uwierzcie mi, że czytając powieść naprawdę czuje się ten swoisty włoski klimat. A do tego jeszcze dochodzi zapach potraw codziennie przygotowywanych przez Beppi’ego. Między innymi ten fakt sprawił, że miałam poważne problemy do której kategorii zakwalifikować tę książkę. Z jednej strony Nicky Pellegrino jest Włoszką i jej twórczość powinna znaleźć się w grupie lektur literatury włoskiej. Jednak z drugiej strony Autorka wyszła za mąż za Nowozelandczyka i obecnie mieszka właśnie w Nowej Zelandii. W związku z tym poszłam na kompromis i utworzyłam nową kategorię.

Wracając do wspomnianego powyżej zapachu potraw przygotowywanych przez Beppi’ego oraz członków jego rodziny, chciałabym zaznaczyć, że książka jest rewelacyjna dla tych, którzy lubią gotować oraz dla tych, którzy preferują kuchnię włoską. Znajdziecie w niej kilka przepisów autorstwa Beppi’ego, które tak naprawdę wyszły spod ręki ojca Nicky Pellegrino. Oto jeden z nich:

 

Jak Beppi przyrządza sos do lasagne*

 

oliwa z oliwek

2 ząbki czosnku (nie mylić z dwiema główkami, bo w pracy będą Was unikać)

2 spore cebule pokrojone w drobną kostkę

2 łodygi i trochę liści selera naciowego

10-12 dkg młodych pieczarek

1 średnia marchewka

pomidory z puszki (koniecznie włoskie, bo Beppi twierdzi, że te „obce” w smaku przypominają papkę)

1 puszka przecieru z pomidorów

1,5 kg mielonej wołowiny

1 duży kieliszek czerwonego wina

Wlać oliwę do dużego rondla (nie za dużo, bo mięso puści tłuszcz). Pokroić cebule jak najdrobniej i zeszklić na małym ogniu. Kiedy cebula jest prawie gotowa, posiekać drobno czosnek i smażyć przez kilka minut razem z cebulą (jeśli to konieczne, dolać odrobinę wody, żeby cebula się nie przypaliła). Dołożyć mięso i smażyć przez kilka minut, mieszając, aż się zarumieni. Dodać posiekany seler, marchew i pomidory. Na końcu przyprawić solą i pieprzem do smaku. Doprowadzić do wrzenia, a potem dusić na małym ogniu przez co najmniej półtorej godziny. Od czasu do czasu dolewać wina lub wody, żeby sos nie wysechł i mieszać, żeby nie przywierał do rondla.

Addolorata dodaje jeszcze świeżą bazylię w dużych ilościach i trochę natki włoskiej piertuszki, żeby sos nabrał prawdziwie włoskiego aromatu. Jednak Beppi twierdzi, że córka zawsze dodaje za dużo składników i powinna się nieco powściągnąć w tej czynności.

 

Smacznego :-)

 

 

Moja ocena: 5/6

 

Nicky Pellegrino official website

Nicky Pellegrino on Facebook

źródło okładki



* N. Pellegrino, Włoskie Wesele, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, s. 67-68.

 

 

prawa autorskie zastrzeżone

sobota, 26 listopada 2011

 

Monika A. Oleksa

 

     Miłość w kasztanie zaklęta

 

 

 

Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
Poznań 2011

 

 

Za górami, za lasami za siedmioma rzekami był park, a w tym parku fontanna z posążkiem samotnego łabędzia. Do parku co kilka dni przychodził książę. Miał na imię Piotr. Odkąd na zawsze utracił najbliższą mu osobę, jego serce pogrążyło się w ciemności, z przystojnej twarzy znikł uśmiech, a życie przestało mieć sens. Książę przychodził do parku, aby pogrążać się w zadumie, i żeby zbierać kasztany, które tak bardzo lubiła jego Marysia. Jednak książę nie wiedział, że jest ktoś, kto skrycie darzy go gorącym uczuciem i pragnie uczynić wszystko, aby na jego twarzy znów zagościł uśmiech, a życie nabrało barw…

Książka, o której zamierzam Wam dzisiaj opowiedzieć z powodzeniem mogłaby zaczynać się właśnie tak, jak napisałam powyżej. Przystępując to tej recenzji nie mam najmniejszego pojęcia, w jaki sposób ją napisać. Nie chcę podchodzić do niej zbyt osobiście, bo wtedy cały mój obiektywizm zniknie bezpowrotnie. Może zacznę od tego, że w ogóle nie miałam zamiaru jej czytać. Trafiła do mnie przez zwykły przypadek. Przyznam, że osądziłam ją jeszcze zanim przeczytałam pierwszą stronę. Zarówno tytuł, jak i okładka utwierdziły mnie w przekonaniu, że oto szykuje mi się kolejna dawka „słodkości” na miarę tej z kujawskich Towian. Dlatego do tej powieści podeszłam dość niechętnie, a potem już nie mogłam się od niej oderwać i resztkami sił hamowałam się, aby nie chlipać w chusteczkę jak nastolatka. Czytając kartka po kartce zdałam sobie sprawę, że ta powieść opowiada… o mnie. Ale może zacznę od początku…

Piotr Domański jest ginekologiem-położnikiem. Ma około czterdziestu lat, a jego całym życiem jest praca, zaś ulubionym miejscem park i ławka tuż przy fontannie z posążkiem łabędzia podrywającego się do lotu. Jest jesień. Z drzew lecą kasztany, które Piotr zbiera, lecz nie wiadomo, w jakim celu.

Przez ten sam park codziennie wraca do domu z pracy Marta Kluczyńska. Kobieta jest trzydziestosześcioletnią lektorką języka angielskiego, uczącą w gimnazjum. Marta jest samotna, ponieważ wciąż czeka na swojego księcia z bajki. Stale odrzuca oświadczyny najlepszego przyjaciela, Adama Rogalskiego. Żyje w przekonaniu, że jej życiem kieruje zmarła babcia i to ona któregoś dnia zdecyduje, czy mężczyzna, z którym Marta będzie się spotykać, okaże się żabą, czy może księciem. A znakiem rozpoznawczym będzie zapach waleriany. Adam bezskutecznie usiłuje przemówić Marcie do rozsądku, twierdząc, że książę z bajki po prostu nie istnieje. Ale Marta ma na ten temat swoje zdanie, zgoła odmienne niż Adam.

Kobieta w swoim przekonaniu utwierdza się jeszcze bardziej, gdy dostrzega w parku samotnego, pogrążonego w smutku mężczyznę. Choć jest jej obcy, to jednak gdzieś w głębi duszy wie, że właśnie znalazła swojego księcia. To nic, że nie zna jego imienia. To nic, że mężczyzna nosi na palcu obrączkę. To nic, że istnieje prawdopodobieństwo, że nigdy nie zamienią ze sobą choćby jednego słowa. Ona wie, że go kocha i jest przekonana, że czekała na niego przez całe życie. Na nic zdają się perswazje Adama. Kolega posuwa się nawet do tego, że „posągowego pana z parku” określa mianem zboczeńca.

Pewnego dnia w parku dochodzi do wypadku. Mała dziewczynka wpada pod rozpędzony rower i doznaje dotkliwych obrażeń. Matka dziecka jest tak bardzo przerażona, że traci poczucie rzeczywistości. Małą Adelką zajmuje się Marta i… Piotr, który wezwawszy karetkę pogotowia odruchowo wkłada telefon komórkowy Marty do kieszeni swojego płaszcza. Jest to ten moment, kiedy ich życiowe drogi krzyżują się już na zawsze.

Gdy Marta i Piotr zaczynają się spotykać, okazuje się, że mężczyzna jest wdowcem. Rok wcześniej stracił żonę. Jego małżeństwo nie trwało długo, ale za to pozostawiło w życiu Piotra trwały ślad w postaci syna, Miłosza. Lekarz do tej pory nie może pogodzić się ze śmiercią żony, wciąż ją wspomina. Odwiedza jej grób na cmentarzu, ale nie dba o syna. Wygląda na to, że nie może znieść myśli, iż Miłosz żyje, a jego Marysia musiała umrzeć. W dodatku chłopiec jest tak bardzo do niej podobny. Dziecko wychowuje się w sierocińcu prowadzonym przez siostry zakonne w pobliskim Rubinowie. Przed Martą naprawdę trudne zadanie. Czy uda jej się sprawić, aby Piotr znów się uśmiechał i zaakceptował wreszcie swojego syna? A może tę znajomość już wcześniej ktoś zaplanował?

Przyznacie, że historia banalna na miarę taniego romansidła. Pomyślałabym dokładnie tak samo, gdybym w swoim życiu osobistym nie stanęła kiedyś przed dokładnie takim samym dylematem. Do tej pory nie mogę otrząsnąć się z myśli, że fikcja może tak łatwo wpleść się w rzeczywistość. Oczywiście moja historia nieznacznie różni się od tej opisanej w powieści. Niemniej wątek główny jest dokładnie taki sam. Dlatego nie będę tutaj oceniać fabuły. Bardziej skupię się na stronie technicznej książki, bo w tej kwestii można jej naprawdę wiele zarzucić.

Pierwsze, co mnie uderzyło, to brak jednoznacznego umiejscowienia akcji. Aby to sprawdzić, poszperałam trochę po sieci i dowiedziałam się, że rzecz dzieje się w Lublinie. Niestety w treści ani razu nazwa tego miasta nie jest wymieniona. Owszem, podane są pewne charakterystyczne miejsca, ale czytelnik, który nie zna Lublina nie jest w stanie tego wiedzieć. Próbowałam też szukać owego Rubinowa, ponieważ sądziłam, że dzięki temu odnajdę prawdziwe miejsce akcji. Nie znalazłam. Widocznie miejscowość jest fikcyjna.

Kolejna sprawa to wiek Piotra Domańskiego. W recenzji podałam go tak „na wyczucie”, porównując z wiekiem Marty. Uznałam, że oboje raczej będą w podobnym wieku. Napisałam wyżej o wypadku w parku, któremu ulega mała Adelka. Wpadła pod rower, ale gdzie rowerzysta? Co stało się z osobą, która kierowała owym pojazdem? Zniknęła niczym kamfora?Na temat tego człowieka nie ma nawet najmniejszej wzmianki.

A teraz język. Ogólnie jest on tak przepełniony smutkiem, że co wrażliwsi czytelnicy mogą mieć poważne problemy z powstrzymaniem łez. Ponadto w kilku miejscach szwankuje deklinacja przez przypadki. Sam język jest „twardy” i czyta się dość ciężko. Nie ma płynności, jak dla mnie. Sceny przeskakują jedna przez drugą i w pewnym momencie czytelnik już nie wie, o co tak naprawdę chodzi. Na przykład w jedej chwili Marta rozmawia przez telefon, a w kolejnym wersie jest już o tym, jak kobieta je obiad z osobą, z którą linijkę wyżej prowadziła dyskusję telefoniczną. Coś tu nie gra. Brak jest takiego płynnego i zrozumiałego przejścia z jednej sceny do drugiej.

Niemniej jednak, muszę pogratulować Autorce odwagi, jeśli chodzi o opis polskiej służby zdrowia. Piotr Domański jest tutaj przedstawiony jako lekarz prawy, uczciwy i taki, który brzydzi się korupcją. Ale jego koledzy już tacy nie są. Autorka z całą mocą uzmysławia czytelnikowi, że polska rzeczywistość, jeśli chodzi o służbę zdrowia, jest skorumpowana, NFZ tnie wydatki, ludzie nie otrzymują potrzebnych leków, bo nie ma na to pieniędzy. Jednym słowem cała prawda o polskich lekarzach. Takiego właśnie przekazu Autorce gratuluję. Dla mnie jest to przejaw ogromnej odwagi, zważywszy że obecnie polskie społeczeństwo jednak zamiata ten problem pod dywan.

Cóż mogę dodać na koniec? Otóż książkę ocenię, jako dobrą i nie będę Was siłą zachęcać do jej przeczytania. Zrobicie, jak będziecie uważać. Nie chcę, aby wyszło na to, że próbuję Was namówić do przeczytania historii, która miała miejsce również w moim życiu, choć nigdy nikomu o tym nie opowiadałam. Po prostu czysty przypadek. A może dowód na to, że literacka fikcja wcale nie jest tak do końca „kłamstwem”?

 

Moja ocena: 4/6

 

źródło okładki

środa, 23 listopada 2011

 

Jodi Picoult

 

       Świadectwo Prawdy

 

 

 
 
Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2001 (data przybliżona)
Tytuł oryginału: Plain Truth

 

 

 

Tym razem Jodi Picoult zabiera czytelnika w świat, w którym władzę sprawuje Kościół, a decydujący głos w każdej sprawie ma biskup i diakon. Świat ten pozbawiony jest wszelkich udogodnień. Ludzie nie wiedzą, co to elektryczność, Internet, telefon nie tylko komórkowy, ale nawet stacjonarny. W tym świecie zamiast samochodów używa się bryczek, a nauka po ukończeniu szkoły podstawowej jest zakazana pod groźbą ekskomuniki. Ludzie w tej specyficznej rzeczywistości noszą charakterystyczne ubrania, nie biorą udziału w żadnych imprezach publicznych, a już z całą pewnością nie wolno im przebywać tam, gdzie byłyby obecne osoby spoza ich środowiska. Jest to niezwykle zamknięta społeczność, a jej mieszkańcy tylko pracują i modlą się, zaś swoje grzechy wyznają publicznie przed tymi, którzy już zostali ochrzczeni i to biskup wraz z diakonem decydują o tym, czy dana osoba dopuściła się grzechu, czy też nie. Za każde przewinienie, niezależnie od tego, czy jest ono prawdziwe, czy fikcyjne (bo biskup kazał się przyznać), grozi wydalenie z Kościoła na okres sześciu tygodni. W ciągu tego czasu nikt ze społeczności nie ma prawa zbliżyć się do osoby objętej ekskomuniką. Jest ona odseparowana od całej reszty. Nie wolno zasiadać z nią przy tym samym stole podczas posiłków, nie wolno z nią rozmawiać, nie wolno praktycznie nic. Człowiek taki czuje się niczym trędowaty. Niemniej jednak, wpływ owego Kościoła jest tak silny, że ludzie do niego należący godzą się na to wszystko bez wahania, nawet kosztem swoich bliskich.

Realia opisane powyżej to świat Amiszów, czyli ludzi o swojej własnej kulturze, obyczajach, zasadach moralnych, żyjących z dala od cywilizacji, o której myślą, że jest najgorszym złem tego świata. W takiej właśnie rzeczywistości przyszło żyć głównej bohaterce powieści, Katie Fisher. Kiedy ją poznajemy, dziewczyna ma osiemnaście lat i mieszka na farmie mleczarskiej. Jej rodzina żyje z uprawy tytoniu i produkcji mleka. Pewnego letniego poranka, kiedy pracownicy zatrudnieni na farmie jej ojca, jak co dzień, przychodzą do obory, aby rozpocząć dojenie krów, odnajdują zwłoki noworodka ukryte pod derkami. Ktoś natychmiast wzywa policję. Detektyw Lizzie Munro rozpoczyna dochodzenie. Przesłuchuje każdego, kto znajduje się obecnie na terenie farmy. Głównym celem jej śledztwa jest odnalezienie matki noworodka. Pierwsze podejrzenia padają na Sarę Fisher, matkę Katie. Jednak, gdy okazuje się, że kobieta po ostatnim porodzie straciła zdolność rodzenia dzieci, Lizzie szuka dalej. I tak trafia do Katie. Dziewczyna jest przerażona, ale nie daje tego po sobie poznać. Kiedy policjantka pyta ją o ewentualną ciążę, ta usilnie zaprzecza. Twierdzi, że nigdy nie była w ciąży i nie urodziła żadnego dziecka. Z pewnością na tym skończyłoby się przesłuchanie Katie, gdyby policjantka nagle nie dostrzegła krwi spływającej po nogach dziewczyny. W tym momencie detektyw jest już niemalże pewna, iż dziewczyna coś ukrywa. Katie natychmiast zostaje zabrana do szpitala, gdzie lekarz dyżurny jednoznacznie stwierdza, że dziewczyna kilka godzin wcześniej urodziła dziecko. Pomimo że wszelkie znaki „na niebie i ziemi” wskazują na odbyty przez Katie poród, to jednak ona wciąż temu zaprzecza. Twierdzi, że to krwawienie to nic innego, jak tylko „jej dni”. Po kolejnych badaniach nie ma już najmniejszych wątpliwości. Katie Fisher w nocy z 9 na 10 lipca urodziła chłopca!

W tym samym czasie do East Paradise w Pensylwanii przyjeżdża trzydziestodziewięcioletnia Ellie Hathaway, która jest adwokatem i na stałe pracuje w Filadelfii. Wydaje się, że kobieta ma ustabilizowane życie. Nie ma takiej sprawy, której nie byłaby w stanie wygrać. Ponadto u swojego boku ma również zdolnego i niesamowicie przystojnego prawnika o imieniu Stephen, z którym dzieli życie prywatne. Niemniej jednak, Ellie wciąż czuje, że czegoś jej brakuje. Odkrywa, że kariera to nie wszystko, a związek ze Stephen’em to związek bez przyszłości, ponieważ nie jest oparty na uczuciu, a jedynie na przywiązaniu i wspólnych zainteresowaniach. Poza tym, od pięciu lat kobieta marzy tylko o jednym. Pragnie mieć dziecko, lecz wie, że nie dostanie tego od Stephen’a. Co gorsza, obawia się, że nie otrzyma tego już od nikogo innego, bo jest po prostu za stara.

Kiedy Ellie dociera do Paradise dowiaduje się od swojej ciotki, u której planuje się zatrzymać, że córka jej siostry jest oskarżona o morderstwo pierwszego stopnia. Leda, podobnie jak Katie, pochodzi z Amiszów, lecz wiele lat wcześniej została nałożona na nią ekskomunika, gdyż odważyła się poślubić mężczyznę spoza ich środowiska. Niemniej jednak, kobieta za wszelką cenę pragnie pomóc swojej siostrzenicy, gdyż jest święcie przekonana, że Katie nie jest zdolna do popełnienia morderstwa. Leda nie widzi też innej możliwości, jak tylko poprosić Ellie, aby ta zgodziła się bronić Katie w sądzie. I tak w małym miasteczku w Pensylwanii w hrabstwie Lancaster krzyżują się losy dwóch zgoła różnych kobiet, z których jedna usilnie pragnie zostać matką, zaś drugą właśnie oskarżają o to, że zabiła swoje nowo narodzone dziecko, które przyszło na świat w oborze między krowami, a które w brutalny sposób zostało pozbawione szansy na dalsze życie. Czy Ellie uda się doprowadzić do uniewinnienia Katie Fisher? A może dziewczyna wcale nie jest taka niewinna, na jaką wygląda? Może z zimną krwią zamordowała swojego synka, aby uniknąć wydalenia z Kościoła Amiszów i wyjść za mężczyznę, który od lat jest jej przeznaczony? Jaka jest prawda, skoro wszystko świadczy przeciwko niej, zaś ona sama wciąż uparcie zaprzecza, że nie była w ciąży i nie urodziła żadnego dziecka i nawet nie przypomina sobie, aby kiedykolwiek miała fizyczny, intymny kontakt z mężczyzną?

Tyle, jeśli chodzi o fabułę. W tym przypadku muszę przyznać, że książka nieco mnie rozczarowała. Po przeczytaniu „Karuzeli Uczuć” i „Jesieni Cudów” spodziewałam się, że tutaj również Jodi Picoult czymś mnie zaskoczy i sprawi, że będę czytać powieść jednym tchem. Niestety tak się nie stało. Kilka początkowych rozdziałów odebrałam jako dość nudne. Potem akcja zaczyna nabierać tempa, ale chyba tylko po to, żeby czytelnik nie rzucił książki w kąt, bo z końcowych rozdziałów znów wieje nudą. Opis rozprawy sądowej w niczym nie przypomina tych, które czytałam w książkach wspomnianych powyżej. Nie znalazłam tam tych emocji, które sprawiają, że czytelnik ma wrażenie, iż jest jednym z członków ławy przysięgłych i to od niego zależy wynik końcowy rozprawy.

Oczywiście ogromnym plusem jest tutaj opis świata Amiszów. Jest to dla mnie nowość, ponieważ do tej pory nie miałam pojęcia, że takie specyficzne społeczności w ogóle istnieją na naszym globie. Nam, ludziom z cywilizacji, tego rodzaju społeczność może wydawać się dość dziwaczna. Ale z drugiej strony, trzeba przyznać, że ci ludzie naprawdę potrafią żyć zgodnie ze swoimi zasadami, choć nie brakuje też i takich, którzy wyłamują się z tego środowiska, narażając się na ekskomunikę. Niemniej jednak, większość z nich to osoby godne podziwu, choćby tylko dlatego, że są konsekwentne w przestrzeganiu reguł swojej wiary. Dla nich wszystko jest wolą Boga, a człowiek tak naprawdę nie ma nic do gadania. W imię tych zasad potrafią bez słowa skargi cierpieć i przyjmować na siebie nawet niesłuszne oskarżenia, lecz tylko te, które pochodzą od biskupa. Ci ludzie są tak bardzo związani ze swoją wiarą, że zgodnie z jej zasadami postępują także poza swoją społecznością. Tak, jak dzieje się to z Katie Fisher. Kiedy przeczytacie powieść, będziecie wiedzieć o czym piszę.

Podsumowując chciałam jeszcze zwrócić uwagę na jedną sprawę techniczną, choć nie jestem pewna czy do końca mam tutaj rację. Otóż, od kiedy pamiętam, uczono mnie, że słowo „sędzina” używane jest w odniesieniu do żony sędziego, zaś w przypadku kobiety wykonującej zawód sędziego zwrot ten funkcjonuje jedynie w języku potocznym i tylko w takim języku jest on poprawny. Natomiast jeśli chodzi o język oficjalny należy używać zarówno w odniesieniu do kobiet, jak i do mężczyzn, słowa „sędzia”, na przykład: sędzia Kowalski/sędzia Kowalska. W tekście powieści zauważyłam, że „sędzina” wcale nie dotyczy żony sędziego, a kobiety, która orzeka w sprawie Katie Fisher. Podobnie rzecz ma się w przypadku słowa „adwokatka”. Czyżby osoba redagująca ten tekst miała na myśli nazwę ciasta? A może termin, który używa się w grach? Bo nijak mi to nie pasuje do zawodu adwokata. Dla mnie jest to niesłychanie rażące i brzmi dość nieładnie. Powiało mi tutaj dość mocno feminizmem. Czasami takie mocne rozdzielenie mężczyzn od kobiet nie wychodzi na dobre. W tekście tej książki jak najbardziej nie wyszło. Jeśli taka forma jest niepoprawna, to wcale by mnie to nie zdziwiło, ponieważ nie byłby to pierwszy raz, kiedy książka od „Prószyńskiego…” wychodzi z błędami.

 

 

Moja ocena: 4/6

 

A tutaj możecie przeczytać ciekawy artykuł o Amiszach z Lancaster

Jodi Picoult official website

źródło okładki

 

prawa autorskie zastrzeżone

środa, 16 listopada 2011

 

Stephenie Meyer

 

               Intruz

 

 

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Wrocław 2008
Tytuł oryginału: The Host

 

 

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, co by było, gdyby nagle Wasze oczy zaczęły błyszczeć srebrem, a w Waszym ciele swoją egzystencję rozpocząłby jakiś bliżej nieokreślony byt, który miałby swój własny tok myślenia i swoje własne uczucia, zgoła różne od Waszych? A co by było, gdyby dodatkowo ten byt zaczął z Wami rozmawiać, albo wykłócać się o swoje prawa? Albo, gdyby na przykład zaczął uzurpować sobie prawo do Waszych bliskich, jednocześnie darząc uczuciem osoby, które kochacie? A co, jeśli takowy byt zacząłby krzywdzić Waszych bliskich, a Wy nie mielibyście na to żadnego wpływu, choć robiłby to używając do tego Waszego ciała? No właśnie, co by było gdyby? Na pewno specjaliści orzekliby, że w takiej sytuacji musimy cierpieć na jakąś poważną chorobę psychiczną. Bo kto przy zdrowych zmysłach słyszy głosy w swojej głowie i do tego wdaje się z nimi w konwersację i działa pod ich wpływem? Taką rzeczywistość byliby w stanie zrozumieć i uznać za normalność jedynie specjaliści, których Powołaniem byłoby uzdrawianie. Oni wiedzieliby, że w takiej sytuacji nasze ciała pełnią rolę tylko i wyłącznie żywicieli dla dusz z innego wymiaru.

Z pewnością niektórzy z nas poddaliby się temu obcemu bytowi bez walki. Ale byliby też i tacy, którzy wypowiedzieliby otwartą wojnę owym duszom, bo poddać się bez walki to ujma na honorze. Jednak z drugiej strony, może lepiej byłoby po prostu zaprzyjaźnić się z przybyszami z tej nieznanej Planety? A kto powiedział, że na tej przyjaźni nie można by było skorzystać? Na przykład można by było zagwarantować sobie długie życie bez chorób, a śmierć przychodziłaby jedynie z powodu starości. Tylko co począć, jeśli ta przyjaźń stopniowo zaczęłaby przeradzać się w miłość? Co począć, jeżeli dwóch mężczyzn kocha tę samą kobietę, z tą różnicą, że jeden z nich darzy uczuciem człowieka, zaś drugi duszę w nim mieszkającą? Natomiast co ma począć owa nieszczęsna dusza, która tłumi w jednym ciele dwa uczucia. Jedno do mężczyzny, którego od wielu lat kocha jej żywiciel, zaś drugie jest jej własnym?

Z takimi właśnie dylematami borykają się bohaterowie powieści Stephenie Meyer pod tytułem „Intruz”. Teoretycznie można przyjąć, że główną bohaterką książki jest Melanie Stryder. Dlaczego tylko teoretycznie? Otóż dlatego, że ogromną rolę w całej tej historii odgrywa Dusza. Melanie urodziła się w stanie Nowy Meksyk. Kiedy miała siedemnaście lat świat został zaatakowany przez inny wymiar. Wygląda na to, że tylko ona i jej młodszy brat, Jamie, przetrwali. Pozostała część rodziny została porwana przez Łowców, a potem Uzdrowiciele wszczepili im srebrne, wijące się dusze i od tego momentu osoby te przestały być ludźmi, a stały się po prostu d u s z a m i. Okupant przybył na Ziemię, aby ratować ją od zagłady, jaką w jego mniemaniu zgotowałby jej ludzki gatunek. Zdaniem obcej cywilizacji, człowiek to istota okrutna, używająca przemocy i krzywdząca innych. Dlatego należy go zniszczyć i zapewnić Ziemi pokój i bezpieczeństwo.

Wydaje się, że tak naprawdę po inwazji nikt nie ocalał, i że jedynymi mieszkańcami Ziemi są Melanie i Jamie. Ukrywając się na zupełnym pustkowiu, Melanie co pewien czas wraca do miasta pod osłoną nocy, aby zdobyć jedzenie. Kiedy pewnego razu próbuje z jakiegoś opuszczonego domu wynieść trochę jedzenia, spotyka młodego mężczyznę. Początkowo Jared Howe jest przekonany, że dziewczyna to jedna z dusz, albo co gorsza, Łowca. On również ocalał i tak samo jak Mel, stara się nie rzucać w oczy, ale przecież coś musi jeść. Kiedy okazuje się, że oczy Melanie nie błyszczą srebrem, Jared postanawia zaopiekować się zarówno dziewczyną, jak i jej bratem. I tak rodzi się gorące uczucie pomiędzy siedemnastolatką a dwudziestosześcioletnim mężczyzną, dla którego oboje stają się rodziną. Jared zabiera Melanie i Jamie’go do domu, który niegdyś należał do jego rodziny. Dom stoi na odludziu, więc są tam bezpieczni na tyle, na ile to możliwe. Mają nadzieję, że w ten sposób umkną Łowcom. Tylko na jak długo?

Mija trzy lata. W telewizji nie można obejrzeć już żadnych filmów akcji, gdzie widać przemoc. Nadawane są tylko programy o przyjaznej tematyce, a w rolach głównych występują dusze. Nikt już w nich nikogo nie zabija. Pewnego dnia Melanie podczas oglądania jednego z takich programów dostrzega w tle przesuwającą się postać. To jej kuzynka, Sharon. Okazuje się, że ona również porzetrwała jako człowiek. Jej oczy nie mają srebrnego połysku, kiedy ze strachem zerka w kamerę. W związku z tym Melanie postanawia pojechać do Chicago, aby tam odnaleźć Sharon. Wie, że może już nie wrócić. Podróż jest bardzo niebezpieczna, gdyż Łowcy czają się wszędzie. Z bólem serca opuszcza Jared’a i Jamie’go i kradzionym samochodem wyrusza w podróż.

Po jakimś czasie Melanie jest już w Chicago, lecz tam zostaje zdradzona przez własnego ojca, który będąc „duszą” wskazuje Łowcom miejsce pobytu córki. Dziewczyna wie, co jej grozi, więc zostawia wiadomość dla Jared’a i skacze do szybu windy. Woli umrzeć niż dostać się w ręce okupanta. Chociaż jej ciało jest zmasakrowane i z ludzkiego punktu widzenia śmierć to kwestia czasu, to jednak Łowcy zabierają ją do Uzdrowiciela o dziwacznym imieniu Fords Cicha Toń. Leki, jakie ów Uzdrowiciel aplikuje Melanie sprawiają, że po wypadku nie ma najmniejszych śladów. Ale niestety, oprócz leków, Fords Cicha Toń wraz ze swoim pomocnikiem wszczepiają jej duszę. I tak oto rozpoczyna się dziewiąte życie Wagabundy w ciele Melanie jako jej żywiciela. Jednak dziewczyna nie poddaje się. Stawia tak wyraźny opór, że Wagabunda jest skłonna zdezerterować i myśli o zmianie żywiciela. Jak gdyby tego było mało, zostaje jej przydzielona bezwzględna Łowczyni, która śledzi jej każdy krok. Kiedy już wiadomo, że Melanie nie podda się bez walki, Łowczyni nakazuje Wagabundzie wyciągnięcie od niej potrzebnych informacji o ludziach.

Melanie dręczy Wagabundę głównie poprzez własne wspomnienia. Podsuwa jej obrazy ze swojej przeszłości, które przeważnie dotyczą Jared’a i Jamie’go. Mel nie wie, czy dwie najdroższe jej osoby wciąż żyją jako ludzie, czy może już zostały schwytane przez Łowców. Okazuje się, że Wagabunda jest zbyt słaba, aby oprzeć się tym wspomnieniom. W pewnym momencie zaczyna płakać i odkrywa, że kocha zarówno Jared’a, jak i Jamie’go. W dodatku zaprzyjaźnia się z Melanie i z całych sił usiłuje jej pomóc. Robi to nawet kosztem własnego życia. Kierowana przez swoją nową przyjaciółkę, Wagabunda doprowadza do tego, że Łowczyni traci ją z oczu, a ona sama trafia do miejsca, w którym ukrywa się Jared i Jamie. Oprócz nich w jaskiniach nieopodal pustyni przebywa jeszcze ponad trzydzieści innych osób, zaś przewodniczy im starzec Jeb, wuj Melanie.

Z mojej strony to by było na tyle, jeśli chodzi o fabułę. I tak rozpisałam się za dużo, ale chciałam opisać Wam jak to się stało, że Wagabunda w ciele Melanie trafiła do ludzi. Tego, co przedstawiłam powyżej nie znajdziecie w treści powieści jako takiej, natomiast jest to zawarte w formie wspomnień i należy czytać uważnie, aby dojść do sedna. Dlatego też dalszą część tej historii musicie doczytać już sami, a rozpoczyna się ona już od pierwszej strony książki.

Powieść ta trafiła do mnie zupełnie przypadkowo. Prawdę mówiąc, wcale nie miałam zamiaru jej czytać. Ale kiedy poszłam niedawno do biblioteki, a na półkach nie znalazłam niczego, co by mnie w jakiś szczególny sposób zainteresowało, wówczas sięgnęłam po „Intruza”. Czy żałuję? Sama nie wiem. Moje uczucia w tej kwestii są mieszane. Z jednej strony książka mi się podobała, zaś z drugiej wiem, że czytałam lepsze. Na pewno nie jest to powieść, która spędzała mi sen z powiek, jak sugeruje opis na okładce. Ponieważ jest to dość opasłe tomisko (ponad pięćset stron), czytałam ją z przerwami i wcale nie rozmyślałam o bohaterach podczas innych zajęć. Dla mnie książka jest po prostu dobra i z pełną odpowiedzialnością mogę ją polecić. Oczywiście myślą przewodnią jest tutaj miłość, która kieruje każdym ruchem nie tylko Melanie-Wagabundy, ale także innych bohaterów. W jednym ciele „mieszkają” dwie niemalże skrajne osobowości. W obliczu niebezpieczeństwa Mel jest zdolna do agresji, zaś dla Wagabundy uczucie to jest obce i nie potrafi nikogo świadomie skrzywdzić, choć ludzie sądzą inaczej. Można pokusić się o stwierdzenie, że książka jest przykładem walki Dobra ze Złem, które żadnej z tych dwóch cywilizacji nie jest obce. Teoretycznie „dusze” to byty przyjazne, ale czy na pewno? Podobnie dzieje się z ludźmi. Jedni są dobrzy, drudzy źli. Natomiast pod wpływem rozmaitych wydarzeń, nawet najbardziej agresywny i żądny krwi człowiek, jest w stanie porzucić swoją chęć zemsty i stać się potulnym jak baranek.

Myślę, że pomimo tak wielkiego braku realizmu w fabule, powieść ta niesie ze sobą pewne przesłanie, ale to już zależy od czytelnika, w jaki sposób je odczyta.

 

 

Moja ocena: 4/6

 

Stephenie Meyer official website

Stephenie Meyer on Facebook

źródło okładki

 

prawa autorskie zastrzeżone

 

 

 

Chciałabym też podziękować mojej koleżance Felicji, która w ostatnim czasie bardzo pomogła mi w zmianie szaty graficznej mojego bloga. Felicjo, serdecznie Ci dziękuję!

 

Natomiast wszystkich, którzy chcą w jakiś sposób udoskonalić swoją stronę internetową zapraszam na blog Felicji, gdzie znajdziecie fantastyczne instrukcje jak to zrobić. Wystarczy kliknąć tutaj. Z kolei, jeśli jesteście ciekawi, co czyta Felicja, kliknijcie tutaj.

 

 


 
1 , 2
Zakładki:
Blog istnieje od 13 kwietnia 2011 roku
Cykle Literackie
My thoughts about books and literature
Pomóżmy Ewie powrócić do normalnego życia - Akcja: BLOGI DAJĄ NOGI
Proszę nie kopiować tekstu bez mojej zgody (ustawa z dn. 4 lutego 1994r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
Troszkę z innej bajki
Tutaj często zaglądam
Ulubione Blogi Książkowe
Wszelkie komentarze, które swoją treścią będą obrażać osobę autorki bloga lub innych czytelników, a także autorów książek, zostaną natychmiast usunięte.
Wydawnictwa i Księgarnie
Wywiad ze mną na blogu Książki Zbójeckie


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?