Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
poniedziałek, 30 stycznia 2012

 

Już od dłuższego czasu noszę się z zamiarem rozpoczęcia na blogu nowego cyklu literackiego. Wspominałam już nawet o nim przy okazji komentowania wpisów na innych blogach, lecz wahałam się z podjęciem ostatecznej decyzji z uwagi na brak czasu. Ci z Was, którzy prowadzą blogi, wiedzą, że nie jest to łatwe, ponieważ wymaga nie tylko czasu, ale także precyzji w konstruowaniu postów. I co najważniejsze, nie można tego robić „na szybko” i byle jak, gdyż wtedy oznaczałoby to, że autor bloga nie szanuje swoich czytelników i pisze tylko po to, aby coś napisać bez względu na jakość owych wpisów. Ponieważ jestem osobą, która robi wszystko „na sto procent”, wyznaczając sobie dość wysoką poprzeczkę, chcę, aby ten cykl również był prowadzony perfekcyjnie.

Jak wiecie, od czerwca ubiegłego roku na moim blogu działa cykl pod tytułem Literat Miesiąca. Ponieważ jest to cykl miesięczny i wpisy pojawiają się regularnie w pierwszym dniu każdego miesiąca, zdecydowałam, że przydałoby się wymyślić coś, o czym można byłoby pisać częściej, choćby raz w tygodniu. Intensywnie medytując nad tą kwestią, doszłam do wniosku, że najlepiej byłoby pisać o czymś pięknym i przyjemnym. I tak przyszło mi do głowy, że mogłyby być to miejsca literackie, czyli innymi słowy miejsca, gdzie rozgrywa się akcja rozmaitych powieści. Mam tutaj na myśli nie tylko utwory klasyczne, ale także i te współczesne. Tak więc najprawdopodobniej w każdy poniedziałek lub czwartek będę zabierać Was w podróż w czasie do miejsc odległych, jak i tych, które są tuż obok nas. Będą to królewskie i szlacheckie dwory, miejsca o przepięknym krajobrazie, miejsca tragiczne, jak choćby Warszawa z lat wojny i wiele innych, które można znaleźć na kartach literatury polskiej i światowej. Nie będę skupiać się tylko i wyłącznie na naszych rodzimych utworach literackich. Będę Was zabierać w podróże po całym świecie do miejsc autentycznych, jak i tych stworzonych na potrzeby danego utworu literackiego.

Mam nadzieję, że to moje nowe blogowe przedsięwzięcie spotka się z Waszą sympatią. Kochani, trzymajcie mocno kciuki, żeby się udało i śledźcie na bieżąco mojego bloga, bo być może już za tydzień zaproszę Was do jakiejś pięknej krainy, gdzie życie płynie zupełnie inaczej niż w świece realnym.

Na koniec mam dla Was zagadkę. Ponieważ w sobotę rozpoczęły się w moim województwie ferie zimowe i mam teraz więcej czasu dla siebie, pod wpływem chwili wybrałam się w niesamowicie piękne miejsce, którego fragment widzicie na poniższym zdjęciu.  Pytanie do Was: Gdzie jestem?

 

 

źródło zdjęcia: własne

 

 

prawa autorskie do zdjęcia zastrzeżone


15:51, krainaczytania , Wydarzenia
Link Komentarze (29) »
piątek, 27 stycznia 2012

 

 

J.D. Robb vel Nora Roberts

           

                   Pociąg do śmierci



 

 

Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2011
Tytuł oryginału: Indulgence in Death




 
 

Nie ukrywam, że trochę czasu zajęło mi podjęcie decyzji o napisaniu tej recenzji. Nie chodzi o to, że książka jest tak słaba, iż nie należy zawracać sobie nią głowy. Wręcz przeciwnie. W tym przypadku chodzi o to, że powieść, o której chcę dzisiaj napisać pochodzi z serii In Death. Tym, którzy nie za bardzo kojarzą, co to za seria, wyjaśniam, iż Nora Roberts pisząca jako J.D. Robb pewnego dnia wymyśliła sobie, że obok romansów i powieści obyczajowych zacznie pisać też kryminały. No i zaczęła, z tym, że te książki dość mocno łączą się ze sobą, przede wszystkim za sprawą głównych bohaterów zarówno tych pierwszoplanowych, jak i drugoplanowych. Generalnie rzecz ujmując seria In Death to przygody pewnej pani porucznik, Eve Dallas, pracującej w wydziale zabójstw nowojorskiej policji. W rozwiązywaniu wszelakich zagadek kryminalnych, głównie morderstw, niestrudzenie pomaga jej haker, Roarke Brody, który jednocześnie jest jej mężem. Pociąg do śmierci to trzydziesta druga powieść w tej serii, więc sami rozumiecie, dlaczego tak bardzo wahałam się przed napisaniem tej recenzji. Dla osób, które jeszcze nigdy nie spotkały się z tą serią, nieco kłopotliwe może być czytanie jej praktycznie od końca.

Wyobraźmy sobie, że mamy rok 2060. Za naszymi oknami pełną parą działa ruch powietrzny. Pojazdy, które teraz mogą poruszać się jedynie po ziemi, mamy na wyciągnięcie ręki na wysokości naszych okien. Stać nas na własne wahadłowce, a zwykły zegarek jest zdolny połączyć nas z całym światem. Schody ruchome to już przeżytek, bo teraz wystarczy wejść na ruchomy chodnik, który zawiezie nas tam, gdzie sobie tylko zamarzymy. A jak gdyby tego było mało, to do dyspozycji mamy androidy, którym wystarczy wydać polecenie, a ugotują nam obiad, zrobią pranie, posprzątają, a nawet.. zabiją. Podobnie rzecz ma się z komputerami. Wystarczy do nich przemówić, a wszelkie konieczne operacje wykonują od ręki. Natomiast broń typu kusza czy harpun traktowane są jako narzędzia prehistoryczne.

Dokładnie w takim świecie funkcjonuje porucznik Eve Dallas i jej przyjaciele z nowojorskiej policji. Pani porucznik jest kobietą niezwykle zapracowaną. Nowojorczycy nie próżnują. Codziennie ktoś kogoś morduje i to do niej należy odnalezienie sprawcy owego zabójstwa. Wydaje się, ze znają ją wszyscy. O jej akcjach piszą książki, mówi też o nich telewizja. Gdziekolwiek się pojawi, natychmiast jest rozpoznawana i witana z szacunkiem. Ale nie wszyscy tak na nią reagują. W Nowym Jorku są i tacy, którzy chcą się jej pozbyć za wszelką cenę, lecz pani porucznik śmieje się im w twarz, bo wie, że i tak za jakiś czas wsadzi ich do więzienia.

Jak można wywnioskować z powyższego, praca Eve Dallas wymaga od niej wiele poświęcenia i wysiłku. Dlatego też policjantka musi kiedyś odpocząć. Doskonałą okazją ku temu jest druga rocznica ślubu jej i Roarke’a. W związku z tym oboje wyjeżdżają na dwutygodniowy urlop do Irlandii, rodzinnego kraju Brody’ego. Ale praca i tam nie daje o sobie zapomnieć. W zielonej Irlandii pani porucznik musi stawić czoła morderstwu młodej dziewczyny. Choć nie ma prawa prowadzić dochodzenia, bo to przecież nie jej teren, to jednak udziela cennych uwag żółtodziobowi, który dowodzi śledztwem. Tam również obdarowuje swojego męża prezentem, który wyciska mu łzy z oczu. Otóż, w porozumieniu z rodziną Roarke’a, Eve założyła tam plac zabaw imienia swojej nieżyjącej już teściowej.

Jednak wszystko, co dobre kiedyś się kończy i trzeba wracać do domu. W Nowym Jorku Eve natychmiast rzuca się w wir pracy, zwłaszcza że mordercy nie próżnują. Oni nigdy nie biorą urlopu od dokonywania przestępstw. Pewnej nocy Eve otrzymuje zgłoszenie, iż odnaleziono zwłoki kierowcy limuzyny, który stracił życie od strzału z kuszy. Kilka dni później w parku rozrywki, w którym udziały ma Roarke, ktoś odnajduje ciało licencjonowanej prostytutki, zwanej damą do towarzystwa. Zauważcie, że w roku 2060 panie lekkich obyczajów swoją profesję uprawiają już legalnie! I tak Eve rozpoczyna dochodzenie. Jej celem jest złapanie mordercy i wsadzenie go do więzienia na długie lata. Pani porucznik łączy te dwa zabójstwa i tak trop prowadzi do dwóch potężnych firm, zarządzanych przez dwóch magnatów, dla których jedynym celem jest rywalizacja pomiędzy sobą. Pomimo że obaj utrzymują, iż są w zażyłej przyjaźni, to jednak Eve i jej współpracownicy uważają, iż zarówno Winston Dudley Czwarty, jak i Sylvester Moriarity Trzeci rywalizują ze sobą, a owa rywalizacja polega na tym, który zabije więcej osób. Eve przypuszcza, że obaj działają według pewnego klucza, który należy jak najszybciej rozpracować, zwłaszcza że wciąż pojawiają się nowe ofiary. Ale czy ma rację? Czy naprawdę tak bogaci i wpływowi przedsiębiorcy mogą być zdolni do tak makabrycznych czynów?

Nora Roberts jako J.D. Robb naprawdę porwała czytelników. Przygody Eve Dallas sprzedawane są na całym świecie w milionowych nakładach. Wielu zastanawia się nad ekranizacją serii In Death. Z tego, co zdążyłam wyczytać wynika, że ekranizacją szczególnie zainteresowani są Niemcy. Tam prawdopodobnie odbywają się nawet plebiscyty odnośnie tego, którzy aktorzy byliby najbardziej odpowiedni do zagrania głównych ról. Być może pewnego dnia któraś cześć serii trafi na ekrany? O ile mi wiadomo, kilka lat temu świat obiegła informacja, że Mel Gibson wykupił prawa do serii In Death, ale jak do tej pory nic z tego nie wyszło.

Pomimo że Autorka tutaj również stawia na miłość, to jednak znajduje się ona na dalszym planie. Akcja toczy się dość szybko, dialogi niekiedy sprawiają, że na twarzy czytelnika pojawia się uśmiech. Eve nie oszczędza na docinaniu kamerdynerowi Roarke’a. Podobnie jak nie oszczędza swojej asystentki, Deli Peabody, która też nie jest jej dłużna. Ogólnie w książce zachowany jest umiar, nie ma przedawkowania konkretnych elementów. Nora nie skupia się tylko i wyłącznie na życiu policjantów. Porusza również ich sprawy osobiste. Patrząc na rzeczywistość, którą opisała nie pokuszę się jednak o stwierdzenie, że napisałaby świetną powieść science fiction, bo raczej tak by się nie stało. Według mnie ten jej rozwój techniki z drugiej połowy XXI wieku jest trochę naciągany. Niemniej, nie zmienia to faktu, iż po książkę jak najbardziej można sięgnąć, choć nie polecałabym jej tym czytelnikom, którzy jeszcze nie znają porucznik Eve Dallas. A to z prostego powodu. Otóż, bardzo łatwo można stracić orientację skąd wzięła się dana postać. Nora Roberts poszczególnych bohaterów wprowadzała stopniowo i w kolejnych częściach już ich nie przedstawia. Dlatego początkującym najpierw zalecam przeczytanie którejś z wcześniejszych części serii. Pełen wykaz znajdziecie tutaj.


 

Moja ocena: 4/6

 

 

J.D. Robb official website

źródło okładki

 

 

prawa autorskie zastrzeżone

środa, 25 stycznia 2012

 

 

 

Kochani,

Praca nad e-bookiem idzie pełną parą. Nasza korektorka ma pełne ręce roboty, ale za to efekty są wspaniałe. Dziękujemy jej za wsparcie i wielkie zaangażowanie! Jej bloga możecie odwiedzać, klikając TUTAJ.

Tymczasem mamy już ostatni tydzień, w trakcie którego zgłoszeni wcześniej uczestnicy mogą przesyłać do nas swoje opowiadania. Czekamy do 31 stycznia 2012! Tak więc do piór Panie i Panowie, nie ma na co czekać, terminy gonią!

W lutym na Facebooku będziemy stopniowo odsłaniać sylwetki naszych Twórców, polecamy więc polubienie naszego profilu, co można zrobić TUTAJ.

Bebeluszek opracowuje projekt okładki – będzie wyjątkowy, bo dziewczyna ma talent i zapał. Gratulujemy jej sukcesów w konkursie na Blog Roku 2011!
Chciałyśmy, przy okazji, zaapelować do wszystkich uczestników akcji, czytelników oraz internautów – prosimy o oddawanie głosów na blog Bebe! Blogerka bardzo dzielnie walczy w trzecim etapie konkursu, w którym zostanie wyłoniony Blog Blogerów – niezwykle prestiżowy tytuł... Wysyłajcie SMS-y o treści G00404 na numer 7122. Całkowity koszt jednego SMS-a to 1,23 zł. Głosowanie trwa do 7 lutego 2012 roku do godziny 12.00! Dziękujemy!

Pogrążamy się w oczekiwaniu na ostatnie teksty, przed nami wiele wyzwań, ale wspiera nas tyle utalentowanych osób, że to będzie czysta przyjemność.


Agnieszka i Danusia

 

 

 



10:17, krainaczytania , Wydarzenia
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 23 stycznia 2012

 

 

Dorota Terakowska

     

      Tam gdzie spadają Anioły




 

 

Wydawnictwo: WYDAWNICTWO LITERACKIE
Kraków 2002



 Aniele Boży, Stróżu mój,
Ty zawsze przy mnie stój.
Rano, wieczór, we dnie, w nocy
bądź mi zawsze ku pomocy.



 

Z twórczością Doroty Terakowskiej zetknęłam się całkiem niedawno. Owszem, jej nazwisko było mi znane, ale jako sceptyk w kwestii literatury polskiej, nie bardzo miałam ochotę sięgać po książki polskich autorów. Do dziś nie wiem, co skłoniło mnie, aby podczas ostatniej wizyty w bibliotece wrzucić do plecaka właśnie Jej powieść. Być może był to tytuł, zważywszy że z Aniołami jestem dość mocno związana, ponieważ posiadam w domu sporą kolekcję „anielskich figurek”. A może to sam mój Anioł Stróż podszepnął mi, żebym w końcu się przełamała i przestała stronić od literatury polskiej?

Z Aniołami związana jest nie tylko religia chrześcijańska. Te skrzydlate Istoty występują w wielu kulturach, religiach, czy też społecznościach. Ludzkości znane są od zarania dziejów, ponieważ symbolizują nasz byt duchowy. Anioły to szeroka grupa Istot, które skupiają w sobie nie tylko cechy dobre, ale także i te złe. Niektórzy wierzą, że każdy człowiek w chwili narodzin otrzymał od Boga swojego osobistego Anioła Stróża, którego zadaniem jest prowadzić go przez życie i ochraniać przed niebezpieczeństwem. Ale niestety, nie zawsze jest tak, że Anioł Stróż przed wszystkim człowieka obroni, bo jak wiadomo, ludzi dotykają nieszczęścia i nikt nie może nic na to poradzić. W takim razie, jak jest naprawdę? Czy rzeczywiście Aniołowie są wśród nas, czy może tylko jest to jedno z ludowych wierzeń, dzięki któremu łatwiej nam żyć? A Wy jak myślicie?

Bohaterka powieści Tam gdzie spadają Anioły mocno wierzy w swojego Anioła Stróża, choć jej życie nie jest usłane różami. Zapytacie, dlaczego? Otóż, pewnego dnia pięcioletnia Ewa, bawiąc się przed domem nagle słyszy szum, jak gdyby stado ptaków szybowało po niebie. Ale to nie są ptaki. Mała Ewa widzi coś więcej. Ona widzi… Anioły. Próbuje zainteresować tym swoją matkę, która akurat w pracowni modeluje z gliny figurę Piety. Lecz Anna nie zwraca na nią uwagi. Jedyne, na czym się koncentruje, to jej rzeźba, której jeszcze wiele brakuje do doskonałości. Gdy Ewa nie daje za wygraną, matka próbuje uświadomić dziecku, że to tylko ptaki. Ale dziewczynka wie, że jest inaczej. W końcu postanawia nie zawracać Annie głowy i biegnie w kierunku lasu, bo to właśnie tam zmierzają Anioły. Nagle Ewa widzi jak Czarne Anioły atakują Białe. Tak bardzo chciałaby pomóc Białemu Aniołowi, któremu Czarny brutalnie wyrywa pióra ze skrzydeł, ale nie może. Anioły są za wysoko, a ona jest taka mała. Wie tylko, że Biały Anioł bardzo cierpi. Miejsce, w którym ma skrzydła bardzo krwawi.

(…) ale już w ślad za Białym, jak jastrząb za gołębiem, zapikował Czarny Anioł i schwycił go w swoje szpony. Starcie odbyło się tak blisko, że mogła dojrzeć ich oblicza: blade, zmęczone Białego i triumfujące, nienasycone oblicze jego prześladowcy. Czarny, trzymając Białego Anioła niedbale, choć mocno, jak rozszarpanego ptaka, spojrzał na Ewę przenikliwymi oczami i dziewczynka doznała uczucia bólu. Ten ból miał także kolor czerni.
– TO TY…! – zaśmiał się bezgłośnie, trochę zdziwiony, a mała Ewa po raz wtóry pomyślała, że jest tak piękny, iż jego uroda przyciąga i nie pozwala oderwać oczu. Potrząsnął Białym Aniołem, z którego skrzydeł oderwało się kilka śnieżnobiałych piór, i pofrunął dalej, dzierżąc niedbale swą ofiarę.
– Puść go! – krzyknęła rozpaczliwym głosem. Czarny obejrzał się z szyderczym, ale pięknym uśmiechem i przyśpieszył lot.*

Kiedy Anioły zniknęły z zasięgu wzroku dziewczynki, Ewa będąc pod wrażeniem tego, co jeszcze przed chwilą widziała, cofając się nie zauważa ogromnego dołu wykopanego w ziemi przez kłusowników. Wpada do niego i traci przytomność. Po jakimś czasie zostaje odnaleziona przez rodziców i babcię, która mieszka kilka ulic dalej. Dziewczynka natychmiast zostaje zabrana do szpitala. Lekarze nie znajdują u niej poważnych obrażeń, ale Ewa niczego nie pamięta. Nie pamięta, że po niebie szybowały Anioły. Nie pamięta też, że Biały Anioł walczył z Czarnym i został przez niego dotkliwie okaleczony. Tymczasem babcia zabiera do domu pióro, które znalazła tuż obok wnuczki, kiedy ta leżała w wilczym dole. Jeszcze wtedy nie wie, że to nie jest takie zwyczajne pióro. To pióro Anioła, którego tak naprawdę nie miała prawa tam znaleźć, ponieważ nic, co pochodzi z Nieba, nie może trafić na Ziemię.

Niemalże natychmiast na osiedle, na którym mieszka mała Ewa przychodzi ni to człowiek, ni to jakaś nadprzyrodzona Istota. Jest wystraszony, brudny i kaleki. Początkowo ludzie się go boją i chcą się go pozbyć. Lecz po jakimś czasie oswajają się z nim i pozwalają mu zamieszkać w osiedlowej ruderze. Babcia Ewy zanosi mu jedzenie i ubrania po swoim zmarłym mężu. Mieszkańcy osiedla nazywają go „Bezdomny”. Wygląda na to, że Bezdomny jest niemową. Mała Ewa bardzo szybko zaprzyjaźnia się z nim i tylko ona potrafi z nim rozmawiać. Od chwili, gdy wpadła do wilczego dołu, jej życie bardzo się zmieniło. Niegdyś była zdrowym i radosnym dzieckiem, a teraz co kilka dni trafia do szpitala, bo albo niefortunnie upadnie, albo przebije sobie dłoń drutem, a to znowu wpadnie pod samochód. Rodzice jakoś niespecjalnie zwracają na to uwagę, ponieważ są zaabsorbowani swoim życiem. Anna wciąż rzeźbi, a Jan stale siedzi przed komputerem i wierzy tylko w świat wirtualny i w wiedzę, jaką może czerpać z Internetu.

Mija osiem lat. Ewę nadal prześladuje pech. Dziewczynka chodzi już do szkoły, ale nie ma przyjaciół. Jedyną przyjazną jej osobą jest Bezdomny, który nadal mieszka w osiedlowej ruderze. Ale nie tylko on zadomowił się na osiedlu. Wraz z nim pojawiło się ogromne, czarne ptaszysko, które uparcie okupuje miejsce na jednym z drzew przed domem, w którym mieszka Ewa. Anna zauważa, że ilekroć ma zdarzyć się jakieś nieszczęście, pojawia się owe niezidentyfikowane ptaszysko. Natomiast Ewa czuje się coraz gorzej. Jest osłabiona, kręci jej się w głowie, a na jej ciele pojawiają się wylewy podskórne. Pewnego dnia Ewa traci przytomność. Kiedy trafia do szpitala, lekarze diagnozują u niej ostrą białaczkę, której tak naprawdę nie można leczyć. Medycy zalecają czekanie. Tylko na co? Na śmierć? A może na cud? I wtedy babcia stwierdza, że to wszystko wygląda tak, jak gdyby Ewunia straciła swojego Anioła Stróża! Od tej chwili rozpoczyna się usilne poszukiwanie Anioła. Ale czy zakończy się ono powodzeniem? Czy Ewa i jej rodzina znajdą w sobie wystarczająco dużo sił, aby odnaleźć Anioła Stróża? Czy Ewa będzie zdrowa?

Ta powieść opowiada o odwiecznej walce Dobra ze Złem. Pozwala wierzyć w to, że gdzieś tam jest Ktoś, Kto stale się nami opiekuje i chroni nas przed przeciwnościami losu. Tylko musimy Mu zaufać i uwierzyć w Niego. Książka pokazuje też, że nic nie dzieje się przypadkiem. Wszystko ma swoje przeznaczenie. Pokazuje jak mogą zmienić się ludzie pod wpływem dramatycznych przeżyć. Pokazuje, że nie wszystko da się wytłumaczyć za pomocą teorii naukowych. Jeśli czegoś nie widzimy, to wcale nie oznacza, że tego nie ma. Książka skłania do myślenia, do zastanowienia się nad własnym życiem, nad sensem cierpienia. Trzynastoletnia Ewa z jednej strony godzi się z tym, co nieuniknione. Zdaje sobie sprawę z tego, że pewnego dnia może już nie zobaczyć zachodu słońca. Jednak z drugiej strony wciąż ma nadzieję, że odnajdzie swojego Anioła Stróża i znów będzie zdrowa. Przez cały czas nastolatce towarzyszy tekst modlitwy, którą zacytowałam na początku mojej recenzji, a także obrazek Anioła Stróża podobny do tego, który widzicie w niniejszym wpisie.

Mogłabym o tej książce jeszcze wiele napisać, ale wtedy mój wpis byłby bardzo długi, a ja nie chcę Was zanudzać. Jeśli znajdziecie chwilę czasu, to zachęcam Was do przeczytania tej książki. Dla mnie jest to najpiękniejsza powieść, jaką kiedykolwiek czytałam. Jej fabuła porusza tak mocno, że w pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się, czy dam radę doczytać ją do końca, czy może zwyczajnie zaleję się łzami i oddam do biblioteki książkę nieprzeczytaną. Ale na szczęście dotrwałam do ostatniej strony i teraz już jestem pewna, że w niedługim czasie sięgnę po kolejne powieści Doroty Terakowskiej. Żałuję tylko, że tę Autorkę poznałam tak późno. Poznałam Ją, kiedy Jej już z nami nie ma od kilku lat.

Pani Doroto, dziękuję za piękną powieść.


 

Moja ocena: 6/6 

 

 

Dorota Terakowska

Anioł Stróż - fot.

źródło okładki

 

♠♠♠♠♠

 

* Dorota Terakowska, Tam gdzie spadają Anioły, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002, s. 16.

 

 

prawa autorskie zastrzeżone


piątek, 20 stycznia 2012

 

 

Jayne Ann Krentz

           

           Pensjonat Maggie





 

Wydawnictwo: HARLEQUIN-MIRA
Warszawa 2011
Tytuł oryginału: The Private Eye




 

Książkę, o której chcę Wam dzisiaj napisać przeczytałam, ponieważ zachęciły mnie do niej recenzje na innych blogach. W związku z tym, podczas mojej ostatniej wizyty w bibliotece w stosiku znalazł się Pensjonat Maggie. Znałam tę powieść już wcześniej, ale nie wydawało mi się, aby była ona godna uwagi. Teraz mogę śmiało stwierdzić, że miałam rację. Wiem, że w tym momencie wychodzę na „czarną owcę” wśród blogujących recenzentów, ale nie mogę napisać dobrze o tej książce tylko dlatego, że innym ona się podoba. Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał mi za złe, że wyłamuję się z tego powszechnego zachwytu nad tą książką. Wygląda na to, że jestem wybrednym i wymagającym czytelnikiem, bo dla mnie nawet romans powinien coś sobą reprezentować. Kiedy na okładce czytam takie oto słowa: „(…) Ktoś chce doprowadzić pensjonat do bankructwa i stosuje coraz brutalniejsze metody(…)”, to wówczas spodziewam się, że owymi „brutalnymi metodami” okaże się co najmniej porwanie dla okupu, a w skrajnym przypadku nawet morderstwo. Natomiast w tym konkretnym przypadku okazuje się, że „brutalną metodą” jest awaria elektryczności i celowe rozszczelnienie rur w piwnicy.

Moi stali Czytelnicy wiedzą, że niejednokrotnie przyznawałam się do tego, iż lubię czas od czasu przeczytać jakiś romans. Tak właśnie było tym razem. Po dawce sensacji, którą znalazłam w Bursztynowej Komnacie, postanowiłam, że teraz przeczytam coś lżejszego. W moim przekonaniu „coś lżejszego”, to właśnie romans, a jeśli do tego jest to thriller romantyczny, to już nic więcej mi nie potrzeba. Tak właśnie została zareklamowana ta powieść. Jako thriller romantyczny, który tak naprawdę z thrillerem nie ma nic wspólnego. Jest to zwyczajne romansidło pozbawione wszelkich emocji.

Główną bohaterką jest Margaret (Maggie) Gladstone, która po śmierci swojej ciotki, Agaty, dziedziczy uroczy, wiktoriański pensjonat o nazwie Peregrine Manor. Kobieta ma trzydzieści lat i mówi się o niej „stara panna”. W pensjonacie wraz z nią mieszka troje starszych ludzi: Odessa Hawkins, Shirley Smith i emerytowany żołnierz, którego wszyscy nazywają „Pułkownikiem”. Jest styczeń. Pensjonat jest pusty nie tylko dlatego, że sezon ma zacząć się dopiero za kilka miesięcy, ale przede wszystkim dlatego, że jakaś „niewidzialna ręka” sprawia, iż w pensjonacie zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Najwidoczniej ktoś nie darzy sympatią nowej właścicielki. W związku z tym, Maggie postanawia wezwać pomoc, gdyż za nic nie chce pozbywać się uroczego pensjonatu, a najprawdopodobniej celem „niewidzialnej ręki” jest właśnie wykurzenie spadkobierczyni z tego miejsca.

W niedługim czasie z pomocą przybywa Josh January, prywatny detektyw, który w Seattle prowadzi agencję detektywistyczną wraz ze swoim wspólnikiem o nazwisku McCray. Josh jest świeżo po udanej akcji odbicia zakładniczki, która nawiasem mówiąc, wolała nadal pozostać w rękach porywacza, aniżeli wrócić do bezpiecznego domu do ojca. Gdy obolały i ledwo trzymający się na nogach detektyw staje w drzwiach pensjonatu, Maggie jest nie tylko zaskoczona, ale bierze go za kogoś zupełnie innego. Uważa, że jest on jednym z ewentualnych gości, do których jeszcze nie dotarło, że pensjonat jest zamknięty. Ponieważ trzydziestoletnia dama przez pewien czas pracowała jako bibliotekarka, mogła do woli naczytać się książek, wśród których przeważały kryminały. A ten podpierający się kulami pan, około czterdziestki, w niczym nie przypomina jej Sherlock’a Holmes’a. Niemniej, Maggie nie ma większego wyboru, jak tylko uwierzyć na słowo Josh’owi.

Detektyw godząc się na przyjazd do Peregrine Manor ma w tym również swój ukryty cel, o którym Maggie dowie się dopiero za jakiś czas. Dobrego imienia właścicielki pensjonatu broni Pułkownik, który już przy pierwszej nadarzającej się sposobności informuje Josh’a, iż może on zainteresować się Maggie, ale tylko jeśli ma wobec niej poważne zamiary. Żaden przelotny romans nie wchodzi w grę. Innymi słowy detektyw będzie musiał się z nią ożenić, co raczej nie będzie trudne, bo „stara panna” jest w jego oczach dość atrakcyjna i praktycznie już od samego początku Josh czuje, że nie jest mu obojętna. Oczywiście fakt ten nie przeszkadza mu w skupieniu się na śledztwie. Każda z osób mieszkających w pensjonacie ma swoją teorię na temat tajemniczych awarii. Natomiast sama Maggie uważa, że wszystko to dzieje się z powodu szmaragdowej broszki ciotki Agaty. O tym, czy Margaret Gladstone ma rację, dowiecie się, kiedy przeczytacie powieść.

W moim przekonaniu ta książeczka o formacie szkolnego zeszytu, jest tak naiwna, że aż brak mi słów. Tego typu historię można wymyśleć na poczekaniu, a spisać ją w niecały tydzień, jeśli autora nie będą rozpraszać inne obowiązki. Z kolei wątek kryminalny jest tak marny, że aż żałosny. Dziwię się, że spod pióra Autorki o dość znanym nazwisku wyszedł zwyczajny gniot. Dla mnie romans i to w dodatku z wątkiem kryminalnym, powinien zawierać coś znacznie więcej niż powtarzające się co kilka stron dialogi typu:

– Maggie – szepnął. – Maggie, najdroższa, chcesz mnie, naprawdę? – pytał oszołomiony. – Musiało cię wiele kosztować przyjść tutaj.
Odwróciła twarz skrytą w jego ramionach.
– Tak.
– W porządku, kochanie. Wszystko w porządku. Czemu drżysz? Wszystko będzie dobrze. Ja też cię pragnę. Bardzo, bardzo.* 

Pozwólcie, że dalszego ciągu już nie zacytuję z uwagi na możliwość ewentualnego czytania mojego bloga przez dzieci.

Mam wrażenie, że Autorka za wszelką cenę usiłowała zrobić z tej powieści coś na kształt twórczości Jane Austen lub Charlotte Brönte. Zapytacie skąd u mnie takie przypuszczenie? Otóż, kiedy czyta się tę książeczkę, to momentami ma się wrażenie, jakby rzecz działa się w epoce wiktoriańskiej. Mamy wiktoriański dworek, którego właścicielką jest prowincjonalna panienka z dobrego domu, dla której jej dobre imię jest na wagę złota. Dialogi swoją konstrukcją przypominają niekiedy te charakterystyczne dla XIX wieku. Takie nieśmiałe, że niby „chce, ale się boi”. Tylko że Jayne Ann Krentz zapomniała, że nikt z pisarzy żyjących współcześnie już nie napisze takich powieści, jakie pisały Jane Austen czy siostry Brönte, ponieważ talent do ich napisania trzeba mieć we krwi i nie pomogą tutaj stosy przeczytanych książek o tematyce dziewiętnastowiecznej. Aby dobrze napisać wiktoriańską powieść, to po prostu trzeba się w tej epoce urodzić. A już całkiem śmiesznie wychodzi, kiedy dany autor próbuje mieszać współczesny styl pisania z tym, który był charakterystyczny dla innych epok. Tak właśnie momentami jest w tej powieści.

Nie zarzekam się, że już nigdy nie wezmę do ręki żadnej powieści autorstwa Jayne Ann Krentz, bo tak się nie stanie. Jeśli będę miała taką możliwość, to z pewnością zapoznam się też z inną jej książką. Znam nieco twórczość tej Pisarki i wiem, że stać ją na dużo więcej. Według mnie Pensjonat Maggie to zwyczajny wypadek przy pracy.

Na koniec dodam jeszcze, że w całej tej powieści podobała mi się jedynie… okładka.


 

Moja ocena: 2/6

 

 

Jayne Ann Krentz official website

Jayne Ann Krentz on Facebook

źródło okładki

 

 

♠♠♠♠♠

 

* J.A. Krentz, Pensjonat Maggie, Wyd. Harlequin-Mira, Warszawa 2011, s. 139.

 

 

 

prawa autorskie zastrzeżone


 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Blog istnieje od 13 kwietnia 2011 roku
Cykle Literackie
My thoughts about books and literature
Pomóżmy Ewie powrócić do normalnego życia - Akcja: BLOGI DAJĄ NOGI
Proszę nie kopiować tekstu bez mojej zgody (ustawa z dn. 4 lutego 1994r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
Troszkę z innej bajki
Tutaj często zaglądam
Ulubione Blogi Książkowe
Wszelkie komentarze, które swoją treścią będą obrażać osobę autorki bloga lub innych czytelników, a także autorów książek, zostaną natychmiast usunięte.
Wydawnictwa i Księgarnie
Wywiad ze mną na blogu Książki Zbójeckie


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?