Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
czwartek, 17 maja 2012

 

Nadchodzi rok 1840. Młodzi państwo Kraszewscy opuszczają dzierżawiony majątek w Omelnie i przenoszą się do Gródka, który leży pod Łuckiem. Ta inwestycja kosztuje ich sto tysięcy rubli, które pochodzą z posagu wniesionego przez żonę Józefa. Natychmiast zwalniają chłopów z uciążliwych prac. W tym samym czasie w Wilnie Kraszewski wydaje aż siedem utworów powieściowych. Niektóre źródła podają, iż było ich osiem, wliczając także powieść Poeta i świat, choć inni twierdzą, że drugie wydanie tego utworu miało miejsce dopiero w roku 1841. Niemniej nie zmienia to faktu, iż pośród wspomnianych powieści znajdują się: Całe życie biedna, Mistrz Twardowski, Pan Karol, Historia o bladej dziewczynie spod Ostrej Bramy, Stańczykowa kronika, Cztery wesela oraz Ostatnia z książąt Słuckich. Wszystkie te utwory wychodzą pod wspólnym tytułem Szkice obyczajowe i historyczne. Natomiast jako rezultat dziesięcioletnich studiów archiwalnych ukazuje się wreszcie czterotomowa publikacja pod tytułem Wilno od początków jego do roku 1750.

 

Dworek w Gródku, który z czasem został rozbudowany przez Józefa w celu pomieszczenia pokaźnych rozmiarów biblioteki i zbiorów sztuki. Jest to fragment akwareli Jana Konopackiego.

 

Józef jest niezwykle płodny literacko. Tak więc oprócz powyższych utworów drukiem ukazują się także w dwóch tomach Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy, które dedykuje Antoniemu Urbanowskiemu na pamiątkę chwil spędzonych w jego domu. Po raz pierwszy na karcie tytułowej Józef zamieszcza ulubione motto: Nulla dies abeat quin linea ducta supersit, czyli Niech nie mija żaden dzień bez wprowadzenia kreski. Kraszewski pomny na złośliwą krytykę czytelników i recenzentów, we wstępie do Wspomnień pisze między innymi tak:

Cóż począć z sobą, powiedzcie mi, gdy przyjdą długie posępne wieczory zimowe? Kto nie może ciągnąć kabały ani plotek słuchać, ani polować, a nie ma co czytać; kto jeszcze nie ze wszystkim wyrzekł się słodkiego powierzania swych myśli papierowi – ten musi, jeśli nie z przekonania, potrzeby i obowiązku (bo z tego świat prędko wyprowadzi), to przynajmniej dlatego pisać, żeby nie próżnował.

Pozwolicie czy nie – mówić z sobą szczerze moi niełaskawi czytelnicy? – Sto razy dawałem już sobie słowo nie pisać dla was więcej, widzę tak obojętne przyjęcie piszących, tak małą u nas czytelników liczbę; lecz sto razy znowu nieszczęsny popęd czy nałóg wtrącał pióro do ręki i pisać mi kazał.

Patrząc na stosy rękopisów, które księgarze odrzucają, grzecznie się kłaniając, patrząc na tyle chwil, które tym sposobem wyjęte z życia zostały i leżą bez użytku, nie raz myślałem – na cóż pisać? I na pierwszej karcie myśl ta zabijała popęd i ochotę. Dziś, obojętniejszy na los tego pisma, czy go kto czytać będzie, czy nie, biorę pióro jako lekarstwo od długich wieczorów pustych, które moje nowe życie całkiem prawie próżnymi stawia. Do wszystkiego przywyknąć można, lecz nałóg ciągłego zatrudnienia nie da się przezwyciężyć.

Kto raz czas cenić umiał, nałogowie potem próżno ulatujące chwile widzi z niepokonaną boleścią. Okolicznościami zamknięty na wsi w miejscu mało znajomym, bez stosunków prawie, dla tysiąca drobnych zatrudnień gospodarskich zmuszony siedzieć i siedzieć doma, pozbawiony książek, muszę pisać (…)[1]

Józef przyzwyczajony jest do tego, aby nie zwracać uwagi na to, co mówią ludzie. Tak więc i tym razem obiecuje sobie, że nawet najbardziej niesprawiedliwą krytykę przyjmie, okazując milczenie.

Obok powyższych utworów Kraszewski publikuje także pierwszą z trzech pieśni poematu Anafielas pod tytułem Witolorauda. Rok później (1841) rozpoczyna w Gródku redagowanie dwumiesięcznika Athenaeum. Jest to pismo zbiorowe poświęcone historii, filozofii, literaturze i sztuce. Józef nawiązuje również kontakty z tak zwaną koterią petersburską, czyli z grupą pisarzy wywodzących się głównie z bogatego ziemiaństwa Kresów. Koteria petersburska skupia się wokół urzędowej gazety Królestwa Polskiego, czyli Tygodnika Petersburskiego. Jej założycielem jest polski powieściopisarz i publicysta, Henryk Rzewuski. Zasadniczym celem tej grupy pisarzy jest głoszenie konserwatywnego poglądu społecznego, który gloryfikuje szlachecką przeszłość oraz prezentuje skrajnie ugodową postawę w stosunku do zaborców.

Jednocześnie z przystąpieniem Józefa do koterii petersburskiej, w Wilnie drukiem wychodzi fantazja dramatyczna w XI nocach pod tytułem Szatan i kobieta. Tymczasem w Horodcu Urbanowskich rodzi mu się syn, Jan.

Większość książek wydawanych w Wilnie Józef wzbogaca ilustracjami własnego autorstwa oraz ulubioną sentencją: Nulla dies abeat quin linea ducta supersit. W roku 1842 Kraszewski publikuje w dwóch tomach Obrazy z życia i podróży, które uzupełnia Wspomnieniami Wilna. 1830-1835. Zanim rok później Kraszewski wyjedzie w ponad trzymiesięczną podróż powozem do Odessy i Bessarabii, zdąży jeszcze wydać w Wilnie Studia literackie.

Wspomniana powyżej podróż ma miejsce latem 1843 roku w towarzystwie ciotki Elżbiety Urbanowskiej. Czas ten nasz bohater spędza nad wodami Morza Czarnego. Wyprawa ta jest dla Kraszewskiego na tyle ważna, że wykorzysta ją we Wspomnieniach Odessy, Jedyssanu i Budżaku, które opublikuje w Wilnie na przełomie 1845/1846 roku. Jednak zanim to się stanie nadchodzi czas wydania kolejnego utworu. Jest to Powieść składana, którą Józef napisał w duecie ze swoim przyjacielem, Placydem Jankowskim. W tym samym czasie ma miejsce także publikacja Ulany i Powieści poleskiej. Oczywiście wszystkie te utwory wychodzą w Wilnie, gdzie drukiem ukazuje się także zbiór felietonów literacko-dziennikarskich o tytule Akta babińskie. Pismo nieperiodyczne i niezbiorowe. Książeczka 1-2 (1843-1844). Natomiast Powiastki i obrazki historyczne to kolejny utwór, który ukazuje się w Wilnie w roku 1843.

 

Widok z okien pensjonatu w Odessie
(rys. J.I. Kraszewski, 21 lipca 1843 roku)

 

W głowie Józefa rodzi się także pomysł nawiązania kontaktów wydawniczych z Warszawą, co skutkuje ogłoszeniem tam drugiego wydania Poezji i dwóch tomów Nowych studiów literackich. Jednak największym osiągnięciem Kraszewskiego na warszawskim rynku wydawniczym w tamtym okresie okazuje się być opublikowanie niezwykle poczytnej powieści pod tytułem Latarnia czarnoksięska. Obrazy naszych czasów. Utwór wychodzi w dwóch seriach, licząc osiem tomów. Tymczasem w osławionym i umiłowanym przez Józefa Horodcu Urbanowskich na świat przychodzi kolejne dziecko państwa Kraszewskich – drugi syn, Franciszek.

Mieszkając w Gródku Kraszewski nadal redaguje Athenaeum. Trzeba wiedzieć, że to przedsięwzięcie nastręcza mu wiele trudności, lecz znając upór naszego bohatera, można spodziewać się, że żadne problemy nie są mu straszne i pod ich wpływem nie ma zamiaru rezygnować z pisma.

Józef wciąż sporo pisze i wydaje. Tym razem w Lipsku wychodzi czterotomowa powieść historyczna z XVIII wieku pod tytułem Malepatra oraz powieść o tematyce współczesnej Pisarzowi o tytule Pod włoskim niebem. Natomiast w Warszawie czytelnicy mogą zapoznać się z autobiograficznymi Pamiętnikami nieznajomego. W przypadku kolejnej powieści, którą Józef pragnie opublikować również w Warszawie, musi zmierzyć się z negatywną decyzją cenzorów warszawskich, którzy nie wydają zgody na opublikowanie powieści pod tytułem Zygmuntowskie czasy. Powieść z roku 1572. Tekst zostaje zatwierdzony do druku dopiero przez cenzurę petersburską. Kraszewski czyni także usilne starania w celu otrzymania paszportu na wyjazd do Poznania i Królewca. Jednak jego wysiłki idą na marne, gdyż owego paszportu niestety nie dostaje. Musi zadowolić się jedynie wyjazdem do Warszawy, co czyni w listopadzie i grudniu 1846 roku.

Wydarzeniem, które robi na Józefie dość spore wrażenie jest spotkanie w 1847 roku z Honoriuszem de Balzac. Fakt ten ma miejsce w Dubnie, gdzie Francuz jest przejazdem, wracając od niejakiej pani Hańskiej do Paryża.

Gdyśmy w r. 1847 jadącego z Wierzchowni spotkali i poznali Balzaka, dobrze już był siwym (…) Balzak wygląda na słusznego obywatela lub na przyzwoitego kupca: ma trochę brzuszka, twarz wesołą, oczy czarne, włos posiwiały i nastrzępiony, i bardzo podobny zresztą do znanych jego portretów. Mówi najchętniej (jak się zdaje) o grosiwie, spekulacji i worku (…)[2]

Od sierpnia do października tegoż roku Józef przebywa w Druskienikach, gdzie podupadły nieco na zdrowiu, leczy artretyzm. Jednak po powrocie stwierdza, że: Druskieniki zupełnie mi nie posłużyły i powróciłem gorzej chory do domu.[3]

Wygląda na to, że Kraszewski wykorzystuje każdą chwilę, a także każde miejsce, w jakim aktualnie przebywa, aby pisać i nie ma znaczenia jaką formę literacką przyjmie jego kolejny utwór. Tak więc pobyt w Druskienikach skutkuje powstaniem pierwszego przewodnika po uzdrowisku, który opracowuje wraz z naczelnym lekarzem, drem Ksawerym Wolfgangiem.

Tymczasem w Warszawie ma miejsce publikacja czterotomowej powieści pod tytułem Sfinks, a także dwutomowej o tytule Milion posagu, jak również wychodzi pierwszy tom dzieła historycznego zatytułowanego Litwa starożytna. Dzieje, ustawy, język, wiara, obyczaje, pieśni przysłowia, podania itd. Z kolei w Wilnie światło dzienne ogląda powieść pod tytułem Ostap Bondarczuk.

Józefowi udaje się także na trzy tygodnie wyjechać do Warszawy, gdzie redakcja Biblioteki Warszawskiej wydaje na jego cześć przyjęcie. Gdy nasz bohater rozkwita zawodowo i zapraszany jest „na salony”, jego rodzice opuszczają Dołhem, pozostawiając je we władaniu młodszego z braci Kraszewskich, Lucjana. Natomiast pani Zofia i pan Jan przenoszą się na stałe do Romanowa, gdzie pozostają aż do dnia swojej śmierci.

Rok 1848 to dla Józefa czas kolejnych zmian. Wraz z żoną decyduje się na sprzedaż Gródka i zakup pobliskiego majątku o nazwie Hubin. Tam też rodzi im się czwarte dziecko. Tym razem jest to córka, Augusta Maria.

 



[1] J.I. Kraszewski, Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy, Wyd. LSW, Warszawa 1985, s. 21.

[2] A. Trepiński, Józef Ignacy Kraszewski, Wyd. PWN, Warszawa 1975, s. 124.

[3] Ibidem.



źródło zdjęć: własne

 

prawa autorskie zastrzeżone

wtorek, 15 maja 2012

 

Agnieszka Lingas-Łoniewska

 

                    Zakręty losu

 

 

Wydawnictwo: NOVAE RES
Gdynia 2010

 

 

Nie ma na świecie człowieka, który nie musiałby zmierzyć się ze swoimi własnymi zakrętami losu. Jedni radzą sobie z tym lepiej, zaś inni poddają się im bez walki i pozwalają, aby coś, co naprawdę ważne, zniknęło z ich życia bezpowrotnie. Niestety jeszcze nikt nie wymyślił jak skutecznie wyprostować kręte życiowe drogi, aby móc żyć w szczęściu i nie oglądać się za siebie, bojąc się, że zła przeszłość powróci w najmniej oczekiwanym momencie.

Na krętą życiową drogę z całą pewnością wszedł Łukasz „Lukas” Borowski. Któregoś dnia postanowił, że zostawi najbliższą rodzinę i zwiąże się z tymi, dla których ludzkie życie nic nie znaczy. Zdecydował, że nie będzie zwracał najmniejszej uwagi na błagania rodziców, aby zawrócił z drogi, która może zapewnić mu szczęście jedynie przez krótką chwilę. Nie ma dla niego znaczenia to, że rodzice od zawsze pragnęli dla niego tylko tego, co dobre. Przecież „fach”, który ma ręku umożliwi mu lepsze życie. Od teraz będzie już egzystował na wysokim poziomie i nie jest ważne, ilu niewinnych młodych ludzi straci przez niego życie.

Łukasz ma też młodszego brata, Krzysztofa. Chłopak ma dopiero niespełna dziewiętnaście lat, ale jest zbyt poważny jak na swój wiek. Doskonale wie, czego chce od życia, ma sprecyzowane plany na przyszłość, posiada też swoje pasje, które stara się rozwijać. Boli go, że jego starszy brat wybrał własną drogę, która kiedyś z pewnością doprowadzi go do zguby. Lecz ani Krzysiek, ani też rodzice nie mają na to żadnego wpływu. Łukasz jest dorosły i teoretycznie wie, co robi.

Jedną z pasji Krzyśka Borowskiego jest jazda na rowerze, którą praktykuje szczególnie w miejskim parku. Jednak pewnego październikowego dnia, kiedy jak co dzień jeździ po parkowych alejkach, jego życie zmienia się diametralnie za sprawą dziewczyny, która najpierw go „zabije”, a po latach znów przywróci do życia.

(…) Biegła przez park, wokół nie było prawie nikogo. Zaczynało się już ściemniać i postanowiła wracać, bo nie chciała martwić ojca.

Schyliła się, ponaciągała trochę mięśnie nóg i grzbietu, zrobiła kilka wymachów rękoma i zaczęła biec w stronę domu. Nagle z kieszeni dresu wypadł jej wysłużony walkman i potoczył się na ziemię. W ostatniej chwili zrobiła unik, żeby go nie rozdeptać, i poślizgnęła się na mokrej trochę ściółce, robiąc piękny szpagat wprost na wilgotne liście.

– Cholera! – krzyknęła i w tym momencie usłyszała, jak z lekkim szurnięciem zatrzymuje się koło niej rower i po krótkiej chwili do jej uszu dotarł głęboki głos:

– Wszystko w porządku?

– Nie wiem… chyba… – powiedziała, próbując się podnieść. Kątem oka zobaczyła jak jakiś chłopak odstawia rower, żeby pomóc jej wstać. Spojrzała na swojego wybawcę – był bardzo wysoki, miał kask rowerowy i cały osprzęt do szybkich jazd.

– Dzięki – uśmiechnęła się.

– Nie ma sprawy. Na mokrych liściach łatwo się przejechać – mruknął, zdejmując kask. Podał jej rękę, uzbrojoną w rękawiczkę bez palców. – Krzysiek jestem – powiedział, patrząc na nią uważnie.

– Kaśka – uścisnęła jego dłoń i przyjrzała się chłopakowi (…)[1]

Nie trudno się domyślić, że tych dwoje już niedługo połączy gorące uczucie. Jednak bycie razem nie będzie trwało długo. Lecz oni jeszcze o tym nie wiedzą. Snują wspólne plany na przyszłość. Krzysiek pragnie zostać prawnikiem, tak jak jego ojciec. Kasię Matczak również ciągnie do tego zawodu. Niemniej teraz obydwoje muszą skupić się na zbliżającej się wielkimi krokami maturze. Ich spokój co pewien czas zakłóca starszy brat Krzyśka, a także Małgosia Filipiak, która jest córką drugiej żony ojca Kasi. Ich dramat rozpoczyna się już na szkolnej wycieczce, na którą całą klasą wyjeżdżają tuż przed maturą. Potem dochodzi jeszcze tragedia, po której Kasia nie jest w stanie się podnieść i jedynym wyjściem z tej dramatycznej sytuacji jest dla niej wyjazd do Warszawy na studia.

(…) Krzysiek nie pamięta jak wypadł z pokoju i wsiadł do samochodu. Drogę na dworzec pokonał w rekordowym tempie. Gdy wbiegł do hali dworca, usłyszał, jak głos z megafonu informuje, że pociąg pośpieszny do Warszawy odjeżdża z toru drugiego przy peronie pierwszym. Skacząc po trzy stopnie, niemal tratując ludzi, wbiegł na peron i zobaczył wolno ruszający pociąg. Dostrzegł ojca Kaśki, który szedł obok wagonu. W oknie stała jego córka i patrzyła na niego smutnym wzrokiem.

Krzysiek krzyknął:

– Katka!!! –  a dziewczyna odwróciła głowę i spojrzała na niego przestraszona. Podbiegł do jej okna i chwycił ją za rękę, biegnąc koło rozpędzającego się pociągu.

– Katka!!! Nie zostawiaj mnie, błagam!!! –  pociąg nabrał prędkości i jej chłodne palce wysunęły się z jego mocnego uścisku. Popatrzyła zrozpaczonym wzrokiem, a on dobiegł do końca peronu i podniósł ręce. Krzyknął z całej siły, jaką miał w płucach:

– KATKA!!![2]

Mija trzynaście lat udręki. Drogi życiowe Katarzyny i Krzysztofa znów się krzyżują. Lecz tym razem stają po dwóch różnych stronach. Jak poradzą sobie z kolejnym zakrętem losu? Czy uda im się zapomnieć i wybaczyć? Czy dadzą radę stawić czoła tym, którzy NIGDY NIE ZAPOMINAJĄ? Przekonajcie się sami, czytając Zakręty losu.

Zakręty losu to pierwsza z trzech części opowieści o braciach Borowskich. W planie wydawniczym są dwie pozostałe, czyli Zakręty losu. Braterstwo krwi oraz Zakręty losu. Historia Lukasa. Cała trylogia ma ukazać się już jesienią tego roku. Osobiście nie mogę się już doczekać dnia premiery. Na chwilę obecną jest to ostatnia książka Agnieszki Lingas-Łoniewskiej, którą przeczytałam, gdyż, o ile mi wiadomo, mam już za sobą wszystkie jej powieści wydane w Polsce. Teraz nie pozostało mi już nic innego, jak tylko cierpliwie czekać na kolejne fantastyczne powieści tej Autorki.

Sięgając po Zakręty losu musicie pamiętać, że nie jest to jedynie romans. Jest to powieść sensacyjna, która trzyma w napięciu do ostatniej strony. Autorka funduje czytelnikowi nie tylko sporą dawkę emocji, ale przede wszystkim skupia się na portretach psychologicznych poszczególnych bohaterów. Na tę książkę, podobnie jak na pozostałe powieści, Agnieszki Lingas-Łoniewskiej, należy spojrzeć znacznie głębiej, aniżeli tylko na wątek uczuciowy. W przypadku Zakrętów losu czytelnik ma do czynienia z różnorodnością postaci. Jest tutaj bardzo wyraźnie przedstawiona miłość braterska, w imię której można uczynić bardzo wiele, nawet wbrew prawu. Widać też miłość rodzicielską, dzięki której rodzic jest w stanie nie dostrzegać błędów swojego dziecka. Tak właśnie zachowują się rodzice Łukasza i Krzysztofa, a także matka Małgosi Filipiak. Kobieta nie dość, że nie radzi sobie z wychowaniem córki, to jeszcze za jej występki obarcza winą innych. A rodzice Krzyśka i Łukasza? Co oni robią? Oni z kolei doprowadzają do tego, że Krzysiek czuje się odpowiedzialny za postępowanie swojego brata, choć tak naprawdę nic nie może zrobić, aby zawrócić go ze złej drogi. No właśnie. A co w takim razie z Łukaszem? Czy on naprawdę jest tak do końca zdemoralizowanym gangsterem, że nie ma w nim ani odrobiny ludzkich uczuć?

Agnieszka Lingas-Łoniewska po raz kolejny mnie nie zawiodła jako czytelnika. Swoim talentem pisarskim doprowadziła do tego, że teraz jestem już na takim etapie, iż sięgam po jej książki „w ciemno” i wiem, że się nie rozczaruję. Wierzę, że jeszcze nie raz dzięki jej powieściom będę się wzruszać, złościć, śmiać i będę mieć nadzieję, że dobro zawsze zwycięży.

 

Moja ocena: 6/6

 



[1] A. Lingas-Łoniewska, Zakręty losu, Wyd. Novae Res, Gdynia 2010, s. 14-15.

[2] Ibidem, s. 176.

 

Blog Autorki

Strona Autorska

Zakręty losu na FB

źródło okładki

 

prawa autorskie zastrzeżone



poniedziałek, 14 maja 2012

 

Którejś nocy, będąc jeszcze w szpitalu, obudziłam się, czując czyjąś obecność. Spojrzałam w stronę okna i ujrzałam Robina siedzącego na szerokim parapecie. Siedział bokiem do mnie z jedną nogą spuszczoną z parapetu, a drugą trzymał zgiętą w kolanie, opierając ją na parapecie. Księżyc oświetlał jego postać. Nie patrzył na mnie. Jego wzrok był utkwiony gdzieś za oknem.

– Robin, to ty mnie uratowałeś, prawda? – zaczęłam bez żadnego wstępu.

– To nie ma znaczenia. Najważniejsze, że żyjesz – odparł, nie zmieniając ani pozycji ciała, ani nie zaszczycając mnie swoim spojrzeniem.

– Dlaczego nie pozwoliłeś mi umrzeć razem z nimi?

– Bo twój czas jeszcze nie nadszedł.

– A ich nadszedł? Oni byli jeszcze tacy młodzi – już nie płakałam. Choć czułam rozpacz i żal, to jednak moje oczy nie potrafiły już wyprodukować ani jednej łzy. Wszystkie, które miałam już wylałam.

– Takie było ich przeznaczenie. – Usłyszałam w odpowiedzi.

– Dziękuję, Robin – moje podziękowanie było zwykłą grzecznością. Nie umiałam jeszcze okazać wdzięczności za takie poświęcenie z jego strony. Jedyne, czego pragnęłam w tamtej chwili, to umrzeć. Wiedziałam, że wyrzuty sumienia i tak zabiją mnie prędzej czy później. To kwestia czasu. Kiedy nie odpowiadał, zapytałam: – Powiedz mi, jak to się stało, że ludzie cię widzieli? Mój brat mówił, że byli tam jacyś świadkowie, którzy widzieli, jak mnie wyciągasz z samochodu. Przecież to niemożliwe. Dorotka powiedziała mi kiedyś, że tylko ja mogę was zobaczyć.

– Nie myślałem o tym, żeby się ukryć. – Odpowiedział i po raz pierwszy spojrzał na mnie. – Ty byłaś najważniejsza. Musiałem cię ratować.

– Nie będziesz miał kłopotów?

– Nie wiem. Może.

Robin zeskoczył z okna i usiadł na moim łóżku. Zapaliłam niewielką lampkę, która wisiała nad łóżkiem i wtedy zobaczyłam, że ma poranione ręce. Nieśmiało dotknęłam jego dłoni.

– Jak to możliwe, że się pokaleczyłeś, skoro nie jesteś człowiekiem, tylko postacią literacką?

– Wtedy byłem jednym z was. Żeby ci pomóc musiałem przybrać wasze ciało.

– Nie chcę, żebyś miał przeze mnie kłopoty. Nie chcę, żeby Literatura cię ukarała za to, że pozwoliłeś się zobaczyć ludziom.

– Nie myśl teraz o tym. – Wyciągnął rękę i dotknął bandaża na mojej głowie. – Boli cię? – zapytał.

– Już nie. Czasami tylko kręci mi się w głowie, ale lekarze mówią, że to minie. Robin, nie bałeś się?

– Bałem się. Twój świat jest dla mnie dziwny. Nie znam większości rzeczy, których wy używacie. Boję się tych blaszanych maszyn, którymi się poruszacie albo tych metalowych ptaków latających po niebie. One wydają taki okropny dźwięk. Ale nie mogłem cię tam zostawić.

– Dziękuję – tylko tyle byłam w stanie powiedzieć, bo wzruszenie ściskało mi gardło. Przytuliłam się do Robina najmocniej jak umiałam i na tyle, na ile pozwalało mi moje obolałe ciało. Poczułam jak on też mnie obejmuje i wiedziałam, że przy nim jestem bezpieczna.

– Zdecydowanie wolę konie – usłyszałam, a w głosie Robina wyczułam niewyraźną wesołą nutę.

– Może mnie też przytulicie, co? W końcu ja też straciłem rodziców.

Na te słowa oderwaliśmy się od siebie i spojrzeliśmy w kierunku, z którego dochodził dziecięcy głos. Z drugiej strony mojego szpitalnego łóżka siedział mały chłopiec. Spojrzałam na Robina, szukając u niego pomocy w rozpoznaniu gościa, ale on milczał.

– Kim jesteś? – zapytałam.

– Jestem Maciuś. A właściwie król Maciuś Pierwszy. Też jestem sierotą, a w dodatku mam na głowie całe królestwo i zupełnie nie wiem jak sobie z nim poradzić. Całą władzę chcę oddać w ręce dzieci, bo to one powinny być najszczęśliwsze. A moi ministrowie są jacyś dziwni. Zachowują się tak, jakby robili mi na złość. Tylko z Felkiem mogę o wszystkim pogadać. – Zakończył, bacznie nam się przyglądając i czekając, co my na to. Kiedy nadal milczeliśmy, dodał: – Dostałem od Felka kartkę takiej oto treści i nie wiem, co począć. – Mówiąc to wyciągnął ku nam kawałek zapisanego papieru, na którym Felek zawiadamiał, że:

Trzy państwa wypowiedziały waszej królewskiej mości wojnę. Ojciec mój zawsze obiecywał, że na pierwszą wieść o wojnie upije się z radości. Czekam na to, bo zobaczyć się musimy.[1]

Skoro tylko skończyłam czytać, moja szpitalna sala zamieniła się w królewską salę posiedzeń i tak oto całą trójką znaleźliśmy się na dworze małego króla, który wbrew sobie musiał podejmować poważne decyzje, aby ratować swój kraj. Jego ojciec, Stefan Rozumny, zmarł stosunkowo niedawno, a mama nie żyła już od dawna. W sali posiedzeń miały odbywać się obrady związane z wypowiedzeniem Maciusiowi wojny.

(…) I punkt o czwartej w sali posiedzeń zadzwonił król Maciuś i powiedział:

– Panowie, zaczynamy obrady.

– Proszę o głos – odezwał się prezes ministrów.

I zaczął długą przemowę o tym, że nie może dłużej pracować, że przykro mu zostawić króla samego w tak ciężkiej chwili, że jednak musi odejść, że jest chory.

To samo powiedziało czterech innych ministrów.

Maciuś ani trochę się nie przestraszył, tylko odpowiedział:

– Wszystko to bardzo piękne, ale teraz jest wojna i nie ma czasu na choroby i zmęczenie. Pan, panie prezesie ministrów, zna wszystkie sprawy, więc musi pan zostać. Jak wygram wojnę, to pomówimy jeszcze.

– Ależ w gazetach pisali, że ja ustępuję.

– A teraz napiszą, że pan zostaje, bo taka jest moja… prośba.

Król Maciuś chciał powiedzieć: „Taki mój rozkaz”, ale widocznie cień ojca poradził mu w tak ważnej chwili zamienić wyraz „rozkaz” na „prośbę”.

– Panowie, musimy bronić ojczyzny, musimy bronić naszego honoru.

– Więc wasza królewska mość będzie się bił z trzema państwami? – spytał minister wojny.

– A cóż pan chcesz, panie ministrze, żebym ich prosił o pokój? Jestem prawnukiem Juliana Zwycięzcy. Bóg nam dopomoże.

Spodobała się ministrom taka przemowa, a prezes zadowolony był, że król prosi. Jeszcze się trochę na niby upierał, ale się zgodził zostać.

Długo trwała narada. A gdy się skończyła, chłopcy na ulicach krzyczeli:

– Dodatek nadzwyczajny! Konflikt zażegnany![2]

Widziałam, że Maciuś jest bardzo zdziwiony tym, że ministrowie już się pogodzili, bo przecież podczas narady nie było o tym mowy. Podobnie jak nikt nie wspominał, że Maciuś ma wygłosić przemowę do swojego ludu i że na białym koniu będzie jechać na czele dzielnego wojska. Przecież ministrowie wcześniej mówili o kolejach, pieniądzach, sucharach, butach dla wojska, o sianie, owsie, wołach i świniach, jakby w ogóle nie chodziło o wojnę, lecz o całkiem coś innego. Mały król przyznał się nam, że wiele słyszał o dawnych wojnach, ale o wojnach współczesnych nie miał najmniejszego pojęcia. Nie wiedział tylko, że już w niedługim czasie będzie miał okazję na własnej skórze przekonać się do czego potrzebne są te suchary i buty i co one takiego mają wspólnego z wojskiem.

 

Król Maciuś I

 

Z sali posiedzeń przenieśliśmy się do sali tronowej, gdzie wezwano Maciusia na rozmowę. Gips na mojej lewej nodze nie pozwalał mi na swobodne poruszanie się, więc mój dzielny Robin cierpliwie służył mi swoim ramieniem, a kiedy widział, że lada chwila mogę stracić równowagę, brał mnie na ręce i zanosił tam, gdzie akurat podążał Maciuś. Widocznie usprawnienie mojej nogi było ponad siły Literatury. Coraz mocniej docierało do mnie, że znajduję się na granicy tych dwóch, tak bardzo odmiennych rzeczywistości, lecz mimo to nigdy nie będę w stanie dołączyć do świata fikcji. A w tamtym momencie było mi to bardzo potrzebne.

W sali tronowej czekali na Maciusia posłowie pochodzący z państw, które wypowiedziały mu wojnę.

(…) Posłowie nie byli ani związani, ani nie mieli łańcuchów na nogach i rękach.

– Przyszliśmy pożegnać waszą królewską mość. Jest nam bardzo przykro, że wojna być musi. Robiliśmy wszystko, aby nie dopuścić do wojny. Trudno, nie udało się. Zmuszeni jesteśmy zwrócić waszej królewskiej mości otrzymane ordery, bo nie wypada nam nosić orderów państwa, z którym nasze rządy prowadzą wojnę.

Mistrz ceremonii odebrał od nich ordery.

– Dziękujemy waszej królewskiej mości za gościnę w jego pięknej stolicy, skąd wynosimy najmilsze wspomnienia. I my wątpimy, że drobny zatarg prędko się skończy i dawna serdeczna przyjaźń znów sprzymierzy nasze rządy.

Maciuś wstał i głosem spokojnym odpowiedział:

– Powiedzcie waszym rządom, że rad jestem szczerze, że wojna wybuchła. Postaram się możliwie prędko was zwyciężyć, a warunki pokoju postawię łagodne. Tak czynili moi przodkowie.

Uśmiechnął się z lekka jeden z posłów, nastąpił głęboki ukłon – mistrz ceremonii uderzył trzy razy w podłogę srebrną laską i powiedział:

– Audiencja skończona.[3]

Maciuś miał rację, mówiąc, że ci wszyscy ministrowie są jacyś dziwni. Wciąż go oszukiwali, myśląc, że skoro jest małym chłopcem, to z pewnością niczego nie zauważy. Okazało się, że wojska już od tygodnia są w drodze na front, a na ich czele zamiast Maciusia, stoi jakiś stary generał, którego pijany ojciec Felka mianował „cymbałem”. I wtedy Maciuś się zbuntował. Odnalazł Felka, który właśnie zjadał piątą garść malin, szarpnął go za ramię i powiedział:

– Felek.

– Rozkaz, wasza królewska mość.

– Chcesz być moim przyjacielem?

– Rozkaz, wasza królewska mość.

– Felek, to, co ci teraz powiem, jest tajemnicą. Żebyś mnie nie zdradził, pamiętaj.

– Rozkaz, wasza królewska mość.

– Dzisiaj w nocy uciekam z tobą na front.

– Rozkaz, wasza królewska mość.

– Pocałuj się ze mną.

– Rozkaz, wasza królewska mość.

– I mów mi „ty”.

– Rozkaz, wasza królewska mość.

– Już nie jestem królem. Jestem, poczekaj, jak by się tu nazywać? Jestem Tomcio Paluch. Ja na ciebie – Felek, ty na mnie – Tomek.

– Rozkaz – powiedział Felek, łykając pośpiesznie kawałek odgryzionego łososia. Postanowiono: dziś w nocy o godzinie drugiej Maciuś będzie przy kracie.

– Słuchaj, Tomek, jeśli nas będzie dwóch, to prowizji* musi być więcej.

– Dobrze – odparł Maciuś niechętnie, bo wydawało się, że w tak ważnej chwili nie przystoi myśleć o żołądku.[4]

Kiedy zagraniczny guwerner Maciusia ujrzał na jego policzku ślad malin – pozostałość po pocałunku Felka – skrzywił się nieznacznie, ale nic nie rzekł. Jego głowę zaprzątało nagłe zniknięcie dopiero co rozpoczętej butelki koniaku, doskonałej kiełbasy i połowy łososia. Były to smakołyki, które owy zagraniczny guwerner zastrzegł sobie z góry, gdy obejmował posadę nauczyciela następcy tronu, a było to jeszcze za życia Stefana Rozumnego. Tamtego dnia po raz pierwszy został tego prowiantu pozbawiony, co nie mieściło mu się w głowie. Dlatego też, nie ukrywając swojego gniewu, nalał małemu królowi codzienną porcję tranu i o całe pięć sekund wcześniej rozkazał Maciusiowi udać się na spoczynek. Lecz Maciuś miał inne plany. Ale zanim je zrealizował, pożegnał się ze mną i z Robinem. Pożyczyliśmy mu powodzenia i obydwoje wróciliśmy do mojej epoki odprowadzani przez smutne i trochę gniewne spojrzenie Janusza Korczaka. Doskonale wiedziałam, dlaczego Korczak tak na mnie patrzy. Z jednej strony było mu żal sieroty, która teraz będzie musiała radzić sobie sama, a z drugiej miał prawo być zły, że przez własną głupotę zabiła swoich rodziców. Bo tak właśnie się czułam. Czułam się, jakbym ich zabiła, choć nie własnymi rękoma. Nie miałam pojęcia jak dam radę żyć z tak ogromnym obciążeniem sumienia. Nawet podróż do tej bajkowej krainy, gdzie władzę sprawował kilkuletni chłopiec, nie była w stanie poprawić mi nastroju. Byłam pewna, że jedyną rzeczą, która mogłaby to uczynić, byłby powrót rodziców do świata żywych. Ale na to już liczyć nie mogłam.

Tamtej nocy nie zmrużyłam już oka. Czas, jaki pozostał do rana, spędziłam na rozmowie z Robinem, a kiedy kolejny lutowy dzień zaczął budzić się do życia, mój towarzysz wrócił do Sherwood, pozostawiając po sobie jedynie intensywny zapach lasu. Ale ja wiedziałam, że znów do mnie wróci. I ta myśl trzymała mnie przy życiu.

 

 



[1] J. Korczak, Król Maciuś Pierwszy, Wyd. Mediasat Poland, Kraków 2004, s. 27.

[2] Ibidem, s. 32.

[3] Ibidem, s. 33.

[4] Ibidem, s. 35.

* Prowizja – prowiant, zapas żywności

 

źródło zdjęcia

 

prawa autorskie zastrzeżone



czwartek, 10 maja 2012

 

Pierwszą posiadłością Józefa na Wołyniu jest Omelno. Wieś leży w powiecie łuckim na pograniczu Wołynia i Polesia. Tę poleską majętność Kraszewski bierze w dzierżawę od niejakich Krasickich. Choć gospodarstwo jest rozległe i otoczone lasami, to jednak w wyniku długiego i złego zarządzania, jest też bardzo zniszczone. Sam Józef twierdzi, że nawet o wiele lepszy od niego gospodarz nie mógłby wyjść na tym administrowaniu z korzyścią. Wszelkie straty stają się dla Kraszewskiego łatwe do przewidzenia, a nawet najskromniejsze urządzenie domu stanowi dla niego ogromny ciężar. Przybywając do Omelna, Józef ma ze sobą jedynie niewielki bagaż i pościel, zaś ściany domu zastaje odrapane i nagie. Podłogi są zaniedbane, okna potłuczone, drzwi ledwo trzymają się na zawiasach, a piece wewnątrz pełne są cegieł. Józef doskonale wie, że jedynie dzierżawiąc posiadłość, nie może zbyt wiele myśleć o urządzaniu się w tym miejscu na stałe. Nie może także jeszcze myśleć o bogatym wystroju wnętrz, skoro skromne też nie jest łatwe do zrealizowania.

Na jednym dziedzińcu, lecz w drugim skrzydle domu, mieszka rządca pana hrabiego Krasickiego. Jest to człowiek niezwykle poczciwy, jednak mimo to Kraszewski nie jest zadowolony z takiego sąsiedztwa. Niemniej, musi się do niego przyzwyczaić, bo na inne w Omelnie na razie liczyć nie może.

Pierwsze gospodarskie prace, do których Józef zabiera się z ochotą, a także z poczucia obowiązku, zabierają mu znacznie więcej czasu, aniżeli wydają owoców. Jednak, gdy ma się do czynienia z gospodarstwem zapuszczonym od wieków, wówczas trzeba pracować na polach wyjałowionych i stosunkowo zbyt rozległych. Dlatego też ze swoim brakiem doświadczenia, Józef nie może wiele zdziałać. Jedyne, co Kraszewski jest w stanie zrobić w tej sytuacji, to dojrzeć gdzieś robotnika albo ustrzec się od ewentualnej kradzieży lub dopilnować zbioru o odpowiedniej porze roku. Józef bardzo szybko zdaje sobie sprawę, że na tego typu dzierżawie może jedynie być ekonomem, zaś nie gospodarzem.

 

Posiadłość J.I. Kraszewskiego we wsi Omelno

 

To tutaj, w ciszy lasów i błot rodzi się Witolorauda, czyli pieśń I eposu z dziejów Litwy o treści zaczerpniętej z czasów dość odległych, do której materiały Józef zbierał już od jakiegoś czasu. W Omelnie nasz bohater nie spotyka się z innymi mieszkańcami i nie dzieli się z nimi swoimi poglądami. Jest sam. Nikt nie podtrzymuje go na duchu ani nie wspiera.

(…) Osamotniony, od początku byłem wystawiony na strzały i napaści ze wszech stron, zmuszony sam się bronić przeciwko nim, nie mając do pomocy nikogo. Całego mojego zawodu literackiego to odosobnienie było i jest znamieniem. Wiele straciłem na tym, żem się na nikogo powołać, do nikogo przytulić nie mógł. Obchodzono się ze mną długo jak ze strzelcem, który bez pozwolenia puścił się w lasy cudze i którego wszyscy myśliwi „podporządkowani” pod nadzór ścigają. Nie mogłem się powołać ani na nauczyciela, ani na towarzyszów, ani na żadną szkołę. Że mnie obchodzenie krytyki, więcej niż srogie, bo najniesprawiedliwsze, złośliwe, lekceważące, nie zraziło, żem nie zaprzestał pisać, prawdziwie, nie wiem czemu to mam przypisać, chyba uporowi. Nikt się do mnie, jako do towarzysza, nie przyznawał; nikt bratem mi być nie chciał. Bardzo, bardzo późno, po cichu przypytał się do mnie taki drugi sierota jak ja – Syrokomla (…)*

Kraszewskiemu sen z powiek spędzają nie tylko trudy gospodarowania. Józef wciąż czeka na decyzję gubernatora wileńskiego w sprawie ewentualnego objęcia przez niego katedry języka i literatury polskiej na Uniwersytecie w Kijowie. W dniu 11 września 1836 roku, czyli jeszcze przed osiedleniem się Pisarza w Omelnie, zbiera się komisja konkursowa w celu podjęcia ostatecznej decyzji w tej sprawie. Z siedmiu nadesłanych prac, w tym jednej anonimowo, członkowie komisji trzy z nich uznają za w pełni odpowiadające warunkom określonym w konkursie. Spośród tych ostatnich za najlepszą i najcenniejszą uważają dysertację opatrzoną godłem: Sed quid tentare nocebit. Ta właśnie praca wyróżniona przez sąd konkursowy wyszła spod pióra Józefa Kraszewskiego. Wraz z nim o lektorat ubiegają się także inne wybitne osobistości. Są to ludzie rozmaitego charakteru, zawodu i wykształcenia, bądź też formacji intelektualnej.

Choć praca Kraszewskiego nie odznacza się szczególną głębią ujęcia tematu i oryginalnością spojrzenia na dzieje języka, to jednak cechują ją wartości formalne, gładki styl i zrozumiałe ujęcie problemu. Komisja nie jest w stanie należycie ocenić pracy pod względem merytorycznym. Niemniej jednak, jej członkom bardziej zależy na poznaniu poglądu autora, jego metody i warsztatu naukowego, jak również ogólnej orientacji w zagadnieniu oraz przygotowania i sposobu myślenia kandydata.

Rozprawa Józefa składa się z czterech części. Kraszewski rozpatruje w niej etnogenezę Słowian, której źródło upatruje w Azji. Autor przeprowadza w niej systematykę języków słowiańskich oraz omawia ich dzieje. Józef dokonuje w niej także charakterystyki polszczyzny, wydobywa cechy języka poszczególnych pisarzy, a nawet formułuje pewne ogólne wnioski. Kładzie też nacisk na pierwotną czystość języka polskiego wyniesioną z ogólnego pnia językowego słowiańszczyzny, jak również podkreśla późniejsze, niekorzystne na nią wpływy łaciny w zakresie materiału leksykalnego i składni, a szczególnie zwraca uwagę na negatywne oddziaływanie języka Jana Kochanowskiego.

Niemniej jednak, przed szczęśliwym zwycięzcą konkursu nie otwiera się droga usłana różami. W piśmie Rady Uniwersytetu z dnia 13 września 1836 roku ukryta zostaje zatruta strzała, która boleśnie przekreśli starania i marzenia Kraszewskiego. Jest to żądanie dostarczenia zaświadczenia o nieuczestniczeniu w powstaniu listopadowym.

W związku z powyższym Józef zastanawia się jak ukryć ten fakt przed Radą Uniwersytetu. Postanawia więc nie odpowiadać na otrzymywane wezwania. Udaje mu się to przez dwa miesiące, w czasie których czyni starania, aby pozyskać sobie względy wojennego gubernatora Wilna ks. Dołgorukowa, poświęcając mu pierwszy tom Historii miasta Wilna. Wreszcie 13 listopada tego samego roku, tłumacząc się nieobecnością w domu, Józef odpisuje na wezwania, sprytnie omijając drażliwy temat.

Korespondencja w Uniwersytetem trwa pół roku, w której Józef czyni najprzeróżniejsze uniki, byle tylko nie dopuścić do urzędowej konfrontacji ze swoją niedawną akcją spiskową. Wreszcie nadchodzi dzień 27 marca 1837 roku, kiedy to Kraszewski składa formalną, ale też gołosłowną, ponieważ bez pokrycia pismem urzędowym, deklarację o niebraniu udziału w powstaniu listopadowym. Być może nie mając innego wyjścia, a może licząc na przychylność losu, sam prosi Radę Uniwersytetu, aby dla potwierdzenia prawdziwości jego słów zasięgnęła opinii u Dołgorukowa. Kres tej pokrętnej plątaninie kładzie odpowiedź cywilnego gubernatora grodzieńskiego, w zasięgu którego władzy przebywa Kraszewski. Gubernator w swojej opinii opiera się na piśmie Dołgorukowa z 9 kwietnia 1837 roku, którego treść wyraźnie zabrania przyjmowania Józefa do służby państwowej z powodu jego antycarskiej przeszłości politycznej. Pismo to stwierdza także, iż Kraszewski powinien nadal przebywać pod jak najsurowszym nadzorem policji oraz miejscowych władz. Po takim wyjaśnieniu otrzymanie uniwersyteckiego stanowiska staje się niemożliwe, zaś dość napięte stosunki spowodowane wykryciem szeroko rozgałęzionego spisku Szymona Konarskiego, unicestwiają całą sprawę. Ostatecznie w dniu 13 maja Rada Uniwersytetu podejmuje decyzję o odrzuceniu kandydatury Kraszewskiego. W tym samym czasie cywilny gubernator w Grodnie zawiadamia samego zainteresowanego o stanowisku ks. Dołgorukowa. Choć wydaje się, że wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu, to jednak Józef nie powiedział w tej kwestii jeszcze ostatniego słowa.

Czas spędzony we wsi Omelno to nie tylko lata gospodarowania oraz zwieńczone porażką starania Józefa o posadę na Uniwersytecie. W tym samym czasie Kraszewski wysyła też do Tygodnika Petersburskiego artykuł pod tytułem Jak się robią nowe książki z starych książek. Rzecz o kradzieży literackiej. Rok później (1838) drukiem wychodzą Poezje, które zbierają pochlebne recenzje od Tygodnika Petersburskiego.

Z kolei 10 czerwca 1838 roku Józef Kraszewski staje wreszcie na ślubnym kobiercu z Zofią Woronowiczówną. Na tę chwilę musiał czekać aż trzy lata, ponieważ tyle czasu upłynęło od jego oświadczyn. Zofia jest bratanicą arcybiskupa warszawskiego, a zarazem ostatniego prymasa Królestwa Polskiego i poety, Jana Pawła Woronicza. Nie wiadomo czy podróż do Warszawy z młodą żoną jest podróżą poślubną, czy Kraszewski jedzie tam jedynie w sprawach literackich. Wiadomo na pewno, że niedługo po ślubie odwiedza Warszawę, gdzie spotka się z artystą malarzem, Januarym Suchodolskim, zaś opis tej wizyty przesyła do Tygodnika Petersburskiego. Jest to pierwszy w polskiej prasie nowoczesny reportaż z elementami wywiadu o tytule Pracownia Suchodolskiego.

Rok później (1839) w Poznaniu wychodzi powieść Kraszewskiego pod tytułem Poeta i świat, która po upływie dwóch lat zostanie wydana po raz drugi w Wilnie. Jeszcze za życia Pisarza, utwór ten zostanie przetłumaczony na siedem języków. Kwiecień tego samego roku to dla Józefa czas wielkiego szczęścia, bo oto po raz pierwszy zostaje ojcem. We dworze Urbanowskich w Horodcu na świat przychodzi jego córka, Konstancja.

 



* J.I. Kraszewski, Pamiętniki, Wyd. Ossolineum, Wrocław 1972, s. 355-356.



źródło zdjęcia: własne

 

prawa autorskie zastrzeżone

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Blog istnieje od 13 kwietnia 2011 roku
Cykle Literackie
Podmioty patronujące i wspierające akcję "Blogerzy Książki Piszą"
Pomóżmy Ewie powrócić do normalnego życia - Akcja: BLOGI DAJĄ NOGI
Proszę nie kopiować tekstu bez mojej zgody (ustawa z dn. 4 lutego 1994r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
Troszkę z innej bajki
Tutaj często zaglądam
Ulubione Blogi Książkowe
Wszelkie komentarze, które swoją treścią będą obrażać osobę autorki bloga lub innych czytelników, a także autorów książek, zostaną natychmiast usunięte.
Wydawnictwa i Księgarnie
  • Zaufali mi
  • Mój System Ocen
  • Napisz do mnie







    




    Kraina Czytania
    on Google+





     


    Strefaksiazki.pl - katalog stron książkowych i literackich
    Księga gości
    Kraina Czytania

    Wypromuj również swoją stronę
    Blogerzy Książki Piszą

    Wypromuj również swoją stronę
    Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
    Lubię czytać
    Spis moli
    Popieram Internet Bez Chamstwa

    Co czytać?
    Radio, Eska, Zet, Rmf fm