Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
Blog > Komentarze do wpisu

W ojcowskim Dołhem

 

Dom w Dołhem nie jest duży. Józef, dojeżdżając do ojcowskiej posiadłości, wie, że wyznaczona została mu niewielka kwatera w oficynie przy kuchni. Wyskakuje z jadącej jeszcze bryczki, aby powitać rodziców. Pan Jan stoi na ganku, trzymając w dłoni fajkę na długim cybuchu, zaś pani Zofia, zobaczywszy przez okno swoją najstarszą pociechę, również wychodzi na zewnątrz. Po pierwszych uściskach, Józef musi tłumaczyć się ze swojego spóźnienia. Z powodu wizyty w Szczuczynie, dociera do Dołhem z półtoradziennym opóźnieniem. Pan Jan ze srogim wyrazem twarzy spogląda na syna. Nie znosi wyłamywania się od posłuszeństwa, a na samą wzmiankę o papierach, które są powodem spóźnienia Józefa, groźnie marszczy twarz. Rzuca okiem na wózek, gdzie znajdują się wory z owymi nieszczęsnymi dokumentami i woła:

Cóż to znaczy?

Pan Jan nie rozumie jak można było dla takiego śmiecia, dla jakichś niedogryzionych szpargałów męczyć konie i wózek obciążać! Choć Józef zaręcza, że w owych worach znajdują się nieoszacowane skarby, to jednak ojciec za nic nie daje wiary jego słowom.

(…) Lecz stało się: skarby te były moją własnością, konie, choć zmęczone, nie padły pod nimi, w wózku oś tylko była nadwerężona, otrzymałem milczące przebaczenie i kazałem znieść wory do mojego mieszkania, którym musiałem podzielić się z nimi. Wszystko to niczym było jeszcze, dopóki papiery cuchnące wilgocią stały nietknięte. Paliła mnie ciekawość przejrzenia, rozsegregowania, oczyszczenia z rzeczy niepotrzebnych i dobycia ze stosów czegoś mogącego mieć wartość istotną. Ojciec, chociaż gderał i gniewał się niby, z pewnością równie jak ja był ciekawym; zachodził do mnie, zaglądał, ale utrzymywał, że to było śmiecie i że transport się nie opłaci, a wszystko na ogień pójść będzie musiało (…)[1]

Po powrocie Józef pozwala sobie jedynie na krótki odpoczynek i od razu zabiera się do pracy. Nie czuje się dobrze w swoim nowym, choć dobrze mu znanym lokum. W swoim małym pokoiku otoczony jest atmosferą i wyziewami zbutwienia. W tym niewielkim pomieszczeniu musi siedzieć całymi dniami i „usypiać z nudów”. Pan Jan na przemian śmieje się i triumfuje, lecz Józef nie poddaje się i już w pierwszych dniach pobytu w Dołhem rzuca się na zbiór kwitków do arend i podartych rejestrów finansowych, które nie mają absolutnie najmniejszej wartości i do tego nie są to zapiski odległe w latach, co naszemu bohaterowi nie bardzo przypada do gustu, znając jego zamiłowanie do historii. Niemniej jednak pośród tego chaosu, o którym pan Jan mawia, że jest jakby „psu z gardła wydobyty”, zaczynają pojawiać się także rzadkie wartościowe dokumenty. Józef natrafia na kawałki pergaminu, na odpisy z gazet i relacje z istotnych wydarzeń. Pragnie pochwalić się ojcu swoją zdobyczą, ale jemu to nie wystarcza. Pana Jana nie wzrusza nawet fakt, iż syn oszczędzając na opale, wrzuca pod kuchnię zgniłe papiery, które już do niczego nie będą mu potrzebne. Cała oficyna, sienie i pokoik Józefa przesiąknięty jest nieznośną stęchlizną. Z wielką cierpliwością słucha wyrzutów ojca i z pośpiechem wraca do rozpatrywania papierów.

(…) Wiele powiem, gdy na część dziesiątą całości obliczę to, co się zachowania godnym okazało, lecz ta część dziesiąta miała pewne znaczenie; listy szczególniej, lauda, relacje, a nawet papiery w sprawach spornych. Znalazły się i autografy osób znanych a sławnych, i przywileje oryginalne itp. Jakim losom te papiery ulegać musiały, nim z nich się stworzył ten chaos bezładny, ile rzeczy cennych zaginęło przez ten brak poszanowania, tego się ledwie domyślać było można (…)[2]

Pan Jan ma niezbyt przyjemny zwyczaj żartować z domowników, szczególnie w obecności obcych. Tak więc niemiłosiernie naśmiewa się ze „złotego runa”, które Józef przywlókł do domu ze Szczuczyna, a którym kuchnię opalano. Nie ma gościa, przed którym Józef nie musi się wstydzić za swoją łatwowierność i przywidzenia, co rozwesela ojca. Dlatego Józef uznaje, że najlepiej będzie milczeć. Taki stan rzeczy trwa dosyć długo. W czasie tego okresu Józef szczęśliwie dokonuje przeglądu swoich „skarbów”, segreguje dokumenty według własnego uznania, a co niepotrzebne zostaje wrzucone do pieca. Jedyne, co pozostaje, to wspomnienie o zapachu stęchlizny.



Dworek rodziców J.I. Kraszewskiego w Dołhem w

Grodzieńszczyźnie w latach młodości Pisarza

 

Pewnego dnia do Dołhem z wizytą przybywa sąsiad, Władysław Trębicki, który pracuje nad historią literatury i bibliografią. Choć wieloletnia służba w artylerii znacznie przytępiła jego słuch, to jednak w towarzystwie jest bardzo lubiany, a do Józefa czuje szczególną sympatię. Lecz zanim nasz bohater ma czas wybiec ze swojej oficynki, aby przywitać pana Trębickiego, ojciec już zdążył ulokować gościa w pokoju bawialnym i zawiadomić go o powrocie syna, opowiadając jednocześnie o jego szczuczyńskich papierach, nie szczędząc na drwiącym tonie. Józef wchodzi do pokoju właśnie w chwili, gdy pan Jan kończy swoją relację, a pan Trębicki uważnie jej słucha z ręką przyłożoną do ucha i uśmiechem malującym się na jego twarzy. Widać, że niezmiernie go owa zdobycz zainteresowała. Natychmiast podrywa się z kanapy i wręcz żąda, aby Józef pozwolił mu obejrzeć te wyśmiewane przez ojca korespondencje, notatki i akta. Pan Władysław wie, że każdy dokument dotyczący dziejów kraju, może być dobrze spożytkowany, jeśli tylko mu się na to pozwoli. Nawet proste rejestry gospodarskie utrzymywane długo i metodycznie mogą stać się pewnym materiałem statystycznym. Józef ma przygotowane co ciekawsze dokumenty, którymi może z powodzeniem się pochwalić i wtedy słyszy jak pan Trębicki gratuluje mu cierpliwości i wytrwałości w odgrzebywaniu tych zabytków przeszłości na zatracenie skazanych.

I tak oto pan Jan w oczach pana Trębickiego staje na straconej pozycji, zaś dla Józefa nadchodzi chwila triumfu i zadośćuczynienia. Jest niezmiernie wdzięczny miłemu sąsiadowi, którego naukę i zdanie ojciec od zawsze szanował. Młody Kraszewski jest także wdzięczny za to, że pan Trębicki odwiedził Dołhe właśnie tego dnia, bo gdyby na przykład, zamiast niego w ojcowskiej posiadłości pojawił się nielitościwy szyderca i dziwak, pan Bułharyn z Czachca, który ze wszystkiego zawsze i wszędzie rad jest drwić niemiłosiernie, cała sprawa przybrałaby zupełnie inny obrót. Najprawdopodobniej pod tą maską ironii i naigrawania się, Bułharyn ukrywa jakąś nieznaną nikomu boleść ducha. W towarzystwie jest to człowiek miły, dużo czytający, lecz jedynie obcych, a szczególnie francuskich autorów, natomiast w życiu jest niezmiernie ekscentryczny, ale też sądzony zbyt surowo przez tych, którzy go ani rozumieć, ani też oceniać nie potrafią. Polska literatura i polskie książki wydają mu się czymś tak biednym i śmiesznym, że Józef nie wie nawet czy wziął do ręki kiedykolwiek coś polskiego. Jednak z drugiej strony Bułharyn to wielki miłośnik ogrodów, który w Czachcu ma bardzo piękny park. Czasami przywozi do Dołhem jakieś książki, a w okolicy, w Linowej, Czachcu, Prużanie można odnaleźć wszystkie nowości, jakie czyta świat. Lecz jest to jedynie francuskie piśmiennictwo, gdyż jego zdaniem tylko ono jest warte zwrócenia uwagi. W przypadku literatury polskiej nie ma o tym mowy.

Z papierów szczuczyńskich Józefowi szczególnie przydatne wydają się być listy pochodzące z XVIII wieku. Cofając się w latach, natrafia na Wilno, lecz na razie nie chce wracać myślami do tego miasta, które pozostawiło w jego świadomości wspomnienia smutne i upokarzające. Przyznaje sam przed sobą, że od upadku na duchu uratowała go tylko praca i zamiłowanie do literatury. Po wydarzeniach z 1830 i 1832 roku, które przerwały jego studia uniwersyteckie, Józef zostawiony sam sobie, błąka się i rzuca, nie mogąc odnaleźć właściwej drogi. Młodego Kraszewskiego nadal wszystko pociąga i kusi, powracają marzenia, lecz ten niezmierny głód oraz pragnienie wiedzy szkodzą porządnemu kształceniu się i wyborowi właściwej drogi. Zarówno śmiech, jak i strach ogarnia go, gdy przegląda pozostałości z tamtych czasów. Wyciągi z Locke’a, cały traktat Franz’a Joseph’a Gall’a dotyczący kranioskopii, a także tłumaczenie gramatyki arabskiej Constantin’a Volney’a i przekłady z Plutarcha, rozpoczęte poematy i powieści, rozprawa o języku, dykcjonarz oraz tłumaczenie Kock’a. Z Lindego Józef wypisuje wszystko, co tylko może posłużyć mu w przygotowaniu zaplanowanego glossrium dotyczącego starego języka polskiego. W głowie wirują mu najzuchwalsze pomysły, a nauki przyrodnicze walczą jeszcze z literaturą i historią, lecz wkrótce zostają pokonane. Prace odnoszące się do tego tematu Kraszewski kończy na niedokończonej anatomii i rozpoczętej fizjologii.

Tymczasem pociąga go życie, a oszczędzać nie potrafi. Pamięta jak środki finansowe dostarczane z domu nigdy mu nie wystarczały, co prowadziło do zaciągania długów, a jedyną deską ratunku było wówczas tłumaczenie za dwadzieścia pięć rubli od tomu. Józef pamięta jeszcze zaliczki w wysokości jednego rubla srebrnego pobierane od księgarzy, co uchroniło go wiele razy od śmierci głodowej. Pamięta jak któregoś dnia na swojej drodze spotkał pewnego izraelitę, od którego odkupił trzy dzieła pochodzące z XVIII wieku. Nie mając czym zapłacić oddał w zamian mało noszony surdut. Takich sytuacji w życiu młodego Pisarza było wiele. Jego rozrzutność wielokrotnie doprowadzała do tego, że, aby przeżyć trzeba było pozbywać się też tych szczególnych dzieł literackich, co czynił niezwykle boleśnie. Teraz, siedząc w ojcowskim Dołhem, Józef intensywnie rozmyśla nad przeszłością, do której już nie ma powrotu.

Kraszewski już na poważnie rozpoczyna prace nad historią Wilna wyposażony w dzieła Balińskiego. Zażarcie gromadzi materiały. Poszukuje ich nawet tam, gdzie się ich wcale nie można spodziewać. Wśród osób, które z życzliwością pomagają młodemu Kraszewskiemu, jest ks. prałat Mamert Herburt. Duchownego charakteryzuje wielka pracowitość, więc sam również nikomu nie skąpi wskazówek i rad. Mając nadzieję, że pomoc także uzyska u ks. prałata Alojzego Osińskiego, Józef udaje się również do niego, lecz jak sam przyznaje: „pamiętam, żeśmy od pierwszego spotkania jakoś się pokochać nie mogli”. Kraszewski nie potrafi z należytą uwagą słuchać tego, co duchowny ma mu do powiedzenia, a mówi jedynie o sobie. Być może dlatego ks. prałat nie służy mu pomocą.

(…) Do historii biskupów ks. prałat żadnych mi nie chciał dać pomocy. Zgadało się o Brzostowskim, gdyż właśnie wydana przeciwko niemu sapieżyńska diatryba: De episcopo litigioso, była mi okrutnie potrzebną, a nigdzie jej dostać nie mogłem. Gdym nad tym ubolewał, ksiądz prałat śmiał się złośliwie.

– Ale ja to mam – rzekł mam, i nawet pokażę zaraz waćpanu, ale nie dam, nie dam!

Wstał garbus, pobiegł żywo do drugiego pokoju, zabawił niedługo i wyniósł ów foliancik tak rzadki, odsłaniając tytuł, patrząc mi w oczy gorejące ciekawością, a książki nie puszczając z rąk. Myślałem, że to były żarty i zacząłem go całować po rękach, prosząc i błagając, aby choć na dwadzieścia cztery godziny pozwolił mi tak upragnionego materiału.

– Ale ja sam piszę o Brzostowskim! – zawołał. – Nie mogę dać. Za nic w świecie nie dam!

To mówiąc zamknął foliant i położył go na stronie, nawet mi się zbliżyć nie dając do niego. Ciągle jeszcze sądziłem, że się tylko droży i że tak nieuczynnym w końcu nie będzie. Księdzu prałatowi iskrzyły się oczy coraz mocniej, zapalał się, żartował, i – stanowczo odmówił. Pożegnałem go, przyznaję się, z nieznanym mi dotąd zemsty pragnieniem (…)[3]

Czas owej zemsty nadchodzi bardzo szybko, bo oto Kraszewski przypomina sobie, że biblioteka uniwersytecka musi posiadać egzemplarz książki drukowanej w Wilnie. W niedługim czasie odnajduje upragnione dzieło w katalogu, w którym ktoś wyszukuje je specjalnie dla niego i już po kilku dniach robi potrzebne wypisy z De episcopo litigioso. Jednak, pamiętając o swoim postanowieniu zemsty, udaje się ponownie do ks. prałata Osińskiego.

(…) W popołudniowej godzinie, gdy ksiądz prałat przyjmował, z egzemplarzem owej rzadkości poszedłem do drzwi jego zapukać. Kwaśny, po drzemce wieczornej, wyszedł ks. Osiński. Spytałem czy mnie poznaje i przekonałem się, że przypomniał sobie zuchwałego młokosa.

– Nie będę czasu tak drogiego zabierał ks. prałatowi – odezwałem się z ukłonem – chciałem tylko przekonać go, że chociaż niełaskaw mi był udzielić De episcopo litigioso, ja przecie egzemplarz jego dostałem.

To mówiąc w ten sam sposób, jak ks. Osiński wprzódy odsłoniłem tytuł, pokazałem go milczącemu prałatowi, złożyłem książkę, ukłoniłem się i zabrałem do wyjścia. Zmieszał się ks. prałat, chcąc swą nieuczynność w żart obrócić, alem długo się nie rozgadując, pożegnał go i przez długie lata już nie widziałem (…)[4]

Obok Herburta pomocną dłoń wyciąga do Józefa także hr. Adam Chreptowicz ze Szczors, który nie znając go wcale, najpierw wyszukuje dla niego niezbędne materiały, a potem sam mu je przynosi.

W Wilnie Kraszewski ma ułatwiony dostęp do archiwum miasta, gdzie może siedzieć i pracować po kilka godzin dziennie, jednak jest pozostawiony sam sobie, gdyż w tym miejscu nikt nie zajmuje się starymi księgami i nikt nie ma pojęcia, co tak naprawdę się w nich znajduje. Ze swoich poszukiwań nie jest zbyt zadowolony, ponieważ w archiwum nie znajduje prawie wcale odległych czasowo akt. Jednak mimo to takie badanie dziejów Wilna ma dla Pisarza wielki urok, gdyż nawet niewielki, drobny szczegół napawa go ogromnym szczęściem. Nie straszne mu, że marznie w nieopalonej i od dawna zamkniętej izbie, a gdy wychodzi z niej po kilkugodzinnej pracy, jest tak zmęczony, iż czuje zawroty głowy, a mięśnie nóg długo nie chcą wrócić do równowagi. Jednak, niemal każdego dnia nasz bohater odnajduje jakiś szczegół, który pozwala mu uzupełnić materiały.

W końcu przychodzi upragniony dzień, w którym ma zostać wydrukowana Historia Wilna. I wtedy znów pojawiają się trudności, bo kilkutomowego dzieła opatrzonego tablicami i portretami żaden nakładca nie chce sfinansować. Wówczas niejacy Zawadzcy godzą się wziąć pod swoją opiekę owe upragnione dzieło, o którym po latach Kraszewski powie, że: „dziś przerobić by je należało, ale nie pora”.

 

Józef Stachowski

 

W tym samym okresie Kraszewski wraz z Józefem Stachowskim, przyjacielem pana Jana, wyjeżdża na pewien czas na Polesie Wołyńskie do wsi Ossowa.

(…) I tu miałem szczęście szczególnie trafić na piękną bardzo bibliotekę p. Antoniego Urbanowskiego, obfitującą naówczas w bardzo wiele starych i rzadkich książek polskich, które mi służyły do najróżnorodniejszych studiów przeszłości naszej. Tak, było to w istocie szczęściem dla mnie, gdyż zbiór ten był mi otwarty, a właściciel nie tylko pozwalał z niego korzystać, ale się niezmiernie cieszył, że był ktoś, co to oceniał. Pan Antoni Urbanowski zajmował się tylko bibliografią, cieszył się swymi osobliwostkami, pięknymi wydaniami, i zapisywał chętnie na historii literatury Bentkowskiego, co z dzieł w niej wymienionych posiadał. Dosyć obfity był tu dział broszur i poezji z w. XVI i XVII. Znalazłem tu Albertusów, kilka dramatów, wiele poezyjek ulotnych, osobno odbijanych. Przepisywałem niektóre z nich całe i drukowałem (…)[5]

Ta wizyta na Wołyniu owocuje nie tylko poznaniem zasobów wielkiej biblioteki, czy też cennej galerii obrazów i zbiorów numizmatycznych, które wywierają ogromny wpływ na samokształcenie i erudycję młodego Literata. Ten wpływ jest tak wielki, że Kraszewski sporządza w języku francuskim katalog biblioteki, a jego opis przesyła do Tygodnika Petersburskiego. Pobyt u Antoniego Urbanowskiego daje również początek jego znajomości z młodziutką Zofią Woronowiczówną, która jest siostrzenicą pani Elżbiety Urbanowskiej, a szwagierką Józefa Stachowskiego. Józef nie wie jeszcze, że ta osiemnastoletnia dziewczyna pewnego dnia zostanie jego żoną. Jego uwaga skupiona jest także na wydaniu w Wilnie kolejnych swoich dzieł. Są to: Cztery wesela. Szkic fantastyczny (w dwóch tomach), oraz Improwizacje dla moich przyjaciół. Książeczka do zapalania fajek…

 



Horodec Urbanowskich. Pośrodku budynek piętrowy z galerią obrazów i

biblioteką, po prawej stronie dom mieszkalny właścicieli


W trakcie wspomnianego powyżej, trzymiesięcznego pobytu w Wilnie, Kraszewski w ciągu dziesięciu dni grudnia pisze „powieść-gawędę” pod tytułem Poeta i świat, która opatrzona jest mottem Jana KochanowskiegoKto mi dał skrzydła… Dzieło to usiłuje ulokować w Warszawie. Jednocześnie przygotowuje do druku dwa tomy swoich Poezyj. Wreszcie oświadcza się o pannę Woronowiczównę. Choć rodzice nie odmawiają, to jednak każą czekać.

Jeszcze przed osiedleniem się na długie lata na Wołyniu, Kraszewski podejmuje długoletnią współpracę z Tygodnikiem Petersburskim w zakresie pisania recenzji i krytyki literackiej, jak również felietonu kulturalnego oraz gawęd o sztuce i nauce. Podejmuje także starania o katedrę języka i literatury polskiej na uniwersytecie kijowskim. W tym celu pisze rozprawę konkursową o języku polskim, która jest najlepsza ze wszystkich zgłoszonych. Niemniej jednak, nominacja zależy tylko i wyłącznie od opinii gubernatora wileńskiego.

 



[1] J.I. Kraszewski, Pamiętniki, Wyd. Ossolineum, Wrocław 1972, s. 344.

[2] Ibidem, s. 345.

[3] Ibidem, s. 350.

[4] Ibidem, s. 351.

[5] Ibidem, s. 353-354.

 

 

źródło zdjęć: własne

 

prawa autorskie zastrzeżone

 

czwartek, 03 maja 2012, krainaczytania

Polecane wpisy

  • Kraszewski i jego Kresy

    Obraz Kresów w twórczości Józefa Kraszewskiego to zagadnienie niezwykle rozległe. Poznawczy punkt wyjścia Pisarza wydaje się być znamienny dla ogółu literatury

  • Kraszewski romantyczny i polityczny

    Powieściopisarstwo Józefa Ignacego Kraszewskiego posiada dwie zasadnicze cechy, które nie zawsze można uznać za komplementarne. Pierwszą z nich jest dostrzegana

  • Pejzaż Polski malowany słowami Józefa Ignacego Kraszewskiego

    Środowiskiem, które odpowiedzialne było za ukształtowanie poglądów Józefa Ignacego Kraszewskiego, były bez wątpienia Kresy, a szczególnie Wilno, które odcisnęło

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
avo_lusion
2012/05/03 20:29:35
Cieszę się, że Kraszewski trudności pokonywał, a było ich wiele, jak widzę! No i proszę - on też pisał recenzje;)))
-
Gość: Ew, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/05/03 21:14:23
Kraszewski pisał recenzje? Aż czuję z nim tę nić porozumienia. ;)
-
cyrysia
2012/05/04 08:21:39
Też jestem zdziwiona, że Kraszewski pisał recenzje. Od razu mnie to zaciekawiło z oczywistych względów;-)
-
krainaczytania
2012/05/04 10:06:04
@Danusia
Coraz bardziej podziwiam go za ten upór, ale z drugiej strony jest mi go też szkoda z powodu ojca. Żeby tak drwić z własnego dziecka. I to jeszcze przy obcych. Co za facet. Ale Kraszewski też potrafił pokazać, co jest wart, choćby w przypadku tego prałata :-)
-
krainaczytania
2012/05/04 10:07:13
@Ew.
Też byłam zdziwiona, kiedy o tym przeczytałam, ale widać nie przeszkadzało mu, że ocenia pracę innych :-)
-
krainaczytania
2012/05/04 10:07:56
@Cyrysia
Jak widać, Józio to jeden z nas :-)
-
ksiazkowka
2012/05/04 10:32:35
Pozazdrościć tego hartu ducha i uporu. :) Nie wiem czy ja bym tak potrafiła. :)
-
krainaczytania
2012/05/04 14:52:43
@Ewa
Właśnie tego mu zazdroszczę. Na przekór wszystkiemu dążył do celu i wygrał :-)


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?