Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
Blog > Komentarze do wpisu

Wilno – pobojowisko wieków, ludów, zapałów i poświęceń (cz. II)

 

Młody człowiek, otulony ciemnym płaszczem z peleryną, na świat spogląda bystrym spojrzeniem nad wiek poważnych i przenikliwych oczu. Nosi bujną czuprynę i zapuszcza „baczki” na policzkach. Ubiera się bardzo skromnie w wąskie spodnie i ciemny lub kolorowy frak. Natomiast pod rozchylonym kołnierzem, á la Słowacki, wiąże fularowy szalik zamiast krawata. Wchodzi do księgarni, a tam księgarz stojący z drugiej strony lady obrzuca go badawczym wzrokiem i nie pozbawionym uznania. Hardy młokos z uporem przynosi swoje prace i niezrażony odmową nadal powtarza propozycje ich druku. Lecz wileńscy księgarze są bardzo ostrożni. Nie chcą ryzykować funduszami na rzecz publikacji utworów początkującego pisarza. Przecież nazwisko Józef Kraszewski jeszcze nic nie znaczy. Zapał i pracowitość tego młodego człowieka to stanowczo zbyt mało, aby zabłysnąć wśród czytelników. Kraszewskiego nie chcą wydawać żadni wileńscy księgarze nakładcy. No nic. Trudno. Józef postanawia inaczej zabrać się do dzieła. Uparcie pracuje nad dalszym ciągiem wymarzonej historii Wilna, zaś podczas wakacji będzie porządkował zgromadzone materiały. Kraszewski wyraża także zgodę na skrócenie czterotomowej gramatyki arabskiej, która ma być używana przez szkoły. Robi to na specjalne zamówienie Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Zgodnie z życzeniem tego samego Towarzystwa godzi się na opracowanie historii Polski. Wygląda na to, że z pracami naukowymi nie ma najmniejszego problemu.

Wśród zapisków Józefa znajduje się coraz więcej krótkich utworów pisanych prozą. Nasz bohater pracuje nad tymi tekstami jedynie wieczorami, w przerwach między nauką. Tworzy też dłuższe opowieści, jak na przykład Pan Walery, czy Dwa a dwa cztery. Układa też drobne opowiadania. Lecz to mu nie wystarcza. Takie pisanie „do szuflady” zupełnie go nie zadowala. On chce wydawać swoje dzieła drukiem! W związku z tym uparcie dobija się do właścicieli oficyn wydawniczych oraz puka do drzwi redakcji. Ale jedyne z czym się spotyka to odmowa, porażka i wielkie niepowodzenie. Wychodzi, ale na jego twarzy widać zacięty upór.

Pewnego dnia młody Kraszewski trafia do znanego bibliopola (księgarz) o nazwisku Glücksberg. Wydaje się, że księgarz jest bliski podjęcia decyzji dotyczącej zgody na druk. Jednak i on ostatecznie odmawia. Z pomocą Kraszewskiemu przychodzi pismo Bałamut Petersburski, które przyjmuje jedno z jego opowiadań – Kotlety. Kilka drobniejszych utworów na swoich łamach zamieszcza także Kurier Litewski oraz Wiadomości Brukowe. Jednak rzeczywistym punktem zwrotnym w zabiegach i usiłowaniach młodego pisarza staje się dopiero spotkanie z Hipolitem Klimaszewskim, który zawodowo trudni się wykładaniem literatury w szkołach średnich w Wilnie. To właśnie wtedy młody Kraszewski decyduje się na wydanie własnym kosztem garści swoich utworów. Jego zamiarem jest złożyć je w jeden tom o tytule Kilka obrazów towarzyskich. Jednak najpierw musi postarać się o uzyskanie zgody na druk ze strony rosyjskiej cenzury. Musi także podjąć próby poszukiwania prenumeratorów tomu, których wpłaty byłyby w stanie pokryć koszt wydrukowania książki.

Wszystko wydaje się być na dobrej drodze, zaś nazwisko młodego autora zaczyna być coraz bardziej znane na wileńskim bruku. To właśnie wtedy profesor Klimaszewski przychodzi Józefowi z pomocą. Na łamach Noworocznika publikuje fragmenty takich powieści, jak: Dwa a dwa cztery, Wieczór, czyli przygody peruki, a także biografię Sokalskiego organisty oraz kilka innych literackich drobnostek.

Jak widać, kamienista droga pisarskich poczynań Józefa wydaje się stopniowo wygładzać, natomiast znajomość z profesorem Klimaszewskim przekształca się w głęboką przyjaźń. Wygląda na to, iż Hipolit ma przysłowiową szczęśliwą rękę względem debiutanta literackiego, gdyż wspomniany wyżej księgarz Glücksberg ostatecznie decyduje się na druk powieści pod tytułem Pan Walery.

 

Być może to właśnie tą wileńską ulicą swego czasu przechadzał się

Józef Ignacy Kraszewski

 

Jednak nie zaprzątajmy sobie jeszcze dziś głowy sprawami, które w młodym Kraszewskim odcisną swoje piętno na długie lata. Sprawami, o których będzie pamiętał nawet będąc na łożu śmierci. Dziś skupmy się na tym, co przyjemne i co sprawia, że nasz bohater wciąż pozostaje w stanie euforii i nie przestaje być pod wrażeniem Wilna. Wyobraźmy sobie jak oto pewnego dnia z trzaskiem drzwi mieszkania pani Orłowskiej otwierają się i staje w nich szkolny kolega Józefa, Dominik. Kraszewski siedzi na przepastnej kanapie, pogrążony w wertowaniu stosu papierzysk. Ale Dominik nie zwraca na to uwagi, tylko krzyczy od progu:

– Prędzej! Prędzej! Ubieraj się, Józefie, i chodź ze mną!

– Dokąd? Gdzie? Co się stało?

– Nic nie pytaj. Zbieraj się!

– Dajże mi spokój! Deszcz, mgła, zęby mnie rwą… gdzie chcesz pędzić jak do pożaru?

– Nic ci nie pomoże. I tak pójdziesz! Zbieraj się. O dwa kroki stąd masz teatr. Musisz pójść!

– Jaki znów teatr?!

– Zabawnyś! Prawdziwy teatr, choć na strychu. Muzyka od Dobroczynności. Towarzystwo wybrane – sami szewcy, rzemieślnicy, no i uliczników też nie brak. A wiesz, co grają? Otella! Raz w życiu trzeba coś takiego zobaczyć. Prędko, zbieraj się![1]

I cóż robi młody Kraszewski? W pośpiechu narzuca na siebie płaszcz i rusza za Dominikiem. Nagle ich oczom ukazuje się tłum cisnący się do bramy, gdzie stoi dozorca domu będący na usługach policji. Przebiegają przez dziedziniec i oto stają u drabinkowych, ciasnych i ciemnych schodów wiodących na strych. W pośpiechu opłacają czterema złotymi pierwsze miejsce na ławce, na wprost kurtyny, która składa się z używanego prześcieradła. Potrzebują chwili, aby ich oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Widzą jak ludźmi zapełniają się wszystkie kąty. Kilka łojowych świeczek rzuca nikłe światło na przedmioty znajdujące się dookoła.

(…) Na jednym z nami w pierwszej ławce miejscu siedział łatwo dający się rozpoznać, blady i obrzękły szewc, lubownik sztuki, w granatowej, suto szamerowanej czamarce, z laską grubą w ręku, obok niego zacna połowica w chustce bagdadzkiej białej i czepeczku obfitym w kokardy. Dalej kilka osób, łatwo także dających się w różne kategorie rzemieślnicze poklasyfikować. Za nami na drugich miejscach ciekawa młodzież od warsztatów oderwana, ubrana i nieubrana, w naiwnych fartuchach, z zakasanymi rękawy. Dzieci stały na ławkach i płakały, że było ciemno i nic nie widziały. Dalej tłum posługaczy wszelkiego rodzaju gubił się w głębiach poddasza. Ostatnie miejsce było na maglu stojącym w kącie, gdzie kilkoro dzieci odartych mieściły się, jak mogły (…)[2]

I nagle podnosi się kurtyna, a zniecierpliwiona publiczność zaczyna stukać, krzyczeć i tupać. Najpierw widzów zabawia chłopięca kapela, a potem rozpoczyna się seans. Józef ostatkiem sił tłumi śmiech na widok tęgiego Otella i Desdemony przyodzianej w białą suknię z różowymi kokardami i obutą w niebieskie trzewiczki. Widać, że tekst roli jest dla niej zbyt trudny, ponieważ zwyczajnie go nie zapamiętała. Natomiast zakończenie sztuki wyraźnie odbiega od tego przedstawionego przez Shakespeare’a. Jago zostaje upokorzony i ukarany, zaś Desdemona wcale nie umiera, a małżeństwo zostaje szczęśliwie pogodzone.

 

 

 

 

 

Tablica upamiętniająca pobyt J.I. Kraszewskiego w Wilnie - Kamienica p. Orłowskiej (widok z bliska)

 

 

 

 

 

 

 

 

 Na Kraszewskim wrażenie robią także wileńskie kawiarnie i gospody (traktiernie). W swoich Pamiętnikach pisze o nich tak:

(…) Są też kawiarnie, traktiery, cukiernie różnego stopnia, począwszy od położonych na wielkich ulicach, do których co najbogatsi tylko wchodzą, aż do ubogich garkuchni, szynczków i kawiarni na odległych zaułkach i przedmieściach. Są i takie, gdzie razem traktier, bilard, kawiarnię i cukiernię na małą stopę znajdziesz. Te najwięcej za miastem; do nich baczny klasyfikator policzy Pohulankę, Malinowskiego i Tivoli; często puste, czasem przepełnione ludem, któren piękna pora na przechadzkę wypędzi. Pod starymi drzewami ogrodu w Tivoli ileż to wesołych podwieczorków, ile pogadanek nad kielichem! I tu jednak, i w innych tego rodzaju zakładach, dwie rozróżniaj ludności. Napływową i pierwiastkową (wyraz może nie najlepszy, ale w niedostatku innego). Przypadkowy, napływowy tłum, żąda rzeczy niepraktykujących się, kłóci się o gatunek, o cenę, połyka, płaci i odchodzi, jak przyszedł, znikając bez śladu. Dziś inne, jutro inne ma oblicze ten cudzoziemski tłum, do którego głębokiej znajomości nie dójdzie nigdy ani Justysia służąca, ani sam szanowny gospodarz (…)[3]

Józef Kraszewski namiętnie bierze udział także w wileńskich maskaradach. Jest on nimi wręcz zafascynowany. W takim razie czym tak naprawdę są owe Maskarady, o których pisze się na wileńskich ulicach wielkimi, czarnymi literami?

(…) Ale spójrzmy na maskaradę wileńską. Rzadki na niej bywał kostium charakterystyczny, uderzający nowością, pomysłem. Garderoba ubogiego teatru dostarczała zwykle zawsze jednych i tych samych, po trosze tylko urozmaiconych strojów. Najwięcej widziałeś Niemców, owych to bajecznych Niemców, w perukach i haftowanych frakach, Hiszpanów nie mniej bajecznych, w kapeluszach z piórami, Krakowianek, Cyganek-wróżek, Turków, kominiarzy itp. Rzadziej ukazywał się Żyd, Żydówka, dziki człowiek, niedźwiednik z niedźwiedziem. Zjawiskiem była maska charakterystyczna lub okolicznościowa, i myślę, że Cholerę, która raz pokazała się była na maskaradzie, do tej pory pamiętają. Tłum składał się pospolicie z czarnych fraków i ogromnych nosów, czarnych półmiseczek, krótkich spódniczek, różowych płaszczyków, nieodgadnionych ubiorów jakichś krajów dotąd nie odkrytych, brzuchatych Niemców itd. itd. (…)

(…) Przez cały wieczór dla dodania humoru przygrywała muzyka, pary krążyły po salach, zaczepiane, wstrzymywane, śmiejąc się, odpowiadając piskliwie, milcząc niekiedy upornie. W bocznych pokojach zajadano i zapijano tymczasem pod oczyma głodnych, arkadyjskich pasterek i wypchanych brzuchów niemieckich. W ostatni wtorek wybijająca północ rozpędzała wszystkich nagle. Kto by myślał, że posłuszni biegli popiołem posypać głowy i zasnąć w łóżku. O, nie! Cała naówczas młodzież dopadała drążek i leciała na Pohulankę, na salę zwaną niegdyś Harmonii, gdzie się uroczystym szałem kończył karnawał (…)[4]

Tak więc widzimy, że Wilno to miasto niezwykle bliskie Józefowi. Sprawą żywą staje się dla niego także Tradycja Szubrawców, Filomatów i Filaretów. Kraszewski pamięta jak jeszcze w Romanowie wuj Wiktor Malski rozczytywał się z upodobaniem w Byronie oraz w Walterze Scotcie. Choć byli to obcy pisarze, to jednak bardzo interesujący. Lecz nasz bohater wie, że po wileńskim bruku jeszcze nie tak dawno stąpali tacy ludzie, jak Lelewel, Zan i oczywiście Adam Mickiewicz. Jednak obecne Wilno nie jest już ich miastem. Teraz panuje tu carski ucisk i krążą sprowadzane zza kordonu książki i pisma. Nadchodzą też przesyłki z Warszawy, gdzie cenzura nie jest tak ostra, jak na Litwie. Z innej strony świata przenikają płomienne słowa rosyjskich dekabrystów. Obydwa nurty tych nowin trafiają przede wszystkim do młodzieży. Teraz Wilno pełni rolę zarzewia tlącego się pod popiołem. Natomiast w migotliwym świetle świec rozpalone młode oczy chłoną z przejęciem treść burzycielskich i śmiałych słów. Starsze pokolenie nie przeczuwa jeszcze, iż miasto choć z pozoru spokojne, to jednak drąży je nowa fala podziemnego buntu.

 



[1] M. Wareńska, Chłopiec z Romanowa, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1965, s. 119.

[2] J.I. Kraszewski, Pamiętniki, Wyd. Ossolineum, Wrocław 1972, s. 139.

[3] Ibidem, s. 118.

[4] Ibidem, s. 125-126.

 

 

źródła zdjęć:

Ulica wileńska

Tablica pamiątkowa

 



prawa autorskie zastrzeżone

czwartek, 12 kwietnia 2012, krainaczytania

Polecane wpisy

  • Kraszewski i jego Kresy

    Obraz Kresów w twórczości Józefa Kraszewskiego to zagadnienie niezwykle rozległe. Poznawczy punkt wyjścia Pisarza wydaje się być znamienny dla ogółu literatury

  • Kraszewski romantyczny i polityczny

    Powieściopisarstwo Józefa Ignacego Kraszewskiego posiada dwie zasadnicze cechy, które nie zawsze można uznać za komplementarne. Pierwszą z nich jest dostrzegana

  • Pejzaż Polski malowany słowami Józefa Ignacego Kraszewskiego

    Środowiskiem, które odpowiedzialne było za ukształtowanie poglądów Józefa Ignacego Kraszewskiego, były bez wątpienia Kresy, a szczególnie Wilno, które odcisnęło

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Wilno 8211 pobojowisko wieków, ludów, zapałów i poświęceń cz. IV z Kraina Czytania
  W traktierni Pod Tycjuszem , czyli inaczej, Titiusem , która zaliczana jest do najlepszych w Wilnie, doktor prawa, Kazimierz Moniuszko , niemłody już, lecz bardzo zamożny, niegdysiejszy wizytator szkół na Litwie i Wołyniu, z żywym zainteresowaniem ... »
Wysłany 2012/04/26 17:31:18
Wilno 8211 pobojowisko wieków, ludów, zapałów i poświęceń cz. III z Kraina Czytania
  Pracownia profesora Jana Rustema należy do tych wileńskich zakątków, gdzie prawie każdego dnia jest gwarno i rojno. Profesor Rustem to znany wileński artysta malarz, człowiek niezwykle towarzyski, dowcipny, szczerze każdemu życzliwy, a drzwi do ... »
Wysłany 2012/04/26 17:37:25
Komentarze
avo_lusion
2012/04/12 19:17:13
Piękne Wilno, te ulice:) Aż chciałoby się przenieść w te niezwykłe czasy i wraz z Kraszewskim spacerować po mieście;)
-
2012/04/12 19:24:28
A więc jest już początkującym pisarzem i szuka wydawców. W tamtych czasach był możliwy debiut prasowy, który mógł otworzyć drzwi na salony literackie.
-
krainaczytania
2012/04/12 20:23:42
@Danusia
Ja to bym sobie chętnie z takim Józiem po Wilnie pospacerowała :-) Uwielbiam takie klimaty :-)
-
krainaczytania
2012/04/12 20:25:25
@Nutta
Oj, szuka tych wydawców, ale jak widać nie jest mu łatwo. Jednak jest uparty i jak zobaczymy po latach, świetnie sobie z tym poradzi. A zrobi to tak dobrze, że będą go czytać pokolenia :-)
-
ksiazkowka
2012/04/12 22:04:56
Poczułam się jakbym była w Wilnie wraz z panem Kraszewskim. :)
-
cyrysia
2012/04/13 09:37:16
Nigdy nie byłam w Wilnie, ale teraz mnie tak jakoś naszło, by zobaczyć ten piękny zakątek i poczuć ducha Kraszewskiego...
-
krainaczytania
2012/04/13 09:53:56
@Ewa
To miasto od zawsze było piękne i miało w sobie coś szczególnego. Pewnie dlatego tak wielu literatów tam wyjeżdżało. Czasami żal, że nie można cofnąć się wstecz i zobaczyć tego wszystkiego na własne oczy :-)
-
krainaczytania
2012/04/13 09:55:17
@Cyrysia
Ja też nigdy nie odwiedziłam Wilna. Jednak mam nadzieję, że jeszcze wszystko przede mną. Może kiedyś? :-)
-
2012/04/13 17:49:20
Oj tak... po takich tekstach to chce sie do Wilna natychmiast, ale w wehikule czasu. Kiedyś naczytałam sie podobnych fascynujących tekstów o Lwowie i juz miałam bilet kupowac kiedy poznałam kilka osób, które dopiero co stamtąd wróciły i miały bardzo smutne doświadczenia z podróży. To chyba kwestia czasów a nie miejsca. Teksty o przedwojennej Polsce sa wspaniałe. "Boso, ale w ostrogach" - tam Czerniaków jest tak realny, tajemniczy, fascynujący, że chce się tam byc.
Swietne te Czwartki z Kraszewskim. Genialny pomysł
-
krainaczytania
2012/04/13 18:01:45
@panijeziora1
Ja to bardzo chętnie pojechałabym gdzieś zamknięta w takim wehikule :-) Uwielbiam książki, które oddają ten specyficzny klimat przeszłości, choćby te, o których wspominasz. Przedwojenna Warszawa fascynuje mnie od najmłodszych lat. Ogólnie brak mi tej atmosfery. Wiem, że teraz mamy inne czasy i nie da się tak żyć, jak żyli nasi przodkowie, ale to nie zmienia faktu, że tęsknię za czymś takim. Dlatego dobrze, że mamy książki :-) Cykl o Kraszewskim to taka spontaniczna idea. Mamy jego rok, więc pomyślałam, że trzeba by to było jakoś uczcić. I tak powstały "Czwartki z Kraszewskim". Miło mi, że Ci się podoba :-)


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?