Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
Blog > Komentarze do wpisu

Józio z Romanowa wyrusza do Świsłoczy

 

Po burzliwym odejściu Józia ze szkoły wojewódzkiej w Lublinie, w domu państwa Kraszewskich odbywa się poważna familijna narada, w wyniku której postanowiono znaleźć Józiowi inny zakład edukacyjny. Rodzice wciąż mają w pamięci przykrą scenę w Lublinie, dlatego też stwierdzają, że ich krnąbrny wyrostek z pewnością zbuntuje się, jeśli zostanie pod przymusem pozostawiony w szkole lubelskiej. Poszukując innych możliwości, wybierają Świsłocz, czyli miasteczko leżące niedaleko Dołhego.

Świsłocz leży w pobliżu przepastnych ostępów, na trakcie, który biegnąc od Grodna do Brześcia przecina w prostej prawie linii gubernię grodzieńską. Miasteczko posiada właściwie tylko jedną główną ulicę, której najważniejszymi punktami są kościół parafialny Świętej Trójcy, cerkiew i synagoga. Boczne uliczki, rozplanowane prosto i symetrycznie, oraz niektóre budynki swoim wyglądem świadczą o tym, iż Świsłocz przeżyła niegdyś swoje lata świetności, pomimo że jej żywot nie jest długi, gdyż narodziny miasteczka przypadają na koniec XVIII stulecia. Józiowi ta cicha i spokojna, prowincjonalna miejscowość wydaje się pustelnią. Niemniej jednak jego głęboka uraza dla szkoły lubelskiej znacznie przyćmiewa te dobre wspomnienia wyniesione z gubernialnego Lublina. Należy pamiętać, że nie wszystko, co związane z Lublinem było złe. Ale młody Kraszewski tego nie pamięta. On wciąż ma na uwadze krzywdy i porażki, które traktuje jako wielką niesprawiedliwość.

W jednym z domków ocienionych pięknymi i rozłożystymi kasztanami ma zamieszkać Józio Kraszewski, którego od tej chwili powinno nazywać się „Józefem”, gdyż nasz bohater wiek dziecięcy ma już za sobą. Właścicielem posesji jest świsłoczanin, niejaki Hofert. Wraz z dwoma kolegami ze szkolnej ławy, braćmi Jundziłłami, Józef zajmuje stancję położoną od strony ulicy. Z rynku, w kierunku wschodnim, prowadzą dwie mniejsze uliczki: Mściborska i Rudawska. Na Rudawskiej również ruchliwie jest od uczniów. Obydwie ulice przedziela unicka cerkiewka, zaś w kierunku północnym i zachodnim, wbrew swoim wielkomiejsko brzmiącym nazwom, biegną ulice Grodzieńska i Warszawska, które są dość skromne i nad wyraz prowincjonalne. Wszystkie zakończone są okazałymi bramami. Natomiast od placu gimnazjalnego piękna i cienista aleja prowadzi do pałacu asesora, zaś z samym placem graniczy ogród publiczny. Pomiędzy alejami z klonów, wiązów i lip podczas dni jarmarcznych uruchamiane są karuzele i huśtawki.

 

 

 

Ulica Rudawska w Świsłoczy

 

 

 

 

Cały rytm powszedniego życia w Świsoczy Józef zmuszony jest podporządkować szkole. Ludziom, którzy przywykli do ruchliwego trybu życia, miasteczko może wydawać się pustynią. Tak właśnie myśli o nim nasz bohater.

(…) Była to zmiana znowu radykalna: inny świat, inna atmosfera, inni ludzie, inny program nauk. Świsłocz, małe miasteczko Tyszkiewiczowskie, w lasach, na uboczu, cichsze jeszcze i skromniejsze było od Białej. Główne jego zaludnienie składali studenci, oraz to, co przy nich i z nich żyło (…)

(…) Po Lublinie była to pustelnia; towarzystwo też uczniów zupełnie się zmieniło. Młodzież była skromniejsza, łagodniejsza, profesorowie przystępniejsi. Oprócz lekcji programowych, zacząłem się tu uczyć grać na fortepianie, bez wielkiego skutku. Parę godzin na tydzień, gdy w domu się nie ma instrumentu, nic nauczyć nie może. Rozmowy z Hołówką, znajomość i stosunki z prof. Walickim, a potem rysunek i książki, zajmowały czas wszystek. Walicki, pożyczając książek, wymagał, aby gruntownie się z czytanym dziełem obeznało, szybko mieniać ich nie lubił. Ja czytałem nadto pośpiesznie i zawsze brakło pokarmu. Wówczas z półki p. Hołówki Molier i Montesquieu ratowali, a Moliera można było powtarzać po wiele razy bez znużenia.

Nie przypominam sobie, abym tam co pisał lub nawet miał do tego ochotę. Czas schodził dosyć nudnie i powoli. Niekiedy tylko przerywały monotonią zaprosiny w sąsiedztwo do pp. Radowickich oraz przechadzki po ogrodzie ogromnym przy Tyszkiewiczowskim pustym pałacu (…)[1]

Gimnazjum w Świsłoczy cieszy się ogromną sławą na Litwie i w okolicach z nią sąsiadujących. Sławę tę datuje się od początku jej istnienia, czyli od 1806 roku. W szkole panuje atmosfera wielkiego umiłowania nauki, która promieniuje także na uczącą się tutaj młodzież. W starym, drewnianym budynku szkolnym znajduje się niewielka, ale starannie wyposażona sala teatralna oraz sala redutowa. Obydwie otwierają swoje podwoje jedynie w czasie dorocznych jarmarków. W tych dniach do Świsłoczy ściągają liczni przyjezdni goście, zarówno arystokracja, jak i szlachta. Przybywają również trupy teatralne oraz aktorskie znakomitości z Wilna, a nawet z samej Warszawy. Miasto w tych dniach ożywia się i zmienia do niepoznaki. Uczniowie gimnazjum, w tym także Józef Kraszewski, mogą oglądać teatralne spektakle. Z wielką ochotą korzystają z tej rozrywki, zaś Józef już wie, że nie zazna chyba w życiu silniejszych wrażeń i wzruszeń artystycznych, związanych z gościnnymi występami przyjezdnych teatrów. W szkole świsłockiej młody Kraszewski czuje się znacznie lepiej, aniżeli w Lublinie, który pozostawił w chłopcu głęboką awersję dla wszelkich mądrości wtłaczanych uczniom systemem szkolnego przymusu. Tutaj Józef lubi słuchać głosów, jakimi przemawiają stare mury i zakurzone papierzyska. Nie ma pojęcia jak to się mogło stać, że w Świsłoczy polubił lekcje, które do tej pory traktował jak przykrą i dokuczliwą nudę. Zdumieniem napawała go myśl, że nauka szkolna, która w lubelskiej szkole tak bardzo mu obrzydła, teraz odkrywa przed nim nowe światy. Tak nowe, że można się w niej na dobre rozsmakować.

(…) Spokojne życie w Świsłoczy, gdzie trzeba się koniecznie było zająć nauką, choćby dlatego, że czym innym nie było, i mnie, i wielu innych zapewne zmusiło do oddania się namiętnego książkom, pracy. W młodym wieku, przy czynniejszym umyśle, jak tylko nie ma nic, co by oderwać mogło, co by nęciło jakim powabem, rzucić się musimy do nauki, potrzebując za warunek do życia zajęcia, które by siły nasze wyczerpywało. Dlatego miasteczka takie, jak Świsłocz, podobniejsze wsi niż miasteczku, ustronne, spokojne, najlepsze są dla młodzieży. W nich uczyć się potrzeba koniecznie lub z nudy umrzeć, i młodzi się też uczą. W większych miastach umysł się zapala widokiem żywego, działającego świata, życia; tu wszyscy otaczający oddychają nauką, przypomina ją tylko wszystko, a nic od niej nie odrywa.

To pewna, żem ja więcej się nauczył w czasie krótkiego pobytu w Świsłoczy niż przeszłych lat, po innych szkołach (…)[2]

Józef zauważa, że wykładowcy na ogół są przystępni wobec młodzieży, bardziej wyrozumiali dla ich upodobań oraz wybryków, aniżeli było to w Lublinie. Wśród kolegów bliskim przyjacielem staje się Placyt Jankowski. Chłopiec także interesuje się literaturą, a w przyszłości również pragnie zostać pisarzem.

 

 

Gmach Gimnazjum, do którego uczęszczał J.I. Kraszewski w latach 1827-1829.

Fundatorem Gimnazjum był Hrabia Wincenty Tyszkiewicz, który własnym kosztem założył je w 1806 roku.

 

Nauczyciele o Kraszewskim wyrażają się pochlebnie. Szczególną sympatią Józef darzy profesora Walickiego. Wykładowca ten jest cierpliwy i wyrozumiały, a zarazem łagodny i wykształcony. Ucząc młodzież wymowy oraz literatury polskiej potrafi zaszczepić w niej szersze zainteresowanie tymi przedmiotami. Bardzo szybko zwraca uwagę na Józefa, który jest wrażliwy i nad wiek oczytany. Do tej pory Kraszewskiego pociągały przede wszystkim książki mogące pobudzić wyobraźnię. Natomiast profesor Walicki uczy go jak odnaleźć piękno w tych dziełach, które chłopiec skłonny jest uważać za nudne i mało istotne.

Rady i wskazówki profesora Walickiego trafiają na podatny grunt, gdyż Józef garnie się całą duszą do języków obcych. Nie wie jeszcze, że to zainteresowanie pozostanie mu na zawsze. Niemniej jednak najbardziej pociąga go język ojczysty. Na razie odkłada własne próby pisania, lecz profesor Walicki uparcie zachęca swojego ulubionego ucznia do opracowania historii języka polskiego. W związku z tym Józef z zapałem gromadzi i spisuje polskie przysłowia oraz zaczyna zbierać materiały do opracowania systematycznego glossarium. Pragnie ułożyć słownik, który będzie zawierał wyrazy dawne, zapomniane w mowie potocznej, z objaśnieniem, kiedy ich używano i w jakim znaczeniu.

Te zajęcia kuszą go i wciągają coraz mocniej. Pod wpływem rozmów z mądrym i doświadczonym profesorem, który potrafi natchnąć go wiarą we własne siły i, który wie, że Józefowi nie brak ani zapału, ani też pracowitości i energii, chłopiec zaczyna poważnie myśleć o pracy naukowej. I tak oto kajety z powieściami i wierszami zaczynają pokrywać się kurzem, a ich miejsce zajmują seksterny z wypisami autorów polskich oraz próbami przekładów łacińskich.

(…) Następnie wziąłem się szczerze do innych języków, mianowicie łacińskiego i greckiego. Nigdy was nie zapomnę, Paradoxa Cyceronowe*, na których sił moich próbowałem! I tych nocy bezsennych, spędzonych z Adamem u jednego stolika nad tłumaczeniem w togi poubieranych frazesów Tuliuszowych! I tej mianowicie nocy ostatniej, nocy majowej, któreśmy heroicznie przesiedzieli oba z książką w ręku, choć oczy nam się kleiły, a po ukończeniu biegliśmy się kąpać w rzece! A! Nigdy Cyceronowe Paradoxa tak zimne nam się nie wydawały, jak woda rzeczki przed wschodem słońca, z której dzwoniąc zębami, wyskoczyliśmy, wracając do zimnej kąpieli w łacinie. I nie myślcie, że tłumaczenie to, nad którym noce nam schodziły, było zadaniem szkolnym i nie samiśmy je sobie zadali!

– Pomnisz ty to jeszcze, Adamie?? –

– Ja wszystko pamiętam, jednej, zda się chwili nie straciłem z tej przeszłości, którą miło mi wspomnieć dziś jeszcze. Pamiętam i ciebie, łagodny uczony, profesorze Walicki, któryś mnie na tę drogę filologicznej nad językiem pracy, zastanowienia wprowadził, któryś podał myśl tej historii języka polskiego, leżącej po dziś dzień w tece, czekając rozpalonego kominka. Pamiętam zdrowe twoje rady, serdeczne przywiązanie do mowy, której czystości broniłeś, którąś chciał nieskażoną wlać w usta uczniom twoim (…)[3]

Szkolna fama głosi, że Józef Kraszewski to najlepszy wśród uczniów rysownik. Dlatego też, gdy trzeba naszkicować plan szkolnego gmachu, to jemu przypada to zadanie. Jednak on sam nie jest zadowolony ze swojej pracy. Pomimo pochwał ze strony pedagogów, czuje jakiś niewytłumaczalny niedosyt. Najważniejsze, że w tej przychylnej atmosferze Kraszewski czuje się potrzebny, dostrzegany i zauważany. Nikt już nie wytyka mu lekkomyślności i lenistwa, tak jak miało to miejsce w Lublinie. Teraz jego uwaga skupiona jest na zakończeniu edukacji w szkole w Świsłoczy. Ten dzień zbliża się wielkimi krokami i stanowi wielką uroczystość dla całego miasteczka. Drogi do niej prowadzące ożywiają się już na kilka dni przed 29 czerwca 1829 roku. Gromadnie nadciągają rodzice, dziadkowie oraz bliżsi i dalsi krewni gimnazjalistów. Dla chłopców jest to dzień rozkosznej ulgi po stresie egzaminacyjnym.

 

 

 

Kościół w Świsłoczy ufundowany w 1666 roku. Został zniszczony podczas II wojny światowej w roku 1941.

 

 

 

Dzwony w miejscowym kościele, bijące miarowym dźwiękiem, oznajmiają nie żadną ceremonię kościelną, lecz świecką, szkolną uroczystość. Z jednej strony nawy ustawiono stół przykryty zielonym suknem, na którym ułożono stos druków o jednakowym tytule: Treść nauk, a wśród nich umieszczono listę uczniów celujących. Nazwiska najlepszych uczniów stanowią tajemnicę aż do ostatniej chwili.

(…) Tak w mgnieniu oka dwa te lata przebiegły, przeleciały. Ze starych, szkolnych przyjaźni nie pozostała mi żadna; towarzysze rozbiegli się po białym [!] świecie, każdy w swoją stronę pędząc za szczęściem, za niedolą! Jednego z moich nauczycieli, Walickiego, widziałem potem raz jeszcze.

Ze wspomnień wypadkowych nie przychodzą mi na pamięć inne nad pogrzeb rektora, na którym miałem mowę wśród paroksyzmu febry, zapewne z wielkim boleści uczuciem wyrzeczoną, bo głowa pękała i gorączka mnie właśnie trzymała w objęciach swoich. Dwie nagrody i patent (jak w Królestwie nazywano świadectwo maturitatis) otrzymałem. Teraz miałem jechać do uniwersytetu. Zdawało mi się, żem był poważnym człowiekiem; ręka napierała się pióra, które później tylu mi wytrącić chciało i teraz jeszcze usiłują. Głowa paliła się nadziejami przyszłości, nigdy się nie mającymi ziścić. Wyjeżdżałem ze Świsłoczy, modląc się do tych Aniołów Stróżów, którzy mnie mieli prowadzić po świecie (…)[4]

I tak oto jeden z maturzystów rocznika 1829, Józef Ignacy Kraszewski, na zawsze żegna Świsłocz. Przed sobą ma perspektywę letniego wypoczynku w Romanowie i w ojcowskim Dołhem, zaś od jesieni czeka go pobyt w Wilnie.

 



[1] J.I. Kraszewski, Pamiętniki, Wyd. Ossolineum, Wrocław 1972, s. 328-329.

[2] Ibidem, s. 163.

[3] Ibidem, s. 164.

[4] Ibidem, s. 166-167.

*Paradoxa stoicorumParadoksy stoików, jedno z pism filozoficznych Cycerona

 

źródła zdjęć:

Ulica Rudawska (1)

Gimnazjum (2)

Kościół (3)



czwartek, 29 marca 2012, krainaczytania

Polecane wpisy

  • Kraszewski i jego Kresy

    Obraz Kresów w twórczości Józefa Kraszewskiego to zagadnienie niezwykle rozległe. Poznawczy punkt wyjścia Pisarza wydaje się być znamienny dla ogółu literatury

  • Kraszewski romantyczny i polityczny

    Powieściopisarstwo Józefa Ignacego Kraszewskiego posiada dwie zasadnicze cechy, które nie zawsze można uznać za komplementarne. Pierwszą z nich jest dostrzegana

  • Pejzaż Polski malowany słowami Józefa Ignacego Kraszewskiego

    Środowiskiem, które odpowiedzialne było za ukształtowanie poglądów Józefa Ignacego Kraszewskiego, były bez wątpienia Kresy, a szczególnie Wilno, które odcisnęło

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
ksiazkowka
2012/03/29 13:59:55
Józiowa droga ku dorosłości... :)
-
avo_lusion
2012/03/29 14:01:49
A więc już nie Józio, a Józef. Szybko wyrósł, na naszych oczach dosłownie:) Ładne zdjęcia dałaś, dodały klimatu tej części życiorysu:)
-
krainaczytania
2012/03/29 15:22:31
@Ewa
O, tak. Józio to już prawie dorosły facet. Ma przecież 17 lat, a w przyszły czwartek będzie już studentem na uniwersytecie w Wilnie :-)
-
krainaczytania
2012/03/29 15:24:47
@Danusia
Te zdjęcia trochę poprawiłam w takim specjalnym programie do obróbki zdjęć. One w oryginale wyglądają nieco inaczej :-) A Józio faktycznie wydoroślał :-)
-
2012/03/29 18:20:08
No i zdążyłam na premierę kolejnego odcinka:) Widać, że prowincja lepiej służyła przyszłemu pisarzowi. Rysować naprawdę potrafił dobrze, a świadczą o tym reprodukcje obrazów z podróży po Wołyniu. Może w dawnych szkołach potrafiono uczyć rysunków.
-
krainaczytania
2012/03/29 18:26:19
@Nutta
Z tego, co wyczytałam w materiałach o Kraszewskim, jego nikt rysunku nie uczył. On to miał we krwi, podobnie jak pisanie. Taki wrodzony talent :-) A prowincja faktycznie lepiej na niego działała. Nie było tyle atrakcji, które by go rozpraszały. Po Lublinie lubił się szwendać bez celu, co odbijało się negatywnie na jego osiągnięciach szkolnych. Natomiast tutaj, jak sam wspomina, nie było się czym zająć, więc albo człowiek się uczył, albo "umierał" z nudy. A że nasz bohater był dość ruchliwy, więc nudę traktował jak wroga. Myślę, że to było głównym powodem jego dobrych ocen :-)
-
Gość: ROGALA, *.adsl.inetia.pl
2013/02/04 22:32:14
Był tam (w gimnazjum Swisłoczy), profesor Grzegorz Skulski , wykładał podstawy nauk - jak sie wtedy to nazywało, a wiec jezyk ojczysty, ale także elementy filozofii, i matematyki. Miał czterech synów Napoleona, Krzysztofa,Aleksandra i Heronima.
Pochowany na miejscowym cmentarzu, był w wiecznej pamieci uczniów( późniejszych b, znanych jak Traugutt, Kraszewski, Orsza) - nieraz pisali o Nim w swoich wspomnieniach. To było słynne gimnazjum "tyszkiewiczowskie". Wychowało wielu wybitnych ludzi .Dobrze by było upowszechnic wiedze o tym gimnazjum - to był w tych czasach pocz. XIX w.- 'prawdziwy rodzynek" w historii nauczania młodziezy polskiej
-
krainaczytania
2013/02/05 12:37:35
@Rogala
Witam i dziękuję ślicznie za cenną informację. Mój cykl o Kraszewskim już dawno dobiegł końca, jednak może kiedyś poszperam w jakichś archiwach i coś na ten temat napiszę :-) Pozdrawiam serdecznie :-)


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?