Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
Blog > Komentarze do wpisu

Józio z Romanowa idzie do szkoły

 

Jest wczesna jesień 1822 roku. Józio Kraszewski wybiera się w swoją pierwszą podróż. Państwo Kraszewscy spędzają godziny na zastanawianiu się do jakiej szkoły posłać swoją najstarszą pociechę. Opinii zasięgają u osób starszych, doświadczonych sąsiadów, a także u obu babek. Ostatecznie nie decydują się oddać Józia do którejkolwiek z pobliskich szkół prowadzonych przez księży według staroświeckiego wzorca i obyczaju. Ich wybór pada na szkołę bialską, zyskującą sobie uznanie pośród mieszkańców okolicy.

Gdy nadchodzi ten szczególny dzień, Józio wraz z ojcem i matką wsiada do powozu, ale z jego skwaszonej miny można łatwo wnioskować, że nie jest zadowolony. Nigdy nie przyznałby się, że żałośnie zrobiło mu się na duszy, gdy stangret ruszył, trzaskając z bata. Potem okrążył podjazd, tocząc się ku bramie. Zniknęły gdzieś w oddali białe chusteczki domowników, powiewające z ganku dworu. Zniknęły też postacie starszych pań, błogosławiących wnuka i prawnuka.

Dla dziesięcioletniego Józia Kraszewskiego droga do Białej Radziwiłłowskiej (dzisiaj Podlaskiej) jest wyprawą w świat odmienny od dotychczasowego, gdyż Biała to miasto obce i nieznajome, jakże różne od Krasiczyna i Sosnówki. Jego lęk jest uzasadniony, bo oto już niebawem ma pozostać w mieście sam na stancji w otoczeniu zupełnie obcych ludzi.

Droga do Białej prowadzi przez lasy, a każdy obrót kół sprawia, że Józio jest coraz dalej od ukochanego Romanowa. Pani Zofii żal jest wystraszonego chłopca, więc łagodnie tłumaczy mu, że jego podróż jest konieczna, bo przecież musi się uczyć. Roztacza przed nim wizję poznania nowych kolegów i przyjazdu do domu na czas ferii świątecznych.

Z kolei pan Jan twierdzi, że chłopiec jest aż nadto rozpieszczony przez obydwie babki. A prawdziwemu mężczyźnie nie przystoi spędzić całego życia, trzymając się kurczowo babskich spódnic. Szkoła to wstęp do życia, dlatego też, klepiąc swojego pierworodnego w ramię, z szorstką serdecznością rzecze:

– Uszy do góry, dobrodzieju! Nie spuszczaj nosa na kwintę. Wiesz, acan, przynajmniej do jakiego miasta jedziesz?!

– Wiem, proszę papy – odpowiada chłopiec. – Do Białej Radziwiłłowskiej.

– Właśnie, Biała Radziwiłłowska, inaczej Alba Ducalis, to nie byle co! A do jakiej szkoły będziesz chodził?

– Do gimnazjum – szepce Józio nieśmiało.

Ojciec tłumaczy: – To nie tylko gimnazjum, dobrodzieju! To akademia. Rozumiesz: akademia![1]

Pan Kraszewski ma rację, nazywając szkołę w Białej Radziwiłłowskiej „akademią”, ponieważ jest ona filią słynnej Akademii Jagiellońskiej. W okresie współczesnym Kraszewskiemu szkolnictwo podzielone jest na cztery stopnie. Przy kościołach istnieją szkółki elementarne, inaczej parafialne, gdzie proboszcz, wikary i organista uczą dzieci wiejskie. Istnieją również tak zwane szkoły podwydziałowe o dwóch bądź trzech klasach, czteroklasowe szkoły wydziałowe, liczące sześć klas, z których ostatnia trwa dwa lata oraz szkoły wojewódzkie. Do tego typu szkół zalicza się Bialską Akademię, w której czwarta klasa jest klasą dwuletnią, jednak drugi jej rok nie jest obowiązkowy.

Ale na tamtą chwilę dziesięcioletni Józio nie ma o niczym pojęcia. Nie wie nic o chlubnej przeszłości Bialskiej Akademii, ani też o jej obecnych czasach. Na jego oczach droga prowadząca przez bory i odludne lasy zamienia się w bity gościniec, przy którym zagęszczają się domy. To właśnie Biała Radziwiłłowska, która w późniejszych latach zostanie nazwana Podlaską. Przepełniony lękiem, mały Józio ledwie dostrzega kościół farny i zamek wznoszący się naprzeciw niego. Teraz jego oczom ukazuje się budynek szkoły – obszerny, jednopiętrowy i murowany. Jest on przodem zwrócony ku ulicy, która z miasta wiedzie wprost na zamek. Dookoła rosną wysokie topole. Ich widok sprawia, że Józio nieco się ożywia, gdyż przypominają mu uwielbiany Romanów.

 

 

Być może to właśnie te domy rosły przed oczami Józia Kraszewskiego, kiedy wraz z rodzicami wjeżdżał do Białej Radziwiłłowskiej jesienią 1822 roku.

 

 

 

Niedługo po przyjeździe, Józio staje przed obliczem rektora Józefa Preyssa. Pierwsze słowa chłopca skierowane do rektora brzmią niepewnie. Józio jeszcze nie wie, że nie jest to taka zwyczajna konwersacja. Rektor go egzaminuje, sprawdzając tym samym jego uzdolnienia i przygotowanie do nauki. Gdy rektor Preyss niespodziewanie przechodzi na język francuski, Józio natychmiast podąża w jego ślady, ponieważ francuski jest mu znany od wczesnych lat dzieciństwa. Ostatecznie wynik egzaminu wypada bardzo pomyślnie ku ogromnemu zadowoleniu państwa Kraszewskich.

Nauka szkolna odsłania przed Kraszewskim nęcące światy. Należy pamiętać, iż nie do wszystkich przedmiotów podchodzi z radością. Lecz mimo to w niedługim czasie zajmuje miejsce wśród uczniów celujących. Natomiast sami profesorowie bialskiej szkoły potrafią zaszczepić w swoich uczniach zainteresowanie wykładanymi przez nich przedmiotami.

W Akademii samej, bo tak się zwała owa filia Krakowskiej Szkoły, mieszkał rektor Preyss i my u niego – Gloger, Cyruński, w dziedzińcu we dworku na prawo profesor Adam Bartoszewicz, ojciec Juliana, Zengtellerowie i kilku profesorów utrzymujących uczniów. Wszystko to stanowiło niemal jedną rodzinę, a my młodzi niemal jedną gromadkę (…)

(…) Daleko więcej obawialiśmy się profesora Zengtellera, który w poobiednich godzinach, krokiem poważnym, z kluczem w ręku przybywał do muzeum i dopóki tu siedział, hałaśliwej swawoli naszej nie znosił. Naówczas przenosiła się ona do której z pustych klas na dole. Tameśmy i nasze doświadczenia fizyczne i chemiczne robili, do których syn aptekarza, a nasz kolega, dostarczał materiałów. Dobre to zaprawdę były czasy. Wszystko się śmiało i bawiło, wszystko było nowym i ponętnym. Chciało się pożreć całą mądrość książek, napić całej poezji świata, zajrzeć do najskrytszego kątka i wtajemniczyć we wszystko dziwne, nieznane a pożądane.

Nie mogę się wcale pochwalić, ażebym był uczniem bardzo pilnym; miałem brzydki zwyczaj uczyć się zawsze nie tego, co było potrzeba, ale ku czemu ciągnęła fantazja i owa nienasycona ciekawość, która ciągnie do piekła. Pragnęło się wyprzedzić, nie wlec się powoli i dużo wałęsało po bezdrożach. Mam jeszcze do dziś dnia drukowany liść pochwalny otrzymany w Białej, ale nie jestem pewien, czym na niego zasłużył.[2]

Józio Kraszewski wiele uczucia ma szczególnie do jednego z profesorów, którym jest Adam Bartoszewicz. Profesor w szkole bialskiej wykłada dwa przedmioty, matematykę i język polski. Matematyka zupełnie nie pociąga Józia, gdyż do rachunków i do wszystkiego, co wiąże się z cyframi nie ma głowy. Natomiast skwapliwie sięga po lektury pożyczane mu przez profesora. Kiedy na progu klasy pojawia się postać Bartoszewicza, a oczom chłopców ukazuje się pogodna twarz i ojcowski uśmiech oraz znajomy gest, jakim zgarnia włosy, by przesłonić wczesną łysinę, oni już wiedzą, że zaczyna się jedna z lekcji ogólnie uważanych za najbardziej interesujące.

(…) Profesor Bartoszewicz miał ogromne księgi wpisów poezji i prozy, które uczniom pożyczał. Poważny, majestatyczny, ale dziwnie łagodny i dobry, z uśmiechem ojcowskim na ustach, stary, pierwszy mój nauczyciel literatury, gdym go w kilkadziesiąt lat później spotkał w Warszawie, tak się nic a nic nie odmienił, żem na widok jego osłupiał. Za moich czasów miał już tę łysinę, na którą zręcznie z tyłu włosy zagarniał, a wiek go nie pochylił, nie ugiął i nie wziął mu tej pogody z twarzy, która ją blaskiem wewnętrznego spokoju oświecała.[3]

Będąc uczniem Akademii, Józio bardzo często zakrada się w zakamarki strychu w poszukiwaniu starych woluminów. Ze swoich odkrywczych wędrówek na poddasze, chłopiec wraca umorusany jak nieboskie stworzenie i z wielką pokorą przyjmuje zasłużone strofowanie pani rektorowej. Nie może jednak zabrać ze sobą swoich skarbów do pokoju, który dzieli z kolegami. Lecz z drugiej strony nie potrafi wyrzec się zachłannej radości, jaką sprawia mu ich przeglądanie. Ma wrażenie, że te starodruki nie są mu obce. Czuje, że skądś je zna. Bez reszty pogrąża się w lekturze i skwapliwie bada ten dziwny i osobliwy język z XVI wieku.

 

Budynek I Liceum Ogólnokształcącego im. Józefa Ignacego Kraszewskiego - dawna Akademia Bialska przy ul. J.I.Kraszewskiego

 

Józio z ogromną pasją i upodobaniem rysuje też zamek bialski, aby tym sposobem na długie lata zapamiętać starą budowlę radziwiłłowską. Często spotyka dobroduszną handlarkę – Żydówkę o imieniu Fejga, która w tobołkach i koszykach dźwiga owoce, pierniczki, słodkie makagigi i wszelkie inne smakołyki przyciągające apetyty uczniów bialskiej szkoły. Kraszewski nieraz ulega tym pokusom. Zdarza się nawet, że zaciąga u starej Fejgi dług, który dorasta aż do pięciu złotych! Wobec wizji absolutnej niewypłacalności, jedynym skutecznym sposobem uniknięcia zwrotu pożyczki staje się ucieczka do kryjówki w drwalni i wstydliwe omijanie dróg, na których grozi spotkanie z wierzycielką. Swój dług spłaca dopiero po powrocie z domu rodzinnego po feriach świątecznych zaopatrzony w kapitał pochodzący zazwyczaj od ukochanej prababki.

 

 

 

A oto zamek bialski (radziwiłłowski), który Józio Kraszewski z taką pasją uwieczniał na swoich rysunkach.

 

 

 

Niemniej jednak nieprzepartym urokiem ciągnie Józia świat książek oraz świat stwarzany jego własnym ołówkiem i piórem. W trakcie nudniejszych lekcji Kraszewski zapełnia rysunkami okładki seksternu służącego do nauki geografii. Nadal rysuje i opisuje zamek radziwiłłowski, układa wierszyki i powiastki, a w specjalnym kajecie notuje próby własnych przekładów bajek Lafontaine’a. Decyduje się też wydawać gazetkę, gdzie jego artykuły i winietki wypełniają każdy numer. Od swoich „prenumeratorów” oczekuje w zamian dostarczania papieru na kolejny numer.

Cztery lata mijają jak z bicza trzasł. Teraz żal jest Józiowi, że już niedługo będzie musiał opuścić miasto nad Krzną, ruiny zamku, dom rektora Preyssa i przyjaciół z ławy szkolnej. Czeka go nowy etap nauki.

Lata te w Białej przeżyte przeleciały, mignęły jak błyskawica, ale ileż one wrażeń, wspomnień zostawiły po sobie! Tu pierwsze bajki wierszem tłumaczyłem z Lafontaine’a i w paradnie oprawnym seksternie, ku wiekuistej zachowałem je pamięci. Nie mogę zaręczyć, czym też nie pisał poematu czterech pór roku, których raptularza już tylko fizjonomia mi się przypomina. To pewna, że umysł się poruszał i przyszły ów zawód, ku któremu popychała mnie jakaś fatalność, wabił już ku sobie.[4]

Miasto lat dziecinnych ożyje pod piórem Kraszewskiego na kartach jednej z jego powieści. Na razie Józio z Romanowa wyrusza tam, dokąd skierowała go rodzicielska wola. Do Lublina. Ale o tym dopiero za tydzień.

 



[1] M. Wareńska, Chłopiec z Romanowa, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1965, s. 31-32.

[2] J.I. Kraszewski, Pamiętniki, Wyd. Ossolineum, Wrocław 1972, s. 228-229.

[3] Ibidem.

[4] Ibidem, s. 230.

 

 

źródła zdjęć:

Ławeczka J.I. Kraszewskiego w Białej Podlaskiej

Biała Radziwiłłowska - domy miejskie

Dawna Akademia Bialska

Zamek bialski (radziwiłłowski)

 

 

prawa autorskie zastrzeżone

czwartek, 15 marca 2012, krainaczytania

Polecane wpisy

  • Kraszewski i jego Kresy

    Obraz Kresów w twórczości Józefa Kraszewskiego to zagadnienie niezwykle rozległe. Poznawczy punkt wyjścia Pisarza wydaje się być znamienny dla ogółu literatury

  • Kraszewski romantyczny i polityczny

    Powieściopisarstwo Józefa Ignacego Kraszewskiego posiada dwie zasadnicze cechy, które nie zawsze można uznać za komplementarne. Pierwszą z nich jest dostrzegana

  • Pejzaż Polski malowany słowami Józefa Ignacego Kraszewskiego

    Środowiskiem, które odpowiedzialne było za ukształtowanie poglądów Józefa Ignacego Kraszewskiego, były bez wątpienia Kresy, a szczególnie Wilno, które odcisnęło

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
avo_lusion
2012/03/15 17:10:56
Ciekawe. Nieśmiały Józio i wielka szkoła. I profesor, który wykłada i polski i matematykę! To się nazywa wszechstronność! Za to ja, tak jak Józio, matematyki nie znoszę szczerze:):)
-
krainaczytania
2012/03/15 17:18:35
@Danusia
Aż trudno uwierzyć, że Kraszewski był taki nieśmiały w dzieciństwie :-) Kiedyś tak właśnie było, że jedna osoba uczyła kilku przedmiotów. Zresztą, teraz też tak jest, przy nauczaniu początkowym. A szkoła, do której poszedł Józio, to dzisiejsza podstawówka, tylko tak szumnie nazwana: Akademia :-) A ja lubiłam matematykę. Lubiłam do tego stopnia, że w ósmej klasie byłam nawet na olimpiadzie międzyszkolnej. Natomiast fizyki nie cierpiałam, ale to dlatego, że nie trafiałam na dobrych nauczycieli, którzy potrafiliby wytłumaczyć :-)
-
2012/03/15 17:52:50
Ta wyprawa Józia przypomina mi nieco tę opisaną przez Żeromskiego, tylko że w "Syzyfowych pracach" Marcinek podróżował z matką. Takie same uczucia niepewności przyszłości.
-
krainaczytania
2012/03/15 17:59:53
@Nutta
Pamiętam "Syzyfowe prace" :-) A może Żeromski wzorował się na przeżyciach Kraszewskiego? Tak się zastanawiam, czy ci dwaj pisarze mogli się znać. Bo kiedy Kraszewski zmarł Żeromski miał 23 lata. Nigdzie tego nie wyczytałam jeszcze. Może Ty coś wiesz na ten temat? :-)
-
cyrysia
2012/03/16 09:47:39
tak mało wiedziałam o Kraszewskim. Zresztą w latach szkolnych wszyscy pisarze wydawali mi się nudni i nieciekawi. Widocznie moje przekonania brały się za sprawą mało entuzjastycznego podejścia do literatury. Dzięki tobie zaczynam spoglądać na to wszystko z całkiem innej perspektywy i cieszy mnie to bardzo.
-
krainaczytania
2012/03/16 09:58:18
@Cyrysia
W szkole z reguły tak jest, że niewiele nam się podoba z tego, co uczą nas nauczyciele. Ja też tak miałam. Dopiero teraz, kiedy sama mogę zdecydować, co czytać i o czym pisać, robię to z przyjemnością :-) Będę się starać przybliżać Kraszewskiego, jak najdokładniej.To jest naprawdę ciekawa postać. Myślę, że jeszcze wielu rzeczy dowiesz się o nim z moich postów :-)
-
ksiazkowka
2012/03/16 14:26:54
Heh mam coś wspólnego z Józiem. :) Matematyki nie lubiłam...;)
-
krainaczytania
2012/03/16 14:32:28
@Ewa
A ja wręcz przeciwnie :-) Nawet poszłam na olimpiadę z matematyki w ósmej klasie :-) Za to za językiem polskim nie przepadałam. Wolałam tworzyć własne historie niż pisać wypracowania na podstawie gotowych materiałów. To było dla mnie spore ograniczenie. Żadnej inwencji twórczej. Ale na całe szczęście szkołę kiedyś się kończy i wtedy można robić, co się chce i pisać o czym chce :-)


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?