Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
Blog > Komentarze do wpisu

W krainie baśni pana Andersena

 

Każdego roku tradycyjnie pierwszy weekend grudnia spędzaliśmy w Krakowie u rodziców taty. Bardzo lubiłam te wyjazdy, ponieważ wiązały się one z niezliczoną ilością prezentów, które ja i Mateusz otrzymywaliśmy od dziadka. Dziadek twierdził, że fakt, iż rodzice na chrzcie nadali mu imię „Mikołaj”, do czegoś go zobowiązuje. Czasami wydawało mi się, że mój dziadek był jakby z innego świata. Tak bardzo różnił się od taty. On nigdy nie próbował nikomu narzucać swojej woli. Uważał, że życie samo w sobie potrafi być brutalne, więc jaki sens ma „umilanie” go sobie nawzajem? Wiele razy słyszałam jak dziadek próbował uświadomić tacie, że nie wolno nikomu zamykać drogi do rozwijania swoich pasji. Byłam pewna, że dziadkowi chodziło właśnie o mnie. On jeden wiedział jak wielką niechęcią napawała mnie wizja studiowania medycyny. W wieku siedemnastu lat byłam pewna, że nie będę dobrym lekarzem, bo nie mam powołania do tego fachu. Na widok krwi mdlałam, a na samą myśl o sprawieniu komuś bólu, choćby jedynie poprzez rutynowe badanie, czułam paniczny strach. Nie wyobrażałam sobie sytuacji, w której jestem bezsilna i jedyne, na co mogę pozwolić, to spokojne przejście pacjenta do innej rzeczywistości. Obawiałam się jednak, że do mojego ojca nie trafiają żadne sensowne argumenty dziadka. Bo jak mogło być inaczej, skoro kilka dni wcześniej tato uroczyście przedstawił mi temat mojego doktoratu? Tamtą klasówkę z chemii oczywiście oblałam.

Jak na ironię losu, dziadkowie mieszkali w dzielnicy Bronowice. Oczywiście nie przyznałam się, że półtora tygodnia wcześniej byłam na weselu w towarzystwie samego Stanisława Wyspiańskiego. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiliby rodzice, gdyby się dowiedzieli, byłoby zapisanie mnie na terapię do jakiegoś wybitnego specjalisty. A ja byłam pewna, że to, co się ze mną działo od wakacji, nie było jakimś szalonym wytworem mojej wyobraźni.

– Na nas już czas – zakomunikował tata, sięgając po sporych rozmiarów torbę podróżną, do której babcia zapakowała wszystkie prezenty i jeszcze coś smakowitego na drogę. – Weroniko, sprawdź jeszcze, czy wszystko zabrałaś. Zawsze trzeba na ciebie czekać. To twoje guzdranie się może doprowadzić człowieka do szaleństwa.

– Wojtek, daj dziecku spokój – to babcia stanęła w mojej obronie. – Lepiej zaniósłbyś te pakunki do samochodu.

– No pośpiesz się, dziewczyno! – tym razem odezwała się mama. Zrobiła to w momencie, gdy ukradkiem usiłowałam wepchnąć do swojego bagażu wiekowe wydanie „Wichrowych Wzgórz”, które dostałam w prezencie od dziadka. Nie miałam pojęcia, skąd je wziął. Śmiejąc się, mówił, że to od Świętego Mikołaja, a ten niczego mu nie zdradził. – Chcesz, żeby ojciec utknął w korkach?! – mama niecierpliwiła się coraz bardziej, a ja żałowałam, że nie ma z nami Mateusza. Wtedy uwaga rodziców byłaby podzielona na nas dwoje. A tak, to ja musiałam znosić ich fochy. Mateusz miał przyjechać do domu dopiero na Boże Narodzenie.

– Kasiu, a może poszłabyś zobaczyć, czy Wojtek nie potrzebuje pomocy? Wiesz jak to jest z mężczyznami. Bez nas nie daliby sobie rady. Wszędzie trzeba ich prowadzić za rękę.

– Jagódko, kochanie, czy ty, aby nie przesadzasz? – wtrącił się dziadek, udając oburzenie i jednocześnie mrugając do mnie porozumiewawczo. Wiedziałam, że coś się święci. Obydwoje z babcią za wszelką cenę chcieli pozbyć się moich rodziców. – Ale w przypadku naszego syna wszystko jest możliwe. On zna się jedynie na reperowaniu ludzkich mózgów. Pamiętacie jak kiedyś zabrałem go do lasu. Chciałem nauczyć go…

– Tato, przepraszam, ale nie mamy zbyt wiele czasu. Na wieczór chcemy być w Rzeszowie. Nie chcę, żeby Wojtek denerwował się, stojąc w korkach. – Mama była coraz bardziej zniecierpliwiona. – Weroniko, za pięć minut masz być przy samochodzie – rozkazała, a następnie w pośpiechu pocałowała na pożegnanie najpierw babcię, a potem dziadka i wyszła, zamykając za sobą drzwi.

– No to mamy chwilę dla siebie – powiedział dziadek, a jego twarz, pokrytą drobnymi zmarszczkami, rozpromienił uśmiech. – Chodź ze mną, wnusiu.

Podążyłam za dziadkiem, a w ślad za mną ruszyła babcia. Skoro tylko znaleźliśmy się w gabinecie, dostrzegłam, że dziadek z niecierpliwością szuka czegoś w jednej z szuflad. Po chwili w jego dłoni ujrzałam bardzo cieniutką książeczkę, jak gdyby folder jakiegoś biura podróży. Pomyślałam, że to jeszcze jeden prezent i dziadkowie wykupili nam jakąś podróż do ciepłych krajów.

– Weź to. Tylko dobrze schowaj. Tak, żeby rodzice nie widzieli.

„Dziadek – konspirator” – pomyślałam i uśmiechnęłam się do swoich myśli. Niemniej zrobiłam to, o co prosił. Lecz w momencie, gdy chciałam zobaczyć co też takiego ofiarował mi dziadek, rozdzwonił się mój telefon komórkowy. Na wyświetlaczu migało „Mama” i już wiedziałam, że minie jeszcze trochę czasu, zanim dowiem się co to za książka.

– Już idę – rzuciłam do słuchawki, jednocześnie wpychając do plecaka prezent od dziadka.

Jadąc do domu praktycznie nie odzywaliśmy się do siebie. Tata całą swoją uwagę poświęcał drodze, a mama na kolanie sporządzała jakąś umowę. Sypiący śnieg skutecznie ograniczał widoczność, więc rozumiałam milczenie taty, który nie chciał, aby cokolwiek go rozpraszało.

Wciśnięta w tylne siedzenie naszego seata nie mogłam przestać myśleć o niewielkiej książeczce ukrytej w moim plecaku. Kiedy wsiadałam do samochodu przed domem dziadków, widziałam jak obydwoje tajemniczo się uśmiechają. W pewnej chwili usłyszałam jak tata zaklął. W jego przypadku używanie wulgarnego słownictwa należało do rzadkości, dlatego od razu zrozumiałam, że stało się coś złego. Zerknęłam przez szybę i stwierdziłam, że stoimy na jakimś moście. Nie miałam pojęcia, gdzie jesteśmy, a nie chciałam pytać rodziców, bo w tym momencie żadna sensowna odpowiedź z ich strony nie wchodziła w grę.

Wysiadłam z samochodu, żeby rozprostować nogi. Okazało się, że tata złapał gumę i trochę potrwa, zanim ruszymy dalej. Zdziwiłam się, że na moście ruch jest tak niewielki. Praktycznie nie dostrzegłam ani jednego przejeżdżającego auta. Podświadomie czułam, że zaczyna się moja kolejna podróż. W tym przekonaniu utwierdziłam się w chwili, gdy nigdzie nie mogłam dostrzec rodziców. Naszego krwistoczerwonego seata też nigdzie nie było. Mocniej otuliłam się kurtką i ruszyłam przed siebie w poszukiwaniu jakiejś żywej duszy. Moi rodzice i wszystko, co mnie do tej pory otaczało, zapadło się pod ziemię. Wtem w oddali dostrzegłam jakąś postać. Choć nie mogłam dojrzeć jej twarzy, wiedziałam, że jest to mężczyzna. Poznałam po sposobie, w jaki się poruszał. Kiedy podszedł bliżej, zobaczyłam, że jest bardzo elegancko ubrany. Miał na sobie długi brązowy płaszcz, a pod nim chyba smoking, bo wyraźnie widziałam kawałek białej koszuli z wielką czarną muchą. Mężczyzna miał ciemne, lekko kręcone włosy, które idealnie przylegały do głowy, odsłaniając wysokie czoło.

Poczułam, że ja również nie jestem już tą samą Weroniką, którą byłam jeszcze przed chwilą. Spojrzałam na siebie i oniemiałam. Choć mój umysł pracował tak jak dawniej, to jednak ciało było znacznie młodsze. Byłam dziesięcioletnią dziewczynką w różowej kurteczce. Na głowie miałam białą wełnianą czapkę z ogromnym pomponem. Nagle poczułam strach. Chciałam do mamy, ale jej tutaj nie było. Nieznajomy był coraz bliżej. Dołożyłam wszelkich starań, żeby nie krzyczeć. Mężczyzna podszedł do mnie i uśmiechnął się. Potem podał mi swoją ogromną dłoń, a ja natychmiast wsunęłam w nią swoją dziecięcą rączkę. Czułam, że ten obcy pan nie zrobi mi krzywdy, ponieważ on kocha dzieci.

Wtem poczułam lodowaty podmuch północnego wiatru. Niczym błyskawica przemknęła tuż obok nas kareta cała z lodu zaprzężona w dwa siwe konie. W karecie siedziała jakaś pani odziana w piękne błyszczące szaty, a na jej głowie lśnił ogromnych rozmiarów diadem. Jej, niemalże histeryczny śmiech, przyprawił mnie o dreszcze. Kiedy odjechała, poczułam ulgę. Tajemniczy pan nie przestawał trzymać mnie za rękę. Emanował z niego spokój, który udzielił się również mnie. Wtem moim oczom ukazało się dwoje małych dzieci siedzących w ogródku. Siedziały pod krzaczkiem i oglądały niezwykle piękną książkę z obrazkami, na których namalowane były rozmaite zwierzęta. Do moich uszu dobiegały słowa piosenki, którą śpiewały:

Co ja kocham na tym świecie?
Złote słonko, cudne kwiecie!
Boże ptaszki śpiewające,
Jasne rosy, w kwiatach drżące,
Błękit nieba i obłoki,
Cały piękny świat szeroki,
I chatynkę pobielaną,
I mateczkę ukochaną!
Wszystko kocham serca biciem,
A przestanę chyba z życiem.[1]

Nagle usłyszałam jak gdzieś w oddali wieżowy zegar wybija pełną godzinę. Spojrzałam ponad głowami dzieci i ujrzałam przepiękny pałac, którego ściany zbudowane były z ogromnych zasp śnieżnych. Lodowate wichry wywierciły w nich drzwi i okna.

– Piękny, prawda? – usłyszałam tuż obok głos tajemniczego pana. Mówił do mnie w jakimś dziwnym języku, ale mimo tego, bez trudu go rozumiałam. – W tym gmachu znajduje się przeszło sto sal, zaś największa z nich ma kilka mil długości. Oświetla je cudowna zorza, kładąc na białym śniegu żółte i czerwone blaski. Lecz w tych przeogromnych komnatach jest pusto, cicho, jasno i mroźno.

– A czyj to pałac? – zapytałam dziecinnym głosikiem.

– Królowej Śniegu – odparł nieznajomy.

– A te dzieci, które mijaliśmy przed chwilą, to kto?

– Kaj i Gerda – usłyszałam.

Wtedy wiedziałam już kogo tym razem los dał mi za przewodnika. Obok mnie stał nikt inny, jak tylko sam Hans Christian Andersen. Znałam na pamięć każdą baśń, którą napisał. Niemalże od kołyski babcia i mama zabierały mnie do tajemniczej krainy pana Andersena.

– W tej białej olbrzymiej przestrzeni – kontynuował pan Andersen – nigdy nie słyszano ani śmiechu, ani wesołego głosu. Nie było tu też żadnej radosnej zabawy. Choć północne niedźwiadki i inne stworzenia mogły wyprawiać najwspanialsze bale w takich wspaniałych salach przy wtórze muzyki wichru, to jednak nigdy nie wchodziły do tego pałacu. W tym gmachu zawsze jest pusto i cicho.

– A czy to prawda, że każdego dnia o tej samej godzinie zapala się i gaśnie zorza?

– Tak, drogie dziecko. Tutaj cicho błyszczą białe śnieżne ściany, a w środku cicho spoczywa lodowe jezioro, na którym przejrzysty lód spękany jest tysiącem kawałków, a wszystkie one podobne do siebie. Na samym środku zamarzniętego jeziora, na wysokim lodowym tronie siedzi okrutna Królowa Śniegu.

Kiedy ruszyliśmy w dalszą drogę, śnieg nadal padał, było zimno, a koniec dnia wydawał się rychły. Nieubłaganie zbliżał się wieczór. Szliśmy przez ulice zasypane śniegiem. Nagle tuż przed nami z ciemności wyłoniła się mała dziewczynka. Była boso. Na głowie nie miała nic. Widać było, że coś niesie w fartuszku.

– Dlaczego ta dziewczynka jest boso? – zapytałam, choć doskonale znałam powód. Nie chciałam tylko, aby pan Andersen przestał opowiadać. Gdyby zdał sobie sprawę, że tak dobrze znam jego baśnie, mógłby odesłać mnie z powrotem do mojej epoki. A tego nie chciałam.

– Jeszcze rano miała pantofle – odparł w zamyśleniu. – Były stare i zniszczone. Należały do jej mamy, więc były na nią za duże. Zgubiła je, gdy uciekała przed powozami nadjeżdżającymi z dwóch przeciwnych stron.

(…) Więc szła boso biedna dziewczynka po śniegu, a nogi jej zsiniały i poczerwieniały. Jedną ręką ściskała czerwony fartuszek, w którym niosła kilkanaście paczek zapałek na sprzedaż, a w drugiej ręce miała jedną paczkę i tę podsuwała nieśmiało przechodniom, aby zwrócić na siebie ich uwagę. Ale nikt po nią nie sięgnął, nikt dzisiaj nic nie kupił od dziewczynki, nie miała ani grosika zarobku.

Drżała z zimna i głodu, idąc z wolna przez ulice, podobna bardziej do cienia niż do żywego dziecka. Białe płatki śniegu osiadały na jej długich jasnych włosach, które ciepłym płaszczem osłaniały plecy i szyję dziewczynki. Ładnie jej było w tym złocistym płaszczu ze srebrzystymi gwiazdami nad czołem, lecz nie myślała o tym. Więcej zajmował ją przyjemny zapach pieczonej gęsi, który co chwilę dolatywał do niej, zaostrzając głód. Ludzie żegnali stary rok wesoło, a ona była taka głodna i zziębnięta…

Usiadła wreszcie. Tak była zmęczona, że nie mogła iść dalej. Usiadła w kąciku między dwoma domami, z których jeden był bardziej wysunięty na środek ulicy. Ciemno tu było, więc nikt jej nie widział. Zresztą tak się skuliła, skryła pod spódniczkę zziębnięte nogi, żeby je rozgrzać… (…)[2]

W tym momencie zrozumiałam kim jest to dziecko. To Dziewczynka z zapałkami. Poczułam jak po policzkach spływają mi słone łzy. Wiedziałam jaki los spotka tę dziewczynkę i nie chciałam być tego świadkiem, nie mogąc już niczego zmienić. Pan Andersen wyczuł mój strach. Moja dłoń wciąż spoczywała w jego dłoni, więc pociągnął mnie i poprowadził do krainy, gdzie lato było gorące i pogodne. Na polach rosło żółte zboże i jeszcze zielony owies, a na łąkach leżały wielkie stogi pachnącego siana. Było to miejsce, gdzie bociany powoli przechadzały się na wysokich czerwonych nogach, klekocząc po egipsku, ponieważ to właśnie w takim języku nauczyły je mówić matki. Dookoła rozciągały się wielkie cieniste i szumiące lasy, a w nich stały głębokie i ciche jeziora.

(…) Na pochyłości wzgórza jasne słońce oświetlało stary zamek z wieżycami i gankami, otoczony murem i szeroką wstęgą wolno płynącej wody. Z muru zwieszały się pnące rośliny, a wielkie liście łopianu schylały się aż do wody. Było pod nimi cicho i ciemno jak w cienistym lesie.

Pod jednym z takich liści młoda kaczka usłała sobie gniazdo i siedziała na jajkach. Nudziło jej się bardzo, bo żadna z sąsiadek nie miała chęci w tak piękną pogodę rozmawiać z nią o tym, co słychać na świecie. Każda wolała pływać po przejrzystej wodzie, pluskać się i osuszać na ciepłym słoneczku, a tylko ona jedna, jak przykuta, siedziała w cieniu na gnieździe (…)[3]

Wiedziałam już, że teraz pan Andersen pragnie pokazać mi krainę Brzydkiego Kaczątka. W pewnej chwili odwróciłam się i zobaczyłam jak z gęstych krzaków wypłynęły trzy wielkie łabędzie. Widok ich rozpostartych, niczym żagle, białych skrzydeł robił niesamowite wrażenie. Płynęły lekko po błękitnej wodzie, a ich szyje były wdzięcznie wygięte, zaś głowy uniesione. Były spokoje, dumne i tak bardzo majestatyczne.

Na samą myśl, że któregoś dnia Brzydkie Kaczątko stanie się jednym z tych pięknych łabędzi, poczułam ogromną radość. Nagle ni stąd, ni zowąd usłyszałam jakiś dziwny szelest, jakby łopot skrzydeł tysiąca ptaków. Spojrzałam w górę i zobaczyłam jak tuż nad moją głową krąży jedenaście dzikich łabędzi ze złotymi koronami na głowach.

– Póki słońce stoi na niebie, bracia latają jako dzikie łabędzie – odezwał się pan Andersen. Byłam tak zafascynowana tą przecudowną krainą, że na moment zapomniałam o jego obecności. Nie miałam już na sobie grubej kurtki, ani też czapki. Zamiast tego byłam ubrana w błękitną sukienkę w białe gwiazdki odpowiednią dla dziesięcioletniej dziewczynki. – Gdy tylko słońce zachodzi, odzyskują ludzką postać – dokończył.

– A czy to prawda, że ich siostra ma na imię Eliza, którą zła macocha oddała na wychowanie do chłopskiej rodziny na wieś? – zadarłam głowę do góry i z dziecięcą naiwnością spojrzałam na pana Hansa.

– Tak, Weroniko. To księżniczka Eliza, której wieszczka poleciła uszyć jedenaście kolczug z pokrzyw. Tylko wtedy, gdy bracia przyodzieją te piekące koszule, będą wolni. Tak więc księżniczka Eliza od rana do zmroku szyje owe kolczugi, nie zważając na palący ból i bąble, które pokrywają jej delikatne dłonie. 

– Ale uda jej się, prawda? – zapytałam nieco infantylnie, bo przecież doskonale znałam zakończenie tej baśni.

– O, tak. Uda jej się. A wtedy zabiją wszystkie kościelne dzwony, zaś ptaki zlecą się olbrzymimi chmarami.

Byłam szczęśliwa, że większość baśni pana Andersena ma szczęśliwe zakończenie. Choć wciąż nie mogłam zapomnieć o Dziewczynce z zapałkami, to jednak wierzyłam, że ta baśń nie została opatrzona takim tragicznym końcem bez powodu. Kiedy chciałam zapytać pana Hansa, dlaczego uśmiercił tę biedną dziewczynkę, on odezwał się pierwszy:

– Myślę, drogie dziecko, że powinnaś już wracać. Rodzice na ciebie czekają.

– Ale ja wcale nie chcę wracać. Chcę tu zostać i zobaczyć jeszcze inne krainy, które opisał pan w swoich baśniach. Proszę, niech mnie pan jeszcze dokądś zabierze – prosiłam w swojej dziecięcej rozpaczy.

– Nie tym razem, drogie dziecko. Nie tym razem.

– A kiedy? – byłam zawiedziona. Tak bardzo nie chciałam wracać.

– Nie mnie o tym decydować. Ale jeszcze tu wrócisz, choć już nie w moim towarzystwie.

I tak oto zakończyła się moja podróż do świata baśni, w którym niemal zawsze wygrywa dobro, a złe macochy, wróżki, czarownice i wszelakie inne wiedźmy zostają ukarane.

Ponownie znalazłam się na moście, gdzie tata wraz z innym kierowcą kończył wymieniać koło. Nie wezwał pomocy drogowej, bo uznał, że nie ma takiej potrzeby. A ja znów miałam siedemnaście lat i zastanawiałam się, dlaczego rodzice nie zauważyli mojego zniknięcia. Czyżbym przez cały czas tu była? Ale skoro tak, to dlaczego widziałam te wszystkie piękne rzeczy? Lodowy pałac Królowej Śniegu. Zamarzającą na ulicy dziewczynkę. Królewiczów zamienionych w dzikie łabędzie. Jeszcze wielu spraw nie pojmowałam. Miałam jednak nadzieję, że pewnego dnia znajdzie się ktoś, kto wyjaśni mi sekret moich wędrówek. Z lekkim sercem, zapewniona przez pana Andersena, że jeszcze kiedyś powrócę do tej cudownej baśniowej krainy, wsiadłam do samochodu. Przez szybę zobaczyłam jak tata dziękuje nieznajomemu kierowcy za pomoc. Do Rzeszowa dojechaliśmy nieco później niż zamierzaliśmy. Byłam zmęczona, ale szczęśliwa. Tuż przed snem sięgnęłam do plecaka, w którym nadal tkwiła tajemnicza książeczka od dziadka. 

 



[1] H. Ch. Andersen, Baśnie, Wyd. Mediasat Poland, Kraków 2004, s. 18.

[2] Ibidem, s. 41.

[3] Ibidem, s. 79.



 

źródła zdjęć:

Królowa Śniegu (1)

Dziewczynka z zapałkami (2)

Brzydkie Kaczątko - Łabędź (3)

Dzikie Łabędzie (4)

 

 

prawa autorskie zastrzeżone

poniedziałek, 27 lutego 2012, krainaczytania

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2012/02/27 19:04:13
Potrafisz rewelacyjnie przenieś w cudowną krainę baśni. Uwielbiam twórczość Andersena i choć jestem już dorosłą osobą, to jednak wciąż jestem pod wrażeniem ulubionych historii ,,Dziewczynki z zapałkami'', czy ,,Królowej śniegu''. Baśnie tego autora nigdy się nie starzeją, one są ponadczasowe.
-
2012/02/27 19:17:27
@Cyrysia
Dziękuję :-) To jest mój nowy cykl. W każdy poniedziałek przenoszę Weronikę w jakieś inne miejsce :-) Dla mnie Baśnie Andersena również są niezwykle cenne. Towarzyszą mi od wczesnego dzieciństwa i mam nadzieję, że kiedyś będę je czytać swoim dzieciom :-)
-
2012/02/27 19:24:41
czytałam kiedyś wspomnienia przyjaciela Andersena. Andersen podobno był strasznym hipochondrykiem i był bardzo brzydki... ;) dobrze że się Weronika go nie przestraszyła ;)
w fajną atmosferę nas wprowadziłaś :)
-
2012/02/27 19:35:07
@Polonisty
Cała przyjemność po mojej stronie :-) A bo Weronika się nie przestraszyła, bo to odważne dziewczę jest :-) Na tych fotkach, które widziałam, to ten Andersen wcale nie taki straszny. No chyba, że w Photoshopie zrobiony :-)
-
2012/02/27 19:45:01
Świetna "scenka rodzinna" na początku. Aż poczułam złość na rodziców Weroniki, że się tak okropnie zachowują ;-). I pięknie wprowadziłaś nas w świat baśni. Mam ochotę teraz je przeczytać po raz kolejny :-).
-
2012/02/27 19:52:59
@Felicja
Ale mi komplement sprawiłaś :-) Dziękuję :-) Zawodowi pisarze twierdzą, że jak ich bohaterowie wzbudzają emocje, to znaczy, że dobrze piszą. Trochę to nieskromnie zabrzmiało, ale to nie moje słowa :-))) Chcę pokazać Weronikę z kilku stron. Od strony szkoły, rodziny, a w międzyczasie wyślę ją gdzieś na zwiady :-) Wiesz, są takie książki, które zawsze będą bliskie sercu. Baśnie Andersena to jedna z nich :-)
-
2012/02/27 20:50:51
:) dziękuję za przypomnienie Dziewczynki z Zapałkami, której to wydanie z ilustracjami Kvety Pacovskiej oglądałam niedawno w księgarni :) Przeczytałam ją na stojąco i ze zdziwieniem, że taka jest poetycka, czego w dzieciństwie nie zauważyłam. Fajnie jest przypomnieć sobie stare historie. pozdrawiam!

p.s. a wydanie w ilustracjami Kvety do obejrzenia tutaj: www.minedition.com/en/book/178/
-
2012/02/27 21:37:25
Kochałam baśnie w czasach swego szczenięctwa.:) Andersena w szczególności. :) Cudnie, że je przypomniałaś. Znów poczułam się jakbym była podlotkiem. ;)
-
2012/02/27 21:55:48
Bardzo przyjemnie się czyta tę Twoją opowieść... Aż zatęskniłam za Andersenem:)

Pozdrawiam
-
2012/02/27 22:27:50
Bardzo ciekawa podróż przekraczająca granice nie tylko wyobraźni :) Cudownie, że przypomniałaś baśnie Abdersena, z którymi każdy z nas spotkał się chyba w dzieciństwie. Ciekawe, gdzie jeszcze dotrze Weronika :)
-
2012/02/27 22:30:44
Opowieść, którą stworzyłaś jest pełna ciepła, wspomnień... Właściwie to materiał na książkę. A baśnie Andersena... lubię, ale o wiele bardziej wolę braci Grimm. Ogólnie - uwielbiam baśnie!!!
-
2012/02/28 09:17:26
@Bebe
A ja Ci dziękuję za link do tej szczególnej baśni :-) Faktycznie, te ilustracje mają coś w sobie i Ty, jako grafik, na pewno to dostrzegłaś. Taki laik, jak ja, niestety nie potrafi odczytać ich wymowy :-( Ja, natomiast, zwróciłam uwagę na tłumaczenie, w którym nie ma spójności. Widziałam w życiu kilka różnych wersji tłumaczeń Baśni Andersena i trochę mnie to drażni. Ale cóż, wygląda na to, że ilu tłumaczy, tyle wersji :-) Pozdrawiam gorąco :-)
-
2012/02/28 09:22:14
@Ewa
Baśnie Andersena to całe moje wczesne dzieciństwo. Żałuję, że teraz mało kto potrafi stworzyć taki fenomen, który czyta wiele pokoleń. To są naprawdę piękne wspomnienia z dzieciństwa. Do pisania baśni i w ogóle tekstów dla dzieci, trzeba mieć ogromny talent. Wbrew pozorom dla dzieci pisze się najtrudniej. Tak przynajmniej twierdzą zawodowi pisarze. Myślę, że mają rację. Dlatego można śmiało powiedzieć, że H.Ch. Andersen to geniusz w swojej dziedzinie :-)
-
2012/02/28 09:24:15
@ine-zz
Dziękuję :-) W takim razie radzę w wolnej chwili wrócić do pana Andersena. Może wtedy tęsknota będzie mniejsza? Pozdrawiam :-)))
-
2012/02/28 09:28:57
@Kaye
Długo myślałam nad kolejną podróżą Weroniki. Miałam różne koncepcje, ale w końcu zdecydowałam się na Andersena, bo pasował mi pod względem pory roku, jaka teraz panuje w świecie Weroniki. U niej jest zima, zbliżają się Święta, wiec pomyślałam, że wybiorę te Baśnie, które w jakiś sposób łączą się z zimą i Bożym Narodzeniem. Zdradzę Ci tylko, że ta książeczka, którą Weronika dostała od dziadka jest wskazówką do kolejnej podróży. Nie ujawniałam jej tytułu celowo, żeby w przyszły poniedziałek była niespodzianka :-)))
-
2012/02/28 09:36:27
@Danusia
Wiesz, kiedy zaczynałam ten cykl nie było moim zamiarem pisać tak, jakbym tworzyła powieść, na przykład dla młodzieży, co widać po moim pierwszym wpisie. Jednak w miarę kolejnych postów coś zaczęło się zmieniać i moja wyobraźnia nieco się rozszalała :-) Jak widzisz, zaczęłam rozwijać fabułę, wplatając wątki odnośnie rodziny i życia szkolnego Weroniki. Nie wiem, jak to się rozwinie dalej, bo nie planuję ze szczegółami kolejnych wpisów. To przychodzi samo. Nie wiem też, jak długo będzie trwał ten cykl. Jest to uzależnione od tego, na ile wystarczy mi weny i pomysłów. Ale masz rację. Jest to materiał na książkę i gdyby jakiś wydawca był zainteresowany publikacją, to byłabym szczęśliwa :-) Ja również uwielbiam baśnie braci Grimm. Jeśli czytałaś uważnie, to pan Andersen coś tam zasugerował Weronice ;-)
-
2012/02/28 12:30:21
Bajeczna notka.;) Aż czuło się tą rodzinną, świąteczną atmosferę, a baśnie przywodziły mi na myśl chwile mojego własnego dzieciństwa.;)

Pozdrawiam.
-
2012/02/28 12:34:15
@Nika
Dziękuję :-) To dopiero przedsmak Świąt. To był pierwszy weekend grudnia i Weronika pojechała do dziadka z życzeniami imieninowymi. Boże Narodzenie jeszcze przed nią. Zapraszam Cię w najbliższy poniedziałek na Wigilię do Weroniki :-) Pozdrawiam gorąco :-)
-
2012/02/28 15:39:01
Dziadek -konspirator pojawia się epizodycznie, ale już go polubiłam. Gdyby wszystkie dzieci miały takich dziadków, to może i książka byłaby codziennością.
-
2012/02/28 15:53:27
@Nutta
Mnie też dziadek przypadł do gustu :-) A tak w nawiązaniu do Twojej wypowiedzi o dziadkach/dorosłych rozdających książki, to niestety, ale masz rację. Piszę "niestety", bo boli mnie, że dorośli niejednokrotnie zniechęcają swoje pociechy do sięgania po książki. Podam Ci taki przykład. Rozmowa między sąsiadami:
- A wie pan, że naszą bibliotekę przenoszą w inne miejsce? Teraz to tam będzie bardzo ładnie. Dużo pieniędzy na to dostali. Będzie to takie centrum kultury.
- No co pan powie. Nie szkoda im pieniędzy. Kto tam będzie chodził i książki pożyczał. Strata czasu i pieniędzy.
- Ale co pan, sąsiedzie. Książka to wielkie dobro.
- E tam, dobro. Co może być dobrego w papierze. Teraz trzeba dzieciaki zaradności i kombinowania uczyć, a nie żeby książki czytały.

Dodam, że rzecz dotyczy biblioteki w moim mieście, która zmienia swoją siedzibę i teraz będzie stała na naprawdę wysokim poziomie. Tego typu bibliotek w całej Polsce jest bodajże cztery albo pięć. Nie wiem dokładnie. Jeśli o mnie chodzi to już nie mogę doczekać się tej zmiany, bo mam nadzieję, że dzięki temu zmieni się sposób zarządzania tą placówką :-)))


-
2012/02/28 18:33:41
Królowa Śniegu - moja ulubiona baśń Andersena :) Ty również świetnie piszesz, twój wpis jest bardzo oryginalny
-
2012/02/29 16:50:16
Gdy w domu nie czyta się książek, nie ma prasy (nawet tej "podlejszej") to dzieci nikt nie przekona do czytania. Będą przekonane, że tak jest we wszystkich domach. W bibliotece po południu są spotkania z dziećmi,kiedy to pani bibliotekarka prezentuje książki, są konkursy dla małych dzieci. Tylko nieliczne matki lub babcie przychodzą, a to przecież wspaniała zachęta do samodzielnego korzystania z księgozbioru. Wcale nie trzeba kupować, bo można wypożyczyć.
-
2012/02/29 16:59:46
@inessejagienka
Ja też bardzo lubię tę baśń :-) Bardzo mi miło, że podoba Ci się mój tekst :-)
-
2012/02/29 17:06:52
@Nutta
Oj, znam takie rodziny, gdzie książkę omija się szerokim łukiem, a potem są efekty takie, że dzieciaki nie umieją zbudować poprawnie najprostszego zdania, bo nie mają zasobu słów. Nawet lektur się nie czyta tylko opracowania i streszczenia. Kiedy czytam na różnych forach teksty typu: "nie lubię czytać książek, dlatego dziękuję za to streszczenie, bo jest naprawdę dobre", to mnie aż ponosi z nerwów. Powiem ci, że ja z kolei zaobserwowałam w swojej bibliotece, że młode matki dość często przychodziły wypożyczać książki ze swoimi pociechami. Nawet bardzo małym dzieciaczkom pożyczały bajeczki. Były to bardzo młode kobiety, więc może to jest kwestia pokolenia. Sama nie wiem :-)
-
2012/02/29 22:50:45
Ilustracje wyjątkowe, to prawda, choć też bardzo nietypowe. Ale myślę, że to ciekawe spojrzenie na ilustrację Dziewczynki z Zapałkami, którą na ogół pokazuje się raczej cukierkowo w konwencji romantycznej.

Co do tłumaczeń, jasne, każdy tłumacz to trochę drugi autor. Na przykład "Momo" Michalea Ende w niemieckim oryginale to książka dla dzieci i dorosłych, ale polskie tłumaczenie kieruje ją zdecydowanie do dzieci, upraszczając język. Na szczęście dane mi znać niemiecki na tyle, by móc się cieszyć Momo w języku autora. A czytałaś Andersena w oryginale?
-
2012/03/01 09:25:11
@Bebe
Zgadzam się, że akurat te ilustracje są dość charakterystyczne i wyjątkowe. Wydania Baśni, które miałam przyjemność czytać, z reguły miały piękne kolorowe ilustracje, albo nie posiadały ich w ogóle. W domu mam polskie wydanie Baśni takie typowo książkowe. Niestety, duńskiego nie znam, więc nie czytałam w oryginale, ale w języku angielskim owszem. Zresztą, ja większość książek czytam w języku angielskim, choć na blogu może tego nie widać, ponieważ piszę dla Polaków i dlatego proponuję polskie wydania. Wersja angielska w porównaniu z polską pokazuje pewne niezgodności. Ale tak jak piszesz. Tłumacz to drugi autor, a poza tym każdy z nich ma swój styl interpretacji, więc można zrozumieć te niezgodności :-)
  • Zaufali mi
  • Mój System Ocen
  • Napisz do mnie







    




    Kraina Czytania
    on Google+





     


    Strefaksiazki.pl - katalog stron książkowych i literackich
    Księga gości
    Kraina Czytania

    Wypromuj również swoją stronę
    Blogerzy Książki Piszą

    Wypromuj również swoją stronę
    Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
    Lubię czytać
    Spis moli
    Popieram Internet Bez Chamstwa

    Co czytać?
    Radio, Eska, Zet, Rmf fm