Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
Blog > Komentarze do wpisu

Szmaragdowa broszka ciotki Agaty

 

 

Jayne Ann Krentz

           

           Pensjonat Maggie





 

Wydawnictwo: HARLEQUIN-MIRA
Warszawa 2011
Tytuł oryginału: The Private Eye




 

Książkę, o której chcę Wam dzisiaj napisać przeczytałam, ponieważ zachęciły mnie do niej recenzje na innych blogach. W związku z tym, podczas mojej ostatniej wizyty w bibliotece w stosiku znalazł się Pensjonat Maggie. Znałam tę powieść już wcześniej, ale nie wydawało mi się, aby była ona godna uwagi. Teraz mogę śmiało stwierdzić, że miałam rację. Wiem, że w tym momencie wychodzę na „czarną owcę” wśród blogujących recenzentów, ale nie mogę napisać dobrze o tej książce tylko dlatego, że innym ona się podoba. Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał mi za złe, że wyłamuję się z tego powszechnego zachwytu nad tą książką. Wygląda na to, że jestem wybrednym i wymagającym czytelnikiem, bo dla mnie nawet romans powinien coś sobą reprezentować. Kiedy na okładce czytam takie oto słowa: „(…) Ktoś chce doprowadzić pensjonat do bankructwa i stosuje coraz brutalniejsze metody(…)”, to wówczas spodziewam się, że owymi „brutalnymi metodami” okaże się co najmniej porwanie dla okupu, a w skrajnym przypadku nawet morderstwo. Natomiast w tym konkretnym przypadku okazuje się, że „brutalną metodą” jest awaria elektryczności i celowe rozszczelnienie rur w piwnicy.

Moi stali Czytelnicy wiedzą, że niejednokrotnie przyznawałam się do tego, iż lubię czas od czasu przeczytać jakiś romans. Tak właśnie było tym razem. Po dawce sensacji, którą znalazłam w Bursztynowej Komnacie, postanowiłam, że teraz przeczytam coś lżejszego. W moim przekonaniu „coś lżejszego”, to właśnie romans, a jeśli do tego jest to thriller romantyczny, to już nic więcej mi nie potrzeba. Tak właśnie została zareklamowana ta powieść. Jako thriller romantyczny, który tak naprawdę z thrillerem nie ma nic wspólnego. Jest to zwyczajne romansidło pozbawione wszelkich emocji.

Główną bohaterką jest Margaret (Maggie) Gladstone, która po śmierci swojej ciotki, Agaty, dziedziczy uroczy, wiktoriański pensjonat o nazwie Peregrine Manor. Kobieta ma trzydzieści lat i mówi się o niej „stara panna”. W pensjonacie wraz z nią mieszka troje starszych ludzi: Odessa Hawkins, Shirley Smith i emerytowany żołnierz, którego wszyscy nazywają „Pułkownikiem”. Jest styczeń. Pensjonat jest pusty nie tylko dlatego, że sezon ma zacząć się dopiero za kilka miesięcy, ale przede wszystkim dlatego, że jakaś „niewidzialna ręka” sprawia, iż w pensjonacie zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Najwidoczniej ktoś nie darzy sympatią nowej właścicielki. W związku z tym, Maggie postanawia wezwać pomoc, gdyż za nic nie chce pozbywać się uroczego pensjonatu, a najprawdopodobniej celem „niewidzialnej ręki” jest właśnie wykurzenie spadkobierczyni z tego miejsca.

W niedługim czasie z pomocą przybywa Josh January, prywatny detektyw, który w Seattle prowadzi agencję detektywistyczną wraz ze swoim wspólnikiem o nazwisku McCray. Josh jest świeżo po udanej akcji odbicia zakładniczki, która nawiasem mówiąc, wolała nadal pozostać w rękach porywacza, aniżeli wrócić do bezpiecznego domu do ojca. Gdy obolały i ledwo trzymający się na nogach detektyw staje w drzwiach pensjonatu, Maggie jest nie tylko zaskoczona, ale bierze go za kogoś zupełnie innego. Uważa, że jest on jednym z ewentualnych gości, do których jeszcze nie dotarło, że pensjonat jest zamknięty. Ponieważ trzydziestoletnia dama przez pewien czas pracowała jako bibliotekarka, mogła do woli naczytać się książek, wśród których przeważały kryminały. A ten podpierający się kulami pan, około czterdziestki, w niczym nie przypomina jej Sherlock’a Holmes’a. Niemniej, Maggie nie ma większego wyboru, jak tylko uwierzyć na słowo Josh’owi.

Detektyw godząc się na przyjazd do Peregrine Manor ma w tym również swój ukryty cel, o którym Maggie dowie się dopiero za jakiś czas. Dobrego imienia właścicielki pensjonatu broni Pułkownik, który już przy pierwszej nadarzającej się sposobności informuje Josh’a, iż może on zainteresować się Maggie, ale tylko jeśli ma wobec niej poważne zamiary. Żaden przelotny romans nie wchodzi w grę. Innymi słowy detektyw będzie musiał się z nią ożenić, co raczej nie będzie trudne, bo „stara panna” jest w jego oczach dość atrakcyjna i praktycznie już od samego początku Josh czuje, że nie jest mu obojętna. Oczywiście fakt ten nie przeszkadza mu w skupieniu się na śledztwie. Każda z osób mieszkających w pensjonacie ma swoją teorię na temat tajemniczych awarii. Natomiast sama Maggie uważa, że wszystko to dzieje się z powodu szmaragdowej broszki ciotki Agaty. O tym, czy Margaret Gladstone ma rację, dowiecie się, kiedy przeczytacie powieść.

W moim przekonaniu ta książeczka o formacie szkolnego zeszytu, jest tak naiwna, że aż brak mi słów. Tego typu historię można wymyśleć na poczekaniu, a spisać ją w niecały tydzień, jeśli autora nie będą rozpraszać inne obowiązki. Z kolei wątek kryminalny jest tak marny, że aż żałosny. Dziwię się, że spod pióra Autorki o dość znanym nazwisku wyszedł zwyczajny gniot. Dla mnie romans i to w dodatku z wątkiem kryminalnym, powinien zawierać coś znacznie więcej niż powtarzające się co kilka stron dialogi typu:

– Maggie – szepnął. – Maggie, najdroższa, chcesz mnie, naprawdę? – pytał oszołomiony. – Musiało cię wiele kosztować przyjść tutaj.
Odwróciła twarz skrytą w jego ramionach.
– Tak.
– W porządku, kochanie. Wszystko w porządku. Czemu drżysz? Wszystko będzie dobrze. Ja też cię pragnę. Bardzo, bardzo.* 

Pozwólcie, że dalszego ciągu już nie zacytuję z uwagi na możliwość ewentualnego czytania mojego bloga przez dzieci.

Mam wrażenie, że Autorka za wszelką cenę usiłowała zrobić z tej powieści coś na kształt twórczości Jane Austen lub Charlotte Brönte. Zapytacie skąd u mnie takie przypuszczenie? Otóż, kiedy czyta się tę książeczkę, to momentami ma się wrażenie, jakby rzecz działa się w epoce wiktoriańskiej. Mamy wiktoriański dworek, którego właścicielką jest prowincjonalna panienka z dobrego domu, dla której jej dobre imię jest na wagę złota. Dialogi swoją konstrukcją przypominają niekiedy te charakterystyczne dla XIX wieku. Takie nieśmiałe, że niby „chce, ale się boi”. Tylko że Jayne Ann Krentz zapomniała, że nikt z pisarzy żyjących współcześnie już nie napisze takich powieści, jakie pisały Jane Austen czy siostry Brönte, ponieważ talent do ich napisania trzeba mieć we krwi i nie pomogą tutaj stosy przeczytanych książek o tematyce dziewiętnastowiecznej. Aby dobrze napisać wiktoriańską powieść, to po prostu trzeba się w tej epoce urodzić. A już całkiem śmiesznie wychodzi, kiedy dany autor próbuje mieszać współczesny styl pisania z tym, który był charakterystyczny dla innych epok. Tak właśnie momentami jest w tej powieści.

Nie zarzekam się, że już nigdy nie wezmę do ręki żadnej powieści autorstwa Jayne Ann Krentz, bo tak się nie stanie. Jeśli będę miała taką możliwość, to z pewnością zapoznam się też z inną jej książką. Znam nieco twórczość tej Pisarki i wiem, że stać ją na dużo więcej. Według mnie Pensjonat Maggie to zwyczajny wypadek przy pracy.

Na koniec dodam jeszcze, że w całej tej powieści podobała mi się jedynie… okładka.


 

Moja ocena: 2/6

 

 

Jayne Ann Krentz official website

Jayne Ann Krentz on Facebook

źródło okładki

 

 

♠♠♠♠♠

 

* J.A. Krentz, Pensjonat Maggie, Wyd. Harlequin-Mira, Warszawa 2011, s. 139.

 

 

 

prawa autorskie zastrzeżone


piątek, 20 stycznia 2012, krainaczytania

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
felicja79
2012/01/20 20:15:29
Okładka fajna. I Twoja recenzja bardzo fajna. Dobrze mi się ją czytało :-). Bardzo lubię serial na podstawie jednej z książek tej autorki - "Tylko Manhattan". Sama książka raczej nie dla mnie.
-
avo_lusion
2012/01/20 20:34:25
Ja dobrze wiemy, romans także można znakomicie napisać. Szkoda więc, że tutaj autorka poszła na łatwiznę. Myślę sobie, że blogerzy chyba także recenzowali książkę po okładce, no bo przytoczony cytat świadczy sam za siebie o poziomie narracji :/ Dawno nie dałaś tak niskiej oceny! :p
-
2012/01/20 21:15:39
Haha! Ale się uśmiałam :) Dreszczyk emocji miała dodać awaria elektryczności ;) Na przykładzie tej książki można stwierdzić, że książka ewidentnie stała się produktem marketingowym, wystarczy zrobić piękną okładkę i książka przyciąga jak magnes a nic sobą nie reprezentuje... ( po samej okładce byłabym skłonna kupić tą książkę! )
-
2012/01/20 21:32:45
czytając to ja też drżę... ze śmiechu...
Się uśmiałam! rety! chyba to czytałam, he he. ale serio, moja droga czego się spodziewałaś po, jakby nie było, Harlequinie...?
Satine to seria wyd. Mira, czyli przykrywka Harlequina... nie należy się więc spodziewać niczego ambitnego, nawet po dobrych autorach;)
-
2012/01/21 09:09:00

Fajna recenzja:) Ja też lubię romanse sensacyjne i cieszę się bardzo, że ostrzegłaś, że tego nie warto.
-
ksiazkowka
2012/01/21 10:02:02
Jak pewnie wiesz ja w tego typu książkach nie gustuję za bardzo i widzę, że akurat w przypadku tego tytułu nie ma czego żałować. A piękna okładka chyba miała za zadanie odwrócić uwagę od niezbyt udanej zawartości. :)
-
2012/01/21 10:50:31
Na takiej przyjemnej ławeczce jak na okładce poczytałabym, ale zupełnie inna książkę niż ta.
Nie wszyscy muszą mieć takie same zdanie odnośnie fabuły:) I dobrze.
-
krainaczytania
2012/01/21 11:30:06
@Felicja
Bardzo mi miło, że podobała Ci się moja recenzja :-) Chciałam ją napisać z humorem, żeby oddać śmieszność tej książki. Nie wiem, czy mi się to udało, ale naprawdę próbowałam :-) Pamiętam też serial, o którym wspominasz. W latach 90-tych XX wieku pokazywała go TVP1 w niedzielne wieczory. Perry King był niesamowity w roli Cutter'a Amberville. No i oczywiście Jack Scalia jako Rocco Cipriani :-) Tylko że ten serial nie powstał na podstawie powieści Jayne Ann Krentz a Judith Krantz :-) Bardzo podobne nazwiska, więc łatwo można się pomylić. Tutaj znajdziesz informacje na ten temat: www.filmweb.pl/serial/Tylko+Manhattan-1987-105428 :-)
-
krainaczytania
2012/01/21 11:37:56
@Danusia
Czytałam w swoim życiu sporo romansów, więc mam już na ten temat jakieś rozeznanie. Ta książka jest wybitnie beznadziejna, a do tego jeszcze błędnie reklamowana przez wydawnictwo. Czytelnik patrząc na opis na okładce jest wprowadzany w błąd. Wiesz, ja broń Boże nikogo nie posądzam o to, że recenzował po okładce, natomiast książki w ogóle nie czytał. Większość blogerów recenzuje na zlecenie wydawcy i chcąc nie chcąc wyraża swoje opinie pod presją. Zwyczajnie nie chcą obrazić wydawcy i stracić możliwości współpracy. Są blogerzy, którzy jawnie przyznają się do tego, że po negatywnej opinii, wydawca zerwał współpracę. Chociaż z drugiej strony być może innym podobała się ta książka. Mnie nie musiała. Każdy ma inny gust. To, co podoba się mnie, nie musi podobać się innym i na odwrót. A ocenę dałam naprawdę szczerze, bo taki jest cel moich recenzji :-)
-
krainaczytania
2012/01/21 11:44:23
@Bibliotekarka
Tam jeszcze na samym końcu jest naiwna próba podpalenia tego pensjonatu, która jest tak opisana, że pożal się Boże :-) Facet, który chce podpalić, tak naprawdę nie chce podpalić. W ogóle, to szkoda słów. Zgodzę się z Tobą, że okładka jest bardzo ładna i przyciąga oko. Ale ja już się nauczyłam, że po okładce nie ocenia się całości książki, bo to tak jakby po ładnym papierze ocenić jakoś prezentu, który nie zawsze jest trafiony w nasz gust. Czasami książka z paskudną okładką jest fantastyczna, jeśli chodzi o treść :-)
-
krainaczytania
2012/01/21 11:53:12
@Polonisty
Wiedziałam, że Cię wzruszę do łez :-) Przeczytałam tę książkę, bo zachęciły mnie do tego recenzje innych blogerów. To wszystko. Masz rację, że nawet po znanych nazwiskach nie należy spodziewać się rewelacji, jeśli chodzi o Harlequiny. Na przykład książki Nory Roberts. Kryminały i obyczajówki są kapitalne, a te typowe romanse to masakra. Podobnie jest z Dianą Palmer. Tak sobie myślę, że pewnie jeszcze nie raz Cię rozbawię i wprawię w drżenie, bo czas od czasu zrecenzuję tutaj jakiegoś Harlequina :-)
-
krainaczytania
2012/01/21 11:57:33
@Zorija
Dzięki, że fajna recenzja :-) W moim przekonaniu tego romansu nie warto czytać, ale komuś innemu może on się spodobać. Wiesz, ja szanuję zdanie każdego czytelnika i zawsze powtarzam, że ilu czytelników, tyle różnych opinii. Dlatego z reguły chcę na własnej skórze przekonać się czy coś jest warte zachodu, czy też nie. Taki Harlequin jest dobry do czytania w podróży, bo nie zmusza do myślenia i w każdej chwili można się od niego oderwać, nie tracąc wątku :-)
-
krainaczytania
2012/01/21 12:02:07
@Ewa
Oj, wiem, wiem, że nie lubisz takich książek, dlatego pewnie nie doczekam się u Ciebie recenzji powieści Nory Roberts :-) A tak poważnie, to myślę, że wydawnictwa niekiedy mają czytelników za idiotów i uważają, że jak grafik zaprojektuje piękną okładkę, to książka się sprzeda i będzie zysk. Bo przecież, nie oszukujmy się, ale dzisiaj przede wszystkim chodzi o pieniądze i nikt nie zwraca uwagi na jakość. Dlatego ja zawsze uczulam innych na to, żeby nie oceniali powieści po okładce, bo mogą się boleśnie rozczarować :-)
-
krainaczytania
2012/01/21 12:06:27
@Nutta
Ja też bardzo chętnie spędziłabym kilka wolnych dni w takim miejscu, jak to pokazane na okładce tej książki. I też wzięłabym ze sobą zupełnie inną powieść. Wiesz, miałam pewne obawy, że narażę się tym, którzy ocenili tę powieść wysoko. Ale mam nadzieję, że nikt nie poczuł się dotknięty :-)
-
2012/01/23 17:55:06
Nie lubię, gdy wszyscy słodzą, chwalą, biorę książkę do ręki i... rozczarowanie.
-
krainaczytania
2012/01/23 18:02:44
@Nutta
Mam dokładnie tak samo. Muszę na własnej skórze przekonać się czy książka jest dobra, czy nie. Zdaję sobie też sprawę z tego, że to, co podoba się mnie, może nie podobać się komuś innemu, dlatego oceniam książki według siebie, a czytelnikowi pozostawiam wybór czy je czytać, czy też nie :-)


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?