Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem ... - Kornel Makuszyński
Blog > Komentarze do wpisu

Banalna historia o zdradzie

 

Antonina Kozłowska

 

             Trzy połówki jabłka

 

 

Wydawnictwo: OTWARTE
Kraków 2007

 

 

Nad recenzją tej książki zastanawiałam się bardzo długo. Doszłam do wniosku, że znacznie łatwiej pisać jest o książkach, których autorzy albo już nie żyją, albo nie są Polakami. Pewnie zastanawiacie się skąd taki wniosek? Otóż, pomyślałam sobie, że kiedy piszemy o autorach obcojęzycznych, wówczas jest praktycznie stuprocentowa szansa, że owej recenzji ów autor nie przeczyta. A nie przeczyta jej z prostego powodu. Nie będzie znał języka polskiego. Nawet, jeśli pozna okładkę swojej książki, to i tak bez pomocy tłumacza nie zrozumie tekstu recenzji. Może jedynie zobaczyć ocenę. Nie sądzę natomiast, aby taki autor zadawał sobie trud poszukiwania osoby, która byłaby w stanie przetłumaczyć mu recenzję. Oni po prostu nie mają na to czasu. No chyba, że trafimy na autora, który będzie poliglotą.

Inna sytuacja ma miejsce, gdy piszemy o autorach rodzimych. Tutaj pojawia się problem. Pisać dobrze czy źle? Oszukiwać przy recenzji dla dobra sprawy czy pisać szczerze? W tym momencie mam właśnie taki dylemat, który przez kilka ostatnich nocy spędzał mi sen z powiek. A co jeśli autor danej książki zaglądnie na naszego bloga i przeczyta niepochlebny tekst na temat swojego dzieła? A co jeśli napisze nam mail’a naszpikowanego oburzeniem, że szargamy mu opinię?

Pisząc recenzje, nie chciałabym nikogo skrzywdzić, zaś z drugiej strony nie chcę być nieszczera i udawać, że książka mi się podobała, skoro tak nie było. Zanim zasiadłam do pisania o „Trzech połówkach jabłka” przejrzałam kilka blogów w poszukiwaniu recenzji na jej temat. Nie chodziło mi o to, żeby sugerować się innymi opiniami. Nigdy nie posunęłabym się do tego. Chodziło mi o to, aby poznać opinię innych czytelników. To, co przeczytałam było praktycznie wychwalaniem książki pod niebiosa. A ja wcale nie chcę jej wychwalać. Nie mogę napisać, że książka jest zgoła beznadziejna, bo tak nie jest. Ale na pewno nie jest to historia, która wciąga, jak twierdzi Wydawca. Jest to przeciętne opowiadanko o tym, jak żona zdradza męża, a mąż zdradza żonę. Niby historia z życia wzięta, ale…

 

 

Główna bohaterka, Teresa, to kobieta po trzydziestce z ustabilizowanym życiem osobistym i zawodowym. Ma męża, dwoje dzieci i namiętnie udziela się na forach internetowych, gdzie poruszane są tematy dotyczące macierzyństwa. Pracuje jako lektor języka angielskiego, natomiast jej mąż, Krzysztof, jest dobrze zarabiającym ekonomistą. Pewnego dnia, kiedy Teresa wraca z pracy, w autobusie spotyka mężczyznę, z którym dziesięć lat wcześniej łączyły ją w głównej mierze kontakty „łóżkowe”. Nie można nazwać tego „miłością”, ponieważ tak naprawdę była to jedynie tak zwana „chemia”, która doprowadzała do tego, że nie mogli się od siebie oderwać. W tym momencie okazuje się, że Teresa nigdy nie zapomniała o przystojnym Marcinie. Niemniej, wybrała Krzysztofa i to z nim stworzyła rodzinę, bo lepiej nadawał się na męża i ojca.

Od tej chwili Teresa i Marcin zaczynają znów się spotykać. Na początku być może i tkwią w nich jakieś wyrzuty sumienia, ale szybko zagłusza je „chemia”. Ani dla Teresy, ani też dla Marcina nie liczy się tutaj fakt, że przy okazji krzywdzą swoich współmałżonków. W dodatku żona Marcina spodziewa się pierwszego dziecka. I tak toczy się akcja całej powieści. Kochankowie spotykają się, idą ze sobą do łóżka, a potem jak gdyby nigdy nic wracają do swoich domów.

Autorka dokonała podziału powieści na czas przeszły i teraźniejszy. Najprawdopodobniej miało to służyć temu, aby czytelnik dokładnie poznał fakty, które doprowadziły do obecnej sytuacji. Już od pierwszych stron powieści nie polubiłam Teresy. Moja antypatia do tej bohaterki rosła w miarę zagłębiania się w fabułę. Wydawała mi się typową egoistką, dbającą jedynie o własne potrzeby. Jej charakter wcale się nie zmieniał w miarę upływu lat. Taką samą egoistką była w wieku lat dwudziestu, jak i po przekroczeniu trzydziestki. Dodatkowo zauważyłam też, że Teresa to niesamowicie zarozumiała kobieta. I te cechy mi się nie podobały.

Podłość Teresy sięgnęła zenitu w momencie, gdy zaprzyjaźniła się z ciężarną żoną Marcina. Z jednej strony sypiała z jej mężem, zaś z drugiej udawała najlepszą przyjaciółkę Pauli. Natomiast sam Marcin okazał się nieodpowiedzialnym mięczakiem, który nie potrafił powiedzieć „nie”. Co jeszcze mocno mnie uderzyło? Otóż, mam nieodparte wrażenie, że książka zawiera sporo wątków autobiograficznych. Dlaczego? Wystarczy przeczytać informację wydawcy znajdującą się na tylnej stronie okładki książki, z której można dowiedzieć się, że Autorka również ukończyła filologię angielską, podobnie jak Teresa, ma dwoje dzieci (chłopca i dziewczynkę) oraz udziela się w Sieci, prowadząc bloga dla młodych matek. W dodatku Teresa jest również nałogową palaczką. Odwiedzając strony internetowe w poszukiwaniu informacji o Pani Antoninie, znalazłam zdjęcie, na którym jest ona z papierosem w dłoni. W pewnym momencie zaczęłam nawet zastanawiać się, czy opisana przez Autorkę historia nie jest jej własnym przeżyciem.

Kolejna rzecz, która mi się nie podobała to fakt stosowania jednolitości. Większość czołowych bohaterów charakteryzowała ta sama cecha: krótkowzroczność. Tych osób w okularach było aż za dużo. Mało tego. Autorka jak gdyby zapomniała, że dzieci rodzi się również w sposób naturalny. A w powieści zarówno Teresa, jak i Paula urodziły swoje pociechy przez cesarskie cięcie. I znów brak różnorodności. Jeżeli jest to prawdziwa historia, to można przyjąć taką formę, ponieważ istotnie w życiu realnym mogło tak być. Natomiast, jeśli jest to fikcja, to wówczas pisarz powinien bardziej wysilić swoją wyobraźnię. Myślę, że znacznie więcej emocji czytelnikowi przyniósłby naturalny poród Pauli, zwłaszcza że jej ciąża była trudna. W dodatku kobiety leżące z Paulą w szpitalu także głównie rodziły przez cesarskie cięcie.

Następna sprawa. Niesamowicie negatywnie odebrałam fakt ośmieszania osób bez wykształcenia. Jednym z bohaterów powieści jest Łukasz, pierwszy chłopak Teresy. Jest to facet jedynie po szkole zawodowej. Autorka zrobiła z niego totalnego prymitywa. To też mi się nie podobało, ponieważ prymitywem równie dobrze może być osoba z całym rządkiem tytułów naukowych przed nazwiskiem.

Jedyną kwestią, która naprawdę wypadła po mistrzowsku, jest język. Książka napisana jest bardzo płynnie, co daje możliwość łatwego i szybkiego czytania.

Na koniec wciąż zadaję sobie pytanie. Czy to jest autobiografia czy jedynie czysta fikcja literacka? Jeśli jest to autobiografia, to wówczas moje spostrzeżenia nie mają znaczenia. Natomiast jeżeli jest to fikcja, to myślę, że wyobraźnia Autorki porządnie zawiodła.

 

Moja ocena: 3+/6

 

źródło okładki

środa, 24 sierpnia 2011, krainaczytania

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2011/08/24 19:45:52
Tak sobie myślę nad tym, co napisałaś Agnieszko na początku ja myślę, że autorzy czytają uwagi, recenzje czytelników i wyciągają odpowiednie wnioski. Jeśli autor ma zdrowe podejście do siebie i swojej twórczości, to potrafi docenić wszystkie uwag, zanotować je i i zastosować je w przyszłości. W końcu oni też nie są omnibusami,ciągle uczą się wielu rzeczy i najlepszą szkołą są właśnie takie opinie czytelników, tych, do których kierują przecież swoje słowa. Nie sztuka jest słodzić i pisać laurki, ale potrafić wytknąć niedociągnięcia - po to, aby autor mógł uniknąć podobnych pułapek w przyszłości. Właśnie tak, jak opisałaś to Ty w powyższej recenzji. Rzeczowo, szczegółowo. Nie po to, aby komuś 'dokopać' dla zasady, tylko po to, aby pewne rzeczy na przyszłość mógł poprawić. I autor, który ceni sobie opinię innych i szanuje swoich czytelników na pewno będzie wdzięczny.
A taki, który zapatrzony jest narcystycznie w siebie, no cóż.... :)

-
2011/08/24 19:53:27
Dziękuję Ci za ten komentarz. Wiesz, po opublikowaniu recenzji, zaczęłam sie zastanawiać, czy czasami nie przesadziłam. Ale opisałam tylko i wyłącznie moje odczucia. Szanuję zdanie innych i nawet jak komuś powieść się podobała, to nie mam mu tego za złe. Każdy odbiera inaczej, każdy ma inny gust. Czasami jest tak, że czytając nie zauważamy pewnych rzeczy. Ja staram się czytać daną książkę bardzo dokładnie. Wiem też, że "Trzy połówki jabłka" jest debiutem. Nie czytałam innych powieści p. Antoniny, więc mogę jeszcze zmienić zdanie i kolejne mogą mi się spodobać. Na pewno sięgnę po następne, żeby nie zaszufladkować Autorki. Pozdrawiam Cię serdecznie :-)
-
avo_lusion
2011/08/24 20:02:23
Kochana, dobrze wiem, co masz na myśli. Ja także miałam sytuację, kiedy moją recenzję przeczytał Adam Zalewski - był to dla mnie szok... A niedawno moją recenzję książki "Siedlisko" przeczytali także autorzy, to było kolejne zaskoczenie. Jednak pamiętaj - publikując swoją książkę ona przestaje być naszą własnością - każdy ma prawo ją interpretować i oceniać jak chce, twórcy muszą być na to gotowi. I chociaż krytyka to dla nich wielkie emocje, to jednak jest także dowodem, że ktoś ich czyta i analizuje ich słowa. To również ważne!! Cieszę się, że jednak zdobyłaś się na szczerość w recenzji :))
-
2011/08/24 20:06:49
Danusiu, ja nie umiałam inaczej. Tak, jak napisałam wyżej. Gdyby to był pisarz obcojęzyczny, nie miałabym z tym żadnych problemów. Pamiętasz chyba jak skrytykowałam Norę Roberts za "Stanislaskich"? Zrobiłam to bez problemu. A tutaj naprawdę długo się zastanawiałam i kombinowałam, czy być zakłamaną, czy szczerą do bólu. Pozdrawiam :-)
-
ksiazkowka
2011/08/24 20:09:34
Oj, czytają recenzje, czytają...:) Ale skoro decydują się na wydanie swoich większych lub mniejszych dzieł to na pewno liczą się też z krytyką. Nie ma, co wystawiać książce pochlebnej opinii jeśli ta nie do końca na nią zasługuje - trzeba być szczerym i mówić o jej wadach zgodnie ze swoimi odczuciami. Po to w końcu są recenzje. :)
-
2011/08/24 20:14:05
Tylko, że ja nie uważam się za profesjonalnego recenzenta i jeszcze daleko mi do tego. Piszę, jak czuję i też zdaję sobie sprawę, że moje "eksperymentowanie" z literaturą też ktoś oceni i może ocenić kiepsko. Liczę się z tym. Ale z drugiej strony, to przecież dla czyteników się tworzy i to oni mają decydujący głos. Moja recenzja bynajmniej nie jest złośliwa. Po prostu czuję niesmak i tyle :-)
-
avo_lusion
2011/08/24 22:04:40
Aga, a kto to jest profesjonalny recenzent? To osoba, która całą swoją wypowiedź czyni intertekstualną, odwołuje się do czegoś, porównuje, używa trudnych słów, stara się sypać jakimiś mądrymi hasłami:) Jednak na pewno nie ma takiego zawodu, jak "recenzent", wobec czego każdy z nas nim jest, choćby tylko dla wąskiego grona czytelników. Więc nie bądź taka skromna - ja cię doceniam :)))
-
sarenkasarna
2011/08/25 08:28:10
Blogi to wolność słowa i możemy pisać, co nam się podoba. Nikt nam nic nie może zrobić. Ktoś wydaje jakiś produkt - on liczy na to, że ktoś to kupi i wyda jakąś opinię. Jeżeli autorka przeczyta Twoją recenzję, to chyba dobrze, bo znajdzie jakieś błędy, które mogą jej się w przyszłości przydać i nie wyda kolejnego chłamu, co tylko zmarnuje czas czytelników;)
-
2011/08/25 09:30:59
Masz prawo do negatywnych recenzji, to oczywiste. Ale wnioski dotyczące autobiografii wydają mi się na wyrost... Szperanie w internecie, żeby dopasować znalezione informacje do swojej hipotezy - nie wiem, jakieś to tanie.
Poza tym elementem inne argumenty przedstawiłaś całkiem rzeczowo, rozumiem dlaczego książka Ci się nie spodobała. Choć jest też sporo książek z bohaterami, którzy nie wzbudzają sympatii, a w niczym nie wpływa to na wartość dzieła.

Szkoda, że jakaś straszna muzyka atakuje czytelników na Twojej stronie, bo przez to nie mam ochoty tu wracać.
-
2011/08/25 15:04:19
Danusiu, dziękuję za Twoje miłe słowa :-)

Sarenko, masz rację, że blogi to wolność, ale nikt nie lubi być krytykowany :-)

Witaj Użytkowniku o nick'u "kaplin". Spodziewałam się, że zjawi się ktoś, kto będzie bronić Autorki, ale nie spodziewałam się, że aby to zrobić, będzie tak jawnie demonstrować niechęć do mojego bloga, a raczej do jego elementów. Możesz nie lubić muzyki lat 80-tych. Twoje prawo. Tę muzykę można w każdej chwili wyłączyć, więc dziwię się, że tego nie zrobiłeś/łaś. Widocznie posługiwanie się Internetem nie jest na miarę Twoich możliwości. Poza tym, nikt Cię na siłę tutaj nie zaprasza i wcale nie musisz mnie odwiedzać. A co do wątków autobiograficznych, to nie trzeba w celu ich znalezienia szperać w Sieci. Wystarczy uważnie przeczytać notkę biograficzą na tylnej okładce książki i dodatkowo porównać wygląd zewnętrzny bohaterki książki z urodą Autorki. Ale to jest moje wrażenie i mam do niego prawo. Mam wrażenie, że nie przeczytałeś/łaś książki zbyt dokładnie, albo wcale.

Pozdrawiam :-)
-
2011/08/25 15:24:00
I jeszcze jedno zdanie do "kaplin". Nie uważam, aby szukanie informacji w Sieci było tanim chwytem, ponieważ jako czytelnik mam prawo wiedzieć co nieco na temat autora. Natomiast poszukując tych informacji, nie miałam najmniejszego zamiaru, aby w efekcie dopasowywać je do osoby Autorki. Takie skojarzenia przyszły już znacznie później.

I jeszcze o tej muzyce, bo trochę mnie to rozbawiło. Jakoś do tej pory nikt z czytelników nie zgłosił mi, aby został dotkliwie poraniony ową muzyką :-)))
-
sarenkasarna
2011/08/25 20:36:29
Mnie tam muzyka na Twoim blogu się podoba i mogę jej sobie słuchać, bo mi umila czytanie. Są czasem pewne blogi, że muzyka po prostu potrafi przerazić. Jakieś takie "łubu-dubu"
"Każdy boi się krytykowania" - jeżeli nikt by sie nie bał tego, to nie byłoby recenzji. Trzeba przełamywać strach:) Nawet jakby napisał komentarz na Twoim blogu jakiś autor i byłby to jakiś negatyw, to przestałabyś pisac?
-
2011/08/26 14:26:29
Sarenko, to miłe, że muzyka na blogu Ci nie przeszkadza :-) Ale wiesz, jak coś, to sobie ją wyłącz :-) A wiesz, że nawet czekałam na jakiś odzew ze strony Autorki, ale jak na razie cisza. Kiedyś negatywne lub wręcz chamskie komentarze użytkowników Sieci potrafiły mnie dość mocno dotknąć. Tak właśnie działo się na Onecie, gdzie wcześniej pisałam. Tam chamstwo jest na porządku dziennym. To był właśnie główny powód przeniesienia bloga na Blogspota. Ale teraz już nauczyłam się być odporna i na pewno nie przestałabym pisać. Natomiast ten "kaplin" chyba tylko po to założył/ła konto na Bloxie, aby zademonstrować jak bardzo nie podoba mu/jej się na mojej stronie. Zastanawia mnie, że odezwał/ła się dopiero wtedy jak skrytykowałam kogoś z naszego podwórka. Zauważyłam też, że tacy ludzie pojawiają się w momencie, jak blog zaczyna zdobywać popularność. Tak właśnie było na Onecie. Dziwne to jakieś i niezrozumiałe jak dla mnie :-)


Pozdrawiam serdecznie :-)
-
izabella_g
2011/08/26 16:19:02
Z trzech książek A. Kozłowskiej ta podobała mi się najmniej, właśnie ze względu na postawę bohaterów.
Jeśli chodzi o szczegóły autobiograficzne- to, że wiele szczególów się zgadza, nie oznacza jeszcze, że autor pisze w 100% o sobie, a autorskie alter-ego pojawiają się w co drugiej książce, także tej z wyższej półki (przykład pierwszy z brzegu- Maria Dąbrowska). Lepiej pisać o czymś co się zna, niż posypać się na jakiejś abstrakcji.
Zresztą, nawet jeśli jakieś tropy autobiograficzne (dość delikatne) pojawiają sie w Czerwonym Rowerze, to nawet najstaranniejsza lektura forów dla matek nie ujawni, że Autorka korzystałą kiedykolwiek z usług matki-surogatki, bądź sama byłą surogatką (o tym jest Kukułka). Choć tutaj też zgadza się sporo szczególów autobiograficznych- choćby zamknięte osiedle.
Ogólnie- bardzo ciekawa recenzja i trafne spostrzeżenia (ja np. postanowilam raczej nie brać do recenzji polskich autorów poza "pewniakami"). Będę zaglądać:).
-
2011/08/26 16:28:31
Serdecznie dziękuję za odwiedziny i zapraszam ponownie :-) Wiesz, po tej recenzji mam tak zwanego "kaca moralnego". Ale z drugiej strony są to tylko i wyłącznie moje przypuszczenia (mam na myśli wątki autobiograficzne), co wcale nie musi zgadzać się z rzeczywistością. Zawsze czytam książkę bardzo dokładnie, szukam błędów rzeczowych (bo takie też się zdarzają). Swoje recenzje staram się pisać jak najrzetelniej. Może jest to najprostsza droga do utraty czytelników, bo nie "słodzę"? Sama nie wiem. Po tej recenzji zastnawiam sie, czy nie skupić się jedynie na literaturze obcej.

Pozdrawiam serdecznie :-)
-
izabella_g
2011/08/26 17:02:14
Doałam Twojego bloga do czytnika, i jeśli pojawią sie jakieś zbieżne punkty lekturowe, to będę komentować.
W kolejnych książkach, jeśli nie jesteś kompletnie zniechecona , to wydaje mi się, że z tą "autorską wyobraźnią " jest lepiej. A i tematyka chyba mniej banalna.

Jeśli chodzi o recenzje książek polskich autorów- moja nowa polityka jest taka, że na temat największych gniotów (jeśli już je z jakiegoś powodu doczytam) nie zamierzam pisać. Ostatecznie autor też człowiek, książka to jego ukochane dziecko i kawał życia. Po co ma się jeszcze gryżć recenzją jakiegoś blogera.
Pozdrawiam.
-
2011/08/26 17:09:18
Masz słuszną rację. Autor to człowiek wrażliwy i może mu być przykro, jeśli ktoś napisze źle o jego dziele. Mogę to zrozumieć, bo sama też coś tam eksperymentuję w pisaniu i też byli tacy, co wystawiali mi kiepskie recenzje. Dlatego tak jakoś źle się czuję. Ale mimo tego nie zniechęciłam się do A. Kozłowskiej i jak tylko coś mi się trafi, to na pewno przeczytam :-)
-
mdl2
2011/08/29 19:13:32
Witam, i dziękuję za szczerość :)
Doskonale rozumiem dylematy związane z recenzowaniem polskich autorów. Sama prowadzę bloga książkowego i wiem, jak trudno napisać obiektywną, wyważoną recenzję książki zaprzyjaźnionej czy tylko znanej z widzenia osoby.
Nie obrażam się za recenzje nieprzychylne, jeśli tylko autor sensownie argumentuje i nie ucieka się do przytyków osobistych. Książka ma prawo się nie podobać, bohaterka ma prawo się nie podobać, okulary czy cesarskie cięcia mają prawo się nie podobać :) Świat byłby nudny, gdyby wszystkim nam podobało się to samo. Zresztą pisałam już na blogu Bookfy, że jeśli moja bohaterka jest na tyle wiarygodna, że aż budzi niechęć czy antypatię, to dla mnie komplement.
O wątkach autobiograficznych z zasady się nie wypowiadam. Nigdy nie rozumiałam tej palącej potrzeby poszukiwania autobiografii w fikcji, jaką odczuwa część Czytelników. Lubię natomiast osadzać wydarzenia w znanych mi realiach i środowiskach typu zamknięte osiedle albo szkoła językowa. Lubię książki mocno zakorzenione w rzeczywistości, lubię opisywać drobne obserwacje z życia wzięte, ale wiem, że nie każdemu musi się to podobać.
Żeby się nie rozpisywać, jeszcze raz dziękuję za szczerość, a jeśli lubi Pani muzykę lat 80, to zachęcam do lektury "Czerwonego roweru", może ta książka bardziej przypadnie Pani do gustu.
Pozdrawiam,
Antonina Kozłowska
-
2011/08/29 19:42:20
Witam bardzo serdecznie i dziękuję, że odwiedziła Pani mojego bloga. Po napisaniu tej recenzji naprawdę miałam wyrzuty sumienia. Ale z drugiej strony nie chciałam być nieszczera. Staram się pisać o książkach rzetelnie, ale znacznie łatwiej przychodzi mi to z literaturą obcą. Być może wynika to z tego, że stosunkowo od niedawna zaczęłam czytać polskich pisarzy. Nie wiem dlaczego, ale literatura polska przez długi czas do mnie nie przemawiała. Ja mam z reguły bardzo specyficzny gust literacki. Zauważyłam, że to czym zachwyca się wiekszość, u mnie budzi niesmak. Nie umiem wyjaśnić dlaczego tak sie dzieje. Tak właśnie było w przypadku "Trzech połówek jabłka", co wcale nie znaczy, że zraziłam się do Pani twórczości i już nie sięgnę po żadną książkę Pani autorstwa. Na pewno tak sie nie stanie. I jak tylko będę miała sposobność, to przeczytam "Czerwony rower". Zakładając "Krainę Czytania" przyjęłam zasadę, że nie będę "słodzić", a swoje spostrzeżenia będę opisywać szczerze. Wiem, że takie recenzje mogą czasami sprawić przykrość, dlatego tak bardzo biłam się z myślami, czy w ogóle pisać o Pani książce, bo wiedziałam, że nie napiszę dobrze. Czytam Pani bloga, a dodatkowo informacja na okładce książki podsunęła mi te wątki autobiograficzne. Oczywiście nie wiążą się one z cechami charakteru bohaterki, ponieważ do takich osądów nie mam prawa. Kamień spadł mi z serca, że Pani nie obraziłam tą recenzją :-)

Jeszcze raz dziękuję za odwiedziny i komentarz i życzę wszystkiego dobrego :-)

Pozdrawiam,

Agnieszka
-
Gość: lili-pop, *.centertel.pl
2011/08/30 17:25:02
:) Ech,co za dyskusja!! Jak widzisz, autorka bloga odwiedziła.Sądzę , że wielu polskich autorów czyta recenzje książek. A co do tłumaczenia - hehe, ściągnij sobie przeglądarkę "Google Chrome" ;) Nie raz czytam sobie artykuły z całego świata, w językach, o których mi się nie śniło. Teraz przetłumaczenie tekstu to nie problem.

:)

A co do książki... tematyka mnie nie zachęca, irytuje wręcz. A Twoja recenzja sprawiła,że książka w moich rękach nie wyląduje. Cóż... autorzy muszą być świadomi mocy jaką ma opinia jednego czytelnika na innych potencjalnych.
-
2011/08/30 17:31:40
Witaj. lili-pop :-) Przyznam, że cieszę się z odwiedzin Autorki. Swoją recenzją nie chcę, broń Boże, nikogo odstraszać. Moje zdanie na temat książki wcale nie musi być zgodne z opinią innych czytelników. Natomiast jeśli chodzi o przegladarkę "Google Chome", to raczej nie skorzystam. Po pierwsze, nie mam zaufania do tłumaczeń internetowych. Po drugie, znam język angielski płynnie, więc nie muszę korzystać z tego typu gadżetów :-)

Pozdrawiam :-)


Kornel Makuszyński - Patron Bloga





Napisz do mnie
Kraina Czytania





Follow on Bloglovin






Kraina Czytania
on Google+



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Lubię czytać


Co czytać?